rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2004

No, jazda na motorze w Indiach to naprawde porzadna dawka adrenaliny! A wciaz robie tylko za pasazera! Cienka jestem, wiem;) Kiedys nadejdzie czas, ze odpale maszyne I rusze do przodu, ale na razie jakos sie nie czuje na silach… Lawirowanie pomiedzy dziurami w droze, szalony slalom pomiedzy krowami tabunami walesajacymi sie po jezdni I groznie wystawiajacymi olbrzymie rogi, nie dziekuje, wole na to patrzec zza plecow kogos kto potrafi prowadzic motor.

Goa jest na maksa piekne. Cudnie zielone, zarosniete palmami, oferuje bajeczne widoki na ryzowe pola, gory, dzungle, morze I skaly. Dzis pojechalismy wreszcie zobaczyc fort Cope de Rama, pozostalosc po rzadach Portugalii. Magiczne miejsce. Z fortu niewiele zostalo. Kiedys zajmowal ogromny cypel, obramowany skalami. Teraz zostaly resztki muru I baszta, z ktorej rozposciera sie obledny widok na srebrne morze I kawalek wybrzeza. Teren fortu objela w posiadanie dzungla I stada krow pasacych sie na lace. Chodzi sie po tym jak po polu minowym, tyle ze krowie gowno nie urwie ci nogi. Fort jest na dosc wysokiej gorze. Totalna cisza dookola. Widac fale rozbijajace sie o skaly, ale nie dochodzi zaden dzwiek. Za wysoko. Nieme kino. A potem znowu krowi slalom, z predkoscia, ktora przyprawia mnie o lekki niepokoj, ale oczywiscie udaje twardziela;)

Kiedys, kiedys bede zasuwala na motorze jak Kim, ktora ze swoim irokezem wyglada na motorze jak wspolczesna wersja Indianina ujezdzajacego dziekiego mustanga. Ale chyba musze dluzej pobyc w Indiach he he.

Goan life

1 komentarz

tiaaa, siedze na goa juz ponad dwa tygodnie i zalewam sama z siebie bo prawie nic tu jeszcze nie widzialam. a jest to najmniejszy stan w indiach i na luzie da sie go dokladnie objechac w kilka dni. no ale nie na zwiedzaniu tak naprawde goa polega i lenistwo sie we mnie zaleglo na maksa.

jedyna porzadna wycieczka to jak pojechalysmy z marteczka do Old Goa, miasta ktore niegdys ponoc konkurowalo z Lizbona (jakby ktos nie wiedzial to Goa bylo kolonizowane przez Portuglaczykow), a teraz jest czyms totalnie przedziwnym. Od cholery kosciolow – katedry, bazyliki i kapliczki. niektore naprawde piekne i imponujace rozmiarami i rozmachem z jakim zostaly zbudowane. w rewelacyjnym stanie, normalnie odbywaja sie w nich msze. Tylko ze w tym miescie nikt nie mieszka… Old Goa jest od lat opuszczone, oprocz kosciolow jest kilka zakonow, sklepikow z ohydnymi pamiatkami, dwie restauracje na krzyz i tyle. Nie ma portugalskich waskich uliczek, slicznych domkow, ktore sobie wyobrazalysmy jadac do Old Goa podskakujacym na wybojach autobusem. tylko koscioly wsrod wypielegnowanych trawnikow i klombow. dziwne miejsce.

oczywiscie nie siedze w palolem caly czas (acz prawie;). jezdze do chaudi do bankomatu, do szpitala, do margao w sprawie klawiatury (dupa blada nadal), ale to wszystko sa wyprawy w interesach. tak jak w warszawie sie jezdzi do galerii mokotow czy idzie pod hale banacha na targ warzywny. zamieszkalam tu sobie. na razie.

a – i jeszcze bylysmy z marteczka, jej ostatniego dnia, w colvie, na zakupach. targowanie sie nas wykonczylo na maksa, zrezygnowalam prawie z wszytkiego co planowalam zakupic i wyslac z marta do polski. po wielkich bojach, obejsciu wszystkich sklepow zakupilysmy w koncu tanki (takie fajne malowidla na materiale do zawieszenia na scianie, z tybetu), stargowalysmy prawie 2/3 ceny wywolawczej, co oczywiscie wprawilo nas w wielka dume, a Manu i tak sie usmial jak uslyszal ile zaplacilysmy.
‚Manu ile kosztuje tanka?’
‚zalezy od koloru’
‚???’
‚twojej skory’

tak, za jakis czas trzeba bedzie ruszyc dupe dalej, wiem o tym.
ale na razie nie chce mi sie;)

Pan doktor kilka dni temu oswiadczyl ze mam zostac jeszcze dwa tygodnie w palolem. Ucieszylam sie. Ze zostaje i ze ktos za mnie podjal decyzje;)
dobrze mi tu. bardzo dobrze.

Marteczka jutro w nocy wyjezdza do Delhi, lapac samolot do warszawy. nie moge w to uwierzyc. Zastanawiam sie kiedy nastepny raz porozmawiam po polsku, kiedy spotkam moich przyjaciol. takie tam gdybanie. Jedno jest pewne, zaczyna sie kompletnie nowy i inny etap podrozy.

Palole, 2 w nocy, moze troche pozniej. Siedzimy z Manu w jego restauracji (pijaniuska Marteczka opuscila nas chwile wczesniej po wyzlopaniu na koniec lampki bialego australijskiego wina, ktore Manu specjalnie dla niej otworzyl). Na stole pali sie swieczka, obok bezglosnie gra telewizor, ktorego swiecacy sie ekran ma za zadanie przyciagac latajace duze mrowki ktore w nocy garna sie do ludzkiej skory jak glupie. koncze zajebistego drinka (Manu ma talent no i przyznal sie z wstydliwym usmiechem, ze coctaill to jego drugi ulubiony film po fightclubie). Rozmawiamy o sensie zycia (juz poprzedniej nocy wytlumaczylam mu ze jest przy nas skazany na nocne Polakow rozmowy). Nagle opustoszala i ciemna uliczka przejezdza jip policyjny. i staje. wychodzi szesciu panow, najpierw przybijaja z Manu piatki a potem jeden zaczyna sie na niego drzec. ale tak na maksa. taki policyjno-wojskowy szczek. I znienacka oslepiaja mnie swiatla latarek. no kurwa, przesluchanie czy co? tylko strzalow w ciemnosci jeszcze brakuje. Panowie podchodza, caly czas walac mi swiatlem po oczach. Co wy tu robicie? warczy jeden do mnie. Patrze jak na debila i mowie zdegustowana ze pale papierosa i w ogole o co chodzi. Policjant siega po moj balsam tisane i warczy ‚co to jest?’. tlumiac chichot mowi ze balsam do ust. Nie wierzy, rozkreca opakowanie. na koncu jezyka mam sugestie by sprobowal na swoich ustach jak smakuje, ale nie chce robic Manu klopotow. latarki wciaz we mnie wymierzone. ogladaja dokladnie szklanki, opakowanie papierosow. w koncu daja mi spokoj, dra sie jeszcze na manu i jada sobie dalej.
to fakt, knajpy od 23:00 powinny byc zamkniete, ale wierzyc mi sie nie chce ze taka akcja tylko dlatego ze dwoje ludzi siedzi przy swieczce i cicho gada. I mam racje. policjant, ktory sie na Manu darl to jego wujek. Manu, czarna owca w braminskiej, wysoko postawionej rodzinie, wciaz pozostaje pod ich przedziwna opieka. Choc wybral dla siebie inne zycie, ktorego oni nie sa w stanie zaakceptowac, choc w pewien sposob wyklety, nadal jest czescia rodziny. A wujka poniosly nerwy bo myslal ze siostrzeniec wciaga koks z jakas bialaska. nie wie ze manu tydzien temu postanowil zmienic swoje zycie, a ze mna sie koksu nie da wciagac.

no, czyli jednak w Palolem naprawde mozna miec przygody podnoszace adrenalinke;)

Kim. 22 lata. Ogolona glowa, z pozostawionym paskiem czarnych wlosow posrodku. Wyraziste, czarne brwi, jasne oczy, angielska cera. Wytatuowane ramiona. Moje pierwsze wrazenie z daleka ‘ale przystojny koles!’. Z bliska ‘piekna dziewczyna’. I tak jest nadal, po tygodniu znajomosci, czasem widze w niej mezczyzne, czasem kobiete. Zawsze piekna/pieknego. Niezle pokrecona laska. Dlugo w Indiach, zwlaszcza na Goa. Utrzymuje sie z rybolostwa, co wciaz mnie rozsmiesza. Mieszka u Manu, wiec razem spedzamy godziny w jego restauracji.
Dni, wieczory mijaja fascynujaco szybko, choc nic sie nie dzieje. Jesli akurat jest sloneczny dzien to jest jechana plaza. Potem przez 2-3 dni leje non stop, wiec siedzimy w Café Blue, ogrodek pod dachem, porozkladani na sofach dookola okraglego stolu, pod ktorym mieszcza sie w porywach 4 psy, laszace sie o jedzenie. Glownie sa dokarmiane ciastkami. Czytamy ksiazki, gramy w karty, gadamy, sluchamy muzyki. I gapimy sie na lejace sie z nieba strugi deszczu. Wszystko dookola jest cudownie zielone, taka zielonoscia jaka tylko monsun przynosi. Rosliny szaleja ze szczescia. A nam ten deszcz nie przeszkadza. Jest troche melancholijnie, ale w piekny sposob. Czasem deszcz napierdala w blaszany dach z taka sila ze przestajemy slyszec muzyke I siebie nawzajem. A muza leci zawsze zajebista. Manu ma imponujaca kolekcje. Klasyka (fajnie sie wpierdala nalesnika z miodem na sniadanie, w cieniu palm, sluchajac ody do mlodosci;), Floydzi, Norah Jones, Placebo, Darkness, Alaniska, Doorsi, co chcesz. Od 23:00 siedzimy przy swieczkach, bo przepisy policyjne kaza zamykac knjpy. Wiec udajemy ze jestesmy zamknieci. Manu robi nam zajebiste drinki, swiezo wycisniete soki z papai czy ananasa, podlane hojna dawka alkoholu, duzo wieksza niz normalna dla klientow. Ale my juz nie jestesmy klientami w Café Blue. Raczej robimy za domownikow. I coraz bardziej rozumiem dlaczego ludzie przyjezdzaja tu na tydzien a zostaja na lata.

Goa jest zupelnie inne niz reszta Indii. Zdecydowanie najbardziej zwesternizowane, co ma swoje plusy I minusy. Plusy zdecydowanie przewazaja. Zwlaszcza teraz, poza sezonem, kiedy nie ma setek europejczykow, nacpanych I nawalonych w cztery dupy I calodobowych rave parties on da bicz.

Przygoda dzisiejszego dnia? Siedzac na plazy, gapiac sie na zachod slonca, nagle widze jak tubylec z malpia zrecznoscia wspina sie po dlugim, cienkim pniu palmy, z gumowa torba w ksztalcie butli przewieszona przez ramie. Z zadarta glowa podziwiam jak kilkanascie metrow nade mna, wsrod palmowych pioropuszy, nacina czubek palmy, ociosuje go polyskujaca w sloncu maczeta I sciaga do butli feni, czyli palmowy bimber. I taka przygoda.
Mowilam ze niewiele tu sie dzieje;)

Drugi raz dzis pojechalam do Canacony w poszukiwaniu lekarza dla mojego palma a wlasciwie klawiatury. Nie dziala kilka kluczowych klawiszy, pewnie jakis piasek, czy inne swinstwo, ale ja czyscic klawiatur nie umiem. A ze od palma sie uzaleznilam, no I czasu teraz od cholery mam na pisanie wiec szlag mnie trafia.
“kitka’ czyli maloletni lokalny przystojniak, kelner w jendej z fajniejszych knajp w Palole zaoferowal mi dzis podwozke na swym wypasionym motorze do serwisu no to skorzystalam. Niestety szef serwisu komputerowego (jedynego w promieniu kilkudziesieciu metrow) jest taki jak wszyscy tutaj – rozleniwiony przez off season czyli niechetny do zarabiania kasy. Zamkniete. Kitka jest smutny, ale mowi ze zawiezie pozniej znowu. Kiedy dojezdzamy do Palole z wstydliwym usmiechem pyta sie czy bylo mi wygodnie. No bylo. Na co wyznaje ze pierwszy raz wiozl dziewczyne na motorze. Zaczynam ryczec na pol ulicy, bo chlopak ma twarz I umiesniona figure klasycznego lovelasa, co rwie turystki na okraglo I to z sukcesem, a teraz patrzy na mnie wzrokiem plochliwej sarenki. Zlosliwe sie pytam ‘to ile masz lat skoro to twoj pierwszy raz? 14?’. Kitka sie ploni I mowi, ze nie, ze 23, ale naprawde do tej pory wozil tylko kolegow z tylu. No ubaw mam po pachy. Niestety pozniej jest zajety w pracy I musialam ponownie do canacony podjechac autobusem. A szefa znowu nie ma. Dzwonie do niego, no za godzine laskawie sie przyczlapie. Zobaczymy czy cos zdziala.

Czas w Palole plynie leniwie, ale I tak zadziwiajaco szybko. Niby nic nie robimy, a dzien za dniem przelatuje jak z bicza trzasl. Mala rutynka. Rano wstaje, myje sie gdzie moge sama, plecki szoruje mi marta, bo nie moge zamoczyc opatrunku na posladku. Fajnie jest jak ktos ci myje plecki, zwlaszcza o tak delikatnym dotyku jak marteczki;). Potem ide do szpitala na zmiane opatrunku. 2,5 km w jedna strone, moje jedyne cwiczenia fizyczne dziennie;). Do szpitala ide szybkim krokiem, z powrotem czlapie sie lekko obolala jak 80letnia staruszka. PO godzinie mi mija. Czasem Manu mnie podwiezie na motorze, o ile nie zachleje do 7rano hi hi. Manu jest bardzo fajny. Jak bylam w szpitalu dal Marcie talerz I sztucce dal mnei, bym nie musiala ryzu jesc z folii. Teraz jestesmy u niego codziennymi goscmi, a bardziej chyba kolezankami niz goscmi, bo Manu, wlasciciel restauracji obok naszego hotelu, specjalnie nie dba o interes, to w koncu off season I czas na relaks, nie? Wczoraj uczylysmy Manu grac w remika. Wygral, ale tylko dlatego, ze jak Marta poszla do lazienki pokazal mi karty I osobiscie wyciagnelam mu te ktore mogl ze stolu wymienic na dzoki. Za duzo gandzi…

Plaza w Palole zasluzyla na wszystkie peany w Lonely Planet. Jest po prostu piekna, jak z pocztowki. Zatoczka obramowana zielonymi wzgorzami I wysepka,, bieluski piasek, morze niebiesciutkie, przecinane snieznobialymi falami, wszystko obramowane nieprzeliczalna iloscia palm, pochylajacych sie ku morzu. Mozna na niej spedzac godziny I godziny. Wie cos o tym Judy, prawniczka z Londynu, ktora 5 lat temu przyjechala tu na wakacje. I jest na nich do dzis. To nie dla mnie, wole byc w ruchu I czekac wciaz na nowe, ale rozumiem. Kazdy ma swoje potrzeby, kazdy ma swoj raj.

W czasie jednego ze spacerow na plazy ogladamy rybakow w akcji. Wyciagaja z sieci cos przerazajacego I strasznie biednego jednoczesnie. Wielkosci pilki, usiane kilkucentrometrowymi koscianymi kolcami, ma wielkie oczy I pyszczek sowy, takiej jaka ma Harry Potter. I skrzela bezskutecznie probujace oddychac. Rybak pokazuje nam znalezisko, pozuje do zdjec, po czym rzuca niedbale na brzeg. Kiedy wracamy pol godziny pozniej, kolczasta pilka wciaz tam lezy, tylko sflaczala jakby ktos z niej spusci powietrze. Dopiero teraz uswiadamiam sobie ze oni jej nie jedza, ze ten dupek wyrzucil ja na brzeg by sie meczyla I zdechal, zamiast wrzucic ja z powrotem do morza. I te sowie wielkie smutne oczy mnie wciaz przesladuja teraz.

Marta za pol godziny ma lekcje jazdy na motorze z Manu. Hmmm… to moze byc rewolucja. Sciska mnie z zazdrosci, ale mam tez obiecana lekcje, jak tylko moj tylek wydobrzeje. Czuje duze powinowactwo z Musquetonem, sluzacym Portosa w 3 muszkieterach, ktory mial postrzal w dupe I przez niego nic nie mogl robic, a wszyscy sie z niego zalewali, no bo kula w dupie…

nutella

2 komentarzy

wlasnie podejrzalam na blogu sapalki ze pisze o prawie calkiem wyzartym sloiku nutelli na balkonie. skrzetnie informuje, ze po tym jak pochlonelam prawie pol sloika w szpitalu, Marteczka zabrala mi go i obiecala przechowac w hotelu. I tak sie jakos zlozylo ze sloik po moim poworocie byl prawie pusty…
ALE TYM RAZEM TO NIE JA WPIERDOLILAM SAMA CALY SLOIK NUTELLI!!!!

…ponizszej notki – wyszlam ze szpitala, jestem cala i zdrowa. Znaczy sie nie naley sie martwic. A medycyna hinduska rulez, przynajmniej ta prywatna;).
i tylko blog sie zrobi nudniejszy bo przez 10 dni musze chodzic na zmiane opartunku czyli caly czas bede w Palole. Ale cos z marteczka na pewno jeszcze wymyslimy;)

10 lipca Palole

Jestem w szpitalu. Po raz pierwszy od 25 lat nie w odwiedzinach, lecz jako pacjent. Jak ta notka pojawi sie na blogu to znaczy ze wszystko jest ok i wyszlam ze szpitala, wiec juz nie ma co sie martwic;). W sumie i tak mam szczescie. Szpital jest maly, cichy, klinicznie czysty i wyglada o niebo lepiej niz szpitale w ktorych odwiedzalam moich najblizszych przez ostatnie pare lat. To szpital prywatny, zaledwie 2 kilometry od Palole, najpiekniejszej plazy na Goa, ktorej wciaz zreszta nie widzialam he he. Po sniadaniu poszlysmy z marteczka do szpitala, bo stalo sie jasne, ze to co mnie dopadlo to nie jest alergia na moskity ani zadne inne podstepnie gryzace owady, tylko cos powazniejszego. Najpierw obejrzala mnie mila i dobrze mowiaca po angielsku pielegniarka, ktora szybko zawolala pana doktora. Lekarz mial na sobie zielony kaftanik i czapeczke, dokladnie jak w ‚ostrym dyzurze’. Niestety nie wyglada jak Clooney. Za to wzbudza na maksa zaufanie i jest bardzo mily. Oswiadczyl ze mam jakas blood infection i musze natychmiast dostac dawke antybiotykow no i musze sie polozyc do szpitala. Na szczescie nie na dlugo, maks 48 godzin, a moze mniej. Co 6 godzin bede dostawac dozylnie jakies cuda i ma mi pomoc. Na razie pani pielegniarka wklula mi wenflon w grzbiet dloni, dostalam pierwsza porcje i nie wiem czy to od tego, ale moje ‚rany’, ze tak umownie bede to nazywac, sa wyraznie mniejsze. Co chwile do mnie zagladaja, mierza temperature, cisnienie, pan doktor ma do mnie przyjsc jak tylko skonczy operacje. Mam wlasny pokoj, z lazienka, jest nawet dodatkowe lozko jakby ktos chcial przy mnei czuwac. I te wypasy nie dlatego ze jestem biala, to po prostu prywatny szpital, dla bogatych hindusow, inne pokoje tez tak wygladaja. Ta przyjemnosc niestety kosztuje 1800 rupii na dobe, wliczajac lekarstwa. W sumie i tak nie tak zle. Marteczka pojechala do Margao wyplacic kolejna porcje keszu. Gdyby nie ona, nie wiem jakbym zniosla ostatnie kilka dni. Byloby co najmniej niefajnie, a tak przyjmuje to jakos na luzie. Zreszta w obliczu wydarzen ostatniego tygodnia to jest tak naprawde bez znaczenia.

To absurdalne. Jestem w podrozy mojego zycia, na Goa, idyllicznym stanie Indii, pelnym najpiekniejszych plaz, mecce backapckerow, gdzie alkohol jest tani, wszystkie dragi nieoficjalnie dozwolne, jeszcze przy sniadaniu koles z Urugwaju zapraszal na rave party w okolicznej miejscowosci, a ja leze w szpitalu. Pierzaste liscie palm ocieniaja mi okno. Paranoja.

Wieczorem

Kurwa oni naprawde cackaja sie ze mna jak ze zgnilym jajkiem. Pielegniarki, lekarze, nawet sprzataczki zachowuja sie dokladnie tak, jak sobie niegdys, w wieku niewinnosci wyobrazalam ze zachowuje sie sluzba zdrowia wobec chorego pacjenta. Jak sie jeszcze okaze ze potrafia leczyc, to juz w ogole ideal;). Co dwie godziny mierzona temperatura i cisnienie. Jak jest podwyzszona, pielegniarka jest zmartwiona i daje mi jakies lekarstwo, potem systematycznie zaglada by sie upewnic czy czuje sie lepiej. Caly czas przypomina mi, ze jest dzwonek ktorym w kazdej chwili moge ja wezwac, ale po co mam na nia dzwonic skoro ona i tak mnie co chwile odwiedza? Pani doktor ktora musi poznecac sie nad moim cialem i ponacinac je tu i owdzie jest kochana i kiedy po przegryzieniu niemal palca na pol zaczynam po prostu plakac z bolu, mowi do mnie cieplo ‚dont cry Kaszia, it`s almost over’. Czuje sie jakbym byla na planie ‚na dobre i na zle’ a nie w szpitalu w Indiach. Nasza polska sluzba zdrowia moglaby sie wiele od Hindusów nauczyc. Bardzo wiele.

Za to maksymalna ciekwostka o hinduskim systemie szpitalniczym – nie zapewniaja jedzenia. Po prostu w ogole nie prowadza kuchni. Zarcie pacjentowi ma dostarczac rodzina, przyjaciele lub sluzacy.
Wiec Marteczka (jako przyjaciolka rzecz jasna;) przywiozla mi dzis walowke jak dla slonia. Przez kilka godzin nie bylam w stanie nic zjesc, zero apetytu. Teraz czuje sie duzo lepiej wiec radosnie wpierdalam tosty z omletem i warzywami. No i lyzkami wsuwam nutelle, ktora Marcie udalo sie gdzies kupic. A ja kocham nutelle. (mam swoja teorie ze oni laduja do tego dragi, bo sama czekolada z orzechami nie moze tak uzalezniac). I tak oprozniwszy juz niemal pol sloika mysle o Cyku, ktory jako jedyny czlowiek na swiecie w pelni rozumie moj nutellowy nalog. Ech Cyku, jakbys tu byl to podzielilabym sie z toba. Zwlaszcza ze to bardzo duzy sloik;).

11 lipca wieczorem

Nie jest dobrze, jutro mi dadza narkoze i beda ciac by oczyscic zakazenie, nie ma innego wyjscia. I tak se mysle, jak to sie dzieje, nigdy w zyciu nie mialam wiekszych problemow ze zdrowiem, co wiecej, zawsze wyjezdzajac zagranice sie ubezpieczalam, a teraz pierwszy raz w zyciu to olalam i oczywiscie musialam wyladowac w szpitalu. Pojdzie jak nic pol miesiaca mojej podrozy, ale i tak mam to w dupie. Bylebym byla zdrowa i mogla jechac dalej. Bo jakby ktos mial jakiekolwiek watpliwosci, czy czasem nie zaluje ze pojechalam do azji, gdzie jak mowi pan doktor ‚wy, biali jestescie tak wrazliwi, ze takie infekcje przydarzaja wam sie niemal z niczego’, no wiec nie, nie zaluje. Pomimo tego calego bolu, pomimo leku czy bedzie dobrze, pomimo wszystkiego, jesli czegos zaluje to ze sie nie ubezpieczylam. I niczego wiecej.

12 lipca wciaz szpital

No, wczoraj byl naprawde zly dzien. Wszystko cholernie bolalo, mialam goraczke, caly dzien odrzucalo mnie od jedzenia, bo jak glupia zaraz po zatruciu wpierdolilam polowe sloika nutelli poprzedniego dnia i jeszcze jak sie dowiedzialam o czekajacym mnie cieciu i narkozie to wymieklam. Mam uprzedzenie ok? Od moich rodzicow slyszalam same zle rzeczy o narkozie, wiec wczoraj troche sie wyplakalam sapalce. Oczywiscie ona mnie pocieszala ze narkoza jest super i sie fajnie odjezdza, ale wyszlam z zalozenia ze niemozliwe bysmy obie byly takimi cudownymi wyjatkami. Snulam wiec sobie wczoraj rozne czarne wizje, ale dzis obudzilam sie bez goraczki i z wilczym apetytem, znaczy sie humor wrocil tez. Bladym switem, wygladajac sobie przez okno zobaczylam dziarsko zmierzajaca do szpitala Marteczke, ktora uprzedzona przez lekarza ze po 8ej nie bede mogla jesc wstala by przyniesc mi sniadanie. Swiezutka bulka, dokladnie w stylu ciabatty (na goa tubylcy takie jedza na sniadanie, zamiast idli czy dosy) w polaczeniu z bananem, po dniu glodowki smakowala jak niebo w gebie. No a potem czekanie na zabieg, bo glupio mi nazywac grzebanie w moim tylku operacja. Ludziom naprawde sie dzieja gorsze rzeczy.
Przyszedl pan kadriolog, zrobil mi ekg serca, dokladnie wypytal o moje zdrowie, zdrowie rodziny, profeska. W koncu pyta czy pale papierosy. No wiadomo, ze pale. Jak duzo. No ponad paczke dziennie. A ile lat pale. Jak na spowiedzi wale ze 15. Na co pan kadriolog wywala oczy w slup i pyta ‚to ile pani ma lat???’. Jego wstrzasniety wzrok rozbawia mnie do lez, mowie ze 30, sapalka by mnie pograzyc mowi ze 29 (no niby ze za kilka miesiecy dopiero skoncze 30). Pan kardiolog jst przeuroczy, i na koniec badania oznajmia, ze moge sie poddac narkozie. Aaaaa!!!! Przychodzi kolejny pan, mowi ze bedzie moim chirurgiem. ‚aha to ty bedziesz cial…’ juz mialam powiedziec ‚moja dupe’ ale sie w ostatniej chwili ugrylam w jezyk. Chyba i tak sie domyslil co chcialam powiedziec, bo sie podejrzanie robawil. Facet zadaje mi mase pytan o moje zdrowie i o te nieszczsna infekcje, po czym mowi ‚do zobaczenia za pare minut na operacji’. Aaa!!! Potem czlapie sobie na bosaka (po szpitalu sie chodzi bez obuwia) za pielegniarka na dol, na sale operacyjna. Po drodze poznaje anestezjologa ktory mnie bedzie odurzal. Przemily jak oni wszyscy. Klada mnie na lozku operacyjnym, moj lekarz prowadzacy i jednoczesnie chyba wlasciciel szpitala glaszcze mnie po ramieniu z autentyczna, ojcowska troska w oczach i mowi ‚bedzie dobrze’, no kurwa prawie mam lzy w oczach. Ja nie wiem czy oni sie za duzo naogladali seriali lekarskich czy po prostu tacy sa i wykonuja swoj zawod z powolania, ale ja sie w tym szpitalu czuje jakbym byla na planie szpitala na peryferiach, na dobre i na zle i ostrego dyzuru razem wzietych. Pan anestezjolog wstrzykuje mi dawke czegos w wenflon na dloni, kiedy widzi ze sie krzywie bo dlon juz mnie caly czas na maksa napierdala od ciaglego wstrzykiwania, zartuje czy bardziej mnie boli wstrzykiwanie czy zakazenie. Mowie ze to zalezy od tego czy siedze czy leze i ich smiech jest ostatnia rzecza jaka pamietam. Kiedy budze sie, wydaje mi sie ze minute poniej i czuje ze mnie przewracaja na inne lozko i widze sapalke, przebiega mysl ‚to oni mnie kurwa uspili na dole ale ciac beda w moim pokoju? Bez sensu’ i nagle do mnie dociera ze to juz po wszystkim. No wiec, z duza przyjemnoscia oswiadczam ze znosze narkoze tak samo zajebiscie jak sapalka. Co prawda moja byla skandalicznie krotka, bo to maly zabieg a nie operacja, ale zapamietalam ja jako odjechany kolorowy sen, byla super. No i jutro maja mnie stad wypisac, ale przez tydzien beda zmiany opatrunkow itd. Co oznacza ze nie pojedziemy do kaszmiru niestety…

Po zabiegu martczce powiedziano ze do rana nic mi nie wolno jesc. A ja zdychalam z glodu. Moj odkazony, oczyszczony z trucizny organizm chcial zrec. Jak juz marteczka sobie poszla zaczelam sobie wyobrazac moje ulubione przysmaki i robic liste tego co bym najbardziej chciala zjesc. I o dziwo, nie byly to zadne wymyslne rzeczy, zadna egzotyczna kuchnia, zadne sushi, ktore kocham, regularna prostosta.

Kolejnosc przypadkowa:

-kanapki mojej wlasnej (kto by pomyslal hi hi;) roboty, z razowych buleczek sprzedawanych w sklepie pod moim blokiem, z roznymi serkami plesniowymi, zoltymi, lososiem, ogorkiem kiszonym i pomidorkiem.

-placki ziemniaczane, nalesniki, salatka wloska i prawie wszystkie ciasta roboty mojej mamy. Moja mama robi najlepsze ciasta na swiecie i to opinia calej naszej paczki, z ktorej co poniektorzy jak jade do gdanska zebrza ‚ale przywieziesz ciasto od mamy?’

- pizza z barskiej. kazda, ale najlepiej gud fadern, minus szynka, malo majonezu. za 10 minut. Dziekuje.

- i last but not least i po namysle przyznaje miejsce pierwsze, choc to akurat jest zdecydowanie wyszukane zarcie, ze wzgledu na caloksztalt. Otóz od 3 sezonow staramy sie jak najwiecej zimowych likendow spedzac w korbielowie, na nartach. Ciagnie nas tam zarowno milosc do nart jak i do pewnego pensjonatu i jego wlasciciela. Po ostatnim sezonie nie mamy watpliwowci ze jest to milosc odwzajmniona bo to jakie kolacje nam Wojtek szykowal, to przechodzi ludzkie pojecie. W gazdzie i tak rewelacyjnie karmia a ich sos czosnkowy przejdzie do historii. Chocbym nie wiem ile godzin jezdzila na nartach i tak wracalam z likendu w korbielowie grubsza. Ale Wojtus, dla naszej ekipy szykowal osobiscie wyrafinowane potrawy, jakich nigdy nie mialam przyjemnosci jadac w tych nielicznych ekskluzywnych restauracjach w jakich w zyciu bylam. I taka ostatnia kolacje, przy ktorej wojtek przeszedl samego siebie, z ktorej najbardziej pamietam obledne pieczarki, o ktore stoczylismy cicha walke na widelce, baklazany w ciescie francuskim i rozplywajace sie w ustach ciasto, taka wlasnie kolacje chcialabym sobie zamowic do mojego szpitalnego lozka. Razem z wojtkiem, z zadowolonym usmiechem na twarzy wynoszacym kolejne polmiski z kuchni, razem z nasza ekipa wydajaca z siebie okrzyki zachwytu, goscmi pensjonatu obrzucajacymi nas pelnymi dzikiej zawisci spojrzeniami i CQ cykajacym fotki komorka zastawionemu zarciem stolowi by pokazac to potem zakosiowi, ktory slusznie robi za najwiekszego zarloka w paczce, a wtedy nie pojechal i potem sie skrecal ogladajac zdjecia.
To kiedy sie umawiamy?

wczoraj byl pogrzeb Anitki. biale kwiaty.

rzucalam sie w goraczce w pociagu na gornej kuszetce, Marta na dolnej walczyla z Hindusami. tak nam minal ten dzien. wieczorem dojechalysmy na Goa, lalo jak z cebra
tesknie


  • RSS