rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2004

No nie wierze. Jakby mi ktos jeszcze pare godzin temu powiedzial ze sie wzrusze odchodzac z firmy to bym wysmiala. A jednak… Takie gesty jak ten co wykonali moi juz byli wspolpracownicy chwytaja za serce i tyle.

I tak minął mój ostatni dzień z 5 lat pracy dla korporacji Time Warner. Niecale 3 lata dla muzy, i troche ponad dwa dla filmu. Przeszłam chyba wszystkie fazy, od upojenia pracoholizmem do… wręcz przeciwnie he he. A od jutra jestem wolnym człowiekiem. Albo bezrobotnym, kwestia interpretacji.
I zajebiście mi z tym dobrze.

negatyw

3 komentarzy

za użyczenie samochodu na kilka godzin można dostać zajebisty biały barszcz i surówkę. To nie jest oferta z supermarketu niestety tylko przykład jak zło (zepsuty samochód przyjaciół) może zamienić się w dobro (domowy obiadek dla mnie). Barszcz był tak pyszny, ze wpierdoliłam go na stojąco w kuchni w jakies dwie minuty, a otworzyłam słoik tylko by spróbowac czy dobry. barszcz, nie słoik znaczy się.

pomijając barszcz znowu sie bawiłam przez pół nocy w wywoływanie duchów czyli porządki. I chyba w końcu wiem dlaczego ludzie tak tylko gadają, ze mi zazdroszczą, że super, że jadę w taką podróż, a sami nie kiwną palcem by to zrobić. To nie brak odwagi przed ryzykiem, porzuceniem stabilizacji i cywilizacji,itd, nic z tych rzeczy. Po prostu na mysl o koniecznych porządkach przedwyjazdowych odechciewa się wszystkiego. Tylko ja głupia o tym wcześniej nie pomyślałam.
I teraz – mam, to co chciałem mam – cytując zespół negatyw, swoja drogą singiel zajebisty, ciekawe jak płyta.
tylko zamiast w ścianę oczy mam skierowane w Azję. Ale nie bardzo mnie to pociesza jak patrzę na sterty papierów do przewalenia jakie mnie jeszcze czekają. no ale jak ktoś nie robił czystki przez 9 lat to czego się spodziewać. Odkryłam na przykład ok 15 kilgramów notatek ze studiów, żadne z nich mojego autorstwa i niech mi ktoś powie dlaczego ja to tyle czasu trzymam, skoro od 5 lat oficjalnie informuję kazdego kto chce słuchać, że zrezygnowałam z kariery naukowej bo chcę móc wpisywać w CV „wykształcenie -prezydenckie”. Prezydent Kwaśniewski ponoć zaprzestał edukacji na V roku studiów, gdy do absolutorium brakowało mu zaledwie dwóch egzaminów z jakichś fakultetów. Ja też. I dlatego wczoraj wystawiłam przed drzwi 10 siatek zapełnionych papierzyskami. Miałam nadzieję, że ktoś weźmie je i odda na makulaturę ale niestety wciąż nikt się na nie nie połakomił. I będę musiała znieść sama do śmietnika, cholera. A jak wystawiłam przedpotopową farelkę za drzwi to zniknęła w 20 minut…

Taka głupia to ja jednak nie jestem. wczoraj odkryłam, ze nie dość, że umiem przerabiać pliki audio na mp3 to jeszcze potrafię je odpowiednio grupować i puszczać na odtwarzaczu w interesującej mnie kolejności. Zaskakuję sama siebie. Hydrozagadka to pikuś przy mojej osobowości. Jeszcze trochę i nauczę się obsługiwać dvd w salce konferencyjnej. I to jeszcze przed odejściem z firmy he he

No właśnie, zostały 3 dni, nie licząc dzisiejszego i zacznę zaliczać się do szlachetnego grona bezrobotnych z wyboru. To chyba nie jest zbyt liczna grupa w tym kraju.

A TA NOTKA JEST TAK NAPRAWDĘ Z NIEDZIELI 21 MARCA, ALE DOPIERO DZIŚ PRZYNIOSŁAM DYSKIETKĘ DO PRACY HE HE

Do wyjazdu nie został już nawet miesiąc, więc powoli robię porządki w mieszkaniu, by moja siostrzenica, która przez ten rok ma u mnie mieszkać, miała gdzie rozłożyć swoje rzeczy. A gratów przez 9 lat mieszkania na tych 38 metrach nagromadziła mi się ilość koszmarna. Dziś planowałam zrobić selekcję w ciuchach, ale utknęłam przy pudle z pamiątkami. Czego tam nie ma! Pocztówki, listy, liściki pisane na zajęciach na studiach i na lekcjach w liceum, listy i prezenciki od słuchaczy moich audycji (nawet nie pamiętałam, że takowe kiedyś dostawałam hi hi), identyfikatory z koncertów, przy których pracowałam (tyle ich było? fok…), obrazek, niestety zalany w połowie tajemniczym płynem, który namalował mój pierwszy chłopak, jako pierwsze wyznanie jego uczuć wobec mnie (pamiętam, że namalował jeszcze drugi, ale ten zaginął wieki temu), rozkład zajęć na czwartym roku studiów (ciekawe na ilu z nich byłam he he), drewniane korale, miedziane i srebrne wisiorki jakimi się obwieszałam przez liceum i pierwsze lata studiów, i zdjęcia. Najzabawniejsze są zdjęcia z liceum, sesje satanistyczno-alkoholizująco-papierosowe, które potem były skrzętnie kryte przed rodzicami. Satanistyczne bo byłam wtedy metalówą, a głowny element satanizmu polega na charakterystycznym ułożeniu palców i przeraźliwej mimice twarzy, naśladującej Kinga Diamonda. Nostalgię wywołało u mnie zdjęcie z Marlboro Rock Inn, sprzed jakiś 9 lat, na którym jestem uwidoczniona z kolegą X. Jestem na nim młodziutka, śliczna i niewinna, kolega X. wygląda zarozumiale jak zwykle, ale niczego sobie. A zdjęcie wywołało nostalgię bynajmniej nie dlatego, ze coś mnie z kolegą X. łączyło kiedykolwiek, absolutnie nie, tylko kolegę X. spotkałam na mieście kilka dni temu i wygląda.. cóż, inaczej. Bardzo inaczej. I nie jest to fajna zmiana. Ja też wyglądam inaczej, ale pochlebiam sobie, że mi te 9 lat nie wyrządziło aż takiej krzywdy. W każdym razie to były fajne czasy, muszę przyznać, kiedy wydawało mi się, że stawiam pierwsze kroki w wielkim świecie i że wszystko jest do zdobycia. Ale najcenniejszym znaleziskiem okazało się pismo jakie dostałam 9 marca, równo 10 lat temu (kurwa wierzyć mi się nie chce, kiedy te 10 lat minęło???). U góry pisma widnieje pieczątka:

Osiedle mieszkaniowe
„Przyjaźń”
Ul. Konarskiego 44, Warszawa

Skierowane jest do mnie i do mojej koleżanki, z którą mieszkałyśmy razem w pokoju w akademiku.
W związku z drastycznym naruszeniem regulaminu domu studenta Osiedla ‘Przyjaźń’ w dniu 8/9 marca 94 r., oraz wcześniejszymi imprezami, zakłócającymi spokój mieszkańców domku 54, zostają Pani pozbawione możliwości dalszego mieszkania w akademiku Osiedla ‘Przyjaźń’. Ze względów humanitarnych, wyznaczam termin opuszczenia domu studenta na godz. 14 – 10 marca/ oczywiście po uprzednim doprowadzeniu pokoju do normalnego wyglądu i pokryciu strat wynikłych w wyniku waszej ‘imprezy’. o usunięciu powiadomiony zostanie dziekan WdiNP UW.
Podpisane:
Z-CA KIEROWNIKA
Działu Studenckiego
Andrzej Korbel

Dostałam dzikiego ataku śmiechu, choć wtedy była to dla mnie niezła trauma. Gwoli wyjaśnienia:
Osiedle przyjaźń, to akademik na Jelonkach, składający się z obleśnych, drewnianych baraków, szumnie nazywanych domkami, w których mieszkali budowniczy Pałacu Kultury i Nauki. Po skończeniu przez nich roboty, baraki miały być wyburzone, ale ktoś wpadł na radosny pomysł, że można tam umieścić studentów na parę lat. Parę lat zmieniło się w kilkadziesiąt i w ten sposób na studiach wylądowałam w najbardziej syfiastym, ale też i najbardziej imprezowym akademiku. Wiele osób ten epizod w swoim życiu przypłaciło alkoholizmem i sama też byłam blisko. Impreza o której mowa w piśmie, była jedną z tysiąca podobnych, wyróżniła się tylko tym, że jeden z gości (i to tych nie zaproszonych) w ramach odreagowywania niepowodzenia uczuciowego, przez pół nocy pracowicie zamalowywał okna od zewnętrznej stony pianą z gaśnic przeciwpożarowych. Kolega ten, zdaje się, dziś jest poważnym dziennikarzem politycznym, ale to już inna historia. Natomiast wtedy, zostało to wykorzystane jako nędzny pretekst do złożenia skargi przez jedną ponurą dziunię z naszego baraku, która zdecydowanie nie miała zacięcia imprezowego. Nie ona jedna, ale podobni jej studenci wyprowadzali się z Jelonek po dwóch tygodniach, tymczasem ona miała ambicję zmienić Jelonki. No i zostałyśmy z Ewką pierwszymi studentkami w historii Jelonek, które wyrzucono z akademika. Pomimo petycji solidarnie podpisywanych przez studencką brać. Jedną z nich znalazłam też w pudle z pamiątkami i naprawdę się wzruszyłam. Następne pół roku waletowałyśmy a od nowego roku studenckiego dostałyśmy, jakby nigdy nic przydział na Jelonki. Ku mojemu ogromnemu rozbawieniu dostałam ten sam pokój w tym samym domku. A imprezy nadal trwały, jeszcze bardziej huczne.
Przede mną jeszcze kilka takich pudeł, ciekawe co jeszcze znajdę…

TO JEST NOTKA Z PIĄTKU 19 MARCA, KIEDY W PRACY PADLY MAILE I CAŁY DZIEŃ BYŁA PLAŻA. NIESTETY NA STRONIE BLOGOWEJ TEŻ BYŁA JAKAŚ AWARIA I NIE MOGŁAM WKLEIĆ NOTKI. NO TO TERAZS Z OPÓŹNIENIEM:

Wczoraj mialam małą próbkę tego jak będę się czuła i wyglądała przez większą część najbliższego roku. Mą głowę, zamiast fachowo wystylizowanych, lśniących, gładkich i prostych pasm, będzie zdobić szopa cienkiego pierza, skręcającego się w najbardziej nieprzewidzianych miejscach i w najmniej możliwie atrakcyjny sposób. Pierze będzie podnosiło się radośnie w górę, co z daleka może nawet będzie dawało efekt bujnych, gęstych włosów, ale z 20 metrów nawet krótkowidz straci złudzenia.
Moja skóra z kolei będzie lepka. Wszędzie. Na rękach, twarzy, dekolcie, ramionach. Po prostu wszędzie. Wilgotna i lepka. A wszystkie części ciała przykryte ubraniami będą po prostu mokre. Ciuchy będą wydawały się tez mokre, takie w sam raz do wyżęcia. Po plecach będzie nieprzerwanie płynęła strużka potu. Makijaż, gdybym go miała, spływałby kolorowymi kroplami i strugami po twarzy. A wszystko przez połączenie wysokiej temperatury z równie wysoką wilgotnością powietrza. W Azji to normalka, a w Polsce taki efekt można osiągnąć na koncercie rockowym. A ja wczoraj byłam na Pidżamie Porno w Stodole. Rewelka! Na szczęście miałam miejsce na balkonie, który w Stodole jest najlepszą miejscówą do oglądania koncertu. Same plusy niemal – nikt ci nic nie zasłania, widzisz wszystko co się dzieje zarówno na scenie, jak i wśród publiczności (i czasem ci staje serce w gardle kiedy 15letnia na oko fanka, przed chwilą niesiona na rękach przez tłum nagle ląduje na ziemi, pod nogami dzikiego, skaczącego tłumu i nie wyłania się z niego przez dłuuugą minutę. Przypomina ci się młodzież zadeptana parę lat temu na śmierć w Roskilde i pot na plecach zaczyna być przeraźliwie zimny przez chwilę. Potem laska pojawia się wyciągnięta przez przyjazną dłoń i znowu spokojnie oglądasz koncert. No więc na balkonie wszsytko widzisz – RAZ. DWA – możesz opierać się o barierkę, co stanowi dużą ulgę dla kręgosłupa, albo nóg, jeśli nawet na rockowy koncert zakładasz szpilki (znam takie przypadki!). TRZY – jest sporo miejsca, możesz się swobodnie gibać i żadne 17letnie spocone, śmierdzące ciało nie będzie cię miziać chcący czy niechcący. CZTERY – nagłośnienie jest tak samo dobre jak na dole, co daje przewage balkonikowi nad staniem na scenie z boku, gdzie słyszysz tylko odsłuchy.
No i jest jeden cholerny minus… Jeśli na dole robi się gorąco to na górze jest 3 razy bardziej gorąco. A na każdym koncercie Pidżamy jest gorąco. I wilgotno.. od potu.. błeee.
Więc mój kunsztowny makijaż poszedł się szybko jebać, fryzura też, za to koncert był absolutnie zajebisty, jeden z najlepszych jakie widziałam Pidżamy. Chodzę na ich koncerty od jakiś 7-8 lat i z dziką satysfakcją obserwuję, jak kapela ignorowana od lat przez szołbiznes, gra w roku 3 koncerty w samej warszawie na każdym gromadząc ok. 1000 osób (w Porximie więcej osób się nie mieści, więc do tysiaka trzeba dodać ludzi, dla których nie stykło biletów), czy tak jak teraz w Stodole ok. 1 500 ludzi. Chłopaki robią z publiką tak naprawdę co chcą. Potrafią perfekcyjnie zapanować nad ich reakcjami, wzbudzić takie a nie inne emocje. Grają 2 i pół godziny a tłum woła o jeszcze. ¾ koncertu to absolutne hity, a ty wyliczasz rozżalony w myślach, ze tylu innych przebojów nie zagrali. Aż mnei wczoraj wcięło jak do mnie dotarło jak dużego i zajebistego repertuaru oni się dorobili! Jeśli chodzi o publike koncertowa są w tej samej lidze co TLOVE, tylko że oni są praktycznie nieobecni w mediach, Grabaż nie opowiada w piśmie kobiecym o tym jak opiekuje się synem itd, generalnie naprawdę istenieją totalnie poza szołbiznesem, który nie ma pojęcia, ze sprzedają płyty w nakładzie ok. 25 tyś. I dobrze im z tym. Może właśnie dlatego, że oni naprawdę się nigdy się nie sprzedali wciąż mają wielką, wierną publiczność.
Dobra koniec tych peanów, teraz o tym jak z siebie zrobiłam koncertowego debila wczoraj.
Otóż chłopaki z zespołu to moi koledzy, więc bylam wpisana na listę gości zespołu. Pan na bramce znalazł mnei uprzejmie na liście, odhaczył, po czym ostemplował mój nadgarstek. Po chwili z dużym niezadowoleniem odkryłam, że napis głosi PIWO. Nienawidzę piwa, ok.? Do tego nie znoszę być stemplowana jak bydło. Ale jakie było moje skojarzenie? Że chłopaki zawarły deal ze Stodołą, że ich goście dostają taką pieczątkę i mają piwo za darmo w barze. Ja chyba kurwa już za długo w PR robię i mi się we łbie nasrało.. Trzeba częściej chodzić na koncerty punkowe to znormalnieję. W kazdym razie z godzinę później wylądowałam w barze po wodę i tak od niechcenia się pytam pana czy zamiast piwa mogę wziąć wodę. Pan miał przez minutę tak zażenowany uśmiech na twarzy jaki ja mam kiedy ktoś kogo lubię mówi że ten George Sand był takim pretensjonalnym gościem. Po czym radośnie mi oznajmił, ze pieczatka mówi o tym, że jestem pełnoletnia i mogę kupić alkohol. Poczułam, ze poliki mi płoną, udawałam, że nie słyszę chichotu za plecami i zatkało mnie tak, że nie udało mi się nawte wydusić „kurwa po mnie i bez pieczątki widać, żę jestem pełnoletnia”. Bo nawet się nie mogłam łudzić, że tak młodo wyglądam. Okazało się, że pieczętują wszsytkich bez wyjątku. Witamy political corectness w Polandzie…
Za to od Kozaka dostałam koszulkę Pidżamy – Kartoniarz wreszcie zrobił damskie – od lat mu mówiłam, że pójdą jak woda, nie ja jedna zresztą, i idą! Obiecałam, że zabiorę ją do Indii. Chwilami było mi smutno. Po pożegnaniu z Małą to kolejne. Nie wiem jak przeżyję serię, która teraz będzie następować. I w czasie koncertu też parę razy zakręciła mi się łezka. W końcu w rytm tych piosenek dojrzewałam przez ostatnie lata. Tyle mam wspomnień i przeżyć z nimi związanych. Zabiorę płyty ze sobą i dojdą kolejne wspomnienia hi hi

nie ubezpieczam się, decyzja podjeta. w ten sposób oszczędzam przynajmniej 2 tygodnie podróży, to wersja minimum, a raczej miesiąc. wyszlam z zalozenia ze w razie zapalenia pluc czy ameby bedzie mnie stac na wizyte lekarską w azji, gdzie w koncu wszystko jest tanie, a jesli nagle bedzie potrzebny mi przeszczep szpiku czy cudotworcza operacja kregoslupa jak się zjebię z osiołka w himalajach to wtedy i tak bede miala w dupie to ubezpieczenie. i wszystko inne. no ale tfu tfu nie zapeszam. po prostu sie nie ubezpieczam i licze jak zawsze na moje szczescie. w decyzji pomogla mi Ania O., która bylam pewna ze sie ubezpiecza w trakcie swych licznych podróży, a okazało się, ze robi to tylko w Europie ze względu na zdziercze ceny.
tera kolejny dylemat do pokonania – kupowac lek ktory mi pan doktor od tropiklanych chorob przepisal przeciw malarii czy nie. podobno to stary i nie najlepszy lek, ale z drugiej strony jedyny ktory bialy czlowiek moze brac dluzej niz kilka miesiecy. a moze olac i go nie brac? tylu ludzi podrozuje po azji i nie faszeruje sie niczym preciwmalarycznym?? no nie wiem jeszcze pomysle.
kolejny zgrzyt – wiza do indii. Indie to taki bardzo mily kraj gdzie wiza jest ZA DARMO (taki Bangladesz np ok 50 dolców kurwa mać, z reguly 20-30 baksów), wielokrotnego wjazdu (w 99% wiza jest na jeden wjazd))i w dodatku na pol roku ( z reguly na miesiac i za kazdy dzien przedluzenia placisz kilka baksow, jesli w ogole jest taka opcja).
Wiec wydawaloby sie pieprzony ideał. jest jedno ale… dostaje się ją m.in po przedstawieniu zakupionego biletu lub potwierdzonej w biurze podrozy rezerwacji na lot w jedną i drugą stronę. Jeśli na przyklad zamierzasz z Indii nie wracać do swej ukochanej ojczyzny bo jest w niej wciąż w pizdu mroźno a ty wolisz ruszyć dupę na przyklad na Bali by ją wygrzać w tamtejszym sloneczku to musisz zaplanować to PRZED wyjazdem z Polski, a składając wniosek o wizę indyjską musisz od razu przedstawić bilet który zagwarantuje, że danego dnia wylecisz z Indii np do Birmy. Paranoja na maksa generalnie, bo przeciez ten bilet do Birmy kupisz sobie na miejscu w Kalkucie po wizycie w birmanskiej ambasadzie gdy juz uda ci sie uzyskac wize itd. cyrk. wiec choc kupując bilet do madrasu w styczniu doskonale wiedzialm ze nie wykorzystam go z powrotem to i tak zakupilam w obie strony by dostac bez problemu wizę. Niestety nie przewidzialam jednej rzeczy, pieprzonej biurokracji hinduskiej.
Otóż wiza będzie ważna od dnia wystawienia czyli od 1 do 3 dni od dnia złożenia wniosku. Jesli lecisz na 2 miesiące to masz to w dupie, ale jesli lecisz na 5 miesiecy i 20 dni (jak teoretycznie ja wedlug zakupionego biletu) to masz lekki problem – musisz ryzykowac i zlozyc wniosek o wize doslownie kila dni przed wyjazdem, bo jesli zlozysz ten wniosek wczesniej to nie beda mogli ci wystawic wizy bo jest ona wazna tylko pol roku i jej termin waznosci by minal przed twoim powrotem, choc oczywiscie bylbys tam krócej niz pol roku, no ale tu wracamy do problemu ze waznosc wizy zaczyna sie od jej wystawienia punkt jeden, a punkt dwa ze musisz miec zakupiony bilet powrotny by dostac wize.
pech cche ze lece w poniedzialek, tydzien po wielkanocy, którą z przyleglosciami zamierzalam spedzic na łonie rodziny odbębniając obowiązki córczyne. przyjenmniej bede miala pretekst by wrocic wczesniej by zlozyc pieprzony wniosek.
Oczywiście mogę zawsze zmienic rezerwacje i przelozyc powrót o miesiac wczesniej i isc po wize teraz, w koncu i tak nie zamierzam wykorzystywac tego biletu, ale szkoda mi 50 baksow ktore bedzie mnie kosztowac zmiana rezerwacji.

i takie wlasnie sa dylematy swiezo upieczonej podróżniczki. to te małe dylemaciki, są też poważniejsze typu – brac krem przeciwzmarszkowy na noc, czy wystarczy jeden na dzien i na noc,a czy ta druga odzywka do wlosow mi sie przyda czy se odpuscic, a podklad do twarzy brac czy wystarczy puder w kamieniu, a pedzelek i cien do brwi? to są dopiero problemy;), ale o tym innym razem

Jakiś czas temu byłam u lekarza chorób tropikalnych, oprócz recept i porad dostałam skierowanie na szczepienia. Szczepienia robią rano. Przez następny miesiąc każdego dnia, dzikim świtem dzwonił budzik, który skrzętnie przestawiałam o 15 min do przodu, co kończyło się zerwaniem z wyrka z obłędem w oczach jakieś połtorej godziny później. O tej porze pozostawało mi tylko ruszanie w te pędy do roboty, szczepienia przesuwając na dzień następny. „Pomyślę o tym jutro, jutro przecież też jest dzień” mówiłam sobie na pocieszenie hasło przewodnie mojej ulubionej bohaterki z dzieciństwa Scarlett O`Hary. Aż w nocy z niedzieli na poniedziałek, po powrocie z korbielowa, dogorywając z przezarcia w fotelu po Wojtkowych frykasach, z podejrzanie dużym zdziwieniem uświadomiłam sobie, że zostało mi raptem 6 tygodni do wyjazdu. Dostałam lekkich palpitacji serca myśląc ze strachem o liście rzeczy do zrobienia. Palpitacjami podzieliłam się z Gosią, która ma również na swojej liście spraw do zrobienia kilka rzeczy snujących się od pół roku, choć jak na razie nigdzie nie wyjeżdża. Oczywiście wszystkie do załatwienia o świcie. Zawarłyśmy deal, że dziś rano się zdzwonimy i nie pozwolimy sobie na prestawianie budzików. To działa. Dziś z dumą wykreślę jeden punkt pt. szczepienia. Acz był krytyczny moment w trakcie rozmowy z Gonią kiedy mówiłam sobie w myślach „spróbuj jeszcze 20 sekund mieć przytomny głos, a zaraz po odłożeniu słuchawki zaśniesz znowu jak kamień’. Ale byłam dzielna. Tak samojak przy nakłuwaniu 2 godziny później. Teraz napierdala mnei ramię, ale w nagrodę mam szpanerską żółtą książeczkę szczepień i czuję się jak skrzyżowanie beaty pawlikowskiej i tony`ego halika yo!;)

swoja droga jakby takie ‚urzędowe’i inne zdrowotne sprawy byly do zalatwienia tylko w srodku nocy to bym robiła za mistrza swiata skrupulatnosci, obowiązkowosci i dokladnosci.
chyba bym byla nudna…

MISIA była tak cudowna, że przebolałam ciapki którymi był przystrojony mój biust. Tyle tylko, że zamiast prężyć go jak zwykle he he trzymałam rączki założone z przodu i jeszcze program koncertowy rozkładałam szeroko. Być może z powodu tej dziwnej postawy przyciągałam więcej spojrzeń niż zazwyczaj. Albo z powodu glanów i kaptura bo towarzystwo w kongresowej było wyszukane niezmiernie. Pani Penderecka trzęsącym się ze zdenerwowania głosem odczytała, przejęzyczając się w co drugim zdaniu wykaz vipów które zaszczyciły imprezę. (ale to chyba nie z przejecia bo w koncu nie bylo prezydenta, tylko po prostu ta kobieta nie umie wystepowac publicznie, co odkryłam ze zdumieniem) Na szczęście dodawała kto jaką funkcję pełni, bo po samych nazwiskach nie skumałabym jaki zaszczyt mnie kopnął. A tak wiem, że słuchałam obłędnej muzy wraz z polityczną elitą tego kraju (tak, wiem, ze to oksymoron) z marszałkiem i prezydentem miasta stolecznego na czele. Genralnie dramat. Jedyny plus z tego towarzystwa taki, ze jak z radoscia na wstepie oznajmilam Mani która mnie zaprosila: „kurwa zajebiscie! jestesmy najmlodsze na tym koncercie! to mile, zapomniane uczucie”

A sama MISIA? cudowny głos, wywołujący ciarki przebiegające po kręgosłupie. charyzma i osobowość. Nie moja muza tak naprawdę i nie wiem czy będę słuchała jej płyt, raczej nie. ale na jej koncert chetnie sie jeszcze wybiore. Ania Mania uratowala wczoraj moj dzien tym wieczorem, dzieki Ci Pani:)))

Aha – oczywiscie jak bylo do przewidzenia dostalismy znowu złoty drób, ale jakie to ma robic wrazenie w obliczu 11 oscarow he he

Kurwa co za dzień, czas apokalipsy normalnie, jak ja nie lubie poniedzialku!!!! nawte nie mam czasu by opisac liste dzisiejszych klesk, wiec tylko jedno – huj w dupe temu skurwysynowi co musial przejechac przez srodek kaluzy obok mnie zamieniajac moja biala bluzke w bluzke łaciatą. skurwiel!!! oby ci gwozdiem lakierek porysowali! wiec dzis na koncercie MISI bede udawac ze ta bluzka ma taki wzorek i huj. dobrze ze przynajmniej na rozdanie Złotego drobiu nie ide, jeszcze bym sie zalapala do transmisji telewizyjnej i dopiero bylby dramat. Pierdole drób, to trzecie rozdanie zlotych kaczek za mojej kadencji w branzy filmowej i trzecie ktore olewam. ale impreza chyba bardzo stracila prestiz, skoro w zeszlym roku i dwa lata temu na moje zaporszenie bylo mase chetnych a w tym roku nikt nie chce hi hi. moze boja sie ptasiej grypy?


  • RSS