rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2004

… bo po tym jak marcie sie udalo podlaczyc z palmem do kompa w kafei, postanowilam dzis notke blogowa stworzyc w pieknych warunkach, nad brzegiem oceanu (ktory jest obledny wbrew temu co twierdzi Marta, no ale ja ogolnie mam swira na punkcie morza, to inna sprawa), popijajac sobie cold coffe shake. no i stworzylam i jest ona sobie w palmie tylko kurwa nie udaje mi sie podlaczyc tego palma do kompa. moze kiedy indziej ja wkleje, teraz mi sie nie chce tego ani przepisywac ani tworzyc na nowo w necie. w ogole dzis malo techniczncy dzien mamy z marteczka, obie jakies brzydkie przygody, z aparatem czy palmami, w sensie palmtopami, nie mylic z drzewem

ale po tym wkurwie z palmem przeczytalam notke marteczki i slodko mi sie zrobilo na duszy:)) www.olaboga.blog.pl jakby ktos nie wiedzial jeszcze:)

dzis w miescie byl pogrzeb, wczoraj zmarl ojciec wlasciciela moonracker, tu szybko grzebia, wiadomo, goraco, mieso sie szybko psuje, ludzkie tez. nie poszlysmy na pogrzeb bo mialam opory, ze to bedzie niegrzeczne z naszej strony, tak sie wpierdalac, ale okazalo sie ze jestem zbyt wrazliwa. Mick potem nam powiedzial, ze spoko moglysmy isc. kondukt zalobny szedl od domu nieboszczyka na cemntarz, orszak ozdobiony kwieciem, kobiety zostaly w domu, sami faceci, byly wystrzaly, ktore na plazy brzmialy jak armatnie i zostawialy na niebie okragla kule dymu. na ulicach byly fajerwerki, faceci tanczyli, cialo splonelo. szkoda ze nie widzialam tego na wlasne oczy, pozostaje mi miec nadzieje, ze jeszcze ktos umrze w jednym z miejsc w ktorych bede he he.

dzis wiec moonracker zamkniete, w ciagu dnia niektore kanjpy i sklepy tez byly zamkniete by okazac szacunek rodzinie. bialasy przeniosly sie wiec do sasiedniej galaxy. dobrze ze to hot season, bo gdyby tak ojciec zszedl w czasie sezonu to niezle straty by byly. no chyba ze wtedy money sa wazniejsze niz szacunek. mozliwe. tu wszystko jest mozliwe.

mike zabral nas do wypasionej jak na to miasteczko restauracji w miescie. powiedzial ze to posh miejsce i z tej okazji sie elegancko ubral. w podkoszulek jaki nosza robotnicy i wymiete i wytarte dzinsy. cala droge sie chichralam ze mick sie odwalil. coraz bardziej go lubie, choc wczoraj przegial troszke pale ze swoim zlym humorem, ale to akurat odbilo sie bardziej na marcie, ktora micka przestala lubic, za to mick bardzo sie teraz stara naprawic sytuacje i odrobic punkty u marteczki.

kurcze mam nadzieje ze uda mi sie jakos pozniej wkleic te notke co pisalam na plazy. chyba ze stacja dokujaca pierdolnela (Igor?????:)))

…wiec powinnam juz wiedziec, ze jak panowie sa bardzo mili dla dziewczynki to z reguly maja w tym swoj interes. ale chyba indie robia mnie bardziej naiwna niz bylam w polsce. to tak tytulem wstepu dlaczego nie pojedziemy do kashmiru, a przynajmniej nie do adzana i jego brata. przez caly wieczor wysluchiwalam glupot w stylu, ze jestem najpiekniejsza dziewczyna jaka widzal, ze od pocatku jak mnie zobaczyl, w jego sercu cos piknelo, ze caly wieczor czekal pod moim hotelem zeby mnie znowu spotkac i tego typu pierdoly. i o ile na poczatku bylo to nawet mile to po jakims czasie mialam ochote mu sprzedac porzadnego kopa. generalnie adzan mnie kocha miloscia wielka, wie, ze jestem ta jedna jedyna wyjatkowa itd. najlepsze jest to ze podobno hindusi sa tak strasznie sentymentalni, ze oni naprawde wierza w te pierdoly co wygaduja. w koncu udalo mi sie go splawic i pol godziny pozniej przyjechala marteczka! uhaa!!!!!! uchlalysmy sie wisnioweczka z majatku jablonna i byc moze dlatego dzis sie obudzilam z pierwszymi syfkami w indiach. do tej pory moja cera byla nieskazitelna i chyba jednak bede nadal praktykowala abstynencje skoro daje tak obledne efekty;)

Marteczka chodzi i wzdycha co chwile jak jest pieknie. oczywiscie jej wtoruje radosnie. jutro zamierzamy wtsac na wschod slonca nad oceanem i pozwiedzac temple poki nie zacznie sie najwieksza goraczka. no zobaczymy jak nam to wyjdzie, bo dzis wstalysmy po poludniu. ale poszlysmy spac po 4ej. jezu jak zajebiscie jest znow moc rozmawiac po polsku i to jeszcze z przyajciolka! zycie jest piekne…

mam ubaw po pachy bo biedna marteczka ma dokladnie te same problemy ze zrozumieniem akcentu hinduskiego jak i mickowego (mick pochodzi z birmingham, wiec jest ciezko…) co ja mialam jeszcze pare dni temu. na szczescie czlowiek sie szybko przyzwyczaja i zaczyna lapac. ale czasme jest ciezko, zwlaszcza z hindusami ktorzy naprawde slabo mowia a maja silna potrzebe pochwalenia sie swoimi lingwistycznymi talentami.

… to slowa ktore zawsze padaja, bez wzgledu na to ile mam zaplacic i jaki banknot podaje. rozumiem problem jak wyciagam 500 rupii, ale kiedy mam zaplacic 40 rupii za cos i daje banknot 50 rupii i facet nadal nie ma wydac to jakby cos nie halo, czy nie? pare dni temu nalewalismy sie z tego z pozostalymi bialasami. kazdy z nas spotyka sie z tym na kazdym kroku. i w wielu przypadkach jest to naciaganie, licza ze machniesz reka na te drobne, ale w wiekszosci oni naprawde nie maja zadnej kasy. spozywcze stoisko, woda, fajki, owoce wiec co chwile ktos cos kupuje a sprzedawca ma zawal w oczach bo mu podajesz 100 rupii. dzis uslyszalam sensowna wersje dlaczego tak jest. niejaki ADZAN (ac pewnie zle zapamietalam jego imie) wyjasnil mi ze ludzie tutaj z kazda zarobiona kasa biegaja od razu do banku albo do skarpetki w domu. ale nie dlatego ze sie boja zlodziei tylko udaja przed swoimi sasiadami ze nie maja pieniedzy. w ogole dowiedzialam sie roznych ciekawych rzeczy od Adzana. najciekawsza znajomosc jaka nawiazalam w tej podrozy. wlasciwie poznalam go pierwszego wieczora w mamallapuram, kiedy zaczepil mnei jak przechodzilam obok jego sklepu z ciuchami i tak codziennie gadalismy coraz wiecej (ze wszystkich tubylcow z jakimi gadalam mowi najlepiej po angielsku) az dzisiaj musialam sobie kupic spodnie, bo wszystko co przywiozlam jest juz zeszmacone i wysyfione na maksa i zagadalam sie najpierw z jego bratem, ktorego imienia nie pamietam za cholere, a potem z Adzanem wlasnie i nie obejrzalam sie az minely 4 godziny! okazuje sie oni nie sa z tamil nadu tylko z kashmiru, powinnam byla po wygladzie zorientowac sie ze nie sa tamilami, ale jeszcze za malo rozrozniam typy. a kashmir to dream-destination i moja i marty. obaj bracia od 8 lat spedzaja 8-9 miesiecy w mamallapuram, prowadzac swoj sklep i robiac kase, a w czasie hot season wracaja do kashmiru, gdzie jest ‚much, much cooler’, czyli jak nasze lato. no i wlasnie jada tam za tydzien i serdecznie zapraszaja. mozemy mieszkac u nich w domu z ich cala rodzina, obwiaza nas po calym stanie itd. a to by bylo fajne, bo przeciez w kashmirze jest cos pomiedzy stanem wojennym a wojna i choc turysci maja normalnie wjazd to zbyt bezpiecznie nie jest poruszac sie samemu. a ja bym strasznei chciala pojechac do kashmiru, no i umowmy sie ale mieszkanie u tubylcow w domu, poznawanie ich codziennego zycia, zwyczajow, ulubionych miejsc to przygoda na maksa. no, zobaczymy co powie marteczka. to 5 tysiecy kilometrow na polnoc, a my mialysmy jechac na poludnie i uderzac na sri lanke, wiec jakby odwrotnie he he.

od Adzana dowiedzialam sie mase interesujacych rzeczy o Indiach, o tubylcach, o kobietach, dlaczego nosza sari, itd, ale o tym pozniej, bo zaraz mi zamkna kafejke.

micka kolezanka, ta co siedzi w pierdlu w indiach to chyba miala przy sobie wagon tej trawy ze dostala 10 lat. poniewaz ta historia mnie zadziwila wiec dzis wypytywalam kazdego tubylca, z ktorym dluzej gadalam i okazuje sie ze za posiadanie praktycznie nigdy sie nie laduje w wiezieniu, najlepiej wybrnac z klopotow dajac lapowke, a jak nie masz na lapowke, to prawo pozwala ci sie wymigac jesli oswiadczysz ze jestes narkomanem i pojdziesz na odwyk (brzmi znajomo, nie? he he), no ale dla tubylcow to hanba na maksa bo wtedy traca kompletnie szacunek w rodzinie, u sasiadow itd. prznajmniej w tamil nadu, to zdaje sie bardzo przywiazany do tradycji stan, gdzie troszku staroswieckie panuje myslenie (tak mowia sami mlodzi tamilowie). turystow sie nie rusza, no chyba ze specjalnie po to by wyciagnac lapowke, ale nikt ich do pierdla nie chce wsadzac. natomiast idzie sie do pierdla (no chyba ze sie placi lapowki) za dilerke, ale sie dostaje od 6 mies do roku, wiec troche kurde jakby mniej niz twierdzi mick. i pewnie dlatego wszyscy backpackerzy przypalaja tu non stop. budze sensacje lekka wiec jak oswiadczam ze ja pale tylko papierosy.

marteczka w samolocie, za pare godzin bedzie ze mna! posprzatalam w pokoju, zakupilam zapas wody i banany, zamiast chleba i soli, oraz papier toaletowy (takie zachodnie luksusy to wala po kieszeni – 38 rupii, dobre danie w restauracji kosztuje 40!:) no i bede czekac…

wczoraj mialam ubaw po pachy obserwujac Micka, laski z nowej zenlandi, przezabawna angielke, i dwoch tubylcow, z czego jeden jest dilerem numer jeden w miescie i ma odpowiednie imie GURU;). grali w zgadywanie ile jest zapalek (kazdy mial do dyspozycji 3) we wszystkich wyciagnietych piesciach.kto zgadl trafnie odpadal z gry. ostatni za kare ze przegral musial wypic pol szklanki wodki. no taak… u nas w kraju to wodka by byla nagroda a nie kara… odmowilam uczestnictwa w grze bo wiedzialm ze jak przegram to sie porzygam na stol probujac wypic ciepla wode. Siran, jeden z tubylcow co gral, jak przegral zrobil sie prawie bialy ze strachu, w koncu wypil te wode, po czym w pospiechu nas opuscil w wiadomych celach. dzis mnie dorwal w jednej knajpie i przez pol godziny opowiadal mi o problemach ze swoja zona, ktora jest hiszpanka. co ja kurna spowiednik jestem? jedyna osoba wczoraj ktora chciala przegrac byl mick, ale jak na zlosc caly czas odpadal w pierwszej kolejce.
dwa dni temu sie wreszcie dowiedzialm ile Mick ma lat. 41. myslalam ze jest blizej 50tki i to nawet biorac poprawke na zniszczenie skory przez slonce, skoro przyjezdza tu od 10 lat i nigdy nie uzyl cienia filtra przeciwslonecznego. jest malym, chudym pokurczem, z rozwichrzonymi, mocno przerzedzonymi kudlami, z calkiem przystojna, meska twarza, poorana zmarszczkami, no i ma beznadziejne tatuaze. na plecach ma laske z golymi cyckami, na przedramieniu kwiatka i napis love england, itd, no generalnie dramat. mysle ze siedzial kiedys w wiezieniu, do indii przyjezdza nie tylko by remontowac lambretty, ale bo czuje sie tu jak krol zycia, wszystko bajecznie tanie, trawy w brod, systematyczna wymiana panienek, czego chcec wiecej;) generalnie mick jest bardzo prostym facetem, ale lubie z nim gadac. jest rownoczesnie bardzo cieplym i milym facetem. na pewno zawdzieczam mu fajne wejscie w mamallapuram i to ze pierwszego dnia czulam sie tu jak u siebie. a ze juz nie budzi mnie rano przynoszac mi kawe do pokoju, odkad domyslil sie ze ‚nic z tego nie bedzie’to inna sprawa hi hi

internet…

6 komentarzy

to jest ten jedyny minus mamallapuram w odniesieniu do chennai. internet jest dwa razy drozszy i powolny jak stuletni zolw, bo lacza sie przez telefon. wiec wydaje tu majatek a i tak mam poczucie winy ze nie wyrabiam z odpisywaniem na wszystkie maile
poza tym mamallapuram nie ma minusow:)

jutro przyjezdza marteczka, pozna noca, bede koczowac w knajpie na tarasie przy naszym pokoju by zgotowac jej godne powitanie. niestety spluczka jest juz swietej pamieci. chyba ja skutecznie wykonczylam przez te pare dni. dzis nawet mi pan ja zreperowal i dal 2 minutowa instrukcje jej obslugi (slowly, slowly, delicate, yeah, good!), ale pierdolnela dwa uzycia pozniej. Marteczko bedziemy splukiwac kublem! sitko pod prysznicem oczyscilam ponownie, ale i tak sie zapycha, chyba te tony piahu co na sobie przynosze z plazy maja zly wplyw… no i najgorszy nius to ze do pokoju obok dzis sie wprowadzilo 3 hindusow (pokoj jest double i ma dwa lozka zlaczone, nie chce wiedziec co oni tam robia). co sie w ciagu dnia pojawialam to siedzieli na tarasie, dokladnie pol metra od drzwei wejsciowych do mojego pokoju i sie glupio gapili. a jeden z nich polozyl sie spac w ramach sjesty na podlodze, niemal blokujac mi wejscie do pokoju. no i nawet nie potrafia powiedziec dzien dobry. a ze good morning madam slysze tu co krok wiec sie rozwydrzylam i oczekuje kulturalnego zachowania. ja wiem ze ten taras jest dla wszystkich gosci ale przyzwyczailam sie ze na calym pietrze mieszkam tylko ja i teraz sie czuje jakby mi sie ktos wpieprzyl do mojego domu. przez pierwsze dwa dni w tym pokoju mieszkal bialas, ktorego na wlasny uzytek nazwalam ‚chrystusem’ (mial kedzierzwae dlugie jasne wlosy, brode, a w nocy w oknie umieszal swiecacy sie na czerwono krzyz), i on tez sie lubil wylegiwac pod moim pokojem ale spierdalal jak tylko sie pojawialam w zasiegu wzroku wiec mi nie przeszkadzal. chyba bal sie kobiet bidulek. jak mnie mijal na ulicy to odwracal glowe w druga strone. aha – hindusom dzwoni komorka z melodyjka ‚i wish a merry christmas and happy new year’, jak bedzie dzownila za czesto to sie wynosze z ramakrishna lodge. oczywiscie juz razem z marteczka:)

chrystus nie jest jedynym dziwakime jakiego tu spotkalam. poznalam na przyklad waldemara, ktory smialo moglby zagrac w nowej wersji krzyzakow, ta twarz, ta postura, ta sama wyniosla mina. jego rodzice zostali wysiedleni z polski po wojnie i mieszkaja w niemczech, wiec chyba nie ma cieplego stosunku do polski. zaczal sie chwalic swoimi zdolnosciami lingwistycznymi i mowi „JA LUBRZE”, no to ja wytzreszczam oczy, powtorzyl to pare razy i pyta ‚czy ty mowisz po polsku” ja mu , ze przeciez mowilam mu ze jestem z polski to jak mam nie mowic i ze go nie rozumiem, no to on ze ‚a lot of love’, chcial powiedziec ‚ja lubie cie’, cymbal. po czym z perfekcyjnym akcentem zapodal ‚i huj ci w dupe’. waldemar siedzial przy stoliku milczaco, czasem cos szemral, tak ze nie wiedzielismy czy mowi do siebie czy do nas, po godzinie sie poderwal, wyszedl bez slowa i wiecej sie nie pojawil. bog z nim.
innego wieczoru dwie laski z nowej zelnadii, zdecydowanie naduzywajace marihuany. nastepnego dnia mick zaczal mnei wypytywac co o nich mysle, okazalo sie ze ma spiskowa teorie ze sa lesbijkami. czyli jednak nei udalo mu sie zbalamucic tej ladniejszej he he. na mnie juz chyba polozyl krzyzyk bidulek, choc wciaz co drugi wieczor probuje mnie upic pod pretekstem, ze musze udowodnic ze jestem z polski. cholera ale jak ja mam pic to slodkie gowno ktore hindusi nazywaja wodka? i to cieple? bleee

przynajmniej kilka razy dziennie ktos z tubylcow proponuje mi zakup trawy i sa w ciezkim szoku jak mowie ze pale tylko papierosy. rzeczywiscie, wsrod backpackerow jestem wyjatkiem. a wczoraj sie doweidzialm od micka ze za posiadanie najmnijeszej ilosci ziela idzie sie do pierdla na 10 lat. tyczy sie zarowno tubylcow jak i bialych. wcielo mnie. i te 10 lat, i to ze w obliczu takiej kary sa tak wyluzowani z ofertami. Micka kolezanka z anglii siedzi czwarty rok w pierdlu bo nie zaplacila na czas duzej lapowki by policjanci ja puscili. a jej facet poszedl na 3 i pol roku tylko dlatego ze byl z nia. strach sie kurde z kims zadawac

gdy sie spaceruje po plazy o zachodzie slonca spod stop pierzchaja stada krabow. od takich malutkich co maja kadlubek wielkosci paznokcia dziecka do takich calkiem sporych bydlunow o korpusie w rozmiarze piesci. sa niesamowicie szybkie, nie mozna nadazyc wzrokiem za ich ruchem. a jak usiasc i sie przyczaic to zaczynaja wychodzic ze swoich dolkow i spacerowac w poszukiwaniu zeru. i wtedy poruszaja sie jak primabaleriny. korpus uniesiony w gorze na pajeczych, kablakowato wygietych nozkach; wygladaja przekomicznie. wystarczy najmniejszy ruch i spieprzaja do dolkow.

na dzis zaplanowalam podroz do miejsca ktore sie nazywa trikkanakaripurum albo cos takiego. powtarzalam dzis sobei te nazwe z tysiac razy i za cholere nie wchodzi. 14 kilometrow od mamallampurum a autobus jedzie 45 minut he he. no ale skoro podroz z chennai (50 km) zajela mi 4 godziny to o czym my mowimy. do trikacostam pojechalam by zobaczyc piekna wedlug lonely planet swiatynie stojaca na wysokim wzgorzu. lojalnie uprzedzili ze prowadzi do niej 600 stopni i trzeba wchodzic na bosaka. to swiatynia shiwy i jakies bardzo wazne miejsce do ktorego tubylcy poboznie pielgrzymuja. autobus huj wie czemu wysadzil mnei na obrzezach miasteczka i w pelnym sloncu zapieprzalam prawie pol godziny. w polowie drogi zobaczylam gore i swiatynie na niej i juz wiedzialam ze bedzie ciezko. pomyslalam sobie, co tam 600 stopni i upal, pomalutku dam sobie rade. w koncu doszlam i juz bylam wykonczona. odbylam przeprawe z naciagaczami ktorzy chcieli ode mnie obledna kase za przechowanie butow, bo nie wolno ich brac ze soba ponoc nawet w plecaku i za aparat fotograficzny. zamiast zadanych 200 rupii zapalcilam w koncu 20 ale i tak chyba mnie naciagneli. w koncu przekraczam brame i widze schody. w pelnym sloncu. pomyslalam sobie ze pewnie sa gorace po czym weszlam na nie. i poprulam jak opetana w gore. te pieprzone schody wrzaly!!!!! juz wiem jak sie czuje czlowiek ktoremu przypalaja stopy na torturach. zapieprzalam jak meserszmit przez kazdy kolejny odcinek schodow do zbawczego cienia, ktory od czasu do czasu sie pojawial. a hindusi szli sobie spacerkiem i nalewali sie ze mnie jak glupi. nie wiem co oni maja na podeszwach stop ale to na pewno nie jest ludzka skora… w kazdym razie mysle ze nie pod presja to po plaskim bym nie biegla tak szybko jak po tych cholernych schodach pod gore. byly chwile kiedy prawie plakalam z bolu, powaznie. i byly chwile kiedy myslalam ze zaraz zejde na zawal. total! swiatynia okazala sie byle jaka na maksa, w dodatku obsadzona przez zebrakow wiec szybko zwialam. za to widoki z gory warte byly tej meki! generalnie w tej okolicy jest na maksa plasko, wiec dorwanie sie do dobrego punktu widokowego bylo zajebiste. u samego dolu miasteczko i piekne wybujale swiatynie a w dal przestrzen, troche jakby stepu, pola (nic na nich teraz nie rosnie, za goraco) i moje ukochany palmy. a jak zbiegalam po schodkach to hinduscy pielgrzymi radosnie wiwatowali kazdemu etapowi mojego biegu. czulam sie jakbym startowala w olimpiadzie. a ci cholerni pielgrzymi mogliby sie bardziej zajac swoim shiwa a nie biedna turystka;)

w miasteczku trkacostam byl akurat jakis festiwal, nei wiem jaki bo to juz nieturystyczna miejscowosc wiec nikt nie mowi po angielsku. na ulicy staly wozy w ktore zaprzegnieto byki z pomalowanymi rogami i roznymi wisiorkami zawieszonymi na lbach, a na wozach byly jakies chyba oltarze oprawione kwiatami. bajecznie kolorowe i blyszczace. tabuny policji co jakis czas dawaly znak, wtedy kolesie zaczynali walic w bebny, wozy przejezdzaly kilka metrow, policja znow dawala znak, wozy stawaly, koleisie przestwaiali bebnic. mijalo 10 minut i cala zabawa od nowa. nie mam pojecia o co chodzilo. gdy w koncu wrocilam do mamallapuram bylam zjebana na maksa i pokryta gruba warstwa brazowo-pomaranczowego pylu.

sily strarczylo mi akurat by sie wywalic na tarasie w hotelu i podziwiac widok (ten sam co jest z okna pokoju). juz chyba pisalam ze jest to zielony staw okolony palmami i domkami. jak sie patrzy w dal to jest to piekny widok. a jak sie spojrzy troche w dol, tak z bliska, to widac piekne wysypisko smieci w tym jeziorku, obrzydlwe chaszcze i bloto w ktorych sie tapla stado swin. jak tak sobie patrzylam jak one w tym zeruja to niebiosom dziekowalam ze jestem od tylu lat wege bo bym sie porzygala zapewne. i jaki z tego plynie moral? nigdy nie patrz w dol, zawsze w gore!

Mick, ktory mieszka tu od 10 lat a nigdy w trikacostam nie byl popatrzyl na mnie jak na wariatke i spytal ‚czy ty nie mozesz sie po prostu zrelaksowac? nie za duzo zwiedzasz? zostaw sobie cos na przyjazd twojej przyjaciolki ha ha’. no przeciez zostawilam prawie cale miasteczko i temple czyli to co najwazniejsze, nie? a jutro mam ambitny plan wypozyczyc rower i pojezdzic troche po okolicy. jak nie bedzie notki to znaczy ze jednak zeszlam na zawal

po huj siedzialam 3 dni w tym madrasie to ja nei wiem.. zadaje mi to pytanie kazdy komu nieopatzrnie sie przyznam i nie znam dobrej odpowiedzi… usprawiedliwia mnei zatrucie ale to jeden dzien tylko he he. generalnie mamallapuram jest tak absolutnie zajebiste ze wymiekam. oczywiscie ma swoje minusy, na przyklad dziewczynki z wioski rybackiej o ktorych pisalam wczoraj, co bawily sie na plazy ze mna i mickiem a potem zaprosily mnei do swojej chatki itd dzis zapieprzyly mickowi kase z portmonetki w czasie ‚zabawy’. nei jakas wielka kase ale chodzi o fakt. no i tak wlasnie jest tutaj…

bylam dzis na farmie krokodyli. zajebista sprawa. sa obledne, zastygaja w najdziwniejszych pozycjach i trwaja tak nieruchomo, z otwarta paszcza liczac ze przeplynie przez nia rybka. a jak trzeba potrafia byc szybkie. bardzo szybkie! mnostwo ich, cale stada, jeden na drugim leza, laza po sobei i sie przewalaja. cudne sa. napstrykalam zdjec jak glupia, ale to trudne obiekty bo i w cieniu sie glowne kryja i maja kryjace kolory wiec pewnie te zdjecia beda nedzne. w ogole rozszyfrowynia opcji mego aparatu idie mi kiepsko hi hi.
leniwie mija czas, sporo sie obijam, tu se poplywam w oceanie, tu wypije lassi czekoladowe (nie takie cuda wymyslaja dal turystow he he)
wczoraj wieczorem bylo mi tak nostalgicznie smutno troszke, bo byly ani urodziny i nie spedzalam ich z nia. siedzialm sobie w knajpce wypelnionej bialasami z mickiem i parka angoli i oni byli bardzo mili i fajnie sie gadalo ale o ile bardziej wolalabym siedziec w tej pieknej scenerii z moimi przyjaciolmi. poza tym brytyjski akcent mnei meczy i wkuriwa mnie ze nie wszystko rozumiem. no ale niedlugo bedzie Marteczka:))) na jej czesc oczyscilam sitko pod prysznicem, opanowalam spuszczanie wody w przedpotopowym modelu kibla jaki jest w lazeince he he no i jeszcze bede musiala zrobic porzadek. aaa!!!!

o ile w madrasie spotkalam 2 milych hindusow, to tutaj jest ich na peczki. jesli czyms wkuriwiaja to tylko nagabywaniem do zakupienia czegos, ale robia to w tak przemily sposb ze mozna im wybaczyc. przynajmniej jeszcze drugiego dnia hehe. najgorsze ze moje silne postanowienie ze nic nie bede kupowac zaczyna sie walic w gruzy… takie sliczne torebkli, spodnie, sandaly, bluzki, narzuty, rzezby, wybor tak ogromny z emozna dostac swira. na razie jestem twarda.

najbardziej tu szaleja z rzezbami, bo maisteczko slynie z oblednych rzezb w starych swiatyniach, ktore zobacze jak przyejdzie marteczka raem z nia, mysle sobie, no i testrerzezby tak podzialaly na tubylcow ze co drugi tutaj rzezbi w kamieniu. co chwile na playpodchodzi koles z pudelkiem i pokazuje ci rozne wisorki,z sziwa, wishnu, ganeshem, jaszczurka, delfinkem itd. potem wracasz do hotelu i pod rdzoe mijasz co krok stosiko gdzie sprzedaj rzezby najrozniejszch ksztaltow i wielkosi i kolesie na mijscu to wykujwaja w kamieniu. rzezby sa absolutnie piekne. acz nie na tyle bym sie zdecydowala jakas tachac przez nastepny rok na plecach;)

… na zadne z moich kont, cholera wie czemu, wiec na poczatek absolutna prywata skoro nie dane mi wyslac maili (jak nie sraczka to urok…)
ANECZKA – najlepsze zyczenia urodzinowe kochanie, mysle dzis o tobie caly dzien, zreszta w poprzednie tez baaardzo czesto:))) kocham cie i wiesz czego ci zycze…
MARTECZKA – absolutnie nie jedz do chennai – od razu bierz takse do mamallapuram, tu jest zajebiscie!!!! ktorego dokladnie przyjezdzasz? bo daty mi sie popieprzyly, najlepiej wstaw odpowiedz w komentarzach bo huj wie co z tym onetem. mam dla nas zajebisty pokoj, dwojka, ale za sto rupii wiec od razu wzielam:) w pokoju jest milusio chlodno!!!! i to nawet bez wiatraka! i jest ladny bardzo widok i jest knajpa na dachu i w ogole czad. cena jest taka ze ten ladny widok sklada sie z takiego malego zielonego stawu od ktorego czasem zalatuje sciekiem, ale sama zobaczysz ze i tak fajnie jest;) aha – i tradycyjnie juz zapchalam sitko pod prysznicem, fok! i mam wielka prosbe kochanie bys zakupila mi opakowanie immodium (dziala fenomenalnie!) i wlasnie jakies sulfacos tam, lagodniej dzialajace a tez pomagajace na diarhoree…;) i jesli znajdziesz chwile to gdybys mogla wziac od Ali recznik, jeden z tych moich na podroze, co jest jak scierka, Ala wie ktory, taki wiekszy pliiiz. jak ci sie uda to byloby super:) aha – nocleg mamy w sri krishna lodge, 8 othavada street, pokoj 18, w mammalapuram oczywiscie:)

a teraz ogolnie:
o ile jak bylam w madrasie vel chennai to czasem tak sobie myslalam, ze trzeba byc niezlym pojebem by sie cieszyc ze jest sie w tak ohydnym miejscu, to teraz z reka na sercu – naprawde mozecie mi zazdroscic! piedziesiat kilometrow od madrasu, nad brzegiem morza, male miasteczko, maks turystyczne, ale jako ze w indiach jest teraz hot season wiec jest to out of season wiec turistow jak na lekarstwo, a atmosfera jest senna i leniwa. od huja palm, zarowno tych niskich jak i tych bujajacych sie na horyzoncie do samego nieba. ocean slony i cieply, miejscami goracy, fale robia niezly masaz, na plazy drewniane lodzie rybackie, czyli pare pali zwiazanych razme. kurwa sielanka na maks. do tego po okolicahc rozsiane stare swiatynie, robiace za jedna z najwiekszych atrakcji do zwiedzania w calym Tamil nadu. brzmi niezle co? tak, sama sobie zazdroszcze…
na wejsciu zapoznalam sie z Mickiem, angolem wygladajcym mniej wiecej jak jeden ze stonsow (w sensie zniszczenie materialu). od dziesieciu lat mieszka na przemian pol roku w anglii a pol roku wlasnie w mamallapuram, gdzie kupuje stare lambretty i vespy, po czym dokonuje ich renowacji (jedna ok 3 tygodni), przewozi je do anglii i tam spyla za odpowiednia sumke te skuterowe zabytki. nawet taka lambretta mnie przewiozl po okolicy, zajebista sprawa.

zakolegowalam sie tez z dziewczynkami z wioski rybackiej, zostalam zaciagnieta do ich domu, czyli bardzo biednej chatki, pokrytej trzcina i z usypanym klepiskiem w srodku. i .. telewizorem! cywilizacja… dziewczynki wymalowaly mi czerwona kropke na czole, szyi i na lini wlosow i teraz wszyscy sie na mnie patrza jak na turystke debilke. oczywiscie nic za darmo i musialam kupic dzieciakom ciastka hi hi.

i w ogole wszystko tu sie wydaje inne, jakbym wyjechala do innego kraju nagle. hindusi sa calkiem do zniesienia, juz nie patrza sie na mnie jakby wyliczali sobie w myslach pozycje w ktorych chca mnie zerznac, albo odwrotnie, z natchnieniem jakby matka boska splynela z niebios. teraz patrza sie na mnie jak na chodzacy portfel i to jest cos do czego przywyklam i co akceptuje.
za to przypomnialo mi sie ze przez 3 dni w madrasie spotkalam jednak milych hindusow. dokladnie dwoch! jeden to starszy pan, ktory siegal mi do ramienia i przeprowadzil mnei przez ulice, bo sama sie balam,
a drugi to portier w hotelu, ktory jak mu odruchowo powiedzialam ze pracuje u dystrybutora filmowego, nastepnego dnia wybral dla mnei fragmenty gazet hinduskich gdzie bylo cos o filmie (np sylwetka nicholsona). po za tym cala reszte bym wybila.

i tyle.. nie mam serca wiecej pisac jak tu jest oblednie piekne. przyjezdzajcie! Marteczka – nie moge sie doczekac az bedziemy sobie nawzajem powtarzac ” kurwa jak tu pieknie” „jezu jak jest zajebiscie!”
czego wszsytkim tez zycze:)

to moj dylemat od rana – czym sie strulam. chyba jednak aloo tika. jest to powod dla ktorego wciaz jestem w madrasie.
oczywiscie zawsze zakladalam ze predzej czy pozniej nadejdzie ta noc, ktora spedze nad kiblem wypruwajac z siebie flaki, ale zeby byla to druga noc???

w kazdym razie bez stresu, sa lekarstwa na takie rzeczy i jutro jade w koncu do mamalapuram.
teraz spadam sie kurowac dalej, przepraszam ze nie odpisuje na maile, ale po takiej nocy… sami rozumiecie ze moge byc zmeczona;)

niech to szlag! stworzylam wielka wypasiona notke o tym co widzialam w madrasie i znowu poszla w sufit, chyba dlatego ze nie dalam naglowka.

wiec tak skrotowo – dzis sie przekonalam ze choc madras jest miastem absolutnie okropnym to jendak ma pare fajnych miejsc, zwlaszcza high court building, podobno najwiekszy kompleks sadowniczy na siwecie, zaraz po london court. imponujace, wielkie, piekne, czerwone budynki w stylu indo- saracenic (cytujac przewodnik hi hi) sa naprawde obledne. na calym terenie pomykaja tlumy prawnikow i cywili oddajacych sie w rece temidy. prawnicy wyrozniaja sie smiesznymi czarnymi pelerynkami, ktore nosza pomimo tragicznych upalow. kobiety zarzucaja te pelerynke na tradycjne hinduskie stroje, czyli sari lub salwar kameez (zestaw szerokich spodni, tuniki z rekawami i szarfy na szyje) a mezczyzni na klasyczne, zachodnie spodnie i koszule. i tak samo na ulicach – babeczki sa wierne tradycji a panowie dostosowali sie do zachodu. ale caly czas uwazam ze to nei milosc do tradycji u kobiet tylko kobiecosc objawiajaca sie w tym ze wiedza doskonale ze swoimi gigantycznymi tylkami (prawie wszysyc maja nadwage) w normalnej spodnicy czy spodniach wygladalyby jak slonice, tymczasem w sari wygladaja pieknie i sexy. tez chce sari! i chce umiec je upiac i nosic!
a wracajac do sadu, to w tych imponujacych budynkach sa korytarze pelne malych dziupli, robiacych za kancelarie, gdzie przy obdrapanych stolikach prawnicy przyjmuja petentow, rozbrzmiewa stukot MASZYN DO PISANIA (nie widzialam ani jednego komputera!) a do sufitu pna sie polki pelne stert papierzysk. niezle archiwa… nie chcialabym miec porblemow z prawem w indiach…

BOLLYWOOD
nie zrobilam jednak kariery aktorskiej. za to w studio filmowym trafilam na krecenie reklamowki nowego modelu parasolki (sic!) i mialam ubaw po pachy, obserwujac zmagania ekipy ze staroswieckim sprzetem, oraz ‚gre’ aktorek. glowna bohaterka, ktora pomimo niezwykle bialej skory pokazala sie byc hinduska byla ubrana tak, jak zadna hinduska by na ulice nie wyszla, czyli w fioletowa, na maksa badziewna sukienka mini z duzym dekoltem i w butach na koturnach. polewana deszczem z sikawki wykonywala jakies dziwne ruchy rekoma, ktore budzily niezrozumialy entuzjazm u meskiej czesci ekipy i na koniec rozpinala parasolke. a dwie biale backpackerki staly za nia i wykrzywialy buzie w toatlnym zdumieniu jakby zobaczyly wniebowstapienie. nie odmawiam bynajmniej dziewczynom talentu aktorskiego, takeij przesadnej mimiki najwyrazniej oczekiwal rezyser spota. ktory zreszta probowal przekupic mnei herbata bym tez zagrala w tej reklamowce, ale uznalam ze zachowam moje talenta i swieza w branzy twazr dal jakeigos powaznego dziela kinematografii tamtejszej. nie sprzedam sie reklamie za kubek herbaty, nie?;)

zostalo mi jedno miejsce jeszcze do zobaczenia – theosphical society, chyba polaczenie barku z ogrodem botanicznycm i miejscem do rekreacji, ale glownie jest zalecane jako wytchnienie od miasta, wiec ja chyba se wytchnie wyjezdzajac z niego do mamalapurum.

swoja droga wciaz nie jechalam autoriksza. caly czas poruszam sie komunikacja publiczna i jest to niezwykle doswiadczenie…

i jeszcze jedno – jadacy do indii powinni miec na biletach ostrzezenie jak palacze na pudelkach papierosow:
„oddychanie przez nos grozi trwalym uszkodzeniem wechu i/lub psychiki a nawet smiercia!”.
to jest zdradliwe. czlowiek idzie sobie ulica, od grupki przechodzacy hindusek dobiega won cudnych olejkow jasminowych, sandalowych i innych, z knajpek plyna zapachy prepysznego zarcia, czlowiek jak glupi sie zaciaga i nagle jego nos porazaja szczyny. dramat! wali prawie wszedzie i to naprawde dramatycznie. w sumie nic dziwnego zwazywszy na ilosc bezdomnych koczujacych na ulicach.
znamienne jest ze do ich widoku czlowiek przyzwyczja sie przerazliwie szybko. do smrodu nie. wech wrazliwszy niz psychika? Well…

hindus siedzacy obok mnie zaraz dostanie w ryj. jesli jeszcze raz mnei „niechcacy” potraci i dotknie, spyta ile mam lat i skad jestem i czy moze poczytac moja ksiazke to naprawde dam mu w ryj! i moze zamiast gapic sie na mnie niech sie gapi w komputer za ktorego uzywanie w koncu placi he he.
no i tak tu jest – budze sensacje mniej wiecej taka jaka w warszawie zrobilby pochod gwaizd hollywood z bradem pitem na czele. nie sadze by az tak bylo w calych indiach, po prostu w chennai jest chyba bardzo malo turystow. na razie widzialam jedna biala pare, wyjezdzali z hotelu jak ja sie do niego sporwadzalam, i jedna pare backpackerow na ulicy. i to wszystsko, poza tym, na te dzikie przewalajace sie tlumy ludzi zadnych bialasow! w sumie nie dziwota. madras jest przerazliwie brzydki, brudny i smierdzacy. masakra. mam wrazenie ze tu sa same slumsy. mur okalajacy budynek policji obok mojego hotelu jest pokryty napisami – do not pass urine here, it`s police station – i zapewne tym samym tekstem w jezyku tubylczym. podoba mi sie ten powod zakazujacy lania ludziom po murach – bo to policja. po czym innym mozesz lac ile wlezie. no i czuc ze z tego korzystaja.
oczywiscie te wszsytkie niedogodnosci nie zmieniaja faktu ze czuje sie zajebiscie szczesliwa. to jest dokladnie to uczucie jakie mialam prawie dwa lata temu w kambodzy. fajnie jest miec je znowu.
pierwszy szok przezylam juz na lotnisku. madras – czwarte co do wielkosci mistao w indiach, miedzynarodowy port lotniczy. przyrzekam – stacja kolejowa w suwalkach jest wypasionym miejscem przy tym lotnisku. i chyba po tym lotnisku powinnam byla sie domyslic jakie bedzie miasto hi hi. ok 4ej w nocy, po ilus kontrolach w koncu opuscilam ten sliczny przybytek i wyszlam prosto w tlumek kierowcow autorikszy, ktorzy nie chcieli zrozumiec ze ja naprawde zamierzam poszukac kolejki podmiejskiej by sie dostac do miasta. bylam z siebie na maksa dumna, bo odnalazlam te stacje, kupilam bilet, znalazlam wlasciwy peron i nawet dojechalam tam gdzie mialam dojechac. pomijam ze ponoc wszyscy biali biora zawsze taksowke lub autoriksze, to nawet hindusi z ktorymi lecialam samolotem nie wiedzieli ze jest jakis pociag w ogole pod lotniskiem hi hi.
jechalam syfiasta do bolu kolejka, bez okien i drzwi, z platami farby zlazacymi ze scian, twarde siedzenie bezlitosnie obijalo mi tylek i czulam sie jak kolumb czy vasco da gama. i oblednie szczesliwa. czasami czlowiekowi naprawde niewiele trzeba;)

i jeszcze cofajac sie do poniedzialku 19 kwietnia, na lotnisko okecie (ktore teraz zawsze bede uwazala za ekskluzywny p[ort lotniczy),
dziekuje wszystkim ktorzy przyszli mnie odprowadzic. od tamtego momentu chodzi mi po glowie strasznie zarozumiala mysl ze nikt na swiecie nie ma tak cudownych przyjaciol i zajebistych znajomych jak ja. no ale jak ja mam myslec inaczej po takim pozegnaniu jakie mi zgotowali? no jak? i wlasnei wtedy, kiedy sie zegnalismy, po raz pierwszy pomyslalam, ze moze powrot wcale nie bedzie taki zly?, ze co wiecej, moze nawet bede sie cieszyc jak bede wracac? no to jeszcze odlegla chwila dosc, a na razie DZIEKI:)

PS obiecalam sobie ze obedzie sie bez taniego sentymentalizmu ale chyba sie nie dalo…


  • RSS