rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2004

29 maja, godz 18:00 Kandy

Kupilam klapki. Mam najwiekszy rozmiar kobiecy w jakim na Sri Lance robia buty. W Polsce – 39. Duzym ludziom musi tu byc ciezko;)

W supermarkecie Cargills, dla lokalnych bogaczy i bialasów na wejsciu jest punkt oddawania do przechowania toreb. Wchodze razem z kilkoma tubylcami. Oni zostaja zagonieni do punktu, ja, z moja wielka, powypychana róznymi zakupami torba, z uklonem jestem proszona do srodka. Biala skóra gwarantem uczciwosci?

Przelozenie biletu okazuje sie trudne. Nie ma wolnych miejsc. Jestesmy na liscie oczekujacych, i to tylko jednego dnia. W pozostale nawet lista oczekujacych jest juz zamknieta. Chyba jednak za tydzien trzeba bedzie powiedzic Sri Lance good bye. Szkoda.

Swiatynia zeba, najwazniejszy budynek w miescie. Naprawde tak sie nazywa. Temple Of The Tooth. Przechowuja w nim zeba Buddy, wykradzionego z jego stosu pogrzebowego. Zeba sie nie oglada (na szczescie;), jest ukryty w szkatulce, która jest w kolejnej szkatulce, tamta w kolejnej jak w rosyjskiej babuszce, ostateczna szkatula ma udziwnione ksztalty, blyszczy sie szlachetnymi metalami i kamieniami i mozna na nia spojrzec po odstaniu w kolejce przez 3 sekundy. Ten zab, jako relikwia, wydaje mi sie tak cholernie niebuddyjski. Te swiete szczatki sa tak rozpaczliwie charakterystyczne dla religii typu chrzescijanska czy islam. Mam wrazenie, ze Budda nie bylby specjalnie zadowolony, ze ludzie padaja na twarz przed jego zebem…

By wejsc do swiatyni przechodzi sie przez dwie bramki gdzie jak na lotnisku przeciagaja po bagazu i czlowieku takim czyms co pipczy. Od czasu do czasu tez dokladniejsza kontrola osobista. Przy okazji pani policjantka, patrzac z potepieniem na mój dekolt, obciaga mi chuste która nakrylam ramiona. Nie dosc dokladnie widocznie. Druga policjantka z kolei kaze mi zwiazac wlosy. Wchodze do srodka i widze mnóstwo bialasek z rozpuszczonymi wlosami. Co to cholera za dyskryminacja rudzielców;)???
W swiatyni w srodku jasne swiatla, co kompletnie pozbawia ja klimatu i jeszcze linoleum na podlodze imitujace brazowy parkiet. Porazka. Ale sam budynek z zewnatrz bardzo ladny, fosa, dziedzince, drewniane rzezbione kolumny itd. Najbardziej jednak podoba mi sie na zewnatrz, gdzie ustawione w rzedach pala sie swieczki. Tam wreszcie jest klimat. Generalnie wole swiatynie hindusów.
I jeszcze male przyswiatynne muzeum poswiecone sloniowi Raja The Tusker. Jego napuszone imie budzi u mnie dziki zlosliwy chichot, i to pomimo mojego zajoba na punkcie sloni. Slon zostal oficjalnie uznany za narodowy skarb. Zmarl 20 lat temu. W muzeum mozna obejrzec zdjecia za zycia slonia jak i po smierci, kiedy go patrosza i wypychaja. W centrum sali, za szyba stoi slon wypchany pakulami. Jest gigantyczny, jego kly tez. Koszmarek. Wole zywe slonie;)

Kilka godzin pózniej

Moje nowe klapki, w monstrualnym dla tubylców rozmiarze 39, sliczne, lekkie i zwiewne, moglyby w sredniowieczu robic za narzedzie tortur obok lamania kolem. Naiwnie wierze, ze jeszcze je rozchodze, a na razie sie przeprosze z sandalami ekko.

30 maja 23:00, Kandy

Ostatni bastion padl. Kupilam kapelusik rybacki i to w dodatku z wyhaftowanym sloniem. Dlugo udawalam, ze nie straszny mi udar sloneczny, ale w koncu sie poddalam. Nienawidze kapelusików rybackich, ok? Jeszcze przestane golic lydki i bede wreszcie prawdziwa backpackerka;). Duze rondo przynajmniej troche oslania oczy. Od kilku dni chodze bez okularów przeciwslonecznych, bo moja druga zapasowa para gdzies sie zaposiala na polach herbacianych. A okulary przeciwsloneczne to na Sri Lance towar deficytowy. W koncu w Kandy znalazlam jeden jedyny sklep gdzie maja. Okulary sa absolutnie obrzydliwe. Oprócz dwóch par, ale te sa w takiej cenie, ze se odpuscilam. Jak na razie wychodzi mi jedna para na dwa tygodnie, wiec to moze nie najlepszy pomysl kupowac okulary za prawie 4 stówy;)
A kapelusik kupilam w sklepie z pamiatkami przy sierocincu dla sloni. To byla pierwsza rzecz w przewodniku, o któej jak przeczytalam, to wiedzialam, ze KONIECZNIE musze tam pojechac. I dzis wreszcie byl ten dzien. Sierociniec zostal zalozony by uratowac male sloniki z dzungli, które stracily rodziców. Teraz mieszka tam ok 60 sloni. Nie tylko dochodza takie z dzungli, ale tym doroslym tez sie czasem rodza. I wlasnie teraz jest w sierocincu 10 dniowy slonik. Siega mi do pasa, jest mocno owlosiony (dorosle slonie maja tylko przerzedzona szczecinke na glowie i grzbiecie), pomarszczony tak, ze wyglada na staruszka w porównaniu do swoich rodziców. Komentarz Marteczki – on wyglada jak moja prababcia przed smiercia. I cos w tym jest! Slonik jest jeszcze na maksa nieporadny. Jego trabka jest bardzo mala i jeszcze niezdarna, bidulek ma duze problemy z polamaniem sobie lisci palmowych do jedzenia. Znienacka zdarza mu sie wypierdolic i potem niezgrabnie próbuje sie podniesc na nogi, jak nawalony zul pod sklepem z piwem. Dorosle slonie cudnie sie nim opiekuja, pomagaja mu wstac, popychajac go trabami, tak samo z przechodzeniem przez przeszkody. Lamia mu liscie i troszke przezuwaja i potem podaja mu je do jedzenia. No i oczywiscie slonik ciagnie tez mleko z cyca mamy. Cyc jest pomarszczony i obwisly, ale slonik caly szczesliwy. W ogóle widac, ze maly ma kawal charakteru. Chce na maksa byc samodzielny i ambitnie walczy z wszelkimi przeszkodami. Trzy razy dziennie jest ceremonia karmienia sloni. Oprócz stosu róznych lisci dostaja tez butle mleka, nawet te dorosle. Panowie poganiacze nalewaja z wiadra mleko do butelki, nakladaja na nia metalowy lejko-smoczek i daja sloniowi do picia jak malemu dziecku. Widac, ze to uwielbiaja. Jeden z panów widzac moja rozdziawiona z zachwytu gebe podaje mi butelke i przez chwile karmie slonia! Pózniej jest jeszcze lepiej. Jeden z opiekunów kiwa, ze moge podejsc do niego jak stoi z grupa sloni, juz nie przywiazanych. Oczywiscie lece. Mam tylko popozowac do jednego zdjecia, ale maly slon, taki siegajacy mi do piersi ewidentnie mnie polubil. Pan pokazuje mi jak go mam objac za szyje i gdzie poglaskac za uchem. A slonik owija mi trabe dookola przedramienia, a koncówka traby wklada sobie moja dlon do buzi. Na szczescie nie nadgryza dla spróbowania. Dotyk sloniowej traby jest niezwykly. Taka traba jest jak sprezyna, twarda i niezwykle gietka jednoczesnie i nawet u takiego malego slonia bardzo, bardzo silna. Jestem uchachana jak male dziecko. Opiekun widzac, ze sie nie boje (czesc turystów pozuje dotykajac slonia po grzbiecie stojac od niego na wyciagniecie reki) proponuje mi zdjecie z doroslym sloniem. Ten niucha po mnie koncówka traby w poszukiwaniu jedzenia. Jest baaardzo duzy. Potem zapedzaja nas do zagrody, z której mozemy obserwowac pochód sloni w drodze na kapiel w rzece. Taki tlum, statecznie kroczacych sloni, wylaniajacy sie na horyzoncie to widok naprawde robiacy wrazenie. Jak slonie przeszly, to my mozemy tez pójsc nad rzeke ogladac jak sie kapia. Niektóre wywalaja sie w wodzie i wygladaja jak niezywe, jedynie traba ruszajaca sie od czasu do czasu burzy to wrazenie. Inne po prostu brodza w wodzie, polewajac sie woda z traby.Wygladaja slodko i niewinnie, az nagle cos sie stalo, zaczynaja sie kotlowac i trabic groznie. I dopiero wtedy uswiadamiam sobie, ze slonie moga byc niebezpieczne i budzi sie we mnie respekt. Co nie zmienia faktu, ze kiedy juz wiekszosc turystów sobie poszla i pan poganiacz znowu dal znaka, ze moge sie poprzytulac do slonia, natychmiast przekazalam mu aparat i zaczelam slonia molestowac. W kazdym razie tak to wyglada na zdjeciach hi hi. I jeszcze pozwolono nam je nakarmic bananami, które przywiozlysmy. Uwielbiam dotyk traby slonia, który obwachuje mi reke by upewnic sie czy na pewno nie zostal jeszcze jeden bananek.
W sierocincu jest tez slepy slon. Ma 15 lat. Uslyszalysmy dwie wersje – ze jest niewidomy od urodzenia, i ze oslepl od wybuchu. Cholera wie, w kazdym razie zachowuje sie tak, ze nie domyslilabym sie, ze nie widzi. Dopóki jeden z poganiaczy nie podaje mu ananasa, a on go nie zauwaza i nadal meczy sie z kawalkiem drzewa, który próbuje przezuc. Jest tez slon kulawy, z jedna niewladna noga pozbawiona kopyta. Dzielnie chodzi na 3 nogach pomagajac sobie traba. Spedzilysmy w sierocincu kilka godzin a i tak wychodzilam stamtad prawie ze lzami w oczach. Kocham slonie na maksa!!!

Wieczorem, po powrocie do Kandy, w drodze do naszego hotelu zaczepia mnie mnich. Opowiada cos o ‚my temple’ fatalna angielszczyzna. Jakis tubylec próbuje tlumaczyc. Za cholere nie wiem czego chca, ale jak slysze tekst ‚no money, no money’ to od razu wesze scieme. W Azji taki tekst jest na 99% sygnalem, ze ktos cie bedzie próbowal na cos naciagnac. Jednak kiedy mnich proponuje bym weszla do jego mieszkania (zaczepil mnie pod centrum buddyjskim) nie moge sie oprzec pokusie. W srodku oltarzyk, mnich sadza mnie na eleganckim fotelu, podaje mi ichnia ksiege, z lisci palmowych, waskie paski skladajace sie jak wielgasny akordeon. Twierdzi, ze ksiega ma 2 000 lat, ale albo sciemnia albo nie zrozumial pytania. Nawet jesli taka ksiega moze prztrwac tyle lat to na pewno nie podaje jej sie do reki turystce jak gazete do poczytania. Potem podaje mi po kolei jakies swiete przedmioty do potrzymania. Pokazuje zdjecia na których jest uwidoczniony z róznymi przejetymi bialasami. Chce mi sie coraz bardziej smiac. Prosi bym zrobila mu zdjecia, no to robie. Próbuje wyjsc bo jestem umówiona z Marta za pól godziny, ale mnich jeszcze musi mnie ‚bless’. Siada na krzeselku przede mna. Odwija kawalek bialej nitki z drewnianej duzej szpuli, która lezala na oltarzyku. Zwija te nitke, macha nad nia kadzidelkami, obwiazuje mi nia reke. Potem bierze wachlarz i zaczyna mnie nim wachlowac i stukac po glowie. Z zaangazowaniem odprawia blogoslawienstwo, które kilka razy przerywa mówiac cos do przechodzacego obok mnicha. Gdy ponownie stuka mnie wachlarzem po glowie nie moge sie powstrzymac od glupiego chichotu. Mnich patrzy na mnie z nagana i troska w oczach. Towarzyszacy nam wciaz tubylec zdenerwowany tlumaczy, ze to ma na celu odgonienie wszelkich moich trosk i zmartwien. Z calych sil próbuje powstrzymac chichot, ale dopadla mnei taka glupawka jak za dawnych lat gdy pracowalam w radiu, kiedy najglupszy tekst powiedziany chwile przed wlaczeniem mikrofonu wydawal sie najlepszym dowcipem pod sloncem i nie moglam z siebie wydusic nawet nazwy audycji która mialam prowadzic. W koncu sie jednak uspokajam, a mnich konczy swoje blogoslawienstwo. Mówi, ze napisze mi swój adres, zebym mu wyslala nasze wspólne zdjecia. Jestem milo zaskoczona, ze tylko o to chodzilo, dopóki nie podaje mi ksiegi, w która jak mówi mam wpisac swój adres. A wsrodku rubryczki, wypelnione niezliczona iloscia nazwisk, adresów i saznistych kwot. Niezly sposób na wyludzanie ofiary. Bezczelnie mówie, ze nie mam przy sobie pieniedzy. Mnich jest smutny, mówi, ze to na renowacje osrodka. Jestem dobrze wychowana, wiec nie komentuje, ze osrodek wyglada mi na wystarczajaco wypasiony. Mnich upewnia sie, czy na pewno nie mam przy sobie zadnej kwoty. Wyszukuje w ksiedze przyklad duzo nizszej ofiary i pokazuje go wymownie. Mówie, ze nie mam ani grosza. Mnich sie upewnia ‚Poland rich country?’. Nie, nie, nie. Nie jestem z rich country, ale nawet nie o to chodzi. Nie lubie jak sie mnie naciaga i tyle. A ofiare wole zlozyc tam gdzie widze, ze sie naprawde przyda. Ale tego juz nie mówie. Na odczepne obiecuje, ze przyjde jutro z przyjaciólka, która ma lepszy aprat i zrobi mu duzo zdjec. Bedziemy musialy sie jakos przemykac oplotkami…

26 maja, godz 22:00, Nuwara Eliya

Wstalysmy bladym switem, czytaj 8 rano (tak, wiem, ze niektórym trudno w to uwierzyc, ale potrafie wstac o tej porze. Z trudem;). Plan byl by pojechac zobaczyc najwieksze wodospady na Sri Lance, ponoc przepiekne. Sniadanko, pakowanie, bo trzeba zwolnic pokój, potem podlaczenie sie do internetu, które specjalnie dla nas zostalo uruchomione tydzien wczesniej, panowie jeszcze szaleja z wiertarkami i innymi remontowymi rzeczami, i jak w koncu dotarlysmy na dworzec autobusowy to okazalo sie, ze za huja nie wyrobimy na popoludniowy pociag do Nuwara Eliya. No to idziemy sprawdzic o której jest wczesniejszy pociag. Akurat ma pól godziny spóznienia, super. Z pól godziny robia sie dwie, ze stoickim spokojem siedzimy na peronie. Mozna sie wkurzac, ze zmarnowany czas itd, ale to nie ma najmniejszego sensu. Nie w Azji. Nieoczekiwane obsuwy czasowe to staly element tutejszego, codziennego zycia. Jakby czlowiek sie tym mial przejmowac to po paru tygodniach by sie leczyl na ciezka nerwice. Podróz pociagiem, ok 40 km, 2 godziny, obledna. Tory prowadza na wysokosci 1800 metrów nad poziomem morza, i widoki powalaja na kolana. Góry, przestrzen, zielonosc herbacianych pól, znienacka wodospad, co chwile wzdycham z zachwytu jak glupia. Podróz urozmaica sprzedawca czapek, któremu cierpliwie tlumacze, ze Polska to kraj pelen sniegu i jest very very cold i nawet tam nie nosze czapki, bo nie chce sobie zniszczyc fryzury – pokazuje na potargana szope, która mam na glowie. Pan mi nie wierzy. Zaklada mi czapke, potem Marcie, pozuje do zdjec z wprawa doswiadczonego modela, przynosi nam ciepla mirinde, potem buleczki z piekielnie ostrym nadzieniem, wypytuje czy na pewno nie chcemy ryzu, a moze dhal, a moze cos innego. Czy ja do cholery wygladam na zabiedzona sierotke!??! Jest przezabawny przez jakies pól godziny, przez kolejne pól usilujemy go splawic. W koncu poddaje sie gdy zaczynamy mu opowiadac po polsku co bysmy zjadly. Ogórek kiszony i serek plesniowy go wykonczyly. Przesiadamy sie do autobusu by dojechac do Nuwara Eliya, która jest jeszcze wyzej, niestety zaczyna padac. Dojezdzamy na miejsce, leje i jest w huj zimno.Jak na razie to pierwsze miejsce na Sri Lance, które nam sie specjalnie nie podoba. Byc moze przez pogode. Byc moze rano, kiedy zaswieci slonce i rozwieja sie chmury spowijajace miasto zrozumiemy dlaczego wszyscy tak sie tym miasteczkiem zachwycaja. Nuwara Eliya (tubylcy wymawiaja Nurelija) to jak mówia, miejsce bardziej brytyjskie niz Anglia. Sa piekne pola golfowe, Victoria park, klasyczne brytyjskie domki i klub dla dzentelmenów, gdzie mozna pograc w bilarda, zapalic cygaro w fotelu i zjesc 5 daniowy obiad (punktualnie o 20:00) w wypozyczonej marynarce lub smokingu. Kobietom podobno udaje sie wejsc w strojach bardziej casual. Nie sprawdzilysmy tego, bo przemoczylysmy wszystkie cieple ciuchy i wybralysmy domowe pielesze. A Sapalka nawet sukienke wywiesila by sie rozprasowala. Taka elegancka, czarna sukienke. Kto by pomyslal, ze taka przewidujaca jest MArtunia:)). Ja mialam robic za jej sluzaca w brudnych bojówkach i ubloconej bluzie z kapturem (wpadlam po ciemku do kanalu i utytlalam sie jak swinia, cudem niczego sobie nie lamiac), no ale w koncu wymieklysmy. Domowe pielesze nalezy traktowac doslownie, gdyz z powodu kurewskich cen w hotelach (nuwara Eliya jest nieco snobistyczna i nie przewidziano w niej noclegowni dla backpackerów) wzielysmy pokój u przemilej rodziny w ich wlasnym domu. Warunki srednie, woda lodowata i tylko od 17:00 do 21:00, wiec zrobilysmy sobie dzien dziecka. Za to na maksa domowa atmosfera i okazja do obejrzenia tubylczego domu i codziennego zycia. Gospodyni wspomniala cos o ‚chlopcach’, którzy wynajmuja drugi pokój. Wywolalo to u nas niezdrowe podniecenie, bo jak na razie na Sri Lance spotykamy tylko pary lub same laski, zero singlowych kolesi. Wysnulysmy nawet teorie, ze moze George Clooney i Brad Pitt kreca film o backpackerach i wynajeli pokój obok by lepiej wczuc sie w role. Przezornie dokonalysmy podzialu – Marteczka zagarnela Picie, a ja Cloonke. Wieczorem ‚chlopcami’ okazali sie byc tubylcy w srenim wieku, kursujacy namietnie miedzy pokojem a wspólna lazienka owinieci skapym recznikiem wokól bioder. Który to strój brutalnie nam uswiadomil, ze z Bradziem i Georgem panowie nie maja za wiele wspólnego;). Swoja droga to ciekawe – w Haputale, tez jeden pokój wynajmowali tubylcy, za to na poludniu wszystkie hotele i guesthousy swiecily tabliczkami, ze ‚for foreigners only’. Faktem jest, ze o ile tubylcy na poludniu byli koszmarni to w hill country sa absolutnie zajebisci. Znowu chce nam sie odpowiadac ‚hello’ i tlumaczyc, ze Poland to nie Holland. Wiekszosc tych fajnych tubylców to Tamilowie, ale Sinhalese tez sa tu duzo milsi.
W kafejce internetowej wreszcie udalo mi sie zrzucic foty na CD-R. Wlasciciel kafejki, przemily koles, oczywiscie Tamil, studiowal w Bangalore (informatyczne zaglebie w Indiach) informatyke. Przez godzine ogladalismy razem moje zdjecia na kompie, w tym te zrobione w Lipton`s Factory. Koles pracowal kiedys w fabryce herbaty i wytlumaczyl mi, ze sa trzy szkoly przetwarzania herbaty. System jaki byl w fabryce w której bylam to ten który daje najszlachetniejsza herbate. W pozostalych zamiast czajnika na spirali, który rozdrabnia, stosuje sie jakas krajalnice, która jest bardzo niebezpieczna i podobno czesto pracownicy traca przy niej górne konczyny. Nic dziwnego, ze nie oprowadzaja po nich turystów. Kolejna ciekawostka jakiej sie od niego dowiedzialam – oficjalna wykladania jest, ze na Sri Lance jest prawie 80% Sinhalese i 20% Tamilów, ale mówi sie, ze Sinhalese falszuja nieco te dane. Wlasciciel kafejki twierdzi, ze Tamilów jest 39% a Sinhalese 55%. Niezla róznica. Pewnie prawda lezy posrodku. O ile Ella i Haputale to miejsca glównie obsadzone przez TAmilów, to w Nuwara Eliya jest pól na pól z Sinhalese i ponoc daja sie odczuc napiecia miedzy nimi. Miasto bylo kompletnie zniszczone w zamieszkach wojennych 20 lat temu, ale nie ma po tym ani sladu. Na ulicach, w ludziach pewnie tak.

27 maja, godz 21:00 Kandy

Nuwara Eliya nie byla laskawa podzielic sie z nami swymi urokami. Lalo i bylo kurewsko zimno. W nocy obudzilam sie trzesac sie z zimna. Polazlam do pokoju obok i zawinelam wszytkie koce jakie znalazlam. W koncu spalam pod trzema (!). Poranek spedzilysmy z rodzina, u której wynajmowalysmy pokój. Najmlodsza córeczka miala dzis swój wielki dzien. Przekluto jej uszy i wpieto w nie zlote kuleczki. Mala wygladala na zadowolona, choc ma dopiero rok. Szybko tu ucza dziewczynki kobiecosci;). Z tej okazji babcia przygotowala tradycyjny deser – ciasto ryzowe podawane z trickle – skondensowanym syropem palmowym. Zalapalysmy sie. Bardzo dobry. I chyba tylko dla tego kontaktu z tubylcza rodzina warto bylo przyjechac do Nuwary Eliyi. Do Kandy chcialysmy sie dostac pociagiem. Z Nanu Oya odjezdzal o 13:00. Pojechalysmy sobie na luzie, pewne, ze znowu bedzie mial opóznienie. Jak latwo mozna zgadnac, tym razem kurwa nie mial;) Wrócilysmy z powrotem do Nuwara Eliya i wzielysmy autobus. Dosc szybko poczulam, ze zoladek mi fruwa i ze to moze byc ciezka podróz. Jak zobaczylam mine Marty oraz plik torebek foliowych wywieszonych przy drzwiach to przynajmniej moglam sie pocieszyc, ze na pewno sie nie zatrulam. I mamy nauczke, ze po górach na Sri Lance lepiej jezdzic pociagami. Pedzacy autobus po kretych drózkach, ciagla zmiana wysokosci to w góre to w dól wykancza nawet najbardziej odpornych. Co prawda obylo sie bez wypruwania z siebie flaków, ale bylo blisko;)
No i w koncu jestesmy w Kandy. To póloficjalna stolica Hill Country i jest slicznym miasteczkiem, z malowniczym jeziorkiem w centrum. Mamy fajny pokój, z zajebistym widokiem z balkonu na góry, jeziorko i polowe miasta. Jedyny minus to wspinaczka pod góre do hoteliku, ale jak sie chcialo miec widoki to sie teraz pocwiczy miesnie posladkowe…

Dochodzi pólnoc

Kandy jest zajebiste! Zostaniemy tu jak nic ze trzy dni. Duzo do obejrzenia no i samo szwendanie sie po miasteczku jest zajebiste. Nad miastem króluje gigantyczny posag Buddy, umieszczony na wzgórzu. Za dnia bialy, w nocy podswietlony na pomaranczowo. Wyglada to przekomicznie, bo posag jest dosc kiczowaty i przypomina nieco jak dobrze nam znane posagi Lenina czy stalina.
Choc zycie na ulicach, jak wszedzie na Sri Lance zaczyna zamierac ok 20:00-21:00, wraz z trzaskiem zamykanych zaluzji w sklepach, to w Kandy jest kilka miejsc dla nocnych marków. Na przyklad sklep z oblednym wyborem alkoholi. Wódka kosztuje ok 100 zeta – to nie jest dobry kraj dla alkoholików, za to zamiast groznych napisów typu ‚alkohol szkodzi zdrowiu’, ‚mlodziezy do 18 lat alkoholu nie sprzedajemy’ jest zamieszczona tabliczka ‚if you drink you die, if you don`t drink you die, why not drink and die then?’.

Wieczór spedzilysmy w knajpie o niezwykle oryginalnej nazwie The Pub. Maksymalnie westernerskie miejsce i brakowalo nam tego! Z rzutnika lecial koncert Santany, na tarasie wielkie wiklinowe fotele. Portierzy w liberii na wejsciu, pelna kultura;), i nagle, gdy rozwalone w fotelach popijamy piwo (Marta) i kawe (ja) pod naszymi nogami przebiega szczur. Ale kurwa jaki szczur! Wielkosci sporego kota i spasiony jak przecietny Hindus. Przebiegl tak szybko, ze nawet nie zdazylysmy zapiszczec. Na wszelki wypadek zaczelysmy trzymac nogi na stoliku. I slusznie bo po chwili szczur pojawil sie ponownie. Bidulek stracil chyba orientacje bo zaczal sie krecic pod naszym stolikiem, nie mogac zdecydowac w która uderzyc strone. Tego bylo za wiele. Przestalysmy udawac twardzielki, wskoczylysmy na fotele i popiskiwalysmy jak glupie. Ja sie nie boje szczurów, ale pod warunkiem, ze ich dlugosc nie przekracza 20 cm bez ogona. Zrobilo sie zbiegowisko i zdenerwowany szczur wybral fatalna dla siebie droge odwrotu. Zbiegl sobie po schodach z wdziekiem kopciuszka co zgubil pantofelek prosto pod nogi pana portiera, który zdaje sie, ze go zajebal. Potem kelnerzy cackali sie z nami jak ze zgnilym jajkiem i przysiegali, ze ‚this is the first time madame!’. Nasze piski wywarly odpowiednie wrazenie na tubylczych elegantach siedzacych obok i zostalysmy zasypane propozycjami wspólnego spozycia alkoholu. Na szczescie dali sie splawic. Nie mieli szans. Bylysmy zbyt skupione na trzech przystojnych Wlochach hi hi. Niestety obie upodobalysmy sobie tego samego, zabójczo podobnego do Georga Clooneya. Próbuje Marcie wytlumaczyc, ze przeciez dokonalysmy podzialu wczesniej i jej przypadl Brad, i to nie moja wina, ze zaden z nich nie jest do Pita podobny, ale skubana nie daje sie przekonac. Przyjaciólka! Ha!:)

No i jeszcze jeden, niezaprzeczalny plus Kandy – wreszcie jest cieplo!!! To wciaz góry, wiec nie ma upalow, ale jest z powrotem jak polskie lato. Cale szczescie, bo mój jedyny cieplejszy zestaw ubraniowy jest juz tak wyswiniony, ze nawet moje nowe backapckerskie wcielenie wymiekka;)

28 maja godziny nocne

Jeszcze jedna z tajemnic dlaczego lubimy Kandy. To pierwsze miejsce gdzie przed 22:00 wychodzi sie na wieczór w miasto a nie wraca. Co prawda miasteczko wydaje sie umarle, ulice opustoszale, a wlasciciel guesthousu 3 razy sie upewnia czy na pewno zamierzamy wychodzic tak pózno, ale jest kilka miejsc gdzie zycie towarzyskie kwitnie. Niby The Pub jest otwarty do 22:00, ale to oznacza tylko, ze o 22ej musza zamknac drzwi i przestac wpuszczac nowych gosci. W srodku muza rozkrecona, stoliki zapelnione, impreza trwa. I niby czlowiek chcial od tego kiedys uciec, ale po jakims czasie troche brakuje takiego klimatu i fajnie jest go znowu poczuc. Przez chwile;)
Za dnia Kandy tez czaruje. Przepiekny ogród botaniczny, imponujacy dbaloscia z jaka jest urzadzony i niewyobrazalnym wyborem zgromadzonych roslin. Samych palm jest 200 rodzajów!!! W tym palma, której kokos dojrzewa 5 lat i wyglada jak zmutowany zoladz. Wielkosci dwóch ludzkich glów. Po ogrodzie, który jest przeogromny, przewalaja sie oprócz turystów tlumy wycieczek szkolnych, które odbywaja w nim lekcje biologii. Mysmy taka lekcje odbyly pod okiem pana ogrodnika, który pokazal nam przerózne, mniej lub bardziej dziwne roslinki. Naszym faworytem zostala taka, z której po naderwaniu lodyzki przy lisciu mozna wydmuchiwac banki mydlane. Ale jazda!
W drodze powrotnej z ogrodu, który jest kilka kilometrów od Kandy z dzika zawiscia obserwuje rzesy siedzacego obok nas w autobusie mnicha budyjskiego. Sa tak dlugie i wywiniete jak sztuczne rzesy które kiedys mialam. Tylko sa ladniejsze i prawdziwe. Jeszcze nie widzialam by czlowiek mial TAKIE rzesy. Co za marnotrawstwo, ze trafily sie facetowi i to jeszcze mnichowi! A mnichów w Kandy jest zatrzesienie. Wygladaja zajebiscie z wygolonymi glowami, w pomaranczowych szatach idealnie komponujacych sie z ich ciemna karnacja. To moze glupio zabrzmi ale hmmm… mnisi sa seksowni na maksa! A jakie posylaja spojrzenia i usmiechy! Trzeba jednak pamietac, ze w krajach buddyjskich kazdy koles odbywa ‚sluzbe’ w klasztorze i taki usmiechajacy sie zalotnie mlody mnich najprawdopodobniej za rok opusci klasztor i zalozy rodzine, wiec co sie ma umartwiac;)

I jeszcze tance ludowe. Spektakl trwa godzine i zawiera prezentacje róznych tanców ludowych z róznych regionów Sri Lanki. Towarzysza im dzwieki bebnów, które od 17:00 slychac w calym Kandy. Pokazy tanców sa jedna z glównych atrakcji turystycznych i jest ich wiele, wiec bebny daja równo.

Ha! Fred Durst z guesthousu pod nami wlasnie próbuje nawiazac znajomosc posadzajac mnie … o malowanie obrazu hi hi. Well, I`m not painting but typing;). Jego balkon jest o jedno pietro nizej od naszego i koles ma z niego perfekcyjny widok na nasz, tyle, ze od dolu. A ja sobie zrobilam stanowisko pracy z kulawego stolika, metalowego rusztowania i paru innych dziwnych rzeczy, siedze tym zaslonieta i moze i wygladam jak malarka, ale nie sadze;) Fred zostal tak ochrzczony przez Marteczke, ze wzgledu na spora ilosc dziar i wygolona glowe, ale wyglada duzo sympatyczniej od Durtsa. W ogóle wyglada fajnie, ale moje serce jest juz zajete przez wloska podróbe Georga Clooneya hi hi, sorry stefan;)

A wracajac do tanców – sa naprawde zajebiste. Stroje malownicze i piekne. Zwlaszcza w wersji gdy panowie maja na gole klaty zalozone jakby azurowe zbroje, do tego mase bizuterii na ramionach i innych czesciach ciala. Skacza jak zwariowani, zapamietale, jak w szamanskim tancu, wywijaja salta, super! Dziewczyny tez pieknie tancza, acz panowie sa lepsi. Tancza grupami, i zawsze z podzialem na plcie. Jedne taniec dziewczynki, drugi chlopcy. Chwilami sa efekty komiczne, gdy na scene wychodza dwaj panowie, w zielonych nadetych spódniczkach, którzy natychmiast wywoluja skojarzenie z lajkonikiem. I juz chichoczemy jak glupie. Albo kiedy panowie zaczynaja spiewac jakies piesni ludowe i Marta komentuje ‚oni spiewaja dokladnie jak mój tata i wujek na moim weselu’. A panowie wyja jak zarzynani. Ale generalnie tance sa fajne. Na koniec wychodzimy wszyscy na zewnatrz by podziwiac fire walk. Rozkladaja wegle, podpalaja ognisko, kolesie zonglujac plonacymi pochodniami przechodza przez ognisko siegajace im do kolan. Pochodniami przesuwaja sobie po ramionach, skóra mi cierpnie, ale swadu palonej skóry nie czuc. Potem podbijaja napiecie na maksa wkladajac sobie te pochodnie do ust. W tym nie ma sztuczki, obserwuje to z odleglosci 30 centymetrów i wiem co widze. Nie wiem czy sa w takim transie od tanca czy czyms odurzeni. Ran ani oparzen nie widac. Kolejna tajemnica nie do rozwiazania.

Cudnie jest na Sri Lance i tyle miejsc do obejrzenia. Na pólnoc na pewno juz nie wyrobimy, a nawet z byczeniem sie na wschodnim wybrzezu moze byc problem. Szybko czas mija. Zostal nam tydzien, z czego jeszcze dobre dwa dni w Kandy, potem antyczne miasta i cholera na plazowanie zostana tylko 2 dni. A takich plaz jak na Sri Lance to ja nigdy wczesniej nie widzialam i chcialabym sie jeszcze ich nachapac! Jutro idziemy do Sri Lanka airlines i kombinujemy przelozenie wylotu.

24 maja, godz 22:00, Haputale

Na Sri Lance zawód konduktora nie istnieje. To znaczy w pociagach. W autobusach, tak jak w Indiach, jest pan, który obskakuje kazdego wsiadajacego i sprzedaje mu bilet. A bialasowi jeszcze wymownie pokaze kiedy ma wysiasc. Lubie ten zwyczaj, oszczedza stania w kolejce do kasy po bilet hi hi. Czasem nie daje wiary jak gibko taki kanar potrafi sie przeciskac w tlumie by dorwac nowego pasazera. Natomiast w pociagach sie obywaja bez tej funkcji. Po prostu wchodzac na peron przechodzisz przez bramke gdzie pan sprawdza bilet. Potem, na stacji docelowej tez przechodzisz przez bramke.
Wybralysmy pociag by przejechac z Elli do Haputale, ze wzgledu na piekne widoki, które ta przejazdzka zapewnia. Niestety pociag sie tradycyjnie spóznil i moglysmy podziwiac rozciagajaca sie za oknem ciemnosc, od czasu do czasu przetykana swiatelkami wiosek i miast, rozrzuconych po górach. Za to caly pociag podziwial nas. Chwile po tym jak zajelysmy miejsca, do naszego przedzialu przeniosla sie kupa tubylczej, meskiej, napakowanej mlodziezy, która starala sie wywrzec na nas wrazenie poslugujac sie miedzy soba (!) lamana angielszczyzna. Co drugi mial koszulke z wizerunkiem Eminema, w tym z jego twarza nabita gwozdziami. Darli ryja jak opetani. Udawalysmy, ze ich nie widzimy. Po paru minutach, kiedy wyczerpal im sie zapas slownictwa (hello, excuse me, hi, thank you), zaczeli falszywie wyspiewywac piesni, do zludzenia przypominajace ryki naszych kibiców pilkarskich. Wracalam kiedys z meczu Lechia – Wlókniarz Pabianice, kolejka w Trójmiescie i to bylo dokladnie to samo wrazenie. Tylko szyb nie wybijali. Ale to bym zlozyla na karb tego, ze w Azji okna w pociagach sa bez okien… Na szczescie szybko wysiedli. Siedzialam obok bardzo starenkiej pani, która ewidentnie postanowila otoczyc mnie opieka, po tym jak poczestowalam ja kokosowymi ciasteczkami (Hawaian cookies), które maja te ceche, ze jak juz siegniesz po jedno to nie przestaniesz dopóki nie wpierdolisz calej paczki. Uzaleznilysmy sie od nich troszku. Pani widocznie znala moc ciasteczek, bo od razu wziela cala garsc. Za to potem objasniala mi jakie miasteczka mijamy, a kiedy odwracalam sie do Marty bo mnie o cos pytala, niecierpliwie pociagala mnei za reke bym natychmiast znowu spojrzala przez okno. Kiedy minelismy swiatynie pani pouczyla mnie, ze nalezy wzniesc zlozone rece w góre, a koles siedzacy naprzeciwko rzucil monetami w templa, ale mu wpadly pod tory. To taki zwyczaj na Sri Lance. Kiedy autobus ma mijac swiatynie po drodze konduktor wczesniej zbiera od pasazerów drobne, po czym autobus na chwile przystaje, a kanar wybiega i wrzuca kaske do skarbonki. Swiatynie buddyjskie rzecz jasna, bo Srilanczycy w przewazajacej wiekszosci sa buddystami. Nie liczac mniejszosci muzulmanskiej i oczywiscie Tamilów, którzy stanowia ok 20% spoleczenstwa i wierza w tysiace hinduskich bogów. Glówna siedziba Tamilów jest na pólnocy wyspy, która to czesc dopiero powoli sie otwiera na turystów po wojnie. Ponoc wciaz latwo mozna tam wdepnac na mine. Bardzo chcemy pojechac na pólnoc, ale wlasnie podliczylysmy czas, który mamy do odlotu i kiepsko to wyglada. Na tej malej Sri Lance jest od groma zajebistych miejsc do zobaczenia i w kazdym ma sie ochote zostac dluzej niz sie planowalo.
W hill country, gdzie caly czas jestesmy, tez jest sporo Tamilów, potomków tych przywiezionych w XIX wieku przez brytyjskich kolonizatorów z Indii do pracy przy plantacjach herbacianych. To byli Tamilowie przede wszystkim z najnizszej kasty ‚niedotykalnych’, wiec nawet teraz ta spolecznosc tamilska nie zyje blisko z ta z pólnocy, która wywodzi sie z wyzszych kast. Dla nas kasty nie maja znaczenia, po prostu fajnie jest nagle zobaczyc znajome rysy twarzy, kropki na czolach i krecenie glowa, które wyglada jak nasze ‚nie’, a znaczy ‚tak’, ‚dziekuje’ ‚moze’, lub po prostu ‚nie mam bladego pojecia’.
Sri Lanka herbata stoi, to ich glowny towar eksportowy. Tak duzo jej wysylaja w swiat, ze napic sie jej tutaj mozna tylko w miejscach przeznaczonych dla westernersów. Zawsze z mlekiem, bardzo dobra. Tubylcy prawie nie pija herbaty. Za to namietnie ja uprawiaja, zbieraja i przetwarzaja. Krzewy herbaciane potrzebuja cieplego klimatu i pochylego terenu wysoko w górach. A to akurat cala srodkowa czesc Sri Lanki, która wiec robi za jedna wielka plantacje herbaciana. Lazac po górach dookola Elli wielokrotnie przechodzilysmy przez pola herbaciane, dzis trafilysmy wreszcie na zbieranie herbaty. Ciezka robota. W przewodniku pisza, ze wykonuja ja tylko kobiety, ale widzialysmy tez paru facetów. Zbieracze herbaty sa owinieci od pasa w dól w worki foliowe (ochrona przed krzakami w których sie brodzi po pas), na glowach biale chustki, do których na opasce jest przyczepiony wielki wór, z rozpostartym u góry otworem, splywajacy na plecy. Szybkimi, niemal niezuwazalnymi dla oka ruchami zrywaja liscie. Tylko te jasnozieloniutkie, na samej górze. Gdy zapelnia sie obie garscie, przez chwile miachaja te liscie po czym podnoszac rece do góry wrzucaja je do tylu do wora. Caly proces odbywa sie szybciutko i sprawnie. I tak 8 godzin dziennie, w pelnym sloncu. Jedna zbieraczka w ciagu dnia donosi do fabryki ok 15 kg lisci herbacianych, a jej dniówka to ok 150 tutejszych rupii czyli jakies 7 zeta. Polowe tego kosztuje dzbanek herbaty w guesthousie. Krzewy herbaciane, jesli ich nie przycinac moga rozrosnac sie do 10 metrów wysokosci. Nie wiem czy przycinaja je by bylo latwiej zbierac czy jak urosna za wysoko to juz nie nadaja sie na herbate. Rózne rodzaje herbaty uprawia sie na róznych wyskosciach. O procesie przetwarzania lisci dowiem sie wiecej jutro, bo idziemy zwizytowac fabryke pana Liptona. Aha – swieze liscie nie maja prawie zadnego zapachu!

Godzine pózniej…

Ja pierdole! Sapalka wlasnie zajebala sandalem gigantycznego, tlustego karalucha w naszym pokoju… Dochodzi pólnoc i o tej godzinie nie mozemy szukac innego noclegu, ale jutro stad wypierdalamy. Zgodnie uznalysmy, ze karaluchy o azjatyckich rozmiarach to jedyne czego nie zniesiemy nigdy i za zadna cene. A guesthouse jest bardzo ladny, czysty, zadbany, z tarasem w ogrodzie, wytargowalysmy super cene za pokój z balkonikiem z pieknym widokiem, po scianach pomykaly jaszczurki, obsluga przemila na maksa, wydawalo sie kurwa ideal… Takiego spasionego karalucha to widzialam tylko raz – na lotnisku w Madrasie. Zdechly zalegl pod sciana. A potem w zadnym, z najbardziej syfnych miejsc w jakich spalam, nigdy! Chyba bede spac na balkonie chociaz jest w huj zimno, naprawde zimno, bo Haputale lezy bardzo wysoko w górach. Najgorzej bedzie przetrzepac plecak, by sie upewnic, ze nie ma w nim nieproszonych gosci. Blee! W ogóle piekna akcja byla. Sapalka poszla wczesniej do pokoju i najpierw samodzielnie zabila malego karalucha nad moim lózkiem, ale potem zobaczyla tego giganta i poszla po mnie. Zaczelysmy sie szykowac do akcji, zapuscilam Marteczce Busta Rhymesa na sluchawkach by nie slyszala obrzydliwego trzasku. Karaluch skumal co sie swieci i schowal sie pod jej plecakiem. Chwila konsternacji, po czym dzielnie podnioslam plecak, karaluch zdretwial z przerazenia a Marteczka z zimna krwia celnie przypierdolila w niego sandalem. Po pierwszym razie jeszcze sie skurwiel ruszal, wiec dopingowana moimi okrzykami przypierdolila ostatecznie. Znieruchomial. W sumie i tak mialysmy fuksa bo byl dosc nieruchawy. Byc moze to byla matka tego malego karalucha i jak zobaczyla bestialski mord na swoim dziecku to juz nie chciala dluzej zyc? Tak sie nabijamy, trzesac sie z zimna na tarasie, ale kurwa kiedys trzeba bedzie wrócic do tego pokoju…

25 maja, godz 20:00, Haputale

Dzis przezylam najpiekniejsze chwile w tej podrózy, i jedne z najpiekniejszych w zyciu. Czuje sie jakbym zostawila kawalek serca na Lipton`s Seat i wiem, ze musze tam kiedys wrócic…
By jednak zyc w zgodzie z chronologia na razie wróce do karaluchów;). Jest mi bardzo milo poinformowac, ze spalysmy przy zapalonym swietle i zaden karaluch sie wiecej nie pokazal. Co walnie przyczynilo sie do naszej porannej decyzji by guesthousu nie zmieniac. No i jeszcze lenistwo;). Rano bylo chlodno, bardzo chlodno. Jednak w trakcie sniadanka na tarasie, w ogrodzie sloneczko zaczelo przygrzewac i kiedy bylysmy juz w drodze na podbój gór zrobilo sie w huj goraco. Swira mozna dostac z ta pogoda tutaj.
Najpierw pojechalysmy do fabryki herbaty sir Liptona. Bardzo pouczajaca wycieczka. Nabralam niewyobrazalnego szacunku do filizanki herbaty! Po fabryce oprowadzal nas starszy pan, który sobie mnie wyraznie upodobal i szeptal mi na boku, ze mówie lepiej po angielsku niz moje kolezanki. Sek w tym, ze byla razem z nami Mandy z Nowej Zenlandii, która po matce w dodatku przejela piekny brytyjski akcent… Jaki ja mam akcent wszyscy wiedza, wiec no comments;). Na pierwszym pietrze z plastikowych worów wysypuje sie stosy zebranych tego dnia herbacianych lisci. Nastepuje pierwsza selekcja, na liscie mlodziutkie i malutkie, z których bedzie szlachetniejsza herbata (this goes to your country madam), oraz te ciemniejsze i wieksze (this will be tea only for local market, never in your country!). Potem liscie laduja na suszarce, która odciaga z nich sporo wilgoci, nie wysuszajac ich jednak na wiór. Tu juz pieknie pachnie… sianem! Nastepnie liscie sa rozdrabniane przez pana, który siedzi sobie na takiej kupie lisci i wrzuca je przez waski otwór do maszyny rozdrabniajacej pietro nizej. Idziemy w slad za liscmi, tyle ze po schodach. Do pomieszczenia wchodzi sie przez metalowe drzwi obrotowe, które bylyby nie do przejscia dla klaustrofoba, a maja za zadanie nie przepuszczac chlodniejszej temperatury z zewnatrz. W srodku maszyny o zdumiewajacych ksztaltach oraz intensywny zapach, jeszcze nie herbaty, ale juz nie siana. Marta, która nigdy zadnych alergicznych sklonnosci nie wykazywala, po minucie zaczela lzawic i wyszla. Ja, smarkajaca co roku na wiosne jak glupia nie mialam zadnych objawów. Moja ulubiona maszyna zostala rozdrabniarka, która wyglada jak gigantyczny czajnik krecacy sie spiralnie po kole. Takie poszatkowane w niej liscie, zmechlane i rozgrzane trafiaja do maszyny, która tnie je na drobiejsze kawalki. Potem sa one przesiewane przez sito i to co sie na sicie ostalo idzie znowu do rozdrabniarki, a to co przeszlo rozklada sie na ziemi by ostyglo przewietrzalo. Nastepnie jest to zamykane w kolejnej suszarni, gdzie to wszystko sie miele troche jak w wirówce, po czym wychodzi juz absolutnie suchutka herbata. Tfu, to jeszcze nie herbata, jeszcze za grube kawalki. Kolejna maszyna z kilkoma róznymi siatkami. Ta o najdrobniejszych oczkach przepuszcza do worka najszlachetniejsza herbate. To co nie przeszlo idzie do kolejnych sit, i kolejnych worków i tak jedna maszyna segreguje 5 rodzajów herbaty. Potem herbata jest pakowana do papierowych, kilkudziesieciokilogramowych worów i jest gotowa do eksportu. Jak dolozyc do tego ciezka prace zbieraczy lisci to az sie wierzyc nie chce, ze opakowanie herbaty kosztuje tylko pare zeta…
Z fabryki herbaty wybralysmy sie na Lipton`s Seat. To punkt widokowy w górach, który wedle przewodnika moze rywalizowac z Horton Plains, które sa jedna z najwiekszych atrakcji na Sri Lance, nazywana tez ‚koncem swiata’. Niestety Horton Plains sa w parku narodowym, do którego wstep slono kosztuje, w dodatku trzeba wynajmowac samochód z przewodnikiem za kolejna ciezka kase bo inaczej nie wpuszcza. Wiec postanowilysmy sprawdzic Lipton`s Seat, które jest za friko. Jak dla mnie to miejsce moze rywalizowac z najpiekniejszymi miejscami jakie w zyciu widzialam i bedzie na moim top 5! 7 kilometrów pod góre, wsród pól herbacianych to chwilami meczaca, ale piekna wspinaczka. Juz na poczatku doline zaczely zasnuwac pierzaste chmury wiec troszku sie balysmy czy na górze bedzie cos widac. Idzie sie ponad dwie godziny. Po drodze mijamy zbieraczy herbaty, przy pracy i odpoczywajacych, ceremonie wazenia worów lisci, dzieci wracajace ze szkoly, cos pomiedzy zlobkiem a przychodnia dla matek z dziecmi. Zagladamy, w sali stoi szesc drewnianych, pomalowanych na bialo lózek i przy kazdym taka sama kolyska, z hakiem do zawieszenia nad nia malej moskitiery. Nikogo nie ma, widocznie to nie sezon na dzieci;). Im wyzej idziemy tym mniej ludzi, a pola herbaty coraz bardziej kojarza mi sie z Hobbitonem. Tylko czekac, az w okraglym pagórku otworza sie drzwi i wyjrzy Frodo;). Pola tu sa inne niz te dookola Elli. Tutaj, sa naprawde ogromne, dookola rozposcieraja sie wzgórki, pagórki, góry i wszystko to pokryte zieloniutkimi krzewami herbacianymi. W koncu docieramy na góre, tabliczka informuje, ze to Lipton`s Seat. Z jednej strony piekna panorama na pola przez które szlysmy. A z drugiej strony gesta mlecznobiala mgla. Widac tylko pare drzewek na moze dwa metry. A potem sciana chmur. Niesamowite. Uprzedzano nas, ze chmury sie co jakis czas rozwiewaja, wiec postanawiamy czekac, choc patrzac na te biala sciane trudno uwierzyc, ze kiedykolwiek sie ona rozwiewa. Ucinam sobie krótka drzemke na murku, swieci slonce, wieje silny wiatr i jedyne co slychac to jego wycie i szelest lisci. Snie kolorowe, zwariowane sny, kiedy sie budze chmury wlasnie zaczynaja sie rozstepowac jak kurtyna w teatrze. Zadna z nas nic nie mówi, nawet Mandy – gadula. A kurtyna powoli, stopniowo odslania ukrywane wczesniej cuda. Widzialam w zyciu wiele pieknych, zapierajacych dech w piersiach widoków, ale chyba zaden nie wywarl na mnie takiego wrazenia, jak ten wylaniajacy sie spod chmur. Patrze i nie moge sie napatrzec. Zapominam, ze na dole istnieje swiat. To naprawde wyglada jak koniec swiata. Mam to niezwykle, rzadkie uczucie calkowitego spelnienia. Nie mysle o niczym, po prostu jestem. Taka musi byc nirwana. Po pól godzinie przedstawienie skonczone, chmurzasta kurtyna zaczyna zazdrosnie powoli owijac swoje skarby, az po kilku minutach znowu widzimy tylko biala sciane. I znów nie moge uwierzyc, ze kryje sie za nia taka przestrzen, taki widok. Dziewczyny daja sygnal do zejscia. Rzeczywiscie, musimy zdazyc na ostatni bus do miasta. Na kazdym zakrecie sie odwracam i staram sie zapamietac kazdy szczegól. Naprawde zostawilam tam kawalek serca.
Schodzimy przez pomylke inna droga, duzo krótsza. W polach herbacianych niespodziewanie latwo jest sie zgubic. Jeszcze zwariowana podróz busem, przeznaczonym dla 13 pasazerów, w którego upchnelo sie 27!!! Bus pedzi w dól po waskiej, wyboistej serpentynie jak szalony.
I taki byl ten dzien. Nie chce myslec o jutrzejszych zakwasach, padam na pysk i jestem totalnie szczesliwa.

czyli palmik dziala!!! to juz kolejna proba podlaczenia go i przezywalam ciezkie chwile, ale jednak sie udalo! czyli znowu relacja wielodniowa;)

17 maja godz 23:00, unawatunam

Sri Lanka jest zajebiscie piekna! Idealna destination na honey moon, czy inne rajskie biczowanie. Do tego jest co zwiedzac. Ideal. No dobra, ceny wkurwiaja, ale gdybym tu przyjechala na wakacje to i tak bym uwazala, ze jest tu tanio, w porównaniu do Polski. Oprócz internetu (Marteczka mówi, ze nawet w horrendalnie drogiej Australii interek byl bez porównania tanszy) i szlugów. O dziwo nigdzie nie ma zachodnich fajkek. Po przetrzepaniu niezliczonej ilosci sklepów i jednego bazaru zakupilam w koncu lokalny wyrób BRISTOL, za ok 7 zeta (co wkurwilo mnei na maksa po ok 3 zetach jakie placilam za SCISSORSY w Indiach), który byl i tak najtanszy. Z calych dwóch cigarettes brands jakie maja na Sri Lance he he. Podobno w specjalnych sklepach (nie zebym wiedziala co to znaczy specjalny sklep…) mozna kupic malboraski, ale w normalnych sklepach moga byc tylko lokalne szlugi. To sie nazwya ochrona przemyslu tytoniowego! No i pluje se w brode bo na lotnisku byly malborki za polowe tego co place za bristole, ktore zreszta nie sa zle.

No dobra, lece tak z ta kasa, bo troszke sie tu czuje jak uboga krewna, a to uczucie zawsze mnie na maksa wkurwialo i moze dlatego zawsze wracalam ze wszellkich wakacji najbardziej splukana z calego towarzystwa. Pomijajac pamietny wypad do Turcji z Gosikiem, która jako jedyna znana mi osoba na swiecie przebija mnei w kwestii rozpierdalania kasy:)). Cóz, Sri Lanka jest tak zajebista, ze bezwzglednie jest warta tej kasy, a i wiekszej tez (ale nie mówcie tego tubylcom, bo podniosa ceny;), i mam dwa wyjscia – zacisnac zeby albo podniesc budzet, kosztem paru tygodni podrózy. Jeszcze nie wiem co wybiore, gibam sie jak na razie i wpierdalam bananki, które sa pyszne, slodziutkie i tanie hi hi.

Ze jest tu zupelnie inaczej niz w indiach, i ze wierzyc sie nie chce, ze oba kraje sa tak bliskimi sasiadami, to juz zdaje sie pisalam. Róznic jest wiele. Sri Lanka jest… Bardziej zblizona do swiata zachodniego. Gdzie te wysypiska smieci pod oknami 5-cio gwaizdkowego hotelu, gdzie ten bród, smród i ubóstwo, gdzie ten odór szczyn?? Ano w indiach. Na Sri Lance tego nie uswiadczysz. I ten komfort i estetyka codziennego zycia, cos obcego Hindusom, tutaj obecne na kazdym kroku. I nie mozna tego tlumaczyc postkolonialnymi pozostalosciami bo Indie tez byly kolonizowane. I okazaly sie byc niereformowalne. Na razie za krótko tu jestem by dojsc, czy ten ‚zachodni lifestyle’ jest tak widoczny na Sri Lance, ze wzgledu na turystów tabunami tu zjezdzajacych od lat czy tez sami tubylcy tacy sa. W kazdym razie nie tylko miejsca dla turystów sa piekne i dopieszczone. Oni sami tez mieszkaja pieknie i cenia sobie pewnien komfort w zyciu. Dzis bylysmy w Galle, pieknym, post holenderskim miasteczku, ochrzczonym przez Marte Dubrownikiem, ze wzgledu na starówke na cypelku, otoczona murem, po którym mozna uskutecznic oblednie piekny spacer. Wewnatrz fortu przesliczne budyneczki. Zagladalysmy na chama przez otwarte czasem drewniane, rzezbione drzwi lub okna, a w srodku przesliczne patia, ogrody, kamienne baseniki z liliami. No regularny wypas. Do jednego domu zaprowadzili nas chlopcy, na poczatku próbujacy nam wcisnac bizuterie albo sari, a potem usilnie starajacy sie nas wyrwac. Znioslysmy ich zaloty bo okazja dokladnego obejrzenia tubylczego domu wewnatrz byla kuszaca. Taki dom to ja bym baardzo chciala miec! Z ogrodem wewnatrz, drewnianymi, rzezbionymi balkonikami (z widokiem na morze), przepieknymi starymi meblami, wystylizowany, ale nie przestylizowany, bo pokryty patyna czasu. I ogromna przestrzen. Po prostu odjazd! Cena – ok 200 tys dolców. Przeliczylam szybko oszczednosci i z zalem uznalam, ze mnei nie stac, pozostane przy podrózowaniu;) Ale tym co maja odpowiednia sumke polecam.

No wlasnie. W Indiach nawet przez chwile nie mialam uczucia, ze chcialabym tam zamieszkac. Owszem, zjezdzic je, poznac, spróbowac zrozumiec, tak i jeszcze raz tak. Indie sa fascynujace. A Sri Lanka jest po prostu sliczna i chcialoby sie tu troszke pomieszkac.

Nastepna rzecz – ubrania. Bardzo niewiele kobiet chodzi w sari czy salwar kameez. Raczej starsze kobiety lub muzulmanki (te do salwar kameez dorzucaja jeszcze chuste na glowe). A tak wiekszosc ubiera sie w regularne zachodnie ciuchy. Acz takie bardziej zachowawcze i grzeczne. Sukienki raczej dlugie, bez dekoltów, z rekawami do lokcia. Podkreslajace wciecia i wypuklosci, od pasa rozszerzane. Takie troszke lata 50te, w wersji letniej. Zdarzaja sie tez spódnice dzinsowe do kolan i tshirt. Normalnie, bez ekstrawagancji. Wlosy czesto siegajace za tylek, zwiazane w kitke, dumnie i kokietliwie rozpraszajaca sie na plecach. W Indiach królowaly koki i ciasno zaplecione warkocze. Nie da sie ukryc, ze to jednak kobiety w Indiach wygladaly barwniej, no i dla mnie sari jest na maksa pieknym i seksownym strojem. Tutaj prawie wszystkie dziewczyny chodza z parasolkami, chroniac sie przed sloncem. Moze dlatego ich skóra nie jest tak brunatna jak Hindusek, tylko jasno brazowa, w cieplym odcieniu. Wydaje mi sie, ze Hinduski sa generalnie ladniejsze, ale jak juz Sinhalese (czyli przedstawicielka glownej grupy etnicznej na Sri Lance) jest sliczna to jest naprawde piekna i Hinduski az tak piekne bywaja rzadziej.

W ogóle z tubylcami jest dziwnie. Z jednej strony fajnie, bo malo na nas zwracaja uwage, nie chca sobie co chwile robic z nami sesji fotograficznej, w autobusie nie gapia sie wszyscy na bialaske jak sroka w gnat. Z drugiej strony sa namolni strasznie wszelcy naciagacze, oraz tani podrywacze. W Indiach jeden raz obcy Hindus powiedzial do mnie ‚baby’ i jak go opierdolilam to sie momentalnie zawinal. A tutaj obcy kolesie dra sie sweety, darling itd na kazdym kroku. W Unawatunam jest tez masa tubylczych przystojniaków, z rozwinieta masa miesniowa, którzy zachowuja sie jak najgorsze burasy z europejskich nadmorskich miejscowosci. Obcinaja chamskimi spojrzeniami, zagaduja, w sposób jaki Hindus pewnie by chcial ale by sie nigdy nie odwazyl. No tak, chyba doszlam do tego, ze wole Hindusów;) I kto by jeszcze 2 dni temu pomyslal hi hi. Oczywiscie nie wszyscy faceci tacy sa. Wielu jest naprawde milych, sklonnych do bezinteresownej pomocy itd, ale otoczone przez naciagaczy z jednej, a podrywaczy z drugiej strony warczymy na kazdego kolesia co staje nam na drodze. Aha – duzo lepiej mówia po angielsku. Tzn albo w ogóle nie chca mówic, albo mówia bardzo dobrze, z normalnym, w pelni zrozumialym akcentem. To duza ulga.

Kokosy na Sri Lance sa pomaranczowe, a nie zielone i duuuze. Ta charakterystyczna dla Sri Lanki odmiana nazywa sie thambili, czyli king cocunut. Marteczka zadowolona bo wiecej soku w srodku, natomiast ja jako fanka miazszu przezylam wielkie rozczarowanie, bo go w srodku nie ma!!! Spadówa z takim kokosem, nawet na wiórki sie go nie da zetrzec buuuu! Palmy wysokie ocieniaja werandke przy naszym pokoju i co druga uliczke dookola. Zastanawiamy sie ile osób rocznie ginie pod spadajacymi kokosami. Liczymy, ze palmy maja szacunek dla bialasów i w trosce o rozwój turystyki nie zrzucaja na nich kokosów.

18 maja godz 10:00, unawatunam

Sniadanko na werandzie – ananas, papaja i banany. Przezywam powazne dylematy, czy posiedziec dalej na werandce w cieniu palm, sluchajac spiewu ptaków, czy przejsc sie na kawke do knajpki na plazy, czy moze na internet wyslac maile. Zycie jest pelne wyborów;)

Sri Lanka slynie z zajebistych drewanianych masek. Wczoraj zalapalam na nie jazde. Dzis chcemy pojechac do muzeum masek i czuje, ze to sie moze zle skonczyc. Dla mojego budzetu i moich biednych ramion i pleców zalamujacych sie juz i tak pod ciezarem tego co ze soba wloke. Maski sa z reguly bajecznie kolorowe, jak na drewno bardzo lekkie, po obu bokach ‚twarzy’ z wybaluszonymi oczami i wyszczerzonymi zebami, maja jakby skrzydla. Sa naprawde piekne. Nawet te najprostsze i najtansze. Wiekszosc masek jest przeznaczona tylko do wieszania na scianie. Te najwieksze i najdrozsze sa wykorzystywane przy lokalnych, rytualnych tancach. Trza bedzie sie na takie tanca wybrac! Oczywiscie maski, które sie Rudej najabardziej spodobaly, byly najdrozszymi maskami w sklepie. Na szczescie taka do tanca i tak musze se odpuscic, bo za huja tego sie nie przewiezie w plecaku.

Anomalie pogodowe sie nas na maksa trzymaja, ale choc raz dobrze na tym wychodzimy.Na poludniowym wybrzezu Sri Lanki, gdzie teraz jestesmy, jest totalnie off season bo wlasnie jest czas monsunu. Jak na razie monsoon objawia sie pelnym sloncem i zerem deszczu, co jest bardzo mile z jego strony. I tylko wilgotne bardzo jest powietrze, no ale jak to robi na skóre!;). Powoli bedziem sie ewakuowac do centrum wyspy na plantacje herbaciane, i górskie widoki, a potem na wschodnie wybrzeze wyspy, gdzie teraz przypada pelnia sezonu, i tu mamy nadzieje, anomalie pogodowe przestana nas sie tyczyc.

Unawatunam to senne wiosko-miasteczko, polozone wzdluz uroczej zatoki. Plaza usiana jest palmami i restauracyjkami. Dyskretnie pochowanymi w cieniu palm i innej tropikalnej roslinnosci. Przez wies prowadzi jedna waska, kreta uliczka, ocieniona bujna roslinnoscia, z niej odbicia do slicznych hotelików, tez poukrywanych w roslinach. Znienacka przez uliczke przechodzi jaszczura, o metrowej dlugosci, obwodzie porównywalnym z solidna meska lydka, i grubej, szarej skórze. Robie jaszczurze sesje fotograficzna, ona syczy. Podchodzi do niej maly kot i z ciekawoscia sie na nia gapi. Próba sil, jaszczura wije jezorem, w koncu udajac, ze wcale sie nie spieszy, spierdala w krzaczory. A kot naprawde maly. Widac jaszczura jest wegetarianka.

Turystów bardzo malo, w sezonie pewnie wszystkie knajpy tetnia zyciem, podobno nawet sa dyskoteki, na które tubylcy moga wejsc tylko w towarzystwie bialych. Pierwszego dnia uznalam to za rasizm, ale poznawszy lepiej tubylców, wydaje mi sie, ze to sluszne rozwiazanie. Ocean w zatoce bardzo spokojny, zero burzliwych fal, woda duzo mniej slona niz w zatoce bengalskiej w Mamallapuram, i o dziwo zimniejsza! Mozna sie swobodnie pluskac, lub grac w wodna siatkówke. Ja jednak wole walke z falami, w zatoczce sie nudno plywa i niespodziewanie sie pojawiaja plycizny, na których niefajnie jest zaryc noga w kamien. Plaza jest bardzo waska, ale to kwestia pory roku. W czasie monsunu, nawet kiedy jest on tak sloneczny jak teraz, ocean podchodzi coraz wyzej. Tubylcy wiaza linkami drzewa, zeby ocienialy brzeg, bo podobno w ciagu najblizszych tygodni woda podejdzie jeszcze wyzej i wykoslawilaby, lub wrecz wyrwala z ziemi drzewka.

18 maja godz 22:00, unawatunam

No to nawet w raju mozna miec dolka jak sie okazuje. Nie najlepsze wiesci z Polski juz wczoraj mnie nieco podlamaly, a przed chwila zdolowalam sie ostatecznie, kiedy pomimo wielokrotnych prób nie udalo mi sie zsynchronizowac palma z kompem w kafejce (tej samej gdzie wczoraj wszystko bylo git) i wszystkie maile które wczoraj pisalam do przyjaciól zamiast pójsc w swiat, siedza wciaz w palmie, ze o tej notce nie wspomne. Za huja nie wiem co sie stalo. Mam podejrzenia, ze palm zalapal wirusa i mu sie wszystko jebie. Najbardziej wkurwia mnie fakt, ze interek jest tu tak skurwysynsko drogi, ze gdybym chciala te maile pisac na zywca w sieci to wydalabym mój 3 dniowy budzet kurwa mac! A akurat teraz wyjatkowa mam potrzebe kontaktu z niektórymi osobami. Fok!

Poza tym jest zajebiscie;). Siedzimy w restauracyjce Hard Rock, w której leci UB 40, George Michael (z okresu Careless Whispers), lub dyskotekowa wersja muzy klubowej, umps umps umps. Mogliby chociaz zmienic nazwe hi hi, skoro nie przyjdzie im do glowy, ze szum oceanu jest wystarczajaco piekna muza w tych okolicznosciach przyrody. Ale zarcie maja wysmienite. Curry prawns, podlane mlekiem kokosowym, pycha! Choc generalnie wole kuchnie hinduska. Ona ma to do siebie, ze nawet najprostsze, fastfoodowe potrawy sa przepyszne. No i na Sri Lance gorzej jest wegetarianom zdecydowanie. I jedza jeszcze ostrzej niz Hindusi. Marteczka i tak prosi o dokladke chili, za to ja zaklinam kelnera by bylo ‚bardzo bardzo delikatne, takie na smak bialasa, please!’

Pojechalysmy dzis do miasteczka Anacostam, zobaczyc muzeum z maskami. Przepiekne. Z opisanymi historiami/przedstawieniami w jakich dane maski sa uzywane. Muzeum towarzyszy sklep, w którym jest obledny wybór przepieknych mask, w kosmicznych cenach. Oczywiscie najbardziej podobaja nam sie te najdrozsze hi hi, malowane naturalnymi barwnikami, z przepieknymi rzezbieniami. Ale i tak przed wyjazdem na jakas sie skusze, czuje. W koncu trzeba miec jakis pamiatki z podrózy, by w zimowe wieczory spogladac na nie z nostalgia i planowac nastepna wyprawe, czy nie?;)

Po drodze do Anacostam, która prowadzi wzdluz wybrzeza, wiec co chwile wyrywa mi sie westchnienie na widok kolejnej uroczej plazy pelnej palm, nagle, w odleglosci moze 50 metrów od brzegu pojawia sie malenka wysepka. Miesci sie na niej akurat kepa palm i przepiekny dom z czerwonymi dachówkami. Jak jest odplyw, mozna dojsc do wysepki z buta, brodzac w wodzie po pas maksymalnie. Dom mozna wynajac. Jakis slynny pisarz napisal w nim jakis bestseller. Nie znam ani ksiazki ani autora, a domu zazdroszcze na maksa.

Mój kaszel powoli przestaje rozrywac mi pluca, za to Marteczka sie ode mnie zawirusowala. Ona postawila na Srilanska medycyne z kolei i bardzo sobie chwali smak specyfiku, który jej zapodano. Fuksiara. Mnie zbiera na wymioty przed zazyciem mazi ajuwerdyjskiej. Ale pomaga.

Jutro opuszczamy Unawatunam i nasz przeuroczy pokój w villi Golden Ent. Znalazla go Marta, za zaskakujaco mila cene. Nawet czysta posciel byla i sraj tasma w kiblu. Luksusy panie! I landrynkowo-rózowa moskitiera, pod która, jak Marteczka mi dokucza, wygladam jak ksiezniczka;)

19 maja, godz 22:00, Mirissa

Jezu jak jest pieknie! I zaden zepsuty palmtop mi nie zepsuje humoru, jest tak pieknie! Pobyczylysmy sie dzis wreszcie na plazy w Unawatunam, nie w tej plytkiej zatoczce co bardziej przypominala basen niz ocean, tylko troche dalej, gdzie byly fale, palmy rzucaly cien, woda turkusowa, bialy miekki piaseczek, zero ludzi i kurwa czulam sie jak w pieprzonym raju. No dobra, 30 metrów od nas byla mala grupka holenderskich emerytów, a troszke blizej paru lokalnych lovelasów, z wyrzezbionymi klatami i rozpuszczonymi wlosami do pasa. Popisywali sie jak kompletni kretyni, dokladnie w stylu najbardziej kiczowatych teledyskow, których akcja dzieje sie na Hawajach czy innych takich. Przeginanie sie na desce surfingowej, zarzucanie wlosami, spojrzenia, które chyba mialy byc uwodzicielskie, no wies na maksa. Ubaw mialysmy po pachy. Pomimo naszych bardzo zniechecajacych min odwazyli sie zaprosic nas na boat party. Z duza radoscia odparlam, ze wlasnie wyjezdzamy hi hi. Jakos nie lubimy tu z Marteczka tubylców. Nawet 15letni smarkacze zaczepiaja nas w wyjatkowo chamski sposób. Zachowuja sie jakby za duzo sie naogladali hollywoodzkich filmów i wydaje im sie, ze kazda bialaska przyjechala tu sniac o goracych nocach z nimi. Moze jak bede stara, pomarszczona raszpla to bede toczyc sline z pyska na widok tubylczych dzolerów, ale teraz to 10metrowym kijem od szczotki nie dotkne. A to wszystko przez ich styl bycia. Obiektywnie rzecz ujmujac, niektórzy z tych chloptasi sa bardzo przystojni. Ale ich zachowanie, te chamskie zaczepki, to obcesowe podejscie do kobiet jak do towaru jest kurwa nie do przyjecia i mamy obie z Marteczka mordercze instynkty. Mam nadzieje, ze to specyfika nadmorskich kurortów i w glab ladu faceci nie beda sie poczuwali do bycia macho bardziej niz wszyscy Wlosi swiata razem wzieci.

Na plazy trafilo mnie takie zdziecinnienie ze szczescia, ze pierwszy raz od ok 20 lat wybudowalam zamek z piasku. Z fosa i 4 basztami. Niezly byl. Moze powinnam rozwazyc kariere rzezbiarza, albo chociaz garncarza po powrocie?

A pod wieczór pojechalysmy do Mirissy, 20 kilometrów od Unawatunam raptem. Wedle Lonely planet Mirissa miala byc malutka, senna wioska. Nawet mapki nie zamiescili, wiec spodziewalysmy sie 3 guesthousów i 2 knajpek na krzyz. A tu calkiem spore miasteczko. Troszku sie na poczatku rozczarowalysmy. Ale jak juz dotarlysmy do guesthousu Sun Shine Beach Inn, zobaczylysmy przesliczny pokoik, restauracyjke w pieknym ogrodzie, przez który wychodzi sie prosto na cudowna, jak z filmu plaze, cala ocieniona palmami to piszczac jak glupie siksy rzucilysmy sie sobie w ramiona ze szczescia. Jest pieknie, ze sie obsrac mozna, ze zacytuje sama siebie sprzed paru lat;)

Pare godzin pózniej…
Ten ogród jest nieziemski! Bujam sie w hamaczku, gapie sie w gwiazdy przebijajace przez pióropusze palm, przede mna fale rozbijaja sie o brzeg. I tylko ten strach, ze zaraz kokos sie na leb spierdoli. I to wcale nie jest smieszne! Jak patrze na takiego kokosa, wagi ok 1,5 kg, dojrzaly i dorodny, jak wisi sobie jakies 15 metrów nade mna, to wyobraznia pracuje jak szalona i podsuwa rózne upiorne obrazki pod oczy.
A jaki obciach…
- Slyszales? Ruda zginela w czasie swojej podrózy… (chlipniecie).
- O boze, to straszne! Co sie stalo? (wstrzas i bezbrzezny smutek w glosie). Jakis zamach terrostyczny? SARS?
- E, nie, co ty! Kokos jej sie zjebal na leb. [tlumiony chichot]

20 maja godz 11:30, mirissa

To moze nie byla najpiekniejsza noc w moim zyciu, ale na pewno najpiekniejsze przebudzenie. O swicie, z palmami nad glowa, cwierkaniem ptaków i hukiem oceanu dookola. I by nie walic sciemy, z lekko napierdalajacym kregoslupem od hamaka. Nie mozna miec wszystkiego;). Co nie zmienia faktu, ze te noc tez zamierzam spedzic w hamaczku w ogrodzie, sniac kokosowe koszmary hi hi. Niestety na wschód slonca nie dalo sie wyjsc, bo ogród jest zamykany na noc od strony plazy, a od strony ulicy trzeba zapierdalac mocno przez miasteczko. Jest tak totalnie rajsko-wakacyjnie, ze brakuje mi tu na maksa ekipy hrvatskiej i paru innych osób, co swietna kompania wakacyjna bywaly. I nawet zakupów na sniadanie nie trzeba tachac pod gigantyczna góre (niewtajemniczonych przepraszam za prywate;), tylko 2 metry od pokoju, w restauracyjce w ogrodzie wpierdolilam nalesniczki z kokonutem (czyli jednak jakos ten miazsz z niego wyciagaja!) a teraz popijam herbatke z mlekiem i miodem. Podrózowanie jest zajebiste, a jak je przetykac takimi dolce vita-leniwymi dniami to juz sie robi pieprzony ideal.

Jeszcze jedna róznica miedzy Sri Lanka a Indiami – w Indiach, wsród serii standartowych pytan – skad jestes, jak dlugo podrózujesz, czy podobaja ci sie Indie i czy jest ci goraco – nigdy nikt nie pytal o wiek. Ani westernersi, ani tubylcy. Wsród tabunu ludzi jaki poznalam, dokladnie 2 osoby spytaly mnie ile mam lat, i bylo to juz po jakims czasie znajomosci, w ramach bardziej zaawansowanych rozmów. I kurwa na moje kokietliwe – a jak myslisz – niestety trafiali bez pudla, co mnie z leksza wkurwialo, w koncu przyjaciele mi wmawiali w polsce, ze za cholere nei widac ze mam 30stke;). Na Sri Lance, tak jak w innych krajach, w których wczesniej bywalam, pytanie o wiek nalezy do standartowego pakietu zapoznawczego. I bardzo podoba mi sie zdziwienie malujace sie na twarzach kiedy odpowiadam! A co!:) Od miesiaca mam wakacje, zero stresu (nie liczac spadajacyh kokonutów i psychicznych kierowców), cialko coraz bardziej brazowe no i to cudowne, wilgotne powietrze, które doprowadza skóre do gladkosci gladszej niz najszlachetniejszy jedwab i rozprasowuje wszystkie zmarszczki, nawet te urojone lepiej niz botox. (zeby nie bylo – dzialanie botoxu jak na razie znam tylko z drugiej reki;). Kremy, które ze soba zabralam roztapiaja sie samotnie w kosmetyczce i jedyne co w siebie wcieram to filtry przeciwsloneczne i czasem zel na poparzenia. Laski, przyjezdzajcie tu! Co wydacie na bilet, zaoszczedzicie na kosmetykach! Wlasnie… powoli zbieram sie do przyrzadzenia listy rzeczy, które niepotrzebnie ze soba zabralam i znajdzie sie na niej jakies 3/4 kosmetyków, które dzwigam jak debilny wielblad. Wliczajac tusz do rzes, korektor i puderniczke hi hi. No dobra, puderniczka ma lusterko, które sie pare razy przydalo…;)

20 maja, ok 21:00, mirissa

To chyba zaczyna sie robic nudne, ale wciaz jest cudownie jak w raju. Dzien spedzony na przewalaniu sie w 2-metrowych falach, grzebaniu sie w piachu i spacerkach po naszej zatoczce i dwóch obok. Nawet nie chcialo mi sie wypytywac tubylców gdzie sa dobre miejsca do snorkowania, bo i tak bym nie ruszyla dupy z plazy. Wszystkie uroki sezonu pt piekna, sloneczna pogoda, plus najwiekszy urok bycia tu poza sezonem, czyli zero turystów. Te wszystkie rajskie plaze sa niemal dziewiczo puste. My, jedna parka co dzis przyjechala, Wlosi- ojciec z córka na wakacjach, fajna, sfreakowana Angolka podrózujaca po Sri Lance od 10 tygodni z 7letnia córka, jakis koles i to wszystko. Na caly dzien i na trzy spore plaze. Czad. 7letnia Rosie ma sliczna, ciemna karnacje, czarne oczy, ocienione przepieknymi rzesami, ‚to dlatego, ze urodzilam sie w Indiach’ tlumaczy mi powaznie. Nie pytam o tate, bo z tego co gadalysmy z Angolka to nie sa razem. Mala jest bardzo dorosla, jedyny raz kiedy wyszlo z niej dziecko, to gdy spytala mnie czy mam dzieci. W oczach miala cicha nadzieje, ze zaraz wyciagne jakies jak królika z cylindra. Poza tym taka przemila miniaturka doroslej osoby. Powaznie opowiada mi gdzie byly na Sri Lance, gdzie byl fajny guesthouse, a gdzie dobra restauracja. Jak pytam o szkole, mówi ‚I`m home educated’. Patrzy badawczo na moja reakcje, kiedy smieje sie, ze wszystkie dzieciaki jej pewnie zazdroszcza, przytakuje mi jakby z ulga. Nie wiem, moze natykaly sie wczesniej na rózne reakcje? Widac, ze matka jest lekko pojechana, w fajny, luzacki sposób. Ma zajebisty kontakt z córka. Rosie jest z jednej strony powazna i rozmawia sie z nia jak z doroslym czlowiekiem, ale po pól godzinie wyciaga cie w fale i pluszcze sie jak mala foka i widac, ze to jednak dziecko.
Wloszka z kolei ma 24 lata, od 2 czy 3 lat szwenda sie po róznych zakatkach swiata, pracujac w róznych kurortach (Egipt, Tunezja itd), robiac entertainment dla turystów, cos w stylu med club. Na Sri Lanke przyjechala na wakacje razem z ojcem. Fajni sa. Totalnie wyluzowani, widac, ze dobrze sie ze soba czuja.

Na plazy zbudowalam kolejny zamek. Chwile po jego wykonczeniu, fose przekroczyl pies i ulozyl sie centralnie na srodkowej wiezy. To ten sam pies co w nocy spal na naszej wycieraczce. Juz mu powiedzialam, ze na te noc ma se gdzie indziej gnojek poszukac noclegu. Niestety sama musze z hamaczku przeniesc sie do cywilizowanego wyrka bo wieczorem znienacka monsun przypomnial o swoim istnieniu i kilka minut po zachodzie slonca w ekspresowym tempie niebo zasnula gigantyczne czarna chmura, rozlegly sie grzmoty, zaswiecily blyskawice i lunelo jak z cebra. I oczywiscie pierdolnal prad, wiec z godzinke siedzialysmy przy neonowo bialej latarence, ale jak na razie wrócilo do normy. Co w kazdej chwili moze ulec zmianie, przerwy w dostawie pradu sa w Azji klasyka gatunku.

Nasz guesthouse jest najsliczniejszym miejscem w jakim do tej pory spalysmy. Nie liczac spacerów po plazy nawet nie ruszam sie z jego obrebu. Zgodnie postanowilysmy zostac tu dzien dluzej. Jak na razie noclegi sa w tej cenie co najdrozsze jakie mialysmy w indiach, za to jakosc jest tak o niebo wyzsza, ze juz w ogóle nie jecze na ceny. Oprócz internetu, który w Mirissie jest dwa razy drozszy niz w Unawatunie. Nawte sie nie zblizam do jedynej kafei jaka tu jest. Jak w koncu postawie te notke na blogu (wierze, ze palm sie kiedys da podlaczyc;) to chyba dam nagrode temu, co da rade przeczytac ja na raz hi hi.

21 maja, mirissa, 11:00

Ta noc tez bedzie niezapomniana. Nie moglam zasnac, siedzialam sobie w ogrodzie przy plazy, oslepialam swiatlem latarki kraby-zlodziei muszli slimaczych, sluchalam muzy, minela pólnoc, zero czlowieka, egipskie ciemnosci, nagle od tylu zachodzi Marta, przyprawiajac mnie o stan przedzawalowy. Obudzil ja jakis przerazliwy kobiecy krzyk i poszla sprawdzic co sie ze mna dzieje. Naprawde sie wzruszylam. Sapalka raczej do meznych, nocnych zdobywców nie nalezy i jej wyprawa przez ciemny ogród byla prawdziwym swiadectwem przyjazni. Po drodze tylko obudzila Wlochów, upewniajac sie czy tez slyszeli ten krzyk. Dzis jak wstalysmy juz sie wyprowadzili. Ciekawe czemu… POniewaz prad póznym wieczorem jak pierdolnal to juz na dobre, wiec oczywiscie nie dzialal wiatrak. Zrobilo sie naprawde w huj goraco. Lezymy gole pod moskitiera, pot z nas splywa, sen nie nadchodzi. Gadamy o glupotach i sprawach powaznych, czasem sie zasmiewamy sie (byc moze to jeszcze jeden powód dla ktorego Wlosi sie tak nagle wyniesli;), w koncu milkniemy, powoli odplywajac w ramiona Morfeusza. Kiedy juz jestem w pierwszej fazie snu, wyrywa mnie z niego sceniczny szept Marteczki ‚Kasia spisz?’. Wrodzona uczciwosc kaze mi wydac z siebie rzezenie majace dac jej do zrozumienia, ze juz prawie i ze z pogawedki nici. Zadowolona Marteczka mówi ‚ to tylko jedno, wazne pytanie’. Zrezygnowana zamieniam sie w sluch. Marta zaczyna, powaznym, pelnym skupienia glosem:
- bo zobacz, jak kotka ma kocieta to mówi sie, ze sie okocila, jak suka ma szczenieta to sie oszczenila, jak klacz ma malego konika to sie ozrebila, jak krowa ma cielaka to sie ocielila…
Slucham tego wywodu w oslupieniu, sen mi minal jak reka odjal, Marteczka na chwile zawiesza glos, po czym konczy z dramatyzmem w glosie:
-… A co sie mówi jak swinia ma prosiaki? Ze sie oprosiaczyla?
Zaczynam ryczec, zwijam sie na lózku ze smiechu i nagle z ciemnosci dobiega pelen napiecia glos MArteczki
- A owca???!!! Co sie mówi jak ma male owieczki?

21 maja, godz 19:00, mirissa

Cala rodzina prowadzaca nasz guesthouse, na czele z trzema, wiecznie usmiechnietymi siostrami szykuje sie wlasnie na urodzinowe przyjecie u kuzyna. Co oznacza, ze ‚no cook today’. A my zdychamy z glodu. Nawet zerwalysmy sie z zachodu slonca tak nas ssalo. A na zachód poszlysmy na mala wysepke-górke w zatoczce, do której trzeba sie przeprawic brodzac po pierwszorzedne czesci plciowe w morzu. Oczywiscie poszlysmy jak glupie juz w normalnych ciuchach, nie kostiumach kapielowych, wiec tubylcza ludnosc miala niepowtarzalna okazje obejrzec mój tylek, wylaniajacy sie ze stringów, kiedy próbowalam chronic kiecke przed zamoczeniem. Widoki z górki byly piekne, ale kiedy wreszcie po godzinie zaczelo zachodzic slonce nadeszly chmurki i w pizdu misterny plan pocykania kiczowatych fotek. No to sie zawinelysmy jesc, a ci se ida na imprezke. Do roboty kurna, a nie do zabawy!;) Dogadalysmy sie wiec z ich siostra, która prowadzi guesthouse obok, gdzie mieszka Angolka z córka. Jak to mówily ‚ there`s lovely food, lovely!’, o czym przekonamy sie za godzine, kiedy pani kazala nam przyjsc na kolacje. Ta wlascicielka to siostra ‚naszej’ rodziny. Otworzyla swój guesthouse dopiero pare miesiecy temu i od tego czasu rodzina ze soba nie rozmawia hi hi.

Urwalysmy sie dzis na 3 godzinki z Mirissowego raju do Wellingamy, gdzie jest dom na wyspie, nie mylic z tym, o którym pisalam wczesniej. To wlasnie ten dom jest miejscem gdzie zostal splodzony nieznany mi bestseller, a nie tamten, jak pisalam wczesniej. Wysepka jest kilkanascie metrów od brzegu. Wyglada jak jedna wielka piekna palmowa kepa, z której wylaniaja sie czerwone dachówki i kawalek bialej sciany slicznego domu. Zatoka przy miasteczku objeta w posiadanie przez rybaków. Maja bardzo smieszne lodzie. Dlugie i waskie, gdyby przekroic jedna w poprzek to mialaby dokladnie taki przekrój jak dzban – waska szyjka u góry, przechodzaca w pekaty brzuszek. Te mniejsze lodzie, o dlugosci 2-3 metrów, maja tak waskie wejscie u góry, ze moja lydka by tam chyba nie weszla. Nie mam pojecia jak oni tym plywaja. Wieksze lodzie tego typu sa zrobione na polowiczne catamarany, czyli maja doczepione z jednej strony cos co dla mnie jest narta na kijkach. Kiedy walesalysmy sie po zatoce, podgladajac bogaczy wynajmujacych dom moich marzen, do brzegu przybily 2 takie lodzie. Najpierw w przekomiczny sposób je wyciagali na brzeg. Rybacy zapierali sie plecami o kije od narty i pchali do tylu, raczki wspierajac na tylku jak do tanca. Potem byl wyladunek zlowionego towaru. Oni chyba tylko w tych lodziach moga stac, natomiast w ‚dzbanie’ trzymaja zlowione ryby. I by je wydostac, wsadzili do ‚dzbana’ dzieciaka, który co chwile sie wylanial z kolejnym pekiem ryb w reku i przerzucal je do niecki. POtem podziwialysmy ryby na stoiskach przy morzu. Panowie objasniali która ryba jak sie nazywa – gilawa, hossa, katukoiya – wymienia pan pokazujac na kolejne ryby – stalowoszare, czerwone, w niebieskie groszki, w tygrysie paski, ryby dlugie na ponad pól metra, jak i male jak skalarki akwariowe, na koniec pokazuje na swojego kolege i mówi – meduza! Na pozegnanie po uscisnieciu reki caluja nas w dlonie. Mamy ubaw na maksa.

21 maja, 22:00

Och kolacja byla naprawde przepyszna! Jadlysmy razem z para Kanadyjczyków z naszego guesthousu i Angielka z córka. Wlascicielka przygotowala dla nas wszystkich rice and curry, sztandarowa potrawe na Sri Lance, Rosie pomagala podawac do stolu, i czulam sie jak na obiedzie u znajomych a nie w knajpce. Rice and curry to potezna porcja ryzu, który na Sri Lance jest okragly i troszke przypomina kasze, a do tego kilka miseczek róznych specyfików. Dzis na przyklad byly to: dhal (soczewica), baklazany, surówka z pomidorów, cebulki i czegos ogórkopodobnego, oraz jakby pasta z ryby i kwiatów bananowca. Zezarlysmy potworne ilosci, a gdyby bylo wiecej to pewnie bysmy nadal wsuwaly, takie dobre! Przy okazji z Angolka, której imienia nie znam rozmawialysmy o Indiach. Jest chajtnieta z Kaszmirczykiem, ale sa w separacji od jakiegos czasu i wrócila z córka do Anglii. W Indiach mieszkala przez kilka lat i teskni za nimi bardzo. Potwierdzila moje obserwacje, ze Kaszmirczycy sa bardzo nielubiani przez reszte kraju. Dokladnie z tych powodów co mówil Adzan – Kaszmirczycy przez lata pracy z turystami doszli do perfekcji w biznesie i teraz kiedy w Kaszmirze nie ma turystów radza sobie lepiej w pozostalych czesciach Indii niz lokalesi. Mówila, ze KAszmir jest absolutne piekny. Musimy tam pojechac koniecznie.
Jutro opuszczamy Mirisse i jedziemy w glab wyspy czyli hill country. Ponoc pieknie na maksa.
Uplynal miesiac mojej podrózy. Czyli teoretycznie 1/12. Kasy jak na razie, pomimo biletu lotniczego na Sri Lanke i cen na niej i tak wydalam mniej niz zakladalam, wiec lubie sobie myslec, ze wciaz mam przed soba rok podrózy:). Tym bardziej, ze chyba na Indie zejdzie mi wiecej czasu niz planowalam.

22 maja godz 21:00, Ella

No kto by pomyslal, ze wystarczy kilka godzin jazdy trzesacym sie autobusem by poczuc regularny wieczorny chlodek! Jestesmy w górach. Pieknych na maksa! Podróz autobusem, jak to w Azji, do wygodnych nie nalezala, kregoslup wymiekka, ze o zmasakrowanym na wybojach tylku nie wspomne, ale te widoki po drodze rekompensuja wszystko! Polowa drogi prowadzila nad brzegiem oceanu, co chwile wylanialy sie zatoczki, piaszczyste, skaliste, do wyboru, do koloru. POtem skrecilismy w glab wyspy, miasteczka, wioski, palmy, ogrody, az na horyzoncie pokazaly sie góry. Piekne, zielone. Autobus zaczal sie na nie wspinac kretymi serpentynami, ledwo wyrabiajac na kolejnych zakretach. A za kazdym coraz piekniejsze widoki. Akurat jak dojezdzalysmy do Elli zaczelo zachodzic slonce, ogarniajac cieplym swiatlem wzgórza. Zaczynam sie robic niebezpiecznie romantyczna od tych cudów natury, porzucam se na noc paroma kurwami, to moze mi przejdziee;). A i tak jak na razie widzialysmy niewiele. Strach pomyslec co bedzie jutro, po tych wszystkich spacerach i wspinaczkach! Mniej wiecej w polowie drogi przez otwarte okna w autobusie zaczal dobiegac znajomy zapach. Piekny zapach – polskiej wiosny. Slowo – mialam lezke w oku! Myslalam, ze to zapach, którego w tym roku nie uswiadcze, a jednak! W górach na Sri lance w ciagu dnia jest chyba bardzo cieplo, choc nie upalnie, ale zaraz po zachodzie slonca pojawia sie chlodek. Mily, taki akurat by posiedziec na dworzu ubranym w bojówki i koszule z dlugim rekawem. Mila odmiana. Ludzie tutaj jak na razie wydaja sie duzo fajniejsi. Tez chyba jest off season, bo dostalysmy za cene jednego pokoju, dwa pokoje ze wspólna lazienka. Tej nocy Marteczka mnie nie obudzi pytaniami o owce i swinie. To tez mila odmiana hi hi;)
Na kolacje zezarlysmy po dwie porcje narodowego deseru na Sri Lance – curd and honey. Curd to zsiadle mleko bawole, podawane zimne, z miodem lub syropem palmowym i równiez w wersji z owocami. Jest to pierwszy tutejszy specjal, na punkcie którego naprawde odjechalam i wiem, ze bedzie mi go brakowalo po powrocie do Indii. Bede tez tesknic za nalesnikami coconutowymi z naszego guesthousu w Mirissie, ale to akurat trudno nazwac lokalna potrawa he he. A byly takie pyszne – utarty kokos jako nadzienie i jeszcze polane miodem, cudo! W ogóle bylo mi troszke zal wyjezdzac z Mirissy. W sumie pierwsze miejsce w czasie mojej podrózy, gdzie wyjezdzajac pomyslalam, ze naprawde chce tu wrócic. Za pare lat, kiedy bedziemy mieli bezposrednie, tansze polaczenia na Sri Lanke trzeba bedzie tu zrobic najazd cala ekipa, to Czesi przestana byc jedyna rozpoznawalna wschodnioeuropejska nacja. Tak, tak, Pepiki sa tu bardzo lubianymi turystami, a Poland jest caly czas brana za Holland…

23 maja, godz 18:00, Ella

Lazenie po górach to swietny, skrócony przyklad karmy. Najpierw sie nameczysz jak glupi wspinajac sie z mozolem po kamulcach i innych takich, a potem zostaniesz wynagrodzony widokami zapierajacymi dech w piersiach. Ella to mala wioska, rozrzucona wzdluz kretej, górskiej drogi. Dookola jest mnóstwo opcji odbycia przepieknych, mniej lub bardziej meczacych spacerów. Ambitnie na pierwszy rzut wybralysmy podejscie do Ella Rock, najwyzszej góry w okolicy, uznawane za jedno z trudniejszych. Dalo rade, choc oczywiscie nie bez wylanych ton potu i krwistych wypieków na polikach. Ze skaly widac góry, poukrywane w zielonosciach wioski, oraz rozciagajace sie tysiac metrów ponizej niziny, a podobno w bezchmurna noc widac nawet swiatlo latarni morskiej na wybrzezu wschodnim. Wzgórza z daleka wygladaja jak porosniete gruba warstwa mchu, upstrzonego miejscami drzewami. Co jakis czas plamy jasniejszej zieleni, ulozonej w regularne rzadki, to pola herbaciane. W jednej chwili intesywne slonce rozswietla góry, w drugiej ciemne chmurzyska zasnuwaja je mgla. Wspinajac sie mija sie wodospady i lasek ze stadem malp, z których jedna zabawiala sie w spadochroniarza, bez spadochronu, rzucajac sie na kepe galezi kilkanascie metrów nizej. Galezie okazaly sie byc malo stabilne i malpa z trudem zlapala równowage. W spacerze towarzyszyl nam przemily tubylec po 40stce, który na poczatku myslalysmy, ze chce robic za samozwanczego guida, a potem okazalo sie, ze mieszka w sasiedniej wiosce i po drodze nas oprowadzil po Ella Rock.
Za glówny szlak komunikacyjny pomiedzy wioskami robia tory kolejowe. Pociag przejezdza zaledwie kilka razy dziennie (tory sa pojedyncze, wiec rozklad musi byc scisle dopasowany, by pociagi mogly sie wymijac na stacjach), wiec tubylcy uzywaja ich jako drogi. To dosc zabawnie wyglada, gdy tlumek dzieci w bialych strojach wraca z buddyjskiego odpowiednika szkólki niedzielnej i zapierdala po torach, z których w razie najazdu pociagu mozna zwiewac na palme lub w wielka kepe ostu. Ewentualnie do przepasci. Nawet zadnej sciezki nie wydeptano przy torach, po prostu sie lazi miedzy koleinami.
Pogoda w górach na Sri Lance, która tu sie nazywa permanentna wiosna, to dla mnie w ciagu dnia takie klasyczne, gorace polskie lato, które pózniejszym popoludniem nagle przeradza sie w lato chlodne, by po zmierzchu byc taka koncówka sierpnia w Sopocie, kiedy wieczorem trzeba sie ubrac w cieplejsze ciuchy, a w knajpach na dworzu siedza tylko turysci. Well, tutaj jestem turystka wiec tez siedze na zewnatrz hi hi. W Sopocie bym siedziala w Spacie lub Klubowej;)

Z godzinke pózniej

No to zaraz mnie czeka niezla przeprawa. Nienasycone widokami polazlysmy 2 kilometry do Ambience restaurant, która jako jedyna w Elli (a wlasciwie juz poza nia) ma obledne widoki. To jednoczesnie bardzo wypasiony hotel. Marteczka wrócila na zamówiony wczesniej obiad w naszym guesthousie, a ja postanowilam zjesc tutaj. No i zasiedzialam sie za bardzo, wlasnie zachodzi slonce, ja wciaz czekam na zamówione noodle i bede wracac po ciemku… A niebo pelne chmur wiec na gwiazdy rozswietlajace droge nie ma co liczyc. I jeszce te grzmoty jakby burzowe… Bedzie niezle czuje;). Ale miejsce jest tego warte. Jakbym przyjechala tu na wakacje to bym placila radosnie kase jaka sobie spiewaja. A tak musza mi wystarczyc goscienne wystepy he he. Restauracja ma maly tarasik, z którego brzegu rozpoczyna sie przepasc, a ty sobie siedzisz w lezaku, przy malym drewnianym stoliku, zastawionym porcelanowym serwisem, popijasz herbatke z kardamonem i gapisz sie przed siebie na obledna panorame górska. MIjaja godziny a ty wciaz nie mozesz sie napatrzec.

I kolejna godzinke pózniej…

ZESZLAM!!!! Na szczescie chmury poszly w pizdu, swiecily gwiazdki i zaczatek ksiezyca. W dodatku okazalo sie, ze góry dookola sa pokryte swiatelkami. W ciagu dnia domy musza byc poukrywane w drzewach, ale w nocy, takie migoczace góry wygladaja tak pieknie, ze dobrze, ze te noodle mi robili tak dlugo. Sama bym nie podjela decyzji o takim nocnym spacerze na odludziu, gdy w przewdoniku nawet na dzienne wycieczki odradzaja wyprawy w pojedynke. Kolejny raz sie okazalo, ze glupi ma szczescie. Choc pare razy zlamanie nogi bylo blisko, to jednak wysooka góra! A burza objawiala sie tylko blyskawicami, które dodawaly na maksa klimatu. Bylo magicznie…

najpierw spierdolila sie na kilka dni strona blogowa, potem podrozowalysmy intensywnie, no to teraz wypasiona, dlugasna notka do znudzenia;)

12 maja godz 23:00 trichy

Czuje sie jak burzujka hi hi. Siedzimy sobie z MArteczka na tarasie w naszym hotelu (dwójka znowu okazala sie drozsza niz podawali w Lonely Planet, ale znowu dostalysmy znizke), odpoczywamy po pracowitym dniu i wieczornym obzarciu (mamy brzuchy jak balony a nasi hinduscy sasiedzi zezarli tak na oko 4 razy tyle co my), przychodzi koles co robi za portiera i najpierw próbuje sepic fajke (tu sepia szlugi bardziej niz w liceum na przerwach), potem cwiczy angielski (dowiaduje sie, ze pracuje tu 10 dzien i bardzo lubi swoja prace), na koniec bierze ode mnie 10 rupii za które za chwile ma nam przyniesc kawe. Zyc nie umierac!

Kawka wlasnie dojechala, jest pyszna. Slodka jak ulepek, tu innej nie podaja. Czasem, w miejscach typowo dla westernersów pytaja sie czy ma byc z cukrem czy bez, ale to wyjatkowo. Jak zamawiasz kawe to znaczy, ze chcesz mleko z cukrem i z domieszka kawy. Innej nie ma. Ja taka uwielbiam. W miejscach klasycznie tubylczych kawa jest podawana w dwóch naczyniach. Metalowy kubeczek (bez raczki) wypelniony kawa, stoi w metalowej miseczce, tez wypelnionej kawa. Jak mi pierwszy raz ja podali to myslalam, ze miseczka robi za spodeczekk i kelnerowi sie ulalo. Zostalam pouczona, ze kawe nalezy przelewac sobie z miseczki do kubeczka, z kubeczka do miseczki i po paru takich rundkach jest lekko przestudzona i spieniona i wtedy mozna ja wreszcie pic. Jak ktos lubi czarna gorzka kawe to ma w Indiach tak jak z miekkimi materacami i wielkimi poduchami – przejebane.
Herbata miewa rózne oblicza, ale tez zawsze sa one slodkie i mleczne. Na plazy herbata dostarczana jest z termosów dzwiganych przez piekne Hinduski, w malutkich plastikowych kubeczkach. Goraca, slodka na maksa, z kardamonem, niewiarygodnie orzezwia. W palacym sloncu! niebywale a jednak! W miastach, na ulicach co pare kroków sa herbaciane stoiska. Panowie oblozeni sa masa sprzetu, z którego najbardziej wyróznia sie miedziany, wielki garnko-imbryk. Ceremonial zaparzania glownie polega na przelewaniu herbaty z jednego naczynia do drugiego, w stylu Toma Cruisa z filmu Cocktail. Potem dostajesz mocna, slodka herbate z mleczna pianka. Niestety nie z kardamonem. Ale tez dobra. Wypijasz na stojaco i idziesz dalej. Nikt nie siada nad herbatka na pól godzinki. Tak samo jest w knajpach. Rachunek dostajesz kiedy jeszcze przelykasz ostatnie kesy. Jesli po zjedzeniu siedzisz przy stoliku to znaczy, ze chcesz jeszcze cos zamówic. Zezarles? To spadaj, zwolnij miejse dla nastepnych. Powoli sie do tego przyzwyczajam. Wiekszosc miejsc zreszta wyglada tak, ze nie mam zbytniego problemu z natychmiastowym ich opuszczeniem;)

W autobusach, zawsze zatloczonych, ludzie rzadko ustepuja sobie miejsca. Zwlaszcza faceci. Jak chca sie przypodobac cycatej bialasce to najpierw sie na nia przez cala droge gapia, próbuja zagadywac, a na koniec jak wysiadaja z szarmanckim usmiechem pokazuja swoje miejsce i mówia ‚sit madame’. Kobiety sa lepiej wychowane. Mlodsze panny czesto ustepuja starszym kobietom. Normalne jest tez przyjmowanie przez szczesciarzy z siedzacym miejscem bagazu od tych co stoja. Zwlaszcza gdy bagazem jest dziecko. Wszystko obywa sie bez zbednych slow. Wchodzi kobieta z dzieckiem na reku. Laska, która siedzi wyciaga rece, matka przekazuje w nie swe dziecko, ono ze stoickim spokojem znosi zamiane, panie wymieniaja usmiechy i tyle. Nie ma o czym gadac. Dzieci rzadko miewaja pieluchy. To glówny powód dla którego sama sie nie oferuje z pomoca. Wole wstac.

Srirangam, czyli ogromny swiatynny kompleks, to druga podstawowa rzecz do zwiedzenia w Trichy (to miasto jak wiekszosc w Indiach ma tez druga nazwe, ale jest zbyt skomplikowana bym ja zapamietala. Ciekawe, ze w niektórych miastach przyjely sie nowe nazwy a w innych nie. Wszystko zalezy od tego która latwiejsza. Np Mamallapuram ma stara nazwe MAhaballipuram, która juz prawie zanikla. A Trichy, nowa nazwa, uzywana jest przez wszystkich jako jedyna). Srirangam mnie ciut rozczarowalo, chyba sie rozwydrzylam przez swiatynie w Chidambaram i Tanjore. Najbardziej podobal mi sie w swiatyni slon, który walnal niezla kupe, dyskretnie w tym celu cofajac sie o kilka kroków. No i biala gopuram, czyli jakby wiezo-brama, nieodzowny element wszystkich swiatyn (w kazdej jest zawsze kilka gopuram, o róznych wielkosciach). Z reguly gopuram sa bajecznie kolorowe (jak odnowione) lub kolorowe zszarzale. Oprócz Fort Temple w Tanjore – cale w kolorze piasku. W Srirangam wszystkie gopuram sa jarmarcznie kolorowe, oprócz tej jednej, wielkiej i bialej. Falszywy przewodnik powiedzial nam, ze to na znak pokoju. Non-Hindu moga dojsc tylko do 4ej wewnetrznej bramy, czyli wszystko co najlepsze zostalo przed nami ukryte. Falszywy przewodnik twierdzil, ze jak mu zaplacimy 200 rupii to nas tam wprowadzi, ale go olalysmy. Musze napisac maila do Ganesha, ze teraz jeszcze bardziej doceniam, ze oprowadzil mnie po CALYM Nataraja Temple. Za pieky usmiech a nie 200 rupii;)

Jutro jedziemy do MAdurai. POdobo tamtejsza swiatynia Sri Menakshi to obled na maksa. A za pare dni dajemy na Sri Lanke. MAmy juz zarezerwowane bilety. Juz sie nie moge doczekac az jebne sie na plazy, zarzuce maske i fajke, z którymi sie caly czas tacham i przez pól dnia bede podgladac wodne zycie. I znowu, jak po chorwacji, bede opalona z tylu (zwlaszcza na tylku, jako czesci najbardziej wystajacej;) i biala z przodu.

13 maja godz 14:40,

Dworzec kolejowy w Trichy przypomina nieco zapuszczone polskie dworce. Niestety mamy niezapomniana szanse by poznac jego wszystkie zakamarki, gdyz nasz ekspres do Madurai ma wlasnie prawie dwie godziny obsuwy. Majac w pamieci polskie komunikaty ‚opóznienie pociagu moze ulec zmianie’ wolimy sie stad nie ruszac. Marteczka ze mnie zalewa, bo siedze wystrojona w mój podrózniczy strój, w którym w POlsce nie pokazalabym sie nawet mojemu kotu, generalnie wygladam jak najgorsza fleja, co grosza nie ma przy duszy, a na plecaku rozlozony palmik z klawiaturka (small computer madam?) i nawalam w klawisze jak klasyczna biurwa.

Mamy juz bilety na sri lanke. Ich zakupienie zajelo nam jakies dwie godziny hi hi. Rezerwacje zrobilysmy wczoraj. Wieczorem podjelysmy decyzje, ze wykupujemy. No wiec jak w koncu wstalysmy (11:00;) polazlysmy do wypasionego biura Sri Lanka Airlines w hotelu Femina. Szlam juz w moim podróznym stroju wiec sie smialam, ze mnie nie wpuszcza. W biurze klima a la zamrazalnik, nowoczesny wystrój wnetrz, jak na Indie luksusy, panie ubrane w firmowe sari w pawie oka, no full wypas. Dochodzi do placenia – ups, nie mozna placic karta! Nie chce nam sie ganiac do bankomatu i to jest nasz blad, ale jeszcze o tym nie wiemy. Pan mówi, ze mozemy isc do biura podrózy z ta rezerwacja i tam wykupic. Jest na tyle uprzejmy, ze obdzwania pare biur i w koncu znajduje takie gdzie bedziemy mogly placic karta. Idziemy. Upal, zar leje sie z nieba, my glodne, bez sniadania. PO drodze mijamy jakies wypasione biuro, ze znaczkami róznych kart na drzwiach. A co tam, wejdzmy. Na wstepie pytamy czy na pewno mozemy zaplacic karta. Pan za biurkiem wyprasza swoich hinduskich klientów i kaze nam zajac ich miejsca. Tak, tak, mozna placic karta. Hindusi nawet nie wygladaja na wkurwionych, z pokora czekaja, az bialaski zostana obsluzone. Koles wykonuje dziesiatki telefonów, to ze stacjonarnego, to z komórkowego, miedli nasze paszporty, nawija z takim akcenetem, ze kazde zdanie musi powtarzac po 5 razy zanim cokolwiek rozumiemy. Po kwadransie dowiadujemy sie, ze juz wszystko zalatwione i ze musimy placic gotówka. Na nasze protesty, ze zaledwie 15 minut wczesniej mówil, ze karta ok, pan sie glupio usmiecha. Wychodzimy wkurwione na maksa i grzejemy do Leo travel, gdzie nas kierowal pan ze sri lanka airlines. Wchodzimy, mówimy w jakiej sprawie, na twarzach pracowników poploch, prowadza nas do pokoju, na którego drzwiach dumnie sie prezy napis ‚Managing Director’. MD bardzo ladnie mówi po angielsku, jest zaaferowany tak powazna transkacja bezgotówkowa, tlumaczy, ze musi wykonac telefon do citi banku by potwierdzic z nimi transkacje, zgadzamy sie na wszystko. Przestraszone dziewcze w sari przynosi dyrektorowi jakies papiery i numer telefonu w obszarpanym notesiku, numer ewidentnie zly, dyrektor zaczyna sie gniewac. POtem dziewcze podaje mu koszt naszych biletów, po angielsku, wiec zaczynamy prostestowac, ze jakie 14 800 rupii, ze powinno byc 13 800. Okazuje sie, ze idiotka nie umie dodac 6900 do 6900. Pan dyrektor zaczyna krzyczec, dziewcze ma w na twarzy wyraz bezbrzeznej glupoty. Po pól godzinie sukces, wreszcie zautoryzowali transakcje w citibanku. Przychodza z maszynka wygladajaca jak krajalnica. Wygladaja jakby to byla ich pierwsza transakcja w zyciu. Mam leki, ze zaraz strace karte. Czas leci, nic sie nie dzieje. Patrzac na plasanie calego biura wokól nas i naszych biketów, jakbysmy wykupywaly wycieczke na Marsa, co chwile mamy ataki glupawki smiechowej i z trudem sie powstrzymujemy od wybuchu. Mija czas. Juz wiemy, ze nie zjemy sniadania, zaraz sie spóznimy na check out do hotelu, zaczynamy byc wkurwione i popedzac towarzystwo. W koncu wiktoria, mamy wydrukowane bilety, pan nam radosnie oznajmia, ze jeszcze musimy isc do Sri Lanka Airlines ‚to reconfirm teh tickets’. Sek w tym, ze my wiemy, ze to jest ich zakichany obowiazek. Zaczynamy dyskutowac, uspokajaja nas, ze no problem madame, juz zaraz to zrobia. Czas mija, wychodze na zewnatrz na papierosa i nagle slysze jak marteczka cichym glosem oznajmia towarzystwu tonem nie znoszacym sprzeciwu, ze nie bedziemy dluzej czekac, ze zaraz mamy pociag do MAdurai i bardzo nam sie spieszy, ‚So reconfirm the tickets NOW’. Ostatnie slowo bylo jak trzask bicza. Sekunde pózniej z biura wylecial koles z naszymi biletami w trzesacych sie ze zdenerwowania rekach, dosiadl motoru i odjechal w tumanach kurzu. Huj wie czemu ci kretyni nie moga reconfirm tickets by phone tylko osobiscie. Dostalysmy ataku smiechu. W koncu dostalysmy nasze potwierdzone bilety, ale wszystko zajelo póltorej godziny. Fok! Mam tylko nadzieje, ze ten kolo na motorze naprawde je potwierdzil a nie jezdzil dookola hotelu, bo podobno na loty do Colombo i z powrotem linie lotnicze maja tak ogromny overbooking, ze prawie przy kazdym locie brakuje dla kogos miejsca.

13 maja, godz 23:30, Madurai

Podrózowanie pociagami jest zajebiste! Nawet jesli jest to 2nd class (chyba najnizsza z mozliwych), drewniane lawki, za to duze; wiatraki pod sufitem i okna bez szyb gwarantuja dostawe swiezego powietrza i milego wiaterku. Zajebiste widoki, zielono, palmowo, nagle w totalnej plaskosci pojawily sie piekne góry na wyciagniecie reki, zachód slonca nad nimi. I choc twarde szczebelki lawki bolesnie wbijaly sie w dupe czulam sie jakbym podrózowala co najmniej Orient Expresem.

Madurai przywitalo nas namolnymi autorikszarzami i pseudo guidami którzy koniecznie chcieli nam znalezc hotel, za odpowiednia prowizje rzecz jasna. Znalazlysmy same, ciut obskurny, ale tani, wyglada jak hotel robotniczy, z zalozenia przeznaczony chyba tylko dla tubylców, bo w ksiedze meldunkowej (w Indiach upierdliwie tego przestrzegaja) nawet nie bylo osobnej rubryki na numer paszportu. Najwieksza wada pokoju jest duze lustro, które ohydnie pogrubia, w kazdym razie tak sie z Marteczka nawzajem zapewniamy;) PO drodze trafilysmy jeszcze do hotelu Ramson, polecanego w Lonely Planet. Okazalo sie, ze na ok 50 pokoi maja az 2 (slownie DWA) z prysznicem. Nauczona doswiadczeniem z Chidambaram ide sprawdzic te prysznice. W jednym pokoju wszystko wyglada git, dopóki nie próbuje odkrecic kurka. Jest rozwalony i ewidentnie od wieków nie uzywany. W drugim kurek dziala, ale zamiast sitka prysznicowego jest odcieta od góry rura, w taki sposób, ze jak odkrecic woda splywa po rurze tylko. Próbuje panów przekonac by wymienili kurek lub przeniesli glówke prysznica do tego gdzie kurek jest ok, ale panowie mówia ‚not possible’ jakbym zazyczyla sobie 20 koszy bialych kamelii do pokoju. Na szczescie obok byl hotel Boomphaty.

W Madurai wreszcie udalo mi sie kupic sunscreen, którego poszukiwalam od 2 tygodni. Najwyzszy jaki wczesniej udalo mi sie znalezc to SPF 15, takiego to ja uzywalam w warszawie zima jadac do pracy he he. Zakupilam w koncu 30stke i mam nadzieje, ze styknie. Do tej pory obsesyjnie wcieralam w siebie 60tke a i tak jestem calkiem brazowa jak na swoja karnacje. Sklep byl zbiorowiskiem zachodnich dóbr wszelakich. Czekoladki Lindta, pieluchy jednorazowe, podpaski, golarki gilette, cosmopolitan, ciasto angielskie w proszku i kosmetyki. Wiekszosc rzeczy w pojedynczych egzemplarzach, ewidentnie przeszmuglowane przez wlasciciela sklepu na wlasnych barkach. Nawet szampon Timotei z rosyjskimi bukwami na opakowaniu tam byl!

14 maja godz 16:00

Och ja juz sie nie dziwie dlaczego tlumy hindusów i bialasów podrózuja do Madurai by zobaczyc Sri Meenakshi Temple. POdobno jednego dnia obiekt przerabia ok 10 000 odwiedzajacych! Swiatynia jest przeogromna, caly kompleks zajmuje 6 hektarów, w srodku wszystko co najpiekniejsze w hinduskich swiatyniach. Dziedzince, gopuram, kapliczki, tysiace cudnie rzezbionych kolumn i ‚basen’ czyli tank z plywajacym na nim zlotym lotosem. Jedyny minus to, ze non-hindu nie wpuszczaja do inner sanctrum, które w tym templu okupuje bardzo duza powierzchnie. Ale i tak calosc robi powalajace wrazenie. Koniecznie chce tam isc jeszcze raz, i wieczorem i jeszcze raz w ciagu dnia. Cudo! I sa dwa slonie, które dokarmilysmy bananami. Mój pierdolec na punkcie sloni robi sie porównywalny z hysiem na tle palm.

W swiatyni dalysmy sie wciagnac w scam opisywany przez Lonely Planet. Najpierw zaczepila mnie mila Hinduska z pytaniem skad jestem. Punkt dla nich, facetowi bym nawet nie odpowiedziala ‚hi’. POtem sie nawiazala mila rozmowa, pani podkreslila ze smiechem, ze nie jest falszywym przewodnikiem i zadnej kasy od nas chciec nie bedzie. Za to zaprowadzi nas do budynku rzadowego zaraz obok swiatyni gdzie jest dance festival. Poszlysmy, w polowie drogi czujac, ze wiedzie nas do sklepu. I rzeczywiscie. Byl to wypasiony, wielopietrowy sklep, z materialami, rzezbami itd, które byly piekne, ale tak drogie, ze nawet gdybysmy chcialy cos zakupic to nie byloby nas stac hi hi. Sklep mial roof top na który nas wywieziono winda (!) bysmy mogly podziwiac swiatynie Sri Meenakshi z góry. I to byl naprawde piekny widok. W sklepie oprócz nas byla trójka starszych, wygladajacych na niemieckich, nadzianych turystów, na których skupila sie cala uwaga sprzedawców. I slusznie – my z Marteczka i jeszcze jeden znecony obietnica festiwalu backpacker nie wygladalismy na dobrych klientów. Dzieki temu po obejrzeniu widoków udalo nam sie bezstresowo i ekspresowo opuscic sklep, a starsi, wygladajacy na niemców turysci byc moze wciaz tam sa he he.

Poszlysmy na stacje kupic bilety do Trivandrum, skad w niedziele rano wylatujemy na Sri Lanke. By zarezerwowac sobie miejscówke, trzeba wypelnic application form. MArteczka sprytnie od razu ruszyla do drzwi z napisem supervisor, którym okazala sie byc posiwiala juz mocno Hinduska, która uprzejmie nam wszystko wyjasnila, doradzila który pociag wybrac i kazala po zakupieniu biletów sie do niej zglosic. Nie bardzo kumalysmy dlaczego. Okazalo sie, ze zgodnie z ostrzezeniami przewodnika wolnych miejsc nie bylo w sleeper class (jedzie sie cala noc wiec drewniana lawka w drugiej klasie moglaby nas wykonczyc), ale pani supervisor wpisala nas na emergency list i dostaniemy miejscówki. Ha! Czasem chcialabym tu miec czapke niewidke, ale sa tez niezaprzeczalne plusy posiadania bialej skóry. W application form for emergency list byla rubryczka ‚reason’, dla ktorego danej osobie przysluguje miejsce na emergency list . Nie wiedzialam co wpisac, pani supervisor mówi – your passport number. We treat you speciall. I tak oflunski backpacker moze sie tu poczuc jak król zycia;)

Testuje na sobie ajurvedic medicine. Niestety kurna znów sie przeziebilam, gardlo napierdala mnie na maksa i mam suchotniczy kaszel. Najpierw dalam szanse fervexowi i rutinoscorbinowi, jak nie pomoglo zakupilam mazie o slodko-pieprzowym smaku, ziolowe cukierki o identycznym smaku jak mazia i od razu po zazyciu jest mi lepiej. Do tego dwa zabki czosnku przegryzione chappati, w ramach wiernosci naukom babci i jutro zamierzam byc zdrowa jak rydz. Rudy rydz znaczy sie. Marteczka ze stoickim spokojem znosila przez pól dnia moje zrzedzenie, chwala jej za to, trzymajcie kciuki by jutro nie musiala:)

Poszlysmy do Tirumyai Nayak Palace na ‚spectacular show light and sound’. Palac w stylu hindusko-saracenskim robi wrazenie i jutro koniecznie musimy pójsc obejrzec go w swietle dziennym. Show odbywa sie rzecz jasna wieczorem. Na srodku dziedzinca ustawione w rzedach krzeselka zapelnione hinduskimi turystami. Kropi deszcz, wiec siedze otulona w plastikowa palatke Marty i wygladam jak dziecko stróza. Do tego czuje sie jak pomidor szklarniowy bo pod plastikiem cala sie gotuje. Zaczyna sie przedstawienie. Odpowiednio podswietlony palac wyglada zajebiscie. Zmieniajace sie swiatla maja podkreslic chyba dramatyzm przekazu werbalnego. Z tasmy leca glosy króla, królowej, szatanskie chichoty wiedzmy. Na przemian sa sceny liryczne i bitewne, rzenie koni, te sprawy. Wiocha na maksa. Ale swiatla super. Zalewamy z MArteczka równo. Jak wychodzimy przed brama stoi facet, który sprzedaje sprzet do puszczania baniek mydlanych. POniewaz wciaz pada, wiec na glowie ma czapke pilotke, taka z daszkiem i nausznikami, z plastikowej imitacji skórki wezowej. Kiedy do tego wypuszcza z geby strumien baniek mydlanych wyglada tak komicznie, ze przez nastepny kwadrans placze ze smiechu i zwijam sie nie mogac ruszyc z miejsca. Pan jest lekko skofundowany moja reakcja, wszyscy patrza sie na mnie jak na debila, a mi po twarzy plyna lzy. Nawet teraz jak to pisze chichocze jak glupia do siebie.

Wieczorem Sri Meenakshi jeszcze piekniejsza i magiczna. Tlumy modlacych sie, jak i odpoczywajacych i spozywajacych przyniesiona w torebce kolacje. Zostajemy poczestowane ciastkiem.

16 maja godz 8:00

Lotnisko w Trivandrum jest wypasione w porównaniu do tego w Madrasie. Acz wciaz Okecie rulez hi hi. Formalnosci przy wyjezdzie na maksa, co chwile pokazujesz na nowo wszystkie dokumenty, a potem, juz po odprawie bagazu wychodzisz na zewnatrz gdzie leza bagaze i jeszcze raz identyfikujesz swój. Security reasons. Paranoja. Za to jest to chyba ostatnie lotnisko na swiecie gdzie na luziku mozna palic siedzac wygodnie na fotelu na fotelu w holu, a nie duszac sie w plastikowej budce o wymiarach metr na metr.

Ajurwedyczna maz, od której jest mi juz niedobrze pomaga, ale nie za szybko. Miewam chwile zalamki, zwlaszcza gdy nie moge zasnac przez kilka godzin duszac sie od kaszlu.

Do Trivandrum dojechalysmy o 6 rano. Podróz byla straszna, ale tylko ze wzgledu na to cholerne choróbsko co mnei dziabnelo, poza tym sleepery sa bardzo ok. Kerala (bo jestesmy juz w nowym stanie Indii!) przywitala nas rzesistym deszczem. Za to jest jeszcze bardziej upalmiona niz Tamil Nadu. Palma na palmie i sa nowe odmiany! Wyglada bardzo fajnie, acz dokladnie przyjrzymy sie po powrocie ze Sri Lanki.

16 maja godz 23:00, sri lanka, unawatuna

Sri Lanka jest absolutnie zajebista i piekna. Obie z Marta spodziewalysmy sie takich troche lepszych i czystszych Indii, ale to zupelnie inny kraj. Jak na razie spedzilysmy w nim 12 godzin, ale róznice od razu widac na kazdym kroku. Przede wszystkim czysto, naprawde czysto. Sliczne budynki, postkolonialne posiadlosci i nowe, tak stylizowane. W Indiach mialysmy wrazenie, ze im w ogóle nie zalezy na pewnym standarcie zycia, jego estetyce, i nie mówie o biedocie, której na nic nie stac, tylko o bogatszych ludziach. Na kazdym kroku widac bylo niewykorzystane mozliwosci, chocby takie tarasy na dachach, w wiekszosci w ogóle nie zagospodarowane. Tutaj wszedzie widac dbalosc o szczególy, jak i rzeczy duze. O ile w Indiach naprawde nie bylo specjalnej róznicy miedzy hotelem za 2 dolce i za 10 to tutaj naprawde dostajesz to za co placisz. W Indiach w ogóle nie mialam problemu z tym, ze podrózuje na bardzo niskim budzecie bo tam za wieksza kase i tak sie niewiele wiecej dostawalo. Tutaj, przyznaja sie bez bicia, chcialoby sie miec wiecej kaski i mieszkac w slicznych hotelikach, z balkonikiem wychodzacym nad morze, czy jadac w lepszych knajpkach, których jest bez liku. Niestety jest tu zdecydowanie drozej niz w Indiach i wydaje mi sie, ze sporo drozej nawet niz w South-East Asia. Internet drogi jak skurwysyn wiec bede sie duzo rzadziej podpinac. Ale jest pieknie. Taki kawalek raju. Nie moge sie doczekac tych wszystkich cudownych miejsc o których czytalysmy w przewodniku, herbacianych pól, starozytnych miast, rajskich plaz. A juz ta w Unawatunam jest przesliczna.

Na lotnisku, byly jeszcze kolejne szopki. Okazalo sie, ze po tych wszystkich kontrolach, wielokrotnych przeswietlaniach bagazu, na koniec jeszcze kazdemu dokladnie sprawdzaja bagaz podreczny juz w wejsciu do samolotu! Do tego kontrola osobista, czyli dokladne macanko. Jesli laska która to robi jest lesbijka to musi bardzo lubic swoja prace;). Nie dziwota, ze na odprawe trzeba sie zglaszac przynajmniej 2 godz wczesniej! Zalewalysmy z MArteczka równo z tego sprawdzania, po czym chwile po tym jak stewardessa spytala Marte czy ma jakies ostre narzedzia i Marteczka radosnie zapewnila ja, ze alez skad, pani znalazla u niej w plecaczku sporych rozmiarów nóz. Sapalka miala na maksa glupia mine, a pan który chwile wczesniej sprawdzal moja torbe, puscil do mnie oko i pól zartem, pól serio spytal ‚jestes pewna, ze nie masz nic takiego jak twoja kolezanka?’. Ale byli przemili. Zamiast zakuc Marteczke w kajdanki i odstawic do Polski poslali jej nóz jako dodatkowy odprawiony bagaz. I tak Marteczka ma znowu swoja kose.

A w ogóle to niezla trase zrobilysmy. 24 godziny temu bylysmy w Madurai, nocnym pociagiem do Trivandrum, rano samolot do Colombo i stamtad od razu na poludniowe wybrzeze do Unawatunam. Padamy na pysk. Dobranoc.

17 maja, godz 21:00, unawatuna

Bylysmy w dubrovniku! Znaczy sie w Galle, ale Marta ochrzcila to przesliczne miasteczko Dubrovnikiem i tak juz zostalo. Ale dlaczego itd to juz pózniej.Zaraz idziemy na interek, i moze wreszcie uda mi sie wkleic te przydluga notke. Skrótowo tylko – Sri Lanka jest PIEKNA!!! PRZEPIEKNA!

11 maja godz 22:00

Wchodze do jadlodajni. Restauracja wyglada jak nasz bar mleczny, a kelnerzy gna sie w uklonach i prowadza bialaske do ‚dining hall, madam’. Tam skórzane siedziska i klima. Pusto. Mówie, ze nie chce airconu, ze wole tam. Zdziwienie, usmiechy. Nie znosze klimy. W tych upalach to kompletnie bez sensu. Nawet po 5 minutach spedzonych w klimatyzowanym sklepie oblewaja mnie siódme poty po wyjsciu na dwór. Jak oni maja juz gdzies klime to jest ona ustawiona na mrozenie. POkoje w hotelach z airconem to dla mnie bezsens, chyba, ze ktos zamierza w nim spedzac swoje wakacje. Lepiej wziac pokój z fanem, szybciej i latwiej czlowiek sie adaptuje do tych cholernych temperatur. A poza tym lubie lopot skrzydel wiatraka. Od czasu pamietnych wakacji w Kambodzy zawsze bedzie mi sie kojarzyl z wakacjami i przygoda.

godz 2:00

No to wlasnie mi 4 godziny wyjela Chinka z pokoju obok. A tak sie cieszylam na wreszcie samotny wieczór, bez tlumu Hindusów stojacych mi za plecami i próbujacymi nawiazac znajomosc. Latwiej ich splawic niz gadatliwa Chinke jak sie okazuje. Przez 4 godziny z jej ust lal sie potok slow, z którego wynikalo, ze ona wie wszytko najlepiej, Chiny sa najlepszym krajem na swiecie, i kazdy kto mysli inaczej niz ona jest glupi. Przyklad? Rozmawiamy o przewodnikach. Chinka mówi, ze bez przewodnika absolutnie nie da sie podrózowac po Indiach. Ja mówie, ze owszem sama bym chyba nie umiala, ale spotkalam 2 laski z nowej zenlandii które podrózowaly bez. Chinka – no ale na pewno znaly HIndi. Nie, znaly tylko angielski. Och to na pewno bardzo krótko podrózowaly i zaraz kupia przewodnik bo bez niego sie nie da, ona to wie. Nie, laski podrózuja po Indiach juz pól roku i sa bardzo zadowolone. Och to bez sensu, traca mnóstwo energii na pytanie o podstawowe sprawy i na pewno nie obejrzaly wielu waznych miejsc. Argumenty, ze za to byly w fantastycznych miejscach o których w przewodniku nie ma slowa prowokuja dluga historie o tym jak to Chince udalo sie odnalezc miejsce o którym w przewodniku bylo tylko 7 linijek i ona pytajac ludzi tam sama dotarla. Na twarzy maluje sie takie zarozumialstwo, jakby weszla samodzielnie na Mount Everest. Nie wiem czy to ten typ tak ma, czy to caly chinski naród jest wychowywany w duchu ‚my chinczycy nigdy sie nie mylimy’, ale wreszcie spotkalam tu kogos, kogo naprawde nie lubie. Krytykuje co chwile to, ze za wiele rzeczy foreignersi musza placic wielokrotnie wiecej niz tubylcy (to prawda, za wejscia do wielu muzeów itd mamy odpowiednio wyzsza stawke). W koncu zniecierpliwiona mówie, ze moi znajomi narzekali na to samo w Chinach. Chinka protestuje, nie, to nie prawda, ktos im bzdur nagadal. I tak w kólko. Dramat. Z drugiej strony ciekawa postac. Chinczycy raczej nie podrózuja, a ona zwiedzila juz niezly kawal swiata, a teraz jest w rocznej podrózy, na rzecz której rzucila prace. Mówi swietnie po angielsku, z minimalnym akcentem, zna kilka jezyków i 4 dialekty chinskiego. ( W Chinach najbardziej rozpowszechniony jest mandarynski, ale dialektów jest od cholery i róznia sie na maksa, tylko pisownia jest wspólna) Poprosilam ja by mi powiedziala to samo slowo w kilku dialektach i cholera to rzeczywiscie brzmi jak w zupelnie innych jezykach! Az sie wierzyc nie chce ze pisane wyglada tak samo… Czyli do czegos sie Chinka przydala hi hi. Acz mam nadzieje, ze wiecej sie na nia nie natkne. Niestety mamy podobne plany – poludnie, a potem sri lanka. Coz, najwyzej bedzie okazja do pocwiczenia asertywnosci, która w czasie podrózy zaczyna u mnie niebezpiecznie zanikac.

Trichy jest duzym (800 tys mieszkanców), ale fajnym miastem. Dzis zdazylam tylko zobaczyc Rock Fort Temple, który jest umiejscowiony na skale i wznosi sie na 83 metry. Dookola plasko na maksa i nagle cos umiejscowionego tak wysoko. Maks! Wspinaczka po schodach meczaca, ale na szczesci schody sa wewnatrz budowli, wiec nie parza. W polowie wspinaczki jest swiatynia Shiwy, który sie chyba na mnie obrazil, bo zgodnie z ostrzezeniami No-Hindu are not allowed inside mnie nie wpuscili. Na górze wychodzi sie wreszcie na zewnatrz i ostatnie schody do swiatyni Ganesha do której juz mi sie nawet nie chcialo wpychac. Na skale pod swiatynia piknik. Zachód slonca, piekne widoki, nagrzana sloncem skala nawet godzine po zachodzie wciaz parzyla mój tylek. Rzeka plynaca przez miasto wygladala na brazowa, dopóki nie skumalam, ze jest po prostu wyschnieta, i tylko gdzie niegdzie sa kaluze wody. A to szeroka rzeka, niewiele wezsza od Wisly. I przez takie wyschniete koryto rzeki prowadza wielkie mosty, rozjarzone swiatlami. I nagle trach, zapada ciemnosc, miasto na dole wygasa, padl prad. Hindusi wiwatuja. PO kwadransie swiatlo wraca, wiwaty jeszcze wieksze. Pól godziny pozniej znowu miasta nagle nie ma. Wiwaty jeszcze glosniejsze. Zastanawiam sie jak zejde na dól po tych 500, kamiennych schodach i jak odnajde swoje sandaly zostawione na dole, o powrocie do hotelu nie wspomne, ale swiatlo wraca. Dosiada sie do mnie hinduska rodzina, najpierw wyslali dzieci, jak zobaczyli, ze sie bialaska usmiecha przylecieli wszyscy. Babcia próbuje rozmawiac ze mna po tamilsku, nie idzie nam za bardzo, rodzina tlumaczy jej, ze mówie tylko po angielsku, babcia nie chce tego przyjac do wiadomosci i wciaz cos do mnei mówi. Zostaje poczestowana snackiem który nazywaja margui. Takie skrecone w okreg precelki ciasta twardego jak sucharki, tluste na maksa. Dobre. Potem ide przez Bazaar Boulvard, na którym do polowy króluja stoiska z plastikowymi miskami, gaciami, stanikami, odpustowa bizuteria, a w drugiej polowie jeden przy drugim jubiler z precjozami. Gacie na rozkladancyh lózkach przypomnialy mi o Polsce:)

Nocuje w hotelu Diamond, który nie ma zbyt dobrej opinii w Lonely Planet a wyladowalam w nim tylko dlatego ze jako jedyny mial miec jedynke w przywoitej cenie. Okazalo sie to bzdura, ale pan ujety moja zasmucona mina zaproponowal znizke (do tej pory nigdzie nie dawalo sie wytargowac znizki w hotelu, wiec jego oferta mnie zadziwila). Jak sie dowiedzial ze ma do mnei przyjechac w ciagu 2 dni przyjaciolka zaproponowal bym od razu wziela dwojke, za ktora bede placic znizkowa cene jedynki, a jak Marta dojedzie to zacznie liczyc za normalna dwojke. Milo. Pokój zajebisty. Wielki, z ogromna lazienka. Hotel w centrum, ale ukryty wiec jest cicho. Z pokoju wychodze na taras, na pietrze zadnych Hindusów, cud! Dookola zielono. W takich ofertach zawsze jest jakis haczyk. Tu sa dwa – jeden poznalam od razu – od 13ego maja rezerwacje i musialybysmy sie przeniesc do gorszego pokoju na dole. Drugim haczykiem okazalo sie sasiedztwo chinki. Ale na szczescie za kilka godzin wyjezdza. A ja po koszmarnych noclegowniach w Chidambaram i Tanjore rozkoszuje sie luksusami hotelu Diamond;)

10 maja wieczorem

… Niestety daleko stad. Laski! Goraco polecam pania Iwonke w salonie Franca Provosta na Odynca. Pedicure, który mi zrobila przetrwal 3 tygodnie i 2 dni. Zero odprysku, choc oczywiscie ocean, piach i bloto dawno starly polysk. Jesli do niej traficie to pozdrówcie ja goraco ode mnie i przekazcie, ze jest mistrzynia!
Tak od kilku dni obiecywalam sobie, ze w koncu ‚sie za siebie zabiore’ i wreszcie nadszedl ten dzien. Cala obsluga i wszyscy mieszkancy Raja Rest House wylegli na dziedziniec by podziwiac jak bialaska se maluje paznokcie u stóp. Zarzucilam sluchawki na uszy i udawalam, ze ich nie widze. I pazurki sa git! A co! To, ze jestem backapackerka to nie znaczy od razu ze sie musze zapuscic, czy nie?;) Strazacko czerwony lakier Lancoma przetrwal na szczescie upaly, w odróznieniu od odzywki do paznokci, która miala Marta i która zaczela sie jej luszczyc w kilka sekund po nalozeniu. I tak siedzialam sobie na werandce, palilam papierosa, lakier sechl, a w sluchawkach Leslaw z Partii spiewal ‚Stoje na balkonie, pale papierosa, Warszawa i ja…’. Smiesznie i schizofrenicznie. Wzielam spory zapas muzy ze soba, ale jak na razie slucham tylko polskich kawalków. Ech, ta tesknota za ojczyzna, zaczynam rozumiec naszych wieszczów;)

Jak juz zareklamowalam pania Iwonke i Lancome to jeszcze buty ECCO. Och, to prawda, sa brzydkie jak cholera. Ale jesli chodzi o sandaly typu trekingowo-turystyczne to i tak nie ma szansy na efektowna oprawe stopy wiec niech chociaz bedzie na maksa wygodnie i praktycznie. Moje przeboje z zakupem sandalow przed wyjazdem opisalam wczesniej. W koncu, w akcie desperacji i za rada Marteczki poszlam do sklepu Ecco, który jako jedyny w Warszawie mial juz letnia dostawe. Pan namówil mnie na sandaly z gumowa podeszwa (no dobra, ja wiem, ze ona nie jest gumowa, tylko z jakiegos hiper-high tech-samodzielnie oddychajacego materialu, który wyglada jak guma). Przyrzekl mi, ze beda na maksa wygodne, higieniczne i nigdy nie odparzy mi sie od nich stopa. I to prawda! Sandalki sa fenomenalne, znosza bezbolesnie najwieksze ulewy, pot i lzy. Mistrzostwo swiata w tej dziedzinie, acz za cale 340 zeta. Na wyprawy polecam.

Hindusi maja cos wspólnego z Polakami. Tez co dwa tygodnie maja jakies swieta i wszystko zamykaja. Przez co nie udalo mi sie zobaczyc Art Gallery, podobno oblednej, przy Palacu Królewskim. Jakbym wiedziala to bym poszla wczoraj, a tak w pizdu misterny plan. Sam palac mozna bylo zwiedzac, ale jest w fatalnym stanie. Tak fatalnym, ze trzeba duzej wyobrazni by uwierzyc, ze kiedys byla to siedziba panów i wladców tej okolicy. Najciekawsze w nim byly prace remontowe, wiec moze za jakis czas bedzie lepiej. Zamkniete byly wszystkie fajniejsze muzea przy palacu (za to takie z paroma glinianymi skorupami, cynowymi misami i dwiema szabelkami na krzyz jak najbardziej otwarte) i niestety Tower Bell, na która zamierzalam sie wspiac w pogoni za pieknymi widokami. Ale choc raz przydal sie do czegos namolny rikszarz, który pokazal mi w którym miejscu mozna sie wspiac po murze, nastepnie wdrapac sie na barierke i potem juz normalnie po schodkach. Tzn normalnie wzgledem wspinania sie po murze, bo schodki (wewnatrz Bell Tower) byly krete, malusienkie i gdybym przytyla pare kilo to jak nic bym utknela tam na wieki. Rikszarz lazl za mna krok w krok i pewie gapil mi sie na tylek, o sie cieszyl jak glupi, niech go szlag. Ale i tak lepiej zniesc towarzystwo jednego rikszarza niz tlumy zwiedzajacych Hindusów, z których polowa chce sobie zrobic ze mna zdjecie. Zabawne, ze pracownicy Palacu widzieli mnie z dolu na kolejnych pietrach wiezy i nikt nie zareagowal, czasem bycie bialym poplaca, jestesmy jak swiete krowy. Caly czas sie zastanawialam ile kasy sobie rikszarz sobie zazyczy za pokazanie mi tajnego wejscia na wieze. POniewaz widoki byly naprawde super wiec wspanialomyslnie postanowilam dac mu równowartosc biletu na wieze, którego przeciez nie musialam kupowac. Okazalo sie jednak, ze kretyn chcial mnie poobwozic po okolicznych sklepach i ‚make friends’. Co to jest make friends to kazdy wie, natomiast obwozenie jest charakterystyczne w Azji. Rikszarz proponuje ci, ze za darmo poobwozi cie po najwazniejszych zabytkach w danym miescie, a od czasu do czasu zajedziecie do sklepu jego przyjaciela, gdzie ‚you don`t have to buy anything, just watch!’. Zasada jest taka, ze, rikszarz bierze prowizje od wlasciciela sklepu za kazdego przywiezionego bialasa, nawet jesli on rzeczywiscie nic nie kupi. Teoretycznie mozna w ten sposób za friko zwiedzac miasto. W praktyce jednak zwiedzasz niewiele, lazisz po sklepach gdzie namolni sprzedawcy za wszelka cene próbuja ci wcisnac 30 kilogramowy posag albo uszyc garnitur na miare, do tego spedzasz godziny w rikszy, w korkach i spalinach. To ja juz wole z buta lub miejskim autobusem.

Poszlam jeszcze raz do Brihadishwara Temple & Fort. Obledna budowla. Powala na kolana swoim romachem, wielkoscia i precyzyjnym wykonczeniem. W swietle zachodzacego slonca wygladalo to przeprzeslicznie. Zadne zdjecia nie maja szansy tego oddac, choc i tak napstrykalam sie ich jak glupia. Na trawnikach pod swiatyniami (na terenie fortu sa 2 swiatynie, bramy, dziedzince, posagi, kruzganki itd.) rodziny piknikuja, dzieciaki bawia sie w ciuciubabke. 54letni slon odprawia swoja pooje, czyli odpowiednik naszej modlitwy lub mszy, nie jestem pewna. Podchodzisz, slon podstawia trabe pod reke, wkladasz do niej monete i slon wygina trabe w góre i lekko dotyka cie po glowie. Takie sloniowe blogoslawienstwo. Potem madry slon oddaje monety swojemu wlascicielowi. Nie chce myslec ile sie musial nameczyc zanim sie tego nauczyl. Podobno slonie sa niezwykle inetligentne wiec mam nadzieje, ze obylo sie bez tortur jakie znosza tanczace niedzwiedzie.

Pomimo natretnych spojrzen Hindusów i ciaglych zaczepek czuje sie coraz bardziej bezpiecznie. Chyba zaczynam troche przeginac. Wczoraj jakos w trakcie rozmowy z Fabrice wyszlo, ze jak przyjechalam do Tanjore to szlam z dworca na piechote do hotelu.
- o której przyjechalas?
- no tak po pólnocy, mówilam ci
- myslalem, ze zle zrozumialem. – w jego oczach blysnala mieszanka podziwu i zdziwienia moja nieodpowiedzialnoscia.

A jutro jade do trichy na spotkanie z marteczka!

…co i jakiej jakosci za nie mozesz dostac…

Zycie w Indiach rzeczywiscie jest oblednie tanie. Przez pierwsze 2 tygodnie wydalam niecale 150 dolców. I spokojnie nocuje bez towarzystwa karaluchów, jem w knajpach, czasem nawet posh;). Wbrew prognozom niektórych z moich przyjaciól chyba jednak nie wróce po 3 miesiacach z pustym kontem:) Faktem jest, ze prawie wcale tu nie pije alku. Piwa nie znosze, a te ichnie brandy i wódki sa jak perfumowane (Gosik mial racje!) i musialabym byc mocno zdesperowana by to pic. Poza tym mi sie tu wcale nie chce specjalnie pic, co jest nowoscia he he.

Hotel Regent, w którym spalam w Madrasie byl najdrozszy (5$ za noc) i najgorszy (jak to pisalam to jeszcze nie bylam w Chidambaram:). Ale i tak calkiem przyzwoity, czysty, z jaszczurkami pomykajacymi po scianach. Jaszczurki w hotelu to podstawa, gwarancja braku robactwa.(jak to pisalam to jeszcze nie bylam… gdzie? W Chidambaram rzecz jasna!:) Najwieksza zaleta pokoju bylo duze lustro, które w bardzo naturalny sposób intensywnie wyszczuplalo. Z przyjemnoscia wiec podziwialam w nim swoja, nowo odkryta figure modelki he he.
W Mamallapuram mieszkalam w Sri Ramakrishna Lodge i ten pokój byl full wypasem. Dwa duze lózka obok siebie, wiec dopóki nie przyjechala Marteczka radosnie sie na nich przewalalam. Oprócz upiornej jarzeniówki (z reguly jedyne oswietlenie w tanich hotelikach) byla tez lampka dajaca nastrojowe, czerwone swiatlo. Podloga, byla ulozona z czegos tak fajnego, ze moglabym taka miec w mieszkaniu. No i taras, praktycznie tylko dla nas, bo innych gosci nie bylo. To wszystko za 100 rupii, wiec jak przyjechala Marteczka placilysmy za noc niewiele ponad dolara. Opuszczalam Ramakrishna lodge z pewnym zalem, bo wiedzialam, ze wiele czasu moze minac zanim w takich wypasach za taka cene wyladujemy.
W Pondy nocujemy w Surya Swastika Guest House. Na poczatku nie chcialam tu zostac, bo pokoje z lazienka mialy okna skierowane tylko do wewnetrznego holu. Spalam w czyms takim w Bangkoku i dla mnei to jest porównywalne z trumna. W koncu zostalysmy, bo lalo i nie chcialo nam sie niczego szukac i to byla dobra decyzja. Mamy pokój bez lazienki, ale z oknem na sliczna uliczke. Za 55 rupii na lebka. Budynek jest ogromny, w czasach kolonialnych to musiala byc na maksa wypasiona siedziba Francuzów. W srodku jest ogromny hol, z przeszklonym dachem na samej górze. Kolory ciemnozielone, taka omszala butelkowa zielen. Nasz pokój jest na pierwszym pietrze. Do lazienki przechodzimy pare kroków przez hol, potem przez taras, jak pada deszcz to nie ma sensu sie wycierac pod prysznicem hi hi. Kurek tylko z zimna woda, ale to standart w Azji. TYlko drogie hotele maja ciepla wode, co jest w tych upalach kompletnie zreszta bez sensu. Tym bardziej, ze i tak w ciagu dnia z reguly ma sie goracy prysznic bo woda w rurach, tudziez w zbiornikach, sie nagrzewa na sloncu. Czasem taki prysznic jest wrecza zbyt goracy i caly czas z kurka od zimnej wody! A na samej górze roof top. Przemilo. POkój bardzo podstawowo urzadzony, na szczescie chociaz z umywalka, no i lózko, moim zdaniem jednoosobowe, ale spoko dajemy rade. To dla mnei chrzest bojowy jesli chodzi o pokój bez lazienki i przeszlam go na luzie. Malo gosci wiec nikt mnie nie opierdala, ze za duzo czasu spedzam pod prysznicem.

Ceny w knajpach tez przezabawne. Jadamy zarówno w restauracjach jak i na food stallsach, czyli ulicznych garkuchniach. Wbrew pozorom na foodstallsach zarcie jest lepsze! I jak na razie sie od niego nie pochorowalysmy, co napawa mnei optymizmem jesli chodzi o mój budzet.
Na sniadanie czesto bez problemu mozna zjesc europejskie rzeczy typu, jajecznica, omlet, tosty, owsianka, muesli. Super, bo rano nie umialabym wpieprzac ryzu i palak paneer. Za to na kolacje super. Kocham hinduskie zarcie. Dosy, samosy, chappati, naany, masale, birhyani, paroty, idli, mniam mniam. Raj dla wegetarian, co druga knajpa jest pure veg, wiec mozna w ciemno zamawiac z karty potrawy o nic nie mówiacych nazwach z gwarancja unikniecia padlinki. Czasem jest za ostre (dla mnie, bo Marteczka moglaby dorabiac jako polykacz ognia), ale na razie nie trafilam na nic czego bym nie dala rady wtrzachnac. No chyba, ze mowa o ilosciach. Z reguly podaja gigantyczne porcje, nie do przerobienia dla jednej bialaski. Hindusi zra potworne ilosci i to w dodatku na noc, glowny posilek ok 22ej. Nie dziwota, ze prawie kazdy ma nadwage. Kolacja na foodstallsie to od 1 do max 2 zl, w restauracji od 4 zl. Jesli pojechac w king prawns i langusty to moze sie skonczyc az na kilkunastu zetach… Fajnie nie?:)
Rewelacyjne sa tez uliczne stoiska z apetycznie ulozonymi stosami owoców – ananasy, winogrona, mango, granaty itd, a nad nimi pan z mikserem. POkazujesz które chcesz owoce, decydujesz czy chcesz z mlekiem, cukrem, lodem i po chwili pijesz obledny sok za zlotówke. Czasem maja tez mleko rózane. Pan miksuje mleko z dodatkiem jakiegos rózanego koncentratu i gotowe. Pyszne. Potem czlowiekowi odbija sie rózami. Komedia.

Kilka dni pózniej.
Well, jestem bogatsza w doswiadczenie o dwie kolejne noclegownie. Jedna to nieslawnej pamieci Sri Murugan Lodge w Chidambaram, o którym sie juz rozpisalam przy innej okazji. Nie napisze syf na maksa, tylko dlatego, ze czuje, ze najgorsze wciaz przede mna. W kazdym razie przekonalam sie, ze czasem robaki chodza po pokoju nawet jesli jest w nim jaszczurka i ze potrafie zdzierzyc (acz nie za dlugo) rózne warunki. Za niecale 2 dolce.

W Tanjore vel Tanjavur wyladowalam w Raja Rest House gdzie jest absolutnie okropny, wkurwiajacy staff, ale poza tym da rade. Pokoje lata temu zostaly otynkowane na upiorna zielen, która przebija gdzie niegdzie spod czarnych plam. W swietle jarzeniówki mozna sie zachlastac patrzac na to. No ale czego wymagac za 2,5$… Cale miasteczko jest zawalone Hindusami, którzy maja teraz wakacje, wiec nie ma szans na cos lepszego w tej cenie.

Ogromna zaleta noclegowni w Indiach sa lózka. Chocby byly nie wiem jak porozwalane, o czystej poscieli nie wspominam, bo kazdy backpacker jezdzi z wlasna, to zawsze sa wygodne. Oni spia na dosc cienkich i twardych materacach. Nie ma mowy o wylezalym dolku na srodku, wbijajacych sie w nerke sprezynach i polamanym kregoslupie nad ranem. Acz jak ktos lubi spac na miekkim to w Indiach bedzie mial przejebane; dla mnie to zajebioza. No i poduszki. Zero koszmarów rodem z polskich hoteli – poduszka na pól lózka i sztywny kark po nocce. Poduszki sa waskie, dlugie, plaskie i tez nie za miekkie. Dla mnei git. A jak wyjezdzalam to myslalam, ze tak bede tesknic za moim materacem hi hi. Zreszta za wieloma rzeczami nie tesknie, za którymi myslalam, ze bede. Byc moze do czasu.
Jeszcze a propos mojego budzetu – dzis, 9 maja pobilam swój rekord – wydalam 220 rupii, czyli 5 dolców. Nocleg, zarcie i zwiedzanie. Ja chyba naprawde przechodze metamorfoze, z najwiekszego rozrzutnika swiata zmieniam sie w harpagona. Jak wróce bede sie targowac przy kasie w Geancie: – nabilo pani 98 zlotych? O nie, te zakupy nie sa na pewno tyle warte. Moge dac 40…

9 maja godz 13:00

… w kazdym razie tak twierdzi Ganesh, kaplan w Nataraja Temple, swiatyni Shiwy. Do czego dokladnie wybral mnie Shiwa jeszcze nie wiem, ale podobno to on sciagnal mnie do Chidambaram. Gdybym byla choc troche religijna to moze bym i uwierzyla ze wzgledu na zbieg okolicznosci.
Ale po kolei.

Noc byla ciezka. Po pierwsze szalaly moskity. Po drugie jaszczura o imponujacej dlugosci 25 centymetrów, która mieszkala ze mna w pokoju byla smierdzacym leniem i w lazience byly jakies robaki, którym wolalam sie z bliska nie przygladac. Ukrylam sie wiec w poszewce, która normalnie styka jako przescieradlo i za cene prowizorycznego schowka przed robactwem niemal ugotowalam sie na twardo. Po trzecie, pózna noca, podgladal mnie jeden z hinduskich sasiadów, co odkrylam, kiedy gola jak swiety turecki wychodzilam z lazienki. Co prawda na mój ryk ‚Wont ty skurwysynie’ (po polsku rzecz jasna) spierdolil, az sie za nim kurzylo, ale potem przy kazdym szelescie i szepcie mialam paranoje, ze ktos sie próbuje dorwac do mojego bialego ciala, chocby wzrokowo. Do tego wszystkiego o 7 rano koles z recepcji obudzil mnei pytajac czy chce czarna czy biala kawe. Gdybym byla mniej spiaca zapierdolilabym mu kijem od stolka. Jak w koncu wstalam, obiecalam sobie, ze to byla moja pierwsza i ostatnia noc w Sri Murugan Lodge.

Nataraja Temple (jedyny powód by jechac do Chidambaram) jest najpiekniejsza swiatynia jaka dotychczas widzialam w Indiach. I jedna z najpiekniejszych jakie widzialam w zyciu. Zbudowany na kwadracie. 4 bramy, z 4 stron swiata, które sa wykonczone jakby wiezami, pelnymi kolorowych rzezb, przedstawiacych bogów i rózne mityczne sceny. To sie chyba nazywa gopuram. W wielu swiatyniach gopurams sa bardzo kiczowate, w Nataraja Temple sa piekne i budza respekt swoja wielkoscia. Potem dziedziniec. Wieeelki. Na nim mniejsze rózne budynki, mnóstwo kolumn i odpoczywajacych i piknikujacych wiernych (niezly czad, wyobrazacie sobie piknik rodzinny pod katedra w Polsce?). Równiez na dziedzincu jest cos w rodzaju basenu, o olimpijskich rozmiarach. Schodzi sie do niego po schodach (z czterech stron), woda w nim wyglada na brudna i jesli sie nie myle sluzy to do jakichs rytualnych obmywan. I z tego co zauwazylam do utrzymania ‚higieny’ przez kaplanów. Na srodku dziedzinca jest swiatynia. Wstep z aparatem fotograficznym surowo wzbroniony. Równiez butów nie wolno miec ze soba. Po dziedzincu tez sie zapieprza na bosaka, ale wolno jeszcze trzymac buty w reku, ale przed wejsciem do swiatyni trzeba je zostawic pod opieka jednego z zebraków.(oto dlaczego mnei wykurzyli poprzedniego wieczoru – buty trzymalam w lapkach). Swiatynia jest równiez przeogromna i mozna sie w niej latwo zagubic. Mnóstwo wewnetrznych dziedzinców, kruzganków, kolumn, plaskorzezb, obrazów. Inaczej niz w naszych kosciolach, to jest miejsce nie tylko do modlitw, ale równiez odpoczynku zarówno dla wiernych jak i kaplanów. W korytarzach mnóstwo malych kapliczek z posagami róznych bogów, niektóre kapliczki pozamykane na klódke, inne otwarte, róznie o róznych porach dniach. Mnóstwo zebraków, kaplanów sprytnie wyludzajacych jalmuzny lub sprzedajacych rózne dewocjonalia, oraz cywilów sprzedajacych rózne rzeczy, które moga byc ofiarowane Shiwie (jedzenie, girlandy kwiatowe). W samym srodku swiatyni jest maly budynek, o zlotej kopule. To garbhagriha, najswietsze miejsce, siedziba boga, któremu dedykowana jest dana swiatynia, w przypadku Nataraja Temple, to oczywiscie Shiwa. Umieszona na podwyzszeniu, by wszyscy wierni widzieli co sie tam dzieje, otoczona srebrnymi i cynowymi kolumnami, z których potem sie rozkladaja drzwi, bo swiatynia jest zamykana miedzy 12:00 a 16:00. Co kilkanascie minut zaczynalo sie cos w rodzaju mini mszy. Kaplani odprawiali cuda przy posagu Shiwy, bijac w dzwony i machajac talerzami z ogniem, potem podawali go wiernym, którzy weszli do garbhagriha, a oni muskali ten ogien czubkami palców i potem dotykali sie nimi po twarzy. Pozostali gapili sie na to z nabozenstwem i wznosili rózne okrzyki. Kaplani zanosili tez od wiernych ofiary Shiwie (kokos, placki, kwiaty). Do garbhagrihy wierni moga wejsc tylko w celu zlozenia ofiary, faceci musza zdjac górna czesc odziezy, niczego nie wolno ze soba miec. Non-Hindu nie maja wstepu, acz jak przeczytalam w przewodniku, czesto kaplani wprowadzaja turystów za oplata. Obserwowalam to wszystko z absolutna fascynacja. Totalnie magiczny klimat. Kiedy o 12:00 opuszczalam swiatynie zaczepil mnei jeden z kaplanów, wygladajacy na lekkiego frika, byc moze przez okulary ze szklami jak denka od butelek. O dziwo mówil niezle po angielsku, choc z koszmarnym akcentem. Powiedzial, ze koniecznie musze przyjsc o 16:00 jak otworza ponownie swiatynie, to mnie oprowadzi po swiatyni i wszystko objasni.

Poniewaz do randki z Braminem mialam 4 godziny wiec polazlam do informacji turystycznej liczac, ze tam mi ktos wyjasni jak dotrzec do Pitchavaram. Co prawda Lonely planet twierdzilo, ze informacja dziala tylko w dni powszednie a i wtedy czesto jest pusta, ale zaryzykowalam. I slusznie. Informacja byla otwarta, wszsytkiego sie dowiedzialam i godzine pózniej siedzialam w autobusie. 15 kilometrów jechalismy przez godzine!!! Pitchavaram lezy nad brzegiem oceanu. Sa tam rozlewiska wodne, które robia za chroniony cud natury, tysiace kanalow i wysepek, utworzonych przez mangroves, czyli jak mi sie wydaje mangrowce, piekne krzewy, podobno bardzo nietypowe dla tego regionu Indii. Za godzine plywania lódka (z tubylcem, który macha wioslami) placi sie slona jak na Indie stawke 125 rupii. Ale to przyjemna sprawa. Mile wytchnienie od miasta. I widzialam sliczne ptaki, których nazw juz oczywiscie nie pamietam. Niestety jak przyszlo do poowrotu zorientowalam sie, ze nie zdaze na spotkanie z kaplanem. Bylam tak zmeczona, ze bylo mi wszystko jedno. Polazlam do swiatyni, poprzechadzalam sie po dziedzincu i wrócilam do hotelu. Kiedy bylam juz spakowana i wlasnie mialam opuszczac hotel w drodze na dworzec autobusowy, do mojego pokoju zapukal Ganesh, czyli kaplan z którym bylam umówiona!!! Bylam w szoku! Faktem jest, ze chyba bylam jedyna biala w calym miescie i oczywiscie budzilam sensacje porównywalna z najazdem zielonych ludzików, ale cholera Chidambaram to miasto gdzie mieszka 67 tysiecy ludzi i jest mnóstwo hoteli! Okazalo sie, ze Ganesh tez sie spóznil na nasze spotkanie i szukal mnei po swiatyni. Oczywiscie powiedziano mu, ze bylam, ale ze juz poszlam. Wiec zaczal mnei szukac po hotelach i znalazl! Bylam w szoku, naprawde! Ganesh namawial mnei bym zostala na noc w miescie, ale po moich wszystkich dotychczasowych przebojach z lokalesami nie bylam pewna jego intencji no i za cholere nie chcialam zostac drugiej nocy w tym obskurnym miejscu, gdzie nie dzialal prysznic i musialam sie kurczyc pod kranem na wysokosci moich bioder. Wiec Ganesh postanowil mnie odprowadzic na dworzec i po drodze pokazac mi swiatynie. Ganesh jest wysoki i chudy, pomykal jak meserszmit, a ja z 20kilogramowym bagazem za nim (przeprosil mnie, ale jak wyjasnil nie wolno mu dotykac moich rzeczy). Poszlismy do swiatyni. Do srodka nie mozna wchodzic z pleackiem, wiec zostawilam go pod zaaranzowana przez Ganesha opieka starego kaplana. ZAbralam tylko podreczny plecaczek, z portfelem i paszportem, modlac sie by glówny plecak czekal na mnie… Wieczorem swiatynia wygladala jeszcze bardziej fascynujaco niz w ciagu dnia. Mnóstwo swieczek i pochodni, pootwierane i przyozdobione kwiatami kapliczki. Niesamowity klimat. Ganesh zalatwil mi wejscie do garbhagrihy, i to bez zadnej oplaty hi hi. Weszlam do srodka z dusza na ramieniu, bo musialam zostawic na zewnatrz mój plecaczek z paszproretm i portfelem. Sralam po gaciach. Gdyby mój plecaczek zniknal bylabym w totalnej, maksymalnej dupie. Oczami wyobrazni widzialam siebie jak kraze po swiatyni szukajac Ganesha, nikt nie mówi po angielsku i w koncu dokonuje mojego zywota u wrót swiatyni pilnujac cudzych butów…Takie mysli zaprzataly mnei w polowie. Ale równoczesnie bylam maksymalnie podekscytowana miejscem, w którym bylam. Wtedy wlasnie moglam sie dokladnie przyjrzec co robia kaplani, no i sama dotknelam swietego ognia. Ganesh wczesniej nauczyl mnie modlitwy do Shiwy, która mneij wiecej brzmiala oommanajashiwaja i tak ja sobie powtarzalam. Po wyjsciu z westchnieniem ulgi zobaczylam Ganesha i mój plecaczek. Jak spytal jakie mialam zyczenie gdy bylam w srodku, nie mialam serca mu powiedziec, ze modlilam sie bym nie stracila plecaka. Ganesh zapewnil mnie, ze zyczenie sie spelni, bo Shiwa nigdy nie zawodzi, i well, jestem zywym dowodem na to! Tylko czemu cholera nie mialam jakiegos innego zyczenia???;). Potem Ganesh wymalowal mi na czole swiety znak czerwonym proszkiem, którego dostalam caly zapas (wierni normalnie za to bula kase) i dowiedzialam sie, ze to wszystko nei wyszlo przypadkiem, ze jestem wyjatkowa osoba, o niezwyklej energii i ze Shiwa mnie wybral i przyciagnal do swojej swiatyni. A ganesha wybral jako swoje narzedzie do tego. Jeszcze zaprowadzil mnei do swojej kolezanki (tez z kasty Braminów, jak podkreslil) abym skorzystala z internetu. Mial nadzieje, ze moja przyjaciólka odebrala juz paczke z polski i poczekam na nia w chidambaram. Ale ja juz chcialam jechac dalej, plecak spakowany jest imperatywem do pojscia na dworzec a nie drugiego hotelu. Pozegnalam sie wiec z przemilym Ganeshem i potruchtalam na dworzec. W koncu wymeczona i zapocona na maksa odnalazlam wlasciwy autobus. I dopiero wtedy dotarlo do mnie, ze do tanjore jest co prawda tylko 127 km, ale jedzie sie 4 godziny!! Przejazdzka nocna z psychicznie chorym kierowca, naduzywajacym klaksonu i nie uzywajacym swiatel drogowych, z tlusta muzulmanka wbijajaca mnie w barierke pozostanie w mej pammieci jako dowod ze jednak nie jestm normalna, skor czulam sie w jej trakcie szczesliwa;). W tanjore bylam po polnocy. Ambitnie znowu nie wzielam rikszy i dalam z buta do raja rest house, gdzie nie mieli wolnych jedynek i musialam wziac dwojke za cale 150 rupii, fuck! Ale o 1:00 w nocy nie mialam sily zapierdalac do innego, polecanego przez LP taniego hotelu, na drugim koncu miasta. Dzis o 11:00 panowie z recepcji zaczeli mnie budzic, pewnie przestraszeni czy nie umarlam. Wyspac sie czlowiekowi nie dadza! A teraz ruszam w miasto, jest sporo do zwiedzania no i musze znalezc jakis tanszy nocleg. Z Marteczka spotkam sie w Trichy chyba dopiero we wtorek, bo ma z Pondicherry autobus o 10 rano i nie sadze by dostala tak wczesnie swoja przesylke, wiec raczej wyjedzie stamtad dopiero we wtorek. A tanjore mi sie podoba wiec tez se tu do wtorku zostane mysle.

godz 22:00

No w Tanjore tez zaczelo lac! I nawet nie moge pocieszac sie ze uciekam przed deszczem, bo przemily Belg (tiaaa znam pare osob ktore uwazaja ze przemily belg to tez oksymoron;) – pozdrowienia dla tych co ciezko pracuja:), przyjechal do Tanjore z poludnia wlasnie i mowi ze lalo przez caly ostatni tydzien. fok! W Raja Rest house wolnila sie jedynka wiec zostaje tu do wtorku. Fabrice jet pierwszym bialasem jakiego zobaczylam od rozstania z Marta. Jest dobrze po 40tce i podrozuje od 5 lat! niezle… Zwiedzilismy raze Fort i bhamaramacos tam temple, przeogromny, przepiekny, inny od Natarja Temple, z wierzchu ladniejszy, bo z kamienia w piaskowm, niemal pomaranczowym odcieniu, ale ‚inner sacrum’ w Nataraja Temple wieksze robilo wrazenie. Fabrice byl zdumiony sensacja jaka budze wsrod Hindusow. Bo rzeczywiscie zaczepiaja mnie co chwila, kobiety, faceci i dzieci, kiedy odpowiadam i ‚hi’, ciesza sie jak glupi. Fabrice mowi, ze on nie budzi takiej sensacji. Tez go zaczepiaja, ale nie az tak. Szczesciarz.

7 maja chidambaram, godz 23:00

Po dzisiejszej zwariowanej przejazdzce do Chidambaram nie mam juz zadnych watpliwosci jakie koszmary drecza w nocy kierowców rzechów, szumnie nazywanych w Indiach autobusami. A zapewne równiez wszystkich innych kierowców. Nie sni im sie zjazd po górskich serpentynach, w trakcie którego przestaja dzialac hamulce. Nie straszny im brak swiatel w nocy na drodze. Nie maja tez leków, ze znienacka pod maske wybiegnie male dziecko. Ich sekretna fobia, która powoduje przebudzenie sie w srodku nocy z zimnym potem na plecach i wrzaskiem budzacym cala rodzine jest… Zepsuty klakson! Oni kurwa trabia non stop! Klaksony wydaja z siebie najrózniejsze dzwieki, które maja jedna wspólna ceche – przerazliwie swidruja w uszach i ogluszaja. W autobusie ulokowalam sie obok kierowcy, które to siedzenie ma kilka niezparzeczalnych zalet. Jest to jedyne pojedyncze miejsce w autobusie, wiec mam pewnosc, ze nie przycisnie sie do mnie nagle obce spocone cialo. Cala reszte autobusu mam za soba, wiec nie musze robic za malpe w zoo. Jest to tez jedyne siedzenie z miejscem na plecak, wiec nie musze na kazdym kolejnym przystanku nerwowo wypatrywac czy ktos sie z nim wlasnie nie ulatnia. Ostatnia, istotna zaleta jest dobry widok przez przednia szybe. Choc z tym widokiem bywa róznie, gdyz daje on tez mozliwosc podziwiania rajdowych ambicji kierowcy. Ale juz powoli sie przyzwyczailam do widoku pedzacego na wprost nas autobusu, któremu zjezdzamy z drogi w ostatniej sekundzie, do rowerzystów ocierajacych sie o smierc czyli o nasz autobus wlasnie, czy do stada kaczek pierzchajacego w ostatnim momencie wraz z ich pasterzem. Ale do tego pieprzonego klaksonu trabiacego wlasciwie bez przerwy przez cala droge sie nie przyzwyczaje! Chyba, ze ogluchne, co wydaje sie byc wielce prawdopodobne. Trabia wszyscy, non stop. Oni w ogóle nie uzywaja lusterek, po prostu trabia dajac sygnal, ze wyprzedzaja i pozostali zjezdzaja. Albo i nie, wtedy trabia jeszcze przerazliwiej. Zapada zmrok i jedziemy przez palmowy las. Jest ciemno. Wlaczyc swiatla? Alez po co! i szkoda zarowek! Wystarczy trabic.

I tak, pozbawiona sluchu dotarlam do Chimbawaram. 70 kilometrów od Pondicherry, które autobus pokonal w ponad 2 godziny. A wyprzedzal wszystko po drodze. Tylko jaka to droga… Tiaa, my to jednak w Polsce mamy autostrady, zaprawde powiadam wam!
Za to po drodze mijalismy miasteczko, przez którego srodek szedl orszak pogrzebowy. Dokladnie tak jak mówil Mick. Niosa na desce cialo, przykryte calunem i mnóstwem girland jasminowych. Sami faceci, niektórzy powazni i smutni, ale tak polowa rozesmiana tanczyla cos w rodzaju plemiennego tanca przy ogniska w radosny rytm bebnów. I jeszcze wystrzaly i race. Total! Polowa orszaku przestala interesowac sie pogrzebem jak przejezdzal autobus i podgoraczkowana pokazywala sobie bialaske na przednim siedzeniu, znaczy sie mnie. Troche dziwnie sie czulam jak odmachiwalam zalobnikom…

W Chidambaram trafilam do najbardziej syfiastego hotelu jak na razie. Chyba naprawde rosnie ze mnie podrózniczka pelna geba skoro wzielam ten pokój. Ale o noclegowniach tworze odrebna notke, wiec na razie temat zamykam.

Szwendalam sie caly wieczór w poszukiwaniu knajpy na rooftopie, niestety lonely planet kolejny raz dalo dupy i restauracje, które wedlug nich mialy byc umiejscowione na pleasent roof top byly klimatyzowanymi, zamknietymi pomieszczeniami na parterze. W koncu zjadlam na foodstallsach i tez bylo dobrze. W miescie jakies wieczorne szalenstwo, moze dlatego, ze to piatek. Tlumy na ulicach stoja, huj wie po co. W kólko jezdza autoriksze i autobusy z glosnikami skandujacymi przedwyborcze obietnice. Jakies lokalne wybory w Tamil Nadu beda niedlugo i goraczka przedwyborcza coraz wieksza. Flagi (równiez czerwone z sierpem i mlotem), pochody i wrzaski z tuby. W poprzednich miejscach tez tak bylo, ale tu jest jakies apogeum. Niestety Dance Festival, który mial trwac do 10 maja, jak mi powiedzialy spotkane w Pondy Belgijki juz sie skonczyl. Szkoda. Ale i tak jestem tu przede wszystkim ze wzgledu na Nataraja temple, który slynie na cala okolice. Na razie podziwialam go po ciemku i jest naprawde OGROMNY! Zrobiony na prostokacie, prowadza do niego cztery wielkie bramy z czterech stron swiata, którymi wychodzi sie na dziedziniec, na którego srodku jest swiatynia. Wladowalam sie do niej, choc w przewodniku pisza, ze nie-hindusom wstep wzbroniony. Rzeczywiscie mnei pogonili, ale dopiero po kwadransie. W tym czasie obejrzalam sobie ichnich kaplanow, skapo odzianych, rozwalajacych sie pod kolumnami jak w lazni tureckiej. Owinieci biala szmatka wokól bioder, z z jej koncem przerzuconym przez ramie bardziej kojarzyli sie z patrycjuszami zaczynajacymi uczte, a nie zakonikami. Wlosy maja wygolone na czole, reszta dlugie, gladko zaczesane, ze smiesznym podluznym kokonikiem na czubku glowy. Szmatka praktycznie wcale nie zakrywa torsu, wiec mialam okazje sie przekonac, ze niektórzy mnisi czy tez ksieza sa naprawde niezle zbudowani! Oprócz nich na terenie swiatyni byly tlumy cywili, zarówno wewnatrz, jak i na dziedzincu, porozwalani na podlodze, wygladali jakby mieli sjeste. A moze tak wyglada u nich msza he he? Jutro sobie dokladnie obejrze swiatynie (i miesnie mnichów;) i chyba pojade do Tanjore, gdzie jest ponoc obledny palac królewski. No chyba, ze znajde wreszcie kogos kto bedzie mówil po angielsku wiecej niz ‚hi’ i dowiem sie jak dojechac do Pitchavaram i jak sobie zalatwic tam lodke z przewodnikiem, by polywac po jakis podobno zajebistych rozlewiskach, kanalach i wysepkach przy oceanie. W przewodniku napisali o tym raptem 2 zdania, ale brzmi ciekawie. Tylko zadnej kurwa wskazówki jak tam trafic. Droga na koncu jezyka, ale jak mam sie czegos dowiedziec od czlowieka, który na pytanie „how many buses go to tanjore?” (wolno i wyraznie) odpowiada z usmiechem ‚yes!’ ??? No jak???

A w ogóle to Chimdabaram to znowu powrót do Indii. Zegnaj slodkie, postkolonialne Pondicherry, czysciutkie i pachnace. Niech wita bród, syf i ubóstwo. I szalenstwo zapachów, smaków, kolorów, tlok i halas. Welcome to India again!


  • RSS