rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2004

Zabawne, ze odkad siedze na dupie w palolem I w zwiazku z tym malo bloguje, statystyki gemiusa bija rekordy. Serio – odkad mniej pisze (I umowmy sie – ilosc nie przeszla w jakosc bo przeciez w rybackiej wiosce niewiele sie dzieje;) – mam coraz wiecej czytelnikow. Oby tak dalej, moze w koncu zamiast komentarzy – powinnas to wydac – dostane wreszcie konkretna propozycje he he;)

Dzis na Goa zagadkowy – dla mnie – doroczny festiwal. Z grubsza polega na tym, ze podchodzisz do kogo chcesz, motasz mu na nadgarstku kolorowe wedzidlo I od tego momentu jest to twoj brat tudziez siostra. Lokalne sklepiki juz od kilku dni z tej okazji byly obwieszone wielokolorowymi sznurkami z roznymi ozdobkami, koralikami, chwascikami itd. Impreza ma zdecydowanie wymiar tubylczy jeno, jak na razie nikt nie chcial sie ze mna bratac. Oprocz obwiazywania nadgarstkow po miastach I wsiach przetaczaja sie pochody z orkiestra, puzony falszuja niemilosiernie.

Monsun ma sie ku koncowi I kazdego dnia robi sie coraz bardziej kurewsko goraco. Na szczescie moge juz do woli kapac sie w morzu I brac prysznic ( w sensie szpital zakonczony). Ale wczoraj sobie uswiadomilam, ze monsun sie przesuwa w gore, co oznacza ze jak dojade do Delhi – do Malgosika to akurat bedzie pieknie lalo. Ja to kurwa zawsze sie wpasuje w odpowiednia pogode.

Gosik straszy mnie mailami ze dostaje paczki od zaprzyjaznionych osob dla mnie, ktore waza po kilka kilo. Manu, ktory mial dojechac do nas pod koniec Gosi pobytu I potem pojechac ze mna do Rhajastanu, lekko zwatpil jak to uslyszal – to moze najpierw wroc z tym na Goa a potem poejdziemy do Rhajastanu? Ci faceci sa beznadziejni – nie chce mu sie dzwigac malego 25 kilogramowego plecaczka, no moze 30 kilogramowego… Ale za to ile bede miala kosmetykow I ksiazek I ciuchow – uhhhaaaa!!!! Koniec z backpacerstwem – znowu bedzie jechany dior, lancome, czerwony gorsecik I inne tradycyjne polskie stroje;)

Mama przyslala mi przepis na placki zeimniaczane. Od dwoch tygodni waham sie czy podjac to wyzwanie. Chyba jeszcze nie jestem gotowa;) I nie wiem czy kiedys bede – codziennie zazeram sie frykasami, krewetki na 100 roznych sposobow, rekin w oblednym sosie, mulet (zajebista rybka) z pieca tandoori. Jestem rozpieszczana znaczy sie, a inaczej ujmujac – tuczona na wieprzka. Bronie sie jak moge, ale jest ciezko. W dodatku odkad Eva, ktora uczylam jogi, wyjechala, nie mam jakos motywacji by cwiczyc. Manu jest niereformowalny – ciagle sie smieje ze co ja opowiadam ze to ciezki wysilek fizyczny – joga? Just sittin and doing nothing. Cos w tym jest – ta joga ktora oni tu uprawiaja to rzeczywiscie glownie medytacja. Niewiele to ma wspolnego ze szkola adama bielewicza do ktorej uczeszczalam w warszawce. W ogole, jak jechlam do Indii to myslalam ze bede chodzila na rozne kursy jogi, ale to wszystko poza sezonem jest pozamykane. Choc joga wywodzi sie z Indii to bardzo niewielu tubylcow ja wspolczesnie uprawia. To juz tylko atrakcja turystyczna hi hi.

Coraz wiecej bialasow zjezdza sie do Palolem. Turysci, ale przede wszystkim polrezydenci – znaczy sie tacy co od lat kursuja pomiedzy swoim krajem (z reguly Anglia) I Indiami, laczac przyjemne z pozytecznym – znaczy sie biznes I leniwe, rajskie zycie na Goa. I jeszcze poltora miesiaca temu pisalam, ze to nie dla mnie, ale jakos tak wyszlo ze zmienilam zdanie;). Swiatek rezydentow I polrezydentow jest przedziwny, miejscami fascynujacy. Siec powiazan biznesowych, animozji I przyjazni, bylych I aktualnych zwiazkow, wszystko sie miesza we wlasnym sosie. Slucham sobie roznych opowiesci, potem poznaje ich bohaterow, sama trzymam sie troche na dystans, ale czy chce czy nie chce powoli staje sie czescia tego swiatka. Niektorzy szybciej ode mnie sie zorientowali ze bede ich czescia;)

Sezon tuz tuz. Niby tak na maksa start w listopadzie ale co roku zaczynaja wczesniej. W tym na start przyjeto wrzesien. Codziennie idac na plaze przecieram oczy ze zdumienia. Chatki bambusowe wyrastaja jak grzyby po deszczu. Slowo! Jednego dnia jest puste pole, drugiego stoja rusztowania bambusowe, a trzeciego 15 chatek jest gotowych do zamieszkania. Total! A to dopiero poczatek…

Mam pomysl na biznes w palolem. Sklep z lakierami do paznokci. Pierwsze zaopatrzenie przyjezdza razem z Gosia. Dobrze ze lakier duzo nei wazy;) Tak to jest kiedy co druga przyjaciolka lub kolezanka reaguje na moje rozpaczliwe notki blogowe. Dziewczyny – kocham was! Jestescie absolutnie cudowne. Na wasza czesc bede se robila pedicure co drugi dzien na rozne kolorki;).
Tak powaznie – kocham moich przyjaciol, kocham moich znajomych. Jestem gleboko wzruszona (powaga!) wasza troska I zywa reakcja na moje potrzeby. To naprawde cudowne przekonac sie ze choc sie wyjechalo daleko I na dlugo to wciaz jest sie pamietanym. Czyli jednak co z oczu to z serca nie zawsze ma racje bytu. I niech tak juz bedzie;) Dziekuje bardzo za wszystkie oferty, niektorych przyjac nie moge bo Gosi by nie wypuscili z kraju z taka iloscia zubrowki, ale wasze propozycje pozostana w mojej pamieci na zawsze.

hi hi i tylko sobie z trudem wyobrazam widok gosi na lotnsku ze soim malym plecaczkiem i dodatkowa gigantyczna torba z rzeczami dla mnie. To i tak pikus – duzo gorzej przychodzi mi zniesc wizje samej siebie jak z ta wielka torba podrozuje przez tydzien, ale coz – jak to moja ulubiona ksmetyczka powtarzala – chcesz byc piekna – cierp!

by the way – do delhi bede jechala 41 godzin. slownie czterdziesci jeden. pociagiem. o ile sie nie spozni, a ponieaz w indiach pociagi prawie zawzse sie spozniaja wiec jak nic spedze w nim dwie doby. ja pierdole…

Politycy sa wszedzie tacy sami. Na Goa postanowili zajac sie kwestia wypadkow motocyklowych, ktore w wiekszosci koncza sie smiercia I trwalym kalectwem. (rzeczywiscie jest ich duzo– statystyki sa brutalne). Czy zajeli sie budowa lepszych drog? Lepszym ich oznakowaniem? Wypelnieniem tysiecy dziur w istniejacych nedznych drogach? A gdzie tam – kazali ludziom zalozyc kaski motocyklowe I tyle. I teraz trwa wielka wojna. Ludzie sie buntuja I nie chca jezdzic w kaskach. Policja namietnie kosi mandaty. Ludzie wychodza na ulice I protestuja. No cyrk, jak wszedzie. Gazety maja swoj ulubiony temat – codziennie pol pierwszej kolumny.
Oczywiscie solidaryzuje sie z kierowcami choc motoru wciaz nie umiem prowadzic;). Zawsze uwazalam ze takie rzeczy jak pasy w samochodzie czy kaski na motorze to indywidulana decyzja potencjalnej ofiary.
A dziur w drogach jest rzeczywiscie od cholery. Tydzien temu jakis koles wygral 500 rupii w konkursie na zliczenie jak najwiekszej ilosci dziur na wybranej trasie 100 metrow. Koles znalazl odcinek na Goa, w ktorym na te 100 metrow bylo 150 dziur. I to takich porzadnych. Fajny konkursik nie?

A co tak naprawde mnie ekscytuje w ostatnich dniach? Ha! Potwierdzony, juz tak na pewno, przyjazd Gosi do Indii. Na poczatku wrzesnia, tylko na tydzien, ale PRZYJEZDZA!!!!! To oznacza ze wreszcie rusze dupe z Palolem I bede miala wiecej wrazen do opisania:). Delhi, Agra, fathepur, kajuraho, juz sikam po gaciach na mysl ze to wszystko zobacze I to w takim towarzystwie! I jezu wreszcie sie nagadam z przyjaciolka, po polsku!!!!!!!! Swoja droga to pewnie wiele osob uwaza ze Gonie kopnelo – jedzie trzeci raz do Indii na przestrzeni poltora roku. To sie nazywa milosc nie?
A ja po cichu robie liste tego co biedny Gosik bedzie dzwigal na wlasnych plecach (ale w koncu tylko do Delhi;). Podpaski, tampony, lekarstwa, masci, ciuchy, mata do jogi (towar deficytowy w Indiach co jest komiczne zwazywszy ze joga stad sie wlasnie wywodzi hi hi), porzadny szampon I odzywka do wlosow (to co przywiozlam sie wlasnie konczy, a kobiety w Indiach maja takie wlosy ze moga je myc szarym mydlem – I tak beda piekne, wiec firmy kosmetyczne sie nie staraja bo po co), LAKIER DO PAZNOKCI CZERWONY!!!, farba do wlosow, zubrowka (by w café blue za barem stanela porzadna polska wodka) I pare innych rzeczy. Oj sporo tego.
Przy okazji pytanie za sto punktow – czy ktos z czytelnikow mojego bloga ma kontakt z moja siostrzenica lub jej wspolokatorkami, ktore mieszkaja w moim mieszkaniu? Dziewczyny jak czytacie tego bloga to odezwijcie sie prosze bo potrzebuje paru rzeczy z mojej chaty. HEEELP!!!!

Peppi

2 komentarzy

Dzis dostapilam zaszczytu poznania szczeniakow Peppi. Peppi I Kings to jedyne psy, ktore maja wstep do Café Blue. Znaczy sie sa poldomownikami. Czasem sa brutalnie wyganiane kiedy przeszkadzaja jedzacym gosciom zebraczym wzrokiem, ale chwile pozniej dostaja na zapleczu wyzerke. Oczywiscie Manu caly czas twierdzi, ze to nie sa jego psy I ich nie znosi bo roznosza pchly. Po czym jak mu sie wydaje ze nikt nie widzi dokarmia je pod stolem I czule glaszcze hi hi.
Peppi jest moja ulubienica. Chodzi za mna od 2 tygodni wszedzie – na plaze, do knajp, do hotelu. Kiedy inny pies probuje sie do mnie zblizyc Peppi warczy I odstrasza intruza. Nie zamierza sie dzielic swoja ‘wlascicielka’. Oczywiscie dokarmiam ja resztkami swojego jedzenia lub herbatnikami. Psy w Indiach sa tak wyglodniale ze jedza absolutnie wszystko. Lacznie z surowymi warzywami. I szwendaja sie dzikimi tabunami po ulicach, lasach I plazy. Nie sa grozne – nigdy nie atakuja ludzi, tylko walcza same ze soba.
Peppi jest ladna, prawie czarna, podpalana na brazowo I bialo. Chuda straszliwie, jak na nia patrze to boje sie ze zebra przebija jej skore. Po jej napuchnietych, zwisajacych sutkach widac bylo ze jest karmiaca matka bidulka, ale dzis wreszcie to zobaczylam na wlasne oczy. Peppi zaprowadzila mnie do kryjowki na tylach domu gdzie sa jej szczeniaki. No I jak glupia przez godzine kwiczalam z rozczulenia patrzac jak sie bawia I obskakuja Peppi w poszukiwaniu mleka. Szczeniaki sa obledne. Wielkosci ludzkiej dloni, sliczne I slodkie. 5 sztuk. Niestety wkrotce bedzie ich tylko czworka. Jeden szczeniaczek jest mniejszy od swojego rodzenstwa, caly czas sie trzesie, ma suchy nos i paskudna rane na nodze. Peppi nie przyjmuje do wiadomosci, ze jej szczeniak jest spisany na straty, caly czas lize jego rane I pomaga mu dopiac sie do cyca (co jest trudne bo maly ledwo sie rusza, a pozostale szczeniaki I tak walcza miedzy soba o dostep do mleka). Karmie Peppi herbatnikami a ona z jednej strony rzuca sie na jedzenie jak wszystkie psy, ale co chwile przerywa by zajac sie swoim chorym szczeniakiem. Pozostale walcza o jej uwage. No, dobra, przyznaje sie – poryczalam sie jak debil patrzac na tego biednego malucha. W pierwszym odruchu chcialam szukac weterynarza, zrobic cokolwiek. Ale takim kraju jak Indie, gdzie tysiace chudych jak szkielety psow o przerazliwie glodnym spojrzeniu przemierza codziennie kilometry w poszukiwaniu jakiejkolwiek wyzerki, a przede wszystkim – w takim kraju jak Indie, gdzie dzieci chodza glodne nie ma miejsca na ratunek dla szczeniaka. Naturalna selekcja – tak to sie odbywa. Weterynarz, jak w ogole jest to zajmie sie chorym bydlem, ale nie chorym szczeniakiem. To co moge zrobic to karmic Peppi by miala mleko dla pozostalych. Ale I tak mnie trzesie. Zaluje na maksa ze nie ma Kim (pojechala na Sri Lanke by dostac wize na kolejne pol roku). W Anglii pracowala w zoo, ma spore doswiadczenie w pracy ze zwierzetami, moze by cokolwiek umiala zrobic. Ja czuje sie bezradna.

Z innej bajki – dzis po raz pierwszy plywalam w morzu. Znaczy sie w Palolem. Tak, tak. Jestem tu ponad miesiac I dopiero pierwszy raz. Pan doktor mi wreszcie pozwolil. Krotka kapiel I potem szybko na zmiane opatrunku. Ale za kilka dni, wreszcie koniec codziennych wizyt w szpitalu I bede sie pluskac non stop!!!! AAA!!!! Wreszcie!!!! Morze jest zaskakujaco chlodne, spodziewalam sie ciepelka jak w zatoce bengalskiej czy na sri lance, a tu chlodno. Ale fajnie.
I tylko chwilami szlag mnie trafia ile kasy mi poszlo na ten szpital. Dobre poltora miesiaca podrozy jesli nie wiecej w plecy. A takiego zycia w Palolem to spokojnie 3 miesiace. Z drugiej strony – jakbym nie wyladowala w szpitalu to z Goa bysmy wyjechaly jak planowalysmy po dwoch dniach. I nie wydarzyloby sie wiele waznych rzeczy, wiec nie narzekam;)

15 sierpnia – dzien uzyskania niepodleglosci przez Indie. Wielkie narodowe swieto ponoc, ktore do Palolem dotarlo tylko w postaci likendowiczow z miasta, co przyjechali sie pobyczyc na plazy. Zaparkowali beztrosko swe bryki w centrum wiochy I se poszli. A samochody maja te same cudowne alarmy co u nas. Znaczy sie wlaczaja sie bez powodu I wyja godzinami. Wyja dokladnie tak samo jak pod moim blokiem na Ochocie wiec mialam déjà vu na maksa. Ten boski, zmienny sygnal, ijaijaija, tu tu tu tu, jiaaa jiaaa, no kurwa szlag mnei trafial. Ale nie osmielilam sie zareagowac tak samo jak w polsce, znaczy sie sprzedac kopniaka (bryce, nie wlascicielowi – az tak bojowa to nie jestem), za duzo tubylcow gapilo sie na te nedzne wraki z namaszczeniem jakby to byl maybach…

15 sierpnia to jednoczesnie pierwszy dzien kiedy rybakom wolno wyplywac na morze. Przez dwa miesiace byl zakaz, I to nie z powodu okresu ochronnego dla ryb jak myslalysmy z Marteczka he he, ale z powodu monsunu I burzliwego morza, ktore systematycznie pochlanialo drewniane lodzie razem z ich ludzka zawartoscia. Wiec w Palolem nie lowili (bo tu nie ma kutrow, ani innych takich, jedynie lodzie napedzane sila ludzkich ramion), znaczy sie tylko sieci z ladu byly zarzucane, ale w nie wpadaja same smiecie I rybki wielkosci palcow u rak. A teraz, kiedy zakaz sie skonczyl pelne szalenstwo – plaza cala zaladowana lodziami, przy nich kilkadziesiat osob uwijajacych sie przy sieciach, kobiety dzwigaja na glowach kosze zapelnione krewetkami I najrozniejszymi rybami. Od razu na plazy odbywa sie maly rybny targ. W tym kolorowym tlumie przewijaja sie bialasy namietnie cykajace fotki. Malowniczo jest bardzo. Dla nas, bialasow. Tubylcy zapierdalaja caly dzien jak motorki. Jak leje deszcz biali chowaja sie do knajpy, a rybacy dalej rozladowuja lodzie. Takie zycie.

A knajp coraz wiecej. Ze zdumieniem obserwuje kazdego dnia zmiany na mojej ukochanej, sennej plazy. Trwaja roboty remontowe przed sezonem, buduja sie nowe miejsca, otwieraja stare. I turystow coraz wiecej. Chyba za jakis czas przestanie mi sie tu podobac. No ale wtedy pewnie bedzie juz jechana Agonda. O tym kiedy indziej;)

ta notka to pytanie do wszystkich ktorzy sa zaprzyjaznieni z komputerami i internetem.
weszlam sobie przed chwila w statystyki mojego bloga, w wykaz uzytkownikow, gdzie sa podane strony odsylajace, o ile ktos takowej uzyl by sie na bloga dostac. i ku mojemu zdumieniu ktos wszedl na mojego bloga ze strony http/poczta. onet cos tam, a jak ja sobie weszlam na te strone by zobaczyc kto mnei linkuje to hmm weszlam prosto do wlasnej skrzynki mailowej…

czy ktos mi moze wyjasnic te zagadke? i czy jest kurwa mozliwe ze ktos czyta moje maile?

jak dorwe to zabije, slowo…

W sumie, w Palolem jest kilkadziesiat bialych twarzy. Polowa to turysci I backapckerzy, przyjechali na kilka dni, zaraz rusza dalej. Przez ponad miesiac jak tu jestem (minelo 2 dni temu) widzialam juz wiele zmian wart. Druga polowa to rezydenci. Siedza tu od wielu miesiecy lub lat. Pelen przekroj. Poczawszy od tych, co przez pol roku zarabiaja kase w Angli by potem przez rok cpac I chlac na Goa, skonczywszy na tych co zalozyli tu wlasny biznes I porzucili swiat zachodu na rzecz leniwego rajskiego zycia. Polowa knajp I hotelikow w Palolem jest prowadzona przez westernersow. Mniej wiecej 1/3 rezydentow przedstawia sie jako pisarz lub autor scenariuszy filmowych (tylko faceci, kobiety jednak maja wieksze wyczucie obciachu;). Od dwoch lat kraza z knajpy do knajpy, z laptopem pod pacha. Nikt z nich nic jak na razie nie wydal. Jeden z nich, Martin z Irlandii, probowal mnie poderwac na bajer, ze napisal scenariusz do ‚Alexandra’. Kiedy po pol godzinie z niewinnym usmiechem sie przyznalam ze pracowalam ponad dwa lata dla Warner Bros, gwaltownie zmienil temat. I do dzis obchodzi mnie z daleka hi hi.

Wsrod rezydentow jest tez mnostwo pojebow I regularnych psycholi, ktorzy w Indiach znalezli swoj dom bez klamek.
Austriak, imienia nie chce znac, w indiach od kilku lat, ktoregos dnia wparowal do Café Blue, dorwal sie do pilota I przez pol godziny jak popierodlony skakal z kanalu na kanal, przy maksymalnej glosnosci. Kiedy Kim kulturalnie zwrocila mu uwage by nieco sciszyl zaczal wykrzykiwac, ze Angole niech wypierdalaja do Anglii, a on tu mieszka na stale I ma prawo czuc sie jak u siebie,a turysci co tu przyjezdzaja na tydzien wakacji nie maja prawa sie rzadzic. Kim nie chcialo sie go informowac, ze jest w Indiach od pol roku I planuje tu zostac na stale, co wiecej w Café Blue jest domownikiem. Marta za to zjebala Austriaka rowno, az sie wyniosl. Nastepnego dnia przyszedl gdy bylam tylko ja I Manu. Przepraszal za cale zajscie, cichutkim, pokornym glosikiem tlumaczac, ze te dwie dziewczyny, jedna z Anglii (a on nienawidzi Anglikow) a druga z Danii (znaczy sie Marteczka hi hi), strasznie go skrzyczaly, a on byl niewinny, chcial tylko zobaczyc niusy na na BBC. No nie ten sam czlowiek. Jakbym go nie widziala w akcji poprzedniego dnai to bym uwierzyla;)

Ale I tak najgorszym freakiem jest Angol, ktory wygladz jak demon. Naprawde jak demon. Trudno powiedziec ile ma lat. Moze 40, ale wyglada na 60-70. Wychudzony, kosci obciagniete skora, spalony sloncem (z takiego to nawet monsun nic nie zmyje;), poorany zmarszczkami, z dlugimi, bialymi dreadami I bezzebna paszcza. Ponoc mieszka tu od 10 lat, z Europy zwial przed wiezieniem, nie ma paszportu I tym bardziej wizy. Zywi sie feni (tym palmowym bimbrem – najtanszy alkohol na Goa) I marihuana. Nawet kiedy sie usmiecha wyglada przerazajaco. A raczej – ZWLASZCZA kiedy sie usmiecha. Zeby to jednak wazna rzecz;)

PS pozdrowienia dla najlepszego dentysty na swiecie – Maciek – wpadnij do Palolem zrobic mi przeglad co???:)

Zapada zmrok. Po dniu pracowicie spedzonym spedzonym na plazy (40 minut jogi – wylam z bolu probujac poprawnie zrobic psa z glowa w dol – musze sie za siebie zabrac) siedze na balkonie I maluje paznokcie u stop. Na brazowo. W pokoju obok znowu jakies halasy I sasiedzi ewidentnie zamierzaja wyjsc na balkon wiec chowam sie w pokoju bo nie mam najmniejszej ochoty na zadne znajomosci. Po pol godzinie, kiedy lakier przy wydajnej pomocy wiatraka wreszcie zastygl umozliwiajac mi poruszanie sie przemykam sie na balkon by zabrac papierosy. Przemykam sie chylkiem, odwrocona tylem do sasiadow, unikajac kontaktu wzrokowego. Juz, juz mam szczesliwie wrocic do pokoju kiedy slysze
‘Hello’.
Trudno, stalo sie, odwracam sie, usmiecham blado I mowie
‘hi’,
liczac ze to bedzie koniec konwersacji. Nie.
‘Where are you from?’.
‘Poland’, odpowiadam z rezygnacja.
‘Poland?’ – upewnia sie z niedowierzaniem koles.
‘Yes, Poland’ – potwierdzam przygotowana na wywod, ze nigdy nie spotkal jeszcze podrozujacych Polakow. To takie nudne. I niestety ma swoje podstawy. Tymczasem widze szeroki usmiech I slysze:
‘no cos ty?’
‘jestes z polski?’ – piszcze radosnie
Po czym przez pol godziny mam problem z przystosowaniem sie do mowienia po polsku. Rafal I Lukasz, studenci medycyny z Lodzi, w Indiach od 4 tygodni, byli w Kaszmirze. Fajni kolesie. Po prawie 4 miesiacach podrozy dopiero drugi raz spotykam kogos z Polski. I to tak totalnie niespodziewanie, na sasiednim balkonie. Mam problem z doborem slow, moj glos brzmi sztucznie w moich uszach kiedy mowie po polsku, jezyk dretwieje I staje kolkiem, jak na poczatkach pracy w radiu lata temu. Jeszcze dziwniej jest slyszec jak ktos obok mowi po polsku. To niesamowite, Marteczki nei ma raptem od dwoch tygodni a ja sie czuje jakbym nie uzywala ojczytsego jezyka od roku. Po pol godzinie paraliz mija I w pelni rozkoszuje sie mozliwoscia uzywania wszystkich moich ulubionych slowek I zwrotow w ojczystym jezyku. Chlopaki w ciagu dnia pomagali rybakom na plazy wyciagac sieci. Dostali od nich w ramach podziekowania 6 krabow, ktore zaniesli do restauracji, gdzie dogadli sie z wlascicielem ze im je za friko ugotuje na kolacje. Ku mojemu rozbawieniu okazuje sie ze restauracja w ktorej zawarli ten deal to oczywiscie Café Blue, a mily wlasciciel to Manu. Kolacje jemy wiec razem i upijamy sie radosnie. Manu pelni honory gospodarza, zadowolony ze moge porozmawiac z kims po polsku. (od kilku dni sie nabijal ze musi dac ogloszenie do gazety, ze szuka chetnych do rozmowek po polsku dla mnie hi hi). Robi chlopakom drinki z feni, tym smierdzacym bimbrem. Chlopakom smakuje, leci drink za drinkiem, Manu sie smieje, ze nastepnego dnia bedzie duzy headache, mowie mu ‘oni sa z polski, nie bedzie zadnego headache’. No I chlopcy nie zawiedli moich oczekiwan I przyszli na sniadanie jak swiezynki. Honor Polski ocalony;)
AAA!!! Fajnie jest spotkac Polakow!
Najzabawniejsze, ze chlopaki twierdza ze w ciagu dnia spotkali na plazy laske z Polski, ktora mowila im ze jest w Palolem ze soim chlopakiem od 2 tygodni. A ja ich nie spotkalam… hmm moze powinnm byc bardziej towarzyska?;)

Palolem. Malutka wioska rybacka. Jedna, waska droga obsadzona domkami, guesthousami I restauracyjkami. W centrum wioski skrzyzowanie, na ktorym zawraca autobus. Dalej nie ma po co jechac. Droga sie jeszcze niby ciagnie, ale tam juz tylko kilka chatek rybakow. Ze skrzyzowania odbija krotka droga do plazy, na ktorej jest kilka sklepow dla turystow – backpackerskie szmaty, zezarte przez monsunowa wilgoc, kilka artykulow spozywczych (nutella!), szampon do wlosow I mydlo. Po wieksze zakupy sie jezdzi do Chaudi, gdzie dzis kupilam lakier do paznokci I odzywke do wlosow. Nie zeby byl jakis wiekszy wybor, odzywka jeden rodzaj, a lakiery rozwarstwione, nadajace sie do smietnika, jedyny co wygladal przyzowicie jest brazowy. no to go wzielam;)

Wracajac do Palolem – do plazy I tak sie mozna przebic z kazdego punktu glownej drogi, pomiedzy chatkami tubylcow, palmami siegajacymi nieba, dzikimi wysypiskami smieci (to wciaz indie choc w raju;), w ktorych zeruja stada czarnych swin. Swinie maja podejrzanie glodny wyraz pyska gdy natykaja sie na czlowieka. Jakby w swoiem swinskim mozdzku w pospiechu kalkulowaly czy oplaca sie rzucic I zatopic paszcze w miekkim cialku. Jak na nie huknac, szybko przypominaja sobie ze nie czlowiek dla swini ale swina dla czlowieka I z rezygnacja wracaja do smietnika.

Plaza jest od poacztku do konca zatoki (granice wyznaczone przez skaly I lasy palmowe) obsadzona hotelikami I knajpami (zakaz budowania stalych budynkow na plazy, wiec wszystko zbudowane z bambusa I lisci palmowych). W czasie monsunu otwarte sa 2 czy 3 miejsca tylko, reszta jest pieczolowicie ponakrywana plachtami niebeskiej folii ochronnej, lekko straszacej spomiedzy palm. Przymykam oczy I widze te tlumy bialasow, o ktorych mi wszyscy z rozmarzeniem opowaidaja. Wszystkie knajpy I guesthousy zaladowane ludzmi. Szeroki I dlugi pas bieluskiego piachu usiany palmowymi parasolkami, recznikami I bialo-rozowa gawiedzia. Halas, wrzaski, piach w oczy, bo ktos beztrosko przebiegl obok ciebie do wody. Brrr. Otwieram oczy I widze pusta, bajecznie piekna plaze, dlugosci ok 1,5 km. Na niej kilka Hindusek, ze swoimi przenosnymi sklepami w torbach, pelnych kiczowatej, okropnej bizuterii. Ktoregos dnia kupilam barnsoletke na noge od 15letniej Lakshmi, ale oczywiscie dostalam uczulenia. Szkoda, ladna jest.
Lakshmi, Gita I kilka innych dziewczyn I kobiet nudza sie niemilosiernie. Jak juz dorwa jakichs bialasow to przez godzine z namaszczeniem wykladaja przed nimi swoje precjoza, uzywajac wszelkich chwytow by cos sprzedac.
“Masz sliczne kolczyki. Gdzie je kupilas? Zobacz, mam barsnsoletke ktora do nich pasuje”
Ale robia to bez zbytniego zaangazowania.
“no season – no buisness you know”
Czekaja na jesien, a jeszcze bardziej na zime, kiedy z Europy zaczna naplywac stesknione za sloncem tlumy. Wtedy jest super, mnostwo western people, knajpy otwarte do bialego rana, imprezy, you must come here in season Kasia, you will like it! Not like now, raining all the time!
I za cholere nie moga zrozumiec, ze wole niebo pelne chmur, znienacka fundujacych obfity prysznic, pusta plaze, na ktorej oprocz mnie jest moze 10 innych bialasow I nikt sobie nie przeszkadza. Swiety spokoj.

Woda z nieba napierdala niemal bez przerwy od chyba 4 dni. Znaczy sie monsun w pelni. Oczywiscie pogoda jest I tak zmienna, bo przez godzine leje jak z cebra, potem przechodzi w kapusniaczek, taki w pelnym sloncu, ktore znienacka wyszlo zza chmur (bez obawy, nie dluzej niz pol godziny), na horyzoncie, nad gorami otaczajacymi Goa I nad palmowymi lasami zakwitaja tecze, po czym znowu oberwanie chmury. I tak w kolko. Moze dziwne, ale lubie to, lubie monsun, bardzo. Nawet polubilam wszechobecny zapach wilgoci, czasem nieco stechlej. Wiele rzeczy plesnieje, ciuchy pokryte mchem wygladaj dziwacznie I laduja w koszu. Na razie nic ulubionego mi nie splesnialo wiec nie rozpaczam. Zreszta umowmy sie, wszystkie moje ulubione ciuchy oprocz jednej koszulki I bojowek sa w Polsce. Zaczyna mi ich coraz bardziej brakowac. W Palolem czuje sie jak rezydentka pelna geba (to w koncu niemal 4 tygodnie, kurwa kiedy to zlecialo? I ile jeszcze? Tego nie wie nikt, lacznie ze mna;), I ciuchy backapackerskie, przypisane ciaglemu przemieszczaniu sie, wybitnie mi przestaly pasowac. Moze by tak jakas paczka z polski?? Hmm…

Wraz z natezeniem monsunu coraz czesciej siada prad. Ulewy I wichury przewracaja drzewa, te z kolei laduja na liniach elektrycznych I w pizdu, telewizor padl akurat w czasie pieknej sceny jak Lara Croft uprawiala balet na bungee. Od dwoch dni pradu nie ma wlasciwie caly czas. Co nie jest specjalnym problemem, oprocz internetu. Niby kafejki maja backupowe generatory, ale one dzialaja maks poltorej godziny, po czym padaja. Wlasnie udalo mi sie dorwac do kompa (miedzy backpackerami trwaja male bojki o miejsce, bo na generatorze ciagna maks dwa kompy naraz) I wykorzystuje ostatnie chwile generatora. Moze zdaze postawic te notke, ale na maile to juz pewnie nie odpisze, za co przepraszam, zwlaszcza Lady MagdeJ)). Poza internetem zycie bez pradu jest bajeczne. Wioska rozswietlona swieczkami wyglada magicznie, jak nie z tego swiata.

Codziennie przegladam miejscowa prase. W co drugim numerze grzmia, ze z Goa sie robi druga Tajlandia I turysci przyjezdzaja tu tylko dla tanich dragow I ze trzeba z nimi zrobic porzadek (z dragami I turystami znaczy sie) bo inaczej Goa stanie sie swiatowym synonimem narkotykowego piekla. Bla bla bla. Ponoc tak pisza od 5 czy 10 lat. I nic sie oczywiscie nie zmienia. Oprocz coraz wiekszej ilosci turystow I dragow ma sie rozumiec;)
Czasem pojawiaja sie niusy w Polsce co mnie wprawia w maly stan ekscytacji, musze sie ze wstydem przynac;). Wiesc ze Adamczyk bedzie robil za papieza zajela sporo miejsca na drugiej (sic!) kolumnie. Za to oczekiwania Belki by Anglia przeprosila za nieudzielenie pomocy w czasie wojny znalazla sie na szarym koncu, gdzies przed sportem. I to w dodatku jako niuz z Londynu hi hi. Polscy turysci “porwani” na polnocy Indii w ogole nie zostali zauwazeni przez goanskie dzienniki. I to sa odpowiednie proporcje czy nie?;)


  • RSS