rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2004

27 czerwca wieczorem

Dupa jasiu. Jutro musze wypierdalac z Munnar. Przysiadlam wreszcie na przewodnikiem, poprzymierzalam planowana trase do ilosci dni, które mi zostaly do umówionego z Marta wyjazdu do Kashmiru 18 lipca i sie lekko zalamalam. Po czym wykreslilam z mojej listy po kolei Bekal, Bijapur, Hyderabad i Pune. Zostalo Ooty, Madumalai, Mysore, Bangalore, Goa i Bombay. I tysiace kilometrów do przejechania. Na to wszystko 20 dni. Trudno, trzeba bedzie ruszyc dupe i przyspieszyc tempo. Za to dojdzie mi iles powodów by kiedys wrócic do Indii. Jakby ich dotychczas bylo malo;).

Oby rano nie padalo to jeszcze zdaze polazic po górach troszku. Na razie leje caly czas jak z cebra, to moze przez noc sie wypada, kalkuluje sobie pojemnosc tutejszych chmur. Na pozegnanie zakupie sobie jeszcze jedna paczke home made chocoloate, która w Munnar oferuje co drugi sklepik. Ok 10 duzych, grubych kostek zawinietych w torebke foliowa. Do wyboru – z coconutem, imbirem, migdalami, rodzynkami. Pyszna. Pewnie kiedys jedna gospodyni wpadla na pomysl by sprzedac swój domowy przysmak i potem wszyscy poszli w jej slady. Ciekawe kiedy sie patent rozprzestrzeni na reszte stanu, bo poza munnar nigdzie nie widzialam czekolady domowego wyrobu.

28 czerwca munnar

O boze jak ja stad nie chce wyjezdzac! Tu jest tak pieknie i jeszcze slonce wlasnie wyszlo! Ale ni cholery, jeszcze cos zjem, zalicze internet i musze leciec na autobus. I tak nie wiem czy zdaze dzis dojechac do Mettupallay gdzie o swicie mam zlapac kolejke gorska do Ooty. Spróbuje.

Wstalam rano. Bylo zimno i lalo. Przez chwile mialam nieodparta potrzebe zakopania sie w kocach i kimniecia jeszcze troche, ale przypomnialy mi sie slowa Vidzeja – na Top Station na pewno nie bedzie padac. Zwloklam sie wiec i poszlam na autobus. Stoi. Jest 8:45. Upewniam sie czy odjezdza o 9:15, jak mi mowil koles z informacji turystycznej. Konduktor mówi ‚tak, najn fifti’ Odwieczny problem w indiach, jak odróznic kilkanascie od kilkadziesiat. Pytam wiec ile mam czasu do odjazdu autobusu. ‚sixty minute madame’. Dziwne. Pisze na kartce ’9:15′. Pokazuje panu, on potakuje. No dobra, wychodzi ze mam te pol godziny do odjazdu wiec ide cos zjesc. Wczesniej, wzorem tubylców, zajmuje sobie miejsce w autobusie, kladac na siedzeniu skarpetki. Wsuwam w pospiechu dose. Wracam 15 minut pózniej, autobusu kurwa nie ma, a wraz z nim moich skarpetek. Wypytuje ludzi dookola. Lamana angielszyzna wyjasniaja, ze autobus robi objazd po miescie i za 15 minut wróci. Owszem, autobus do Top Station sie zjawia, ale inny. Odjazd za 40 minut. Tylko po co wstalam o swicie he? Zastanawiam sie czy to nie przeznaczenie i czy nie powinnam sobie odpuscic, ale huj ze skarpetkami, jade. Leje jak z cebra. W polowie drogi przestaje, odslaniaja okna, widoki takie, ze zapiera dech w piersiach. Swieci slonce, mam wyraz twarzy szczesliwego glupa. Po póltorej godziny jestem na Top Station. Jeszcze krótki spacer i mam przed soba rozposcierajacy sie obledny widok na cale Western Ghats. Jakis tubylec pokazuje mi gdzie sie konczy Kerala a gdzie zaczyna Tamil nadu. Widoki dziele wraz z zakochana tubylcza para. Wygladaja slodko, robie im zdjecia, czestuje woda. Niestety musze wracac na autobus. Kiedy czekam siedzac przy ulicy, z daleka macha do mnie moja parka odjezdzajac w druga strone na motocyklu. Po 5 minutach wracaja i mówia ‚come with us’. No, propozycjom przejechania sie na motorku to ja nigdy nie odmawiam, ale przez chwile sie zastanawiam gdzie oni do cholery chca mnie upchnac. Na kierownicy? E tam, dalo rade. Usiadlam za kolesiem, a dziewczyna za mna, z gracja trzymajac nogi po damsku, pomimo killku centymetrów kwadratowych jakie miala do siedzenia. Przejazdzka po górskich serpentynach, wsród herbacianych wzgórz, z wiaterkiem wiejacym w twarz byla zajebista. Zawiezli mnie na nastepny przystanek po czym zawrócili w swoja strone. Szila i Alwar. Tak po prostu zafundowali chwile przyjemnosci turystce. Ludzie tutaj mnie rozwalaja. Nadjezdza autobus, ten sam którym jechalam w tamta strone, pan konduktor sie usmiecha, pyta ‚Munnar?’, odpowiadam ‚Munnar’. Z lbem wystawionym przez okno wchlaniam zapach lasu, herbaty, jeziora utworzonego z górskiego strumienia za pomoca tamy. I koniec, jestem znowu w munnar, swieci slonce a ja musze wyjezdzac. Pozegnania, nieodzowny skladnik podrózowania.

a jednak znalazla sie kafeja w munnar gdzie jest komp z CD-Romem! co prawda pan musial zdemontowac polowe kafejki bym doszla do usb entry, ale poszlo i ponizej zaleglosci

25 czerwca munnar

Uhaaa! Wreszcie nie ma pierdolonych komarów!! Ani jednego! W Munnar jest dla nich widac za zimno. Mi zreszta tez zbytnio cieplo nie jest he he, bojówki i koszula z dlugim rekawem sa grane, ale w pokoju sa dwa koce wiec dam rade. I wreszcie nic mnie nie bedzie zarlo!

Zaledwie 130 km w glab ladu i temperat ura o dobre 20 stopni nizsza. Przynajmniej w nocy, bo dojechalam po ciemku. 130 kilometrów autobus wedle rozkladu mial pokonac w 4 godziny, zajelo mu to jednak 6 he he. Kocham hinduskie poczucie czasu. Wspinaczka po górskich serpentynach byla zbyt duzym wyzwaniem dla rzerzacego resztkami sil silnika i chwilami myslalam, ze bede nocowac w polu. Herbacianym, bo dookola Munnar sa plantacje herbaciane. Co mi oczywiscie przypomina Sri Lanke wiec juz lubie Munnar, choc na razie niewiele widzialam. Janet i Roger polecili mi guesthouse w którym nocowali kilka lat temu i to byl strzal w 10tke. Nie zeby jakies luksusy, ale na tle tanich noclegowni w Munnar, Ambat Lodge jest naprawde ok, w samym centrum bazaru, z rozposcierajacym sie dookola widokiem na góry. Choc na poczatku, jak pan mi pokazal jedynke (za 85 rupii, wiec cena byla bardzo zachecajaca), o rozmiarach celi wieziennej (akurat sie miescilo w nim waskie lózko, plecak bym musiala trzymac pod glowa) i bez okna to zaczelam sie zastanawiac czy jednak moi Australijczycy nie przypalaja za duzo. Ale dwójka okazala sie byc przyzwoita, z oknem o szerokosci 20 cm hi hi i bez prysznica, co oznacza, ze bede sie myla w stylu hinduskim. Czyli namydlamy sie, nalewamy wode z kranu do wiadra i potem chlup na siebie. W cieplym miejscu bym zwariowala bez prysznica, ale tu powinno byc ok. Mam tylko goraca nadzieje, ze boiler w lazience nie jest atrapa, bo w górach mycie sie w lodowatej wodzie nie byloby za przyjemne. Pan mi spuscil cene z 200 na 150 wiec uznalam ze mnie stac na rozpuste pt dwuosobowy pokój. I jest nawet taras z widokiem na rzeke, co prawda wspólny, ale Hindusi chodza spac z kurami wiec od 21ej mam go dla siebie. Bo oczywiscie bialasów ni widu ni slychu.

26 czerwca, 19:00

Jestem zakochana w Munnar, pomimo deszczu i dzikich krów. Moze i one sa swiete, ale ja pierdole taka swiatobliwosc. Jedna mnie dzis zaatakowala gdy niewinnie wyprzedzalam ja na ulicy. Regularnie sie sucz na mnie rzucila i ubodla rogami. Mam siniaka na grzbiecie dloni bo oczywiscie próbowalam sie bronic. Na szczescie szybko mnie olala, ale mialam moment dzikiej paniki jak zobaczylam wymierzone w siebie rogi. I teraz mam leki jak mijam krowy. Zebym chociaz miala na sobie cos czerwonego, ale nie…

Przez pól dnia walesalam sie po górach, podziwiajac widoki i pola herbaciane, az doszlam do ogromnego, pieknego wodospadu. Trase zaproponowal mi przemily pan w informacji turystycznej. I to wcale nie w tej polecanej przez Lonely Planet. Bo mój, mimo wszystko ulubiony przewodnik, pod tytulem ‚walks around Munnar’ podal tylko adres Informacji Turystycznej, twierdzac, ze pracujacy w niej Mr Iype jest ‚national treasure’ i on wszystko wytlumaczy. Tylko, ze fuckin national treasure sie wypial na turystów i zamknal biuro. Na szczescie znalazlam inne, otwarte i dzieki temu mialam zajebisty dzien.

Pogoda swiruje. Leje deszcz, chwile pózniej przypieka slonce i tak w kólko. Dzis sie poddalam i dokonalam zakupu plastikowego plaszcza, w kolorze perlowo-zielono-szarym. Jest obrzydliwy i kojarzy mi sie z obciachowymi palatkami jakie chlopaki nosili w harcerstwie. Ale nie ma wyjscia. Jest za zimno by moknac. Pomijam, ze mam JEDNA pare bojówek i JEDNA bluze z dlugim rekawem, wiec nie moge ich zamoczyc. W nocy okazalo sie, ze mam tylko jeden koc i to nie wystarcza. Zamierzam wysepic od pana jeszcze jeden. Jak sie nie uda to znowu sie obudze nad ranem z zebami robiacymi za kastaniety.

A wieczorem, w mojej juz ulubionej knajpie, dosiadla sie do mnie znienacka bialaska. Jej akcent byl jednoznaczny, choc okazalo sie, ze Belgijka a nie Francuzka. Mieszka kilka kilometrów od Munnar od 4 miesiecy. Wczesniej przez póltora roku podrózowala po Indiach. W Munnar mieszka z tubylcza rodzina i uczy sie reiki, czyli sztuki uzdrawiania kanalami energetycznymi, w duzym skrócie. Twierdzi, ze jej mistrz leczy (skutecznie!) ta metoda nawet chorych na raka. Gell zaimponowala mi na maksa bo ma wlasny motocykl i podrózowala na nim po Indiach. Kazdy kto mnie zna wie, ze strachliwa nie jestem i ze kocham prowadzic samochód. Ale tutaj boje sie jezdzic nawet na rowerze! Primo drogi w których jest wiecej dziur niz asfaltu i po drugie primo pojebani, psychicznie chorzy kierowcy, dla których pojecie przepisy ruchu drogowego to czarna magia. A Gell mówi, ze pierwszy raz w zyciu wsiadla na motocykl dopiero w Indiach i nawet nie ma prawa jazdy!!!! No to teraz mi weszlo na ambicje i musze sie nauczyc tu jezdzic. Nie ma przebacz! I uroczyscie oswiadczam, ze jesli uda mi sie w Azji przejechac 50 kilometrów na motocyklu i nie dostac zawalu to bede sie uwazala za pieprzonego mistrza swiata. Ha! To jest wyzwanie!

Reiki wzbudzilo moje najwieksze zainteresowanie kiedy Gell oswiadczyla, ze dzieki temu rzucila palenie bezbolesnie z dnia na dzien. A palila od 12ego (sic!) roku zycia, przez 12 lata, po 2 paczki dziennie. Hmmm….

Aha, oczywiscie w Munnar jest tak pieknie, ze zostane przynajmniej jeden dzien dluzej niz planowalam. Byle pogoda przyfarcila. Gell mówi, ze i tak mam fuksa, bo dopiero od dwóch dni nie leje. A wczesniej przez caly tydzien lalo jak cebra 24 godziny na dobe, tak, ze nie mozna bylo wyjsc z domu.

Kilka godzin pózniej

Hmm moze mój fuks sie wyczerpuje. Padalo caly wieczór i jest w huj zimno, duzo zimniej niz wczoraj. Na szczescie dostalam drugi koc. Za to boiler jest dla mnie zagadka. Juz myslalam, ze rozszyfrowalam tajniki jego dzialania, ze juz wiem jaki pstryczek nacisnac i który kurek zakrecic by po 15 minutach miec goraca wode a tu wieczorem wredna surprise i metoda przestala sie sprawdzac. Chyba dzis bedzie dzien dziecka jechany. Nie zamierzam sie w ten mróz polewac lodowata woda. Niech zyje smród, brud i ubóstwo;).

W Kochi zakupilam ksiazke Anity Pratap, reporterki wojennej. Ciekawa postac. Hinduska, zaczela na poczatku lat 80tych, jako 20parolatka, swiezo upieczona mezatka i matka. Krótko pózniej sie rozwiodla. 20 lat temu, samotna matka, jezdzaca w centrum najgorszych wojennych kotlów to nawet w Europie bylaby ciekawostka. A w konserwatywnych Indiach? Musi byc niezwykla kobieta. Ksiazka podsumowuje jej prace przez ostatnie 20 lat. Polowa mówi o Sri Lance i Tamilskich Tygrysach. Nie moge sie od tej ksiazki oderwac. Jest fascynujaca i przerazajaca jednoczesnie. Gdybym nie byla w Jaffnie chyba bym nie uwierzyla w to co ona pisze. A i tak mam problem chwilami z uswiadomieniem sobie, ze tak, to wlasnie w centrum slodkiego Kandy, przy uroczym jeziorku gdzie tak lubilam spacerowac, zaledwie 15 lat temu lezalo siedem cial zatorturowanych na smierc nastolatków, a ludzie ukrywali sie w piwnicach. Ksiazka ma znamienny tytul ‚Island Of Blood’. Anita jest jedyna dziennikarka na swiecie, która wielokrotnie rozmawiala z Pirabkakaranem, liderem Tamilskich Tygrysów, który powolal ich do zycia jako 17latek. Chociaz sama jest Hinduska wyraznie stoi po stronie Tygrysów w ich konflikcie z Indiami. To jedna z takich ksiazek, która tak przykuwa moja uwage, ze przez godzine siedze skurczona w niewygodnej pozycji i gdy wreszcie na chwile odrywam wzrok od ksiazki, przez chwile nie wiem gdzie jestem, dopóki zdtretwiale czesci ciala nie sprowadza mnie na ziemie.

27 czerwca

Kurwa co za noc! O pólnocy sila oderwalam sie od ksiazki Anity bo chcialam wczesnie wstac by pojechac na Top Station. Przed pierwsza w nocy, kiedy prawie zasypialam do hotelu wprowadzila sie ogromna rodzina hinduska. Darli ryja i trzaskali drzwiami jakby byl srodek dnia a oni byli we wlasnym domu. Ok, mówie sobie, slychac, ze maja male dzieci, na pewno zaraz pójda spac, lez cierpliwie Ruda. Pól godziny pózniej nie wyrabiam i wychodze na korytarz by ich uprzejmie i z usmiechem poinformowac, ze próbuje zasnac. Glupio chichocza. Przez 5 minut jest ciszej po czym zaczyna sie regularna impreza. Biegaja z pokoju do pokoju, walac drzwiami, wydzieraja sie, dzieci wydaja z siebie przerazliwe rozbawione piski. Zakopana w kocach nie moge sie zmobilizowac by znów ich uciszyc. Az o 2ej w nocy wlaczyli na cala pare muze. I wtedy trafil mnie szlag. Wylazlam na korytarz i w krótkich zolnierskich slowach powiedzialam im co o nich mysle. Zamkneli sie. Po czym od 7 rano zaczelo sie na nowo. Jeszcze nigdy, w zadnym kraju, nie spotkalam sie z takim zachowaniem. Jeszcze bym zrozumiala gdyby to byla banda nastolatków, ale normalna rodzina??? Udalo mi sie zasnac dopiero o 9:00 jak sie wyniesli zwiedzac. Po poludniu bezczelnie sie do mnie usmiechali i próbowali zawrzec znajomosc. A takiego wala! Trzasnelam im drzwiami przed nosem. Na szczescie juz sie wyprowadzili wiec moze tej nocy sie wyspie. Ku mojemu zdumieniu panowie z hotelu dokladnie sprzatneli po nich pokoje i wymienili posciel. Nie posadzalam ich o taka higiene hi hi, a moje przescieradlo wyglada jakby nie bylo prane od 2 miesiecy. Widocznie tylko wyglada;)

W ciagu dnia pojechalam do narodowego parku Eravikulam. Oczywiscie nie stac mnie na riksze wiec 7 kilometrów podjechalam autobusem, a potem miala mnie czekac 4 kilometrowa wspinaczka pod góre. W polowie drogi autobusem zaczal lac deszcz. Jak wysiadlam napierdalalo jak z cebra. Oczywiscie dzielnie ruszylam pod góre, kiedy zaczepil mnie ok 50letni tubylec proponujac bym sie zabrala dzipem. Okazalo sie, ze jest przewodnikiem i ma pod swoja opieka 25 osobowa grupe studentów collegu. Chlopcy byli upchnieci w dwóch dzipach jak sardynki w puszce. Kiedy pojawilam sie mokra i ublocona bez slowa protestu wskoczyli sobie na kolana by zrobic mi miejsce. Spadli mi z nieba bo deszcz napieprzal coraz bardziej. W parku bylismy raptem godzine, jest piekny, pomimo deszczu i spowijajacej góry mgly. Udalo nam sie zobaczyc stado Nilgiri Thar, specyficznej odmiany kozicy górskiej, która wystepuje tylko w okolicach Munnar i … w Austrii he he. Robia wokól niej straszne halo. Kozica jak kozica, ladna, ale wolalabym zobaczyc stado sloni;). Chlopcy gapili sie na mnie jak na boginie choc w moim seksownym plaszczyku wygladalam jak skrzyzowanie druha druzynowego z wielbladem (pod plaszczem nosilam plecak). Byli strasznie mili i ich awanse ograniczaly sie do maslanych spojrzen, wypytywania skad jestem itd i pobierania mojego adresu mailowego. Zadnych glupich tesktów czy oblesnych spojrzen, które sie zdarzaja starszym Hindusom czy byly klasyka na Sri lance. Kiedy czekalismy na dzipa w powrotna strone zaczeli tanczyc swoje tance i namawiac mnie bym zatanczyla jakies polskie. Deszcz na szczescie powstrzymal mnie przed odtanczeniem krakowiaczka;). Zdaje sie, ze niewiele pamietaja z parku, bo ich uwaga byla calkowicie skupiona na mnie. Jesli maja jakies zdjecie slynnej kozicy to tylko dlatego, ze weszla w kadr jak robili mi zdjecia. Jeszcze nigdy nie widzialam tylu migdalów zamiast oczu hi hi. Moglabym byc pryszczata, gruba i brzydka jak noc a oni i tak uwazaliby mnie za skonczona pieknosc bo mam biala skóre;)
Potem chlopcy pojechali swoim wycieczkowym autokarem do Madrasu gdzie maja szkole, a pan przewodnik zlapal dzipa taksówke i dojechalismy do miasta. Zaprosil mnie na kawe i smazone banany po czym pozegnal z usmiechem. I zadnego pytania czy nie chce przewodnika na nastepny dzien, nic. On po prostu byl bezinteresownie mily. W ogóle ludzie w Munnar sa przeuroczy. Koles z informacji turystycznej caly czas sluzy pomoca i cierpliwie wszystko tlumaczy. Chlopak który siedzi caly dzien na straganie owocowym usytuowanym dokladnie pod schodami wyjsciowymi z hotelu (jak sie kiedys za bardzo rozpedze to wyladuje centralnie na kupie mango) wrecza mi banany w prezencie, choc nic u niego do tej pory nie kupilam. I za kazdym razem jak wychodze z hotelu i ide przez bazar spotykam kogos znajomego, wszyscy sie usmiechaja, a ja dochodze do wniosku, ze uwielbiam Hindusów.

Tylko leje i zimno. W ciagu dnia zmarzlam tak straszliwie, ze po poludniu przez godzine sie grzalam pod kocami w pokoju. Jutro rano zdecyduje czy jechac dalej czy jeszcze zostac.

i dupa…

1 komentarz

dupa z internetem znaczy sie bo w munnar nie ma kafejki w ktorej by sie znalazl choc jeden komputer z cd-romem. czyli palma nie podlacze. a ze juz napisalam dwa elaboraty o munnar, w ktorym jestem od wczoraj wiec nie chce mi sie ich teraz tworzyc na nowo. beda z opoznieniem znaczy sie, jak wyladuje w nowym miejscu.
w telegraficznym skrocie:
munnar jest fajnym malym miasteczkiem polozonym przepieknie w gorach wsrod planatcji herbacianych. jest zimno, nie ma komarow, pada czesto deszcz i jest zajebiscie pieknie. i juz wiem ze zostane tu dluzej niz planowalam hi hi

W swietle dziennym okazalo sie, ze Janet ma nie tylko czerwone ale tez zielone pasemka, a Roger, pomimo wieku, jest najprzystojniejszym facetem jakiego spotkalam w podrózy jak na razie. Taki Alan Rickman, tylko bardziej posiwialy. Fajnie ma Janet:)

Wciaz nie wiem czy jutro wyjade. Nie chce mi sie pakowac plecaka. No i w Munnar choc pieknie bedzie zimno. Ale moze mniej komarów? Wczoraj liczylam ugryzienia na prawym posladku. Przy 20stym przestalam liczyc. Dramat.

Poplynelam dzis na Vypeen Island, ale ku mojemu zalowi byl bardziej wypasiony prom i nie mialam okazji cyknac zdjec a la obóz koncentracyjny. Bo jak poplynelysmy dwa dni temu z Marta to lódz byla podzielona na czesc kobieca i czesc meska. Posrodku byla siedziba kapitana. To nie byl umowny podzial – czesci byly pooddzielane kratami. Panie ignorowaly istnienie meskiego boksu, za to kolesie wisieli na kratach rzucajac teskne i wyglodniale spojrzenia w strone kobiecego, jakby nie widzieli kobiet od 2 lat. A podróz promem trwa cale 5 minut. Nie moglysmy sie powstrzymac od smiechu.

W ciagu dnia siedzialam sobie na promenadzie nad morzem. Dosiadly sie do mnie 3 Hinduski pod 50tke, kazda w rozmiarze XXXL. Jedna z nich przypominala mi Bridget z Nilaveli. Tez dowcipnisia i lekko zdziecinniala pomimo 45 roku zycia i trójki doroslych dzieci. Postawily mi herbate u krazacego sprzedawcy z termosem. Spiewaly ichnie piosenki i usilnie mnie namawialy bym dolaczyla. Zachowywaly sie jak nastolatki. Czasem mam wrazenie, ze Hindusi nigdy tak naprawde nie dojrzewaja.

Kierowcy autorikszy, którzy koczuja pod moim hotelem sa dowcipni. Co ich mijam z uporem maniaka proponuja mi przejazdzke.
- Madame, riksha?
Krece przeczaco glowa.
- Madame ferrari? – pokazuje na pierdzacego, trzykolowego grata.
Wybucham smiechem i znowu krece glowa.
- Madame, tommorow riksza?
w koncu ostatni desperacki krzyk
- Madame, helicopter?

Matrix

1 komentarz

23/24 czerwca

Matrix has me. Siedze sobie na balkonie, a po dachu budynku naprzeciwko schodzi wielki bialy kot, dokladnie w ten sam sposób co poprzedniej nocy, i niemal o tej samej godzinie, znaczy sie po 1ej. Na krawedzi dachu kot przeciaga sie po czym zeskakuje na balkon. Dokladnie tak samo jak wczoraj. Ha! Jesli jestem w matrixie to musze przyznac, ze agent Smith wybral dla mnie fajny program;) I nie, nie pilam i nie jestem upalona, w odróznieniu od Australijczyków, z którymi dziele balkon. Wprowadzili sie wczoraj a dzis przegadalismy pól wieczoru. Para, w okolicach 50tki, ona z czerwonymi pasemkami na wlosach. W polowie jakiejs opowiesci utknela i z rozbrajajaca szczeroscia wyznala ‚shit, I`m stoned. Why did I start to talk about Negombo?’. Przypominam jej ostatnie dwa zdania i laska jedzie dalej. Oboje sa totalnie wyluzowani i fajni. Zakochani w Indiach na maksa, sa tu drugi raz. Kilka lat temu spedzili 3 miesiace, teraz przyjechali na pól roku. 3 dni temu wrócili ze Sri Lanki wiec wymieniamy wrazenia. Zapodali mi iles dobrych rad gdzie pojechac w Indiach i gdzie nocowac. Podobno Munnar, mój najblizszy cel jest zajebiste. Bedzie mi latwiej wyjechac z Kochi hi hi.
Jedna z rzeczy jakie kocham w podrózowaniu to to, ze systematycznie spotykam ludzi, którzy sa zywym dowodem na to, ze mlodosc to stan ducha a nie metryka.

Kurwa wlasnie niechcacy wylalam na siebie pól buteleczki citronet oil. Jestem wiec cala zatluszczona i wali ode mnie cytryna na kilometr. Well, przynajmniej komary beda sie ode mnie trzymac z daleka. Jak wszystko inne co zywe;)

Dulszczyzna i hipokryzja Hindusow powala na kolana. Bylam dzis w Matanacherry Palace, na którego scianach sa stare malowidla przedstawiajace rózne sceny z ich mitologii. Jeden z malunków wzbudzil moje zywe zainteresowanie, jako ze pokazuje co moze zrobic facet z szescioma rekami w towarzystwie wielu dam. Hmm, duzo moze;). Malunek erotyczny na maksa, a szescioreki Krishna nie tylko robi dobrze calemu tabunowi blond pieknosci (o jasnej skórze ale juz hinduskich rysach twarzy), ale jeszcze sobie przy tym przygrywa na fujarce. I to nie jest zadna przenosnia ani eufemizm, on naprawde czterema lapkami obmacuje panie, a pozostalymi dwiema gra na flecie, znaczy sie instrumencie muzycznym. Ma przy tym wyraz twarzy oglupialego ze szczescia misia. Trudno mu sie dziwic. I tenze obrazek jest przez Lonely Planet uczciwie opisany ze wszelkimi szczególami jako gra wstepna, a co glosi tabliczka w muzeum? ‚Odpoczywajacy Krishna w towarzystwie dam, które przyjmuja rózne pozycje’. No comments.

Po poludniu poszlam na przedstawienie teatru Kathakali, znanego od XVII wieku. Graja sami faceci. Najpierw widzowie ogladaja jak aktorzy sie maluja, niektórzy sami, inni z pomoca kolegów. Makijaz jest mocny, tworzy maske na twarzy. Uzywaja do niego tylko naturalnych srodków, czyli kawalków kolorowych, miekkich kamieni (zólty i czerwony), które pocierane olejem kokosowym tworza naturalna farbe. Caly pic tego teatru polega na tym, ze oni nie mówia tylko wszystko obrazuja ekspresyjna mimika twarzy oraz mudrami, czyli specyficznymi ulozeniami dloni. Kazdy najmniejszy ruch, reka czy brwia ma konkretne znaczenie. Aktorzy ucza sie tego przez 6 lat. Widzom prezentuje sie podstawowe znaczenia, po czym fru, leci przedstawienie, z którego niewiele bym zrozumiala gdyby nie libretto, które rozdano nam na kartkach wczesniej. Chwilami jest to lekko komiczne, bo miny robia naprawde przerazliwe, chwilami meczace, bo kazda scena trwa dluuugo i towarzyszy jej bardzo glosna muzyka wygrywana na bebnach i metalowych talerzykach, ale ogólnie robi spore wrazenie. I budzi pewien respekt. Tak wywracac oczami do taktu to nawet ja nie potrafie, a zawsze bylam ‚miniasta’;). Podobno ta nadekspresja aktorów w bollywood movies ma swoje zródlo wlasnie w Kathakali theatre.

Podoba mi sie w Kochin na maksa. Niby mam stad wyjechac pojutrze, ale wcale mi sie nie chce. I po uliczkach Fort Kochin bym sie poszwendala jeszcze, i po dzielnicy zydowskiej (jest synagoga, ale w miescie pozostalo juz tylko 14 Zydów, 4 rodziny, reszta wyemigrowala do Izraela), i na Chirram Beach na Vypeen Island (tez czesc miasta Kochi) powalczyc jeszcze raz z wscieklymi falami bym sie wybrala. A tu zostal tylko jeden dzien. I niby nigdzie mi sie nie spieszy, ale jak w kazdym fajnym miejscu bede siedziec tydzien to ten rok podrózy ledwo na same Indie mi styknie cholerka.

20 czerwca, Kochi, wieczorem

Kochi vel Cochin jest przeslicznym miastem! Pieknota na maksa! I podziwiamy je wspólnie z Marta, bo wlasciciel naszego hotelu w Allapuzhie wybil mi wczoraj z glowy wyprawe do Perriyacostam wildlife sanctuary, polecajac inne, ze wzgledu na pore roku. Wiec okazalo sie, ze jest nam wciaz po drodze:).
Kochi to dosc spore miasto, z czego za najatrakcyjniejsza uchodzi czesc zwana Fort Cochin, polozona na wyspie, która ze stalym ladem laczy most oraz siec promów. I wlasnie w Fort Cochin sie ulokowalysmy. Pierwsze wrazenia – czysto jak nie w Indiach, sliczne domki i kamieniczki, waskie uliczki, duzo zieleni i promenada nad morzem obramowana chinskimi sieciami rybackimi. Te same, które na rzece kojarzyly mi sie z dzwigami stoczniowymi. Robia niezwykle wrazenie i dodaja klimatu na maksa. Rozpiete na czterech wygietych kopulasto kijach, podobno wymagaja przynajmniej czterech facetów do obslugi. I dzialaja na zasadzie dzwigni wiec moje skojarzenie nie bylo az tak idiotyczne he he. Nie zauwazylam by uzywali tych sieci i nie zdziwilabym sie gdyby tu staly tylko w celach widokowych.

Do Kochi dotarlysmy przez Kottayam, do którego z kolei dostalysmy sie publicznym promem, wiec za 10 rupii mialysmy mala powtórke z dnia poprzedniego. Tez slicznie. Tak naprawde to backwaters to nie tyle siec kanalów i jezior, ale wielka przestrzen wodna poprzecinana paskami ladu, na których moze byc alejka palmowa, lub domek, lub mala wioseczka. Wlasciwie to za cholere nie kumam dlaczego ludzie chca tam mieszkac. Wyglada to pieknie, ale mieszkajac w takim miejscu czulabym sie jak w wiezieniu. Wyobrazcie sobie dlugi pasek ladu, szerokosci 7 metrów, na którym co kilka metrów stoi domek. I tyle. Mozesz pójsc na spacer, 50 metrów, przez podwórka sasiadów. By dostac sie gdziekolwiek indziej potrzebujesz lodzi. Troche jak w wiezieniu. Pomijam, ze te tereny wygladaja na nieustannie narazone na powódz. Poziom wody jest moze 5 centymetrów nizej niz lad. Wszedzie widac worki z piaskiem i inne tego typu zabezpieczenia. Nie sadze by byly skuteczne w razie naprawde porzadnej kilkudniowej ulewy, co w Azji jest standartem. Wiec mieszkac nie, ale poplywac sobie po backwaters bardzo chetnie;)

21 czerwca Cochin, sniadanie czyli samo poludnie (ale czasem naprawde wstaje baaardzo rano;)

Ha! Sieci jednak pracuja na siebie! Ok 10 kolesi sie bawi przy jednej. To naprawde wymyslna, wielka konstrukcja i jak juz panowie napreza miesnie, ciagnac za liny, do których jest przyczepiony drewniany kablak z rozpieta na nim siecia to okazuje sie, ze ich wysilek jest wart jakis 2-3 ryb taplajacych sie w sieci. Wtedy jeden z panów raczym klusem biezy po waskiej belce do sieci by ubiec stado kruków, które juz sie czai na wyzerke. I tak panowie chodza do jednej sieci do drugiej, co chwile sprawdzajac jej zawartosc. Pewnie im sie jakos to oplaca. Dla mnie bomba. Gapie sie juz na te manipulacje sieciowe od godziny i wciaz sie nie znudzilam.

Zadanie na dzis – kupic torbe. Poprzednia zalapala taka ilosc wilgoci, ze rozsiewala intensywny zapach grzyba. Takiego lesnego. I pomimo ekspozycji na sloncu nie wysychala. Musialam sie z nia wiec pozegnac. Drugie zadanie – znalezc kino w którym graja Harry`ego Pottera w wersji oryginalnej. Miasto jest oblepione plakatami, wiec musza gdzies grac. A mi sie przypomnialo, ze od dwóch miesiecy nie bylam w kinie i cholernie mi tego brakuje. I tak, zgadza sie, to nigdy nie byla zawodowa sciema, ze uwielbiam Harry`ego. Naprawde jestem fanka;) Tym milej bedzie go zobaczyc, bo nie bedzie mi sie kojarzyl z traumami w pracy hi hi.

Wyjezdzajac z Varkali chyba ucieklysmy chwilowo przed monsunem, który posuwa sie z poludnia na pólnoc. Nie bylo kropli deszczu od 3 dni. Milo.

Jedyny minus Kochi to wsciekle zrace komary. Co chwile plask i kolejny trup zaliczony. Na kazdy plask okolo 5 babli. Drapiemy sie obie z Marta jak wsciekle. Dobrze, ze przynajmniej to zwykle komary nie moskity. Moskity, w odróznieniu od komarów pozostawiaja bolesne slady, które bardzo dlugo sie zostaja na skórze. W pewnym momencie na Sri Lance, po wyjatkowo silnych atakach wygladalysmy jak ofiary wietrznej ospy, zwlaszcza po uzyciu kojacej masci z jodyna he he.
Na Sri Lance dlugo szukalam mosquito repellent, po tym jak skonczyla mi sie przywieziona z Polski Mugga. Wszedzie pokazywali tylko mosquito coils, te cholerne spiralki które podpalone maja wydzielac chmure morderczego dla moskitów dymu. Jakos nie zauwazylam by trup sie gesto po nich scielil. Byly dwie firmy produkujace coile, obie o zabójczych nazwach – NINJA oraz GOOD KNIGHT, co rozbawilo mnie do lez. Kiedy pokazywalam na migi, ze chce cos na moskity do psikania na skóre, jeden pan wyciagnal gigantycznych rozmiarów spray, do szprycowania katów w mieszkaniu w celu przeploszenia robactwa. Trzymac z daleka od dzieci. Nie chce wiedziec jakich parchów bym sie dorobila walac sobie to gówno na skóre. W koncu, po dwóch tygodniach bezskutecznych poszukiwan zakupilam citronet oil, lokalny specyfik, który dzialal lepiej niz off i muga razem wziete. I nawet zapach jest do zniesienia. Niestety tylko moskity odstrasza. Swojskie komary ciagna do niego jak muchy do miodu. Przynajmniej komary nie roznosza malarii ani dengi. Tak sie pocieszamy;).

Wieczorem

No, zadania na dzis wykonane, mam torbe, widzialam Pottera i nadprogramowo udalo mi sie wreszcie kupic sunscreen w przyzwoitej cenie, co graniczy w Azji z cudem, bo jak juz maja smarowidlo z wysokim faktorem to drozej niz u nas.

Kino w Indiach… Ja pierdole! Moze i oni produkuja najwiecej filmów na swiecie, moze i oni sa najwiekszymi maniakami kina na swiecie i chodza do niego kilka razy w tygodniu. Ale jakosc odbioru jest jak jakosc ich przecietnego filmu. Ponizej krytyki znaczy sie. Kino w którym bylam, specjalizuje sie w wyswietlaniu zagranicznych produkcji. To niby takie porzadne, wypasione kino w duzym miescie, nie? Troche lepsze niz swietej pamieci kino Delfin w Oliwie, do którego chodzilam w dziecinstwie. TROCHE lepsze, bo w Delfinie trzesla sie podloga gdy przejezdzal tramwaj (kino bylo strategicznie polozone przy zajezdni), który przy okazji zagluszal wszelkie dzwieki w filmie. Siedzenia obskurne i wsciekle niewygodne, ekran zalosny. Do tego rozkrecona klima, wiec skulona w pozycji embrionalnej trzeslam sie z zimna przez 2 godziny. Przez pierwsze 30 minut film lecial przy zapalonym swietle (!), wiec biedne hinduskie dzieci nie mogly sie na poczatku zdecydowac czy gapic sie na mnie czy na ekran. W koncu jednak Harry zwyciezyl. Film byl zmontowany przez debila, wiec przy kazdym przejsciu na kolejna szpule byly uciete sceny. A w polowie seansu znienacka zapalono wszystkie swiatla, po chwili ucieto film i okazalo sie ze jest przerwa. Po przerwie film znowu lecial przy zapalonym swietle przez jakies 15 minut. Bardzo to wspomagalo nastrój filmu;). Kiedy leciala juz koncowa scena przerwano projekcje nie czekajac nawet na napisy. Taak, w takich warunkach to mozna ogladac Pottera (zajebisty swoja droga), ale jakis powazniejszy staf, na przyklad Czas Apokalipsy, który mi sie na maksa ostatnio marzy? Zapomnij! Zreszta oni tu chyba takich filmów nie graja;). Oprócz Pottera widzialam tylko plakaty Day After Tommorow. No dobra, jeden plus kina w Indiach – w ogóle nie graja reklam przed seansem.

Z kina truchtalam w pospiechu przez ciemne miasto by zlapac ostatni prom do Fort Cochin. Na promie spotkalam dwóch kolesi ze Szwajcarii. Kiedy dowiedzieli sie, ze bylam na Sri Lance zaczeli mnie wypytywac gdzie warto sie wybrac. Podjarana zaczelam nawijac ‚guys go to Jaffna. Jaffna is a must see, really’. Opowiadam jak tam sie dostac, upewniam sie czy chlopaki maja swiadomosc, ze tamilskie tygrysy i caly ten bajzel, tak maja, nawijam wiec dalej, chlopaki sa wyraznie ozywione moim podjaraniem. I nagle pada pytanie – ‚po co wlasciwie jechac do Jaffny? Co tam jest? Jakies wyjatkowe plaze?’. I mnie wcina. Zapalaja swiatla na promie i dopiero teraz widze, ze to moze 20letni chlopcy, przyjechali na wakacje, byczyc sie na plazy i popijac zimne piwo, a ja ich wysylam do miasta pelnego powojennych ran. Zmieniam temat, opowiadam o plazach, chlopaki sa ucieszone jak slysza ze w Arugam Bay mozna surfowac. A ja potem sie zastanawiam jaka wlasciwie powinna byc odpowiedz na pytanie po co jechac do Jaffny. Zobaczyc dworzec kolejowy, z którego od lat nie odjechal zaden pociag? Porozmawiac z ludzmi, którzy przezyli to co przezyli a pomimo tego, a moze wlasnie dlatego sa serdeczni i ciepli? Po przygode z nutka niebezpieczenstwa? Pojechac by zrozumiec ten kraj choc troche, by poznac jego drugie oblicze? I uswiadamiam sobie, ze jak ktos pyta po co jechac do Jaffny to najlepiej chyba doradzic mu by tam nie jechal. Ci którzy znajda tam cos dla siebie nie zadadza takiego pytanie. Oni spytaja jak tam dojechac, czy jest bezpiecznie, gdzie znalezc dobry nocleg, co koniecznie trzeba zobaczyc, ale nie spytaja ‚po co jechac do Jaffny?’.

22 czerwca Kochi, wieczorem

Sapalka za chwile wyjezdza. Na pozegnanie postawila mi kolacje w najbardziej sophisticated restaurant w Kochi. Do jedzenia przygrywali panowie na tradycyjnych hinduskich instrumentach, których nazw oczywiscie nie znam. Takie mile plumkanie. Zarcie pyszne, ale porcje skandalicznie male. Poniewaz Marteczka robila za dzianego faceta z karta kredytowa wiec wyalalunilam sie w sukienke bysmy stworzyly udany duecik. W diwe godziny poszedl dwudniowy budzet w Indiach, czyli kolacja w Warszawie w Jazz Bistro na dwie osoby hi hi. I tak minal nasz ostatni wspólny wieczór. Smutno mi troche, ze jedzie, a z drugiej strony bede miala wiecej miejsca do spania jak zlacze nasz oba przerazliwie waskie lózka;). Naprawde sa kurwa waskie, jakies 70 cm! W nocu budze sie non stop na krawedzi, cud ze sie jeszcze nie zjebalam.

Siedzimy sobie w restauracji nad brzegiem morza w Allapuzie i podziwiamy zachód slonca po wpierdoleniu najlepszej dosy jaka do tej pory jadlysmy w Indiach. Dosa, czyli cienki, wielgasny nalesnik z maki z soczewicy. Moze byc pusty albo nadziewany mieszanka warzywna, albo z jajem, do tego miseczki z róznymi pólplynnymi maziami do maczania odrywanych palcami kawalków dosy. Najbardziej lubie maczac dose w chutney, czyli mieszance startego kokosa, zielonego chili, imbiru i lisci curry. Tu dostalysmy swiezutko utarte chutney, które bylo tak oblednie pyszne, ze zezarlysmy dwie miseczki.

Do Allapuzy dotarlysmy wczoraj, po 8 godzinach najwspanialszej boat trip jaka mialam w zyciu. Total. Plynie sie przez setki kanalów, rzeczek, jeziorek, ocienionych rzedami wysokich palm. Co chwile zza kolejnego zakretu wylania sie obledny widok, który wywoluje jeki zachwytu i zwieloktotniony trzask migawki. Bo razem z Portugalczykami, którzy nam towarzyszyli na lodzi cykalismy zdjecia jak japonscy turysci. Lódz w sezonie zabiera 40 turystów. A mysmy mieli cala lódz tylko dla siebie, czyli my z Marteczka i dwaj bracia z Portugalii, których wczesniej w Varkali obchodzilysmy szerokim lukiem bo rozsmieszali nas kurtkami z goretexu i czapkami, w które zapamietale sie opatulali. (nie mylic z lysym kosmita, ten zniknal na szczescie z horyzontu). Chlopcy okazali sie byc przemili, w podrózy od dwóch miesiecy, do tego z iscie zydowskim zacieciem (zreszta wczesniej typowalysmy, ze sa z Izraela;) targowali sie do upadlego, az cena za lódke zeszla z 500 do 350 rupii od osoby. W sezonie kosztuje to 300, ale wtedy jestes upchniety w lodzi jak sardynka. A mysmy sobie wygodnie lezakowali, a ja nawet pocwiczylam joge. Plynac lodzia mija sie wioski rybackie, zajebista mozliwosc obserwowania codziennego zycia, bo wszystko sie kreci wokól wody. Rybacy rozkladaja, zwijaja, reperuja sieci (takie tradycyjne, wielkie, rozpiete na drewnianym rusztowaniu, z daleka wygladaja jak dzwigi nad stocznia gdanska widziane z mieszkania moich rodziców). Kobiety myja naczynia, piora ubrania, kapia sie owiniete w sari, dokonujac skomplikownej operacji namydlania sie pod nim;). I tak sobie plyniesz godzinami i marzysz by ta podróz nigdy sie nie skonczyla. To jeden z takich dni kiedy czuje sie jakbym grala w filmie, bo w zyciu nie moze byc az tak pieknie. Na uszy zarzucona muza, wieje wiaterek, sloneczko przygrzewa, a Kerala po kolei odslania swoje najpiekniejsze miejsca. Dolce vita.
Mozna tez wynajac house boat, czyli piekna stylowa lódz, pokryta kopula z trzciny i bambusa. Z tarasem z wiklinowymi fotelami, w których rozparty popijasz sobie herbatke. Z kucharzem, który przyrzadza smakowite potrawy. Taka 24 godzinna podróz kosztuje 3000 rupii i jest czestym elementem hinduskich podrózcy poslubnych. Mijalismy po drodze lódz z para nowozenców. Wycelowalismy w nich obiektywy, a oni w nas. Po czym obie lodzie z usmiechami sobie pomachaly na pozegnanie.

Allapuza jest uroczym miasteczkiem, poprzecinanym kilkoma kanalami, z których niektóre sa romantycznie zarosniete nilowa kapusta (Nill cabbage – tak sie nazywa roslinka!). Plaza, szeroka, biala, ale brudna. Popelnilam spory blad wlazac do wody. Kiedy stalam po kolana znienacka porwala mnie gigantyczna, ze dwa razy wieksza ode mnie fala, która niosla kupe piachu. Potem okoliczni mieszkancy schodzili sie podejrzec bialaske w kostiumie kapielowym. A razem z nimi stada kruków czajacych sie na oprawianego przez Marte ananasa.

To nasz ostatni wspólny wieczór z Marteczka. Ona musi przyspieszyc tempo podrózy i zrezygnowac z niektórych miejsc. Ja z kolei chce nadal podrózowac w zólwim tempie, niczego nie omijajac. No i obie mamy potrzebe samotnego zmierzenia sie z Indiami. Spotkamy sie najpózniej 18 lipca by razem pojechac do Kashmiru. Wiem, ze bede za nia tesknic i jednoczesnie ciesze sie na samotna podróz. Zycie jest pelne wyborów, czy nie?;)

Hurra zostajemy w Varkali do jutra!!!!! Dalysmy sie przekonac, ze w Quillon nie ma nic fajnego do obejrzenia, a na lódke dostaniemy sie, wyjezdzajac z Varkali bladym switem i akurat zdazymy na rejs. Ten rejs to najslynniejsza atrakcja w Kerali, plyniesz sobie caly dzien przez backwaters, czyli kanaly, rzeczki, jeziorka z jednego miasta do drugiego. Podobno zajebista sprawa, ale na razie znam to tylko z opowiadan wiec sie nie bede rozpisywac;)
A jeszcze rano wstalam zalamana, ze trzeba opuscic piekna Varkale. Poszlysmy na sniadanie i gdzies po drodze urodzil sie nowy plan. I to jest zajebiste w dlugodystansowym podrózowaniu. Masz duzo czasu, jestes wolny, robisz co chcesz, a plany sa po to by je zmieniac;)

Chlopaki prowadzace nasz guesthouse sa rozbrajajacy. Non stop chleja i chodza z wiecznie przylepionymi usmiechami. Na szczescie prawie wcale nam sie nie narzucaja. Tylko za cholere nie wiemy skad oni biora te wszystkie butelki skoro w calym stanie jest zakaz sprzedazy alkoholu??? Marteczka dostala dzis swoje piwo, ale musialysmy sie przesiasc w glab knajpy, piwo stalo pod stolem, a pan sie umówil z Marta na serie znaków dymnych i swietlnych w razie nalotu policji. Jakby nie chodzilo o piwo tylko o dzialke koksu co najmniej hi hi.
Wracajac do chlopaków – zachowuja sie jak wszyscy faceci w Azji, czyli chodza trzymajac sie czule za raczki, glaszcza sie po glowie itd. Juz sie do tego przyzwyczailam i rzadko mnie to smieszy, ale wczoraj myslalam, ze sie posikam jak zobaczylam scenke pod tytulem: jeden lezy na laweczce, trzymajac glówke na kolanach drugiego, który czule go po niej glaszcze. Trzeci stoi obok i przytula drugiego glaszczac go po ramieniu. Jednoczesnie wszyscy trzej przesylaja mi maslane spojrzenia kiedy przechodze. Bo takie zachowanie nie ma nic wspólnego z homoseksualizmem. Ten jest w Indiach karany wiezieniem (!), co paradoksalnie powoduje, ze faceci tutaj maja takie samo jak kobiety na zachodzie spoleczne przyzwolenie na dotykanie sie, obejmowanie sie itd. Nie musza byc macho 24 godziny na dobe, który ewentualnie po pijaku moze se strzelic misia z kumplem. Tego akurat plec meska z Europy naprawde moze im zazdroscic.

Od wczoraj w Varkali jest kosmita, a przynajmniej takie mamy z Marteczka podejrzenia. Facet ma swiecaca z daleka spiczasta leko czaszke, lysy jest znaczy sie i chodzi caly czas w czerwonej kurtce z goretxu. Takiej ocieplanej. Podkreslam, ze wciaz jestesmy na poludniu Indii i pomimo monsoonu jest w huj goraco. Dzis pan zasiadl za nami w knajpce. Martczka odwraca sie i mówi
‚Kasia, on jest nienormalny’,
‚dlaczego?’
‚bo mówi do siebie’
‚Marteczko ja tez czasem mówie do siebie’
‚ale on mówi w jezyku kosmitów’
Rzymy jak glupie, Marteczka sie przesiada. Ma go na widoku wiec po jakims czasie pytam sie co robi koles z K-Paxa.
‚testuje smak ziemskiej wody’
Nieliczni goscie w kanjpie musza uwazac nas za kompletne idiotki bo znowu zanosimy sie przerazliwym chichotem.
‚a co robi teraz?’ – pytam sie zaciekawiona obyczajami kosmitów
‚patrzy na gwiazdy’
‚przez dach???’
‚tak, on je naprawde widzi, o kurwa on chyba rozumie po polsku, bo zaslonil reka oczy’
I znowu rzymy.
I tak wygladaja nasze wieczorne rozmowy. To prawda co mówili, ze na wakacjach spada IQ…
PS podejrzalam bloga sapalki, glupoty gada, wyglada slicznie, wcale nie jak valkiria, moze by chciala ;)) albo jej sie z varkala pochrzanilo, anylej, jest piekna jak varkala nie varkilia

no dobra, od razu sie przyznaje – przywlaszczylam sobie ponizszy tekst bez zgody autorki, ale mysle ze nie bedzie miala zalu:)))
Otoz od wczoraj probujemy sie zdzownic z Gosia, tzn ja szukam aparatu, a Gonia o umowionej porze do mnei dzwoni. umowilam sie z kolesiem w zaprzyjaznionmej kafejce ze u niego bede mogla telefon odebrac. super. siedze na dupie prawie godzine i kupa, nikt nie dzowni. w tym czasie jak sie pozniej dowiwaduje Gosik dzwoni i nikt nie odbiera. sprawdzam numer, na pewno wlasciwy. kurwa co jest??
dzis – umawiamy sie na kilka roznych godzin, ja siedze pod telefonem, Gonia dzwoni, kupa znowu. obie wkurzone i zaiwedzione. po czym dostaje od Goni maila o ponizszej tresci. welcome to india…

„halou?”

„hello , can I speak to Polish girl – Kasia?”

„halou”

” I am calling from Poland . I want to speak to Polis girl….”

„halou”

„Do you hear me?”

„nou”

„Are you sure you do not hear me?”

„yes”

„is it India. Varkala?”

„Varkala…yes!!!!”
…..polaczenie sie kurwa urywa…..

dzwonie raz jeszcze beacue my beautfilu Kasia in red bluse is waiting for me…..

„Halou”

„Hello….I want to speak to a girl from Poland…”

„WHO?”

„Girl …from Poland….”

„BUt this is a phone booth…in Varkala…”

„Great” ( mysle: jestemy blisko celu!!!!) „In the cafe a girl in yellow…”

„WHO? ”

„Girl from Poland”

:What is her name?”

No juz sikam z radosci , zaraz podejdziesz…

„Kasia”

„no….she is not here…she left”

„Are you sure she is waiting for my call”

„Girl from Malasia …she was here…left…”

pytanie za sto punktow – do kogo zadzwonila gosia?????? i dlaczego koleise w kafejce nie znaja wlasnego numeru telefonu?????
odpowiedz jest banalna – welcome India again:)


  • RSS