rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2004

nowy rok

18 komentarzy

Od pryszczato – nastoletnich lat, kiedy obgryzajac paznokcie czekalam na stosy zaproszen na sylwestrowe bale, ktore oczywiscie nie przychodzily, jakos mam uraz. Wiekszosc imprez byla moze nie tyle porazka, co po prostu nijaka, zwlaszcza w porownaniu do imprezek jakie sie wydarzaly w ciagu roku. I szczerze mowiac gdybym miala wymienic moich 10 ostatnich sylwestrow to zajeloby mi to jakies kilka godzin. Z trudem sobie przypominam poszczegolne imprezy, z kim, jak I gdzie. A jeszcze przypasowac taka impreze do konkretnego roku? Nie ma mowy.

Ale pamietam doskonale, ze szczegolami wyjazd sylwestrowy w zeszlym roku. I wcale nie dlatego ze byl ostatni.

W tym roku wszystko jest inaczej. Dokladnie odwrotnie.
Zamiast sniegu jest slonce
Zamiast nart jest plywanie
Zamiast przyjazni jest milosc

Mam tez dziwne wrazenie ze zamiast totalnej najebki bedzie wstrzasajaca trzezwosc … zmienilam sie, wiem;)

Ten rok byl dla mnie wyjatkowy. Na maksa. Spelnilo sie wiele moich marzen, w tym takie, o ktorych juz przestalam marzyc.
Jednoczesnie byl to trudny rok dla wiekszosci moich przyjaciol I znajomych.
Nie do konca umiem sie cieszyc swoim szczesciem kiedy nie moge sie cieszyc szczesciem moich przyjaciol.

Wiec – wszystkim moim bliskim, I tym naj naj, I tym troche mniej, zycze przynajmniej tyle szczesliwych chwil w nowym roku ile ja mialam w tym. A najlepiej jeszcze co najmniej trzy razy wiecej.

I nie, nie twierdze ze mam idealne zycie.
Brakuje mi potwornie moich przyjaciol. Straszliwie.
Nie zanosi sie jak na razie by kariera restauratorki byla moim powolaniem.
A ja I tak jestem szczesliwa.
Czego wszystkim panstwu zycze.

PS. I tylko wciaz, naprawde wciaz nie moge uwierzyc ze juz nigdy nie zobacze Nitki szalejacej na parkiecie. I gdybym mogla tak na chwile cofnac czas, to wybralabym wlasnie zeszloroczna, sylwestrowa noc…

Ciesze sie ze nie mam W OGOLE dostepu do telewizora. Wystarczy mi to co czytam w internecie. Wiekszej dawki nie chce przyjmowac, wystarczy.

Mysle o Sri Lance, perfect honey-moon destination. Mysle o o polnocy I polnocnym wschodzie, gdzie mieszkaja Tamilowie. Gdzie poznalysmy z Marta przecudownych ludzi, gdzie mialysmy okazje byc czescia rodziny, gdzie dostalam skondensowane wszystko to, po co wyjechalam w moja podroz.
Wlasnie te rejony zostaly najbardziej poszkodowane przez kataklizm. Wlasnie mieszkancy tych terenow byli najbardziej poszkodowani przez domowa wojne. Widzialm jak powoli, z wysilkiem, ale z usmiechem sie podnosza I walcza o nowe zycie dla siebie. I trach, znowu pierdolnelo.

Chcialabym, tak strasznie bym chciala dostac wiadomosc ze Monthiemu I Bridget nic sie nie stalo. Ze sa cali I zdrowi. Ze ich guesthouse H&U stoi nietkniety. Ze maja to co z trudem odbudowali po tym jak wojna zabrala im wczesniej wszystko, poczawszy od pieniedzy skonczywszy na polowie zycia.
Ze kiedys spelnie moje marzenie I odwiedze ich ponownie, a Bridget przygotuje najlepsza kolacje na swiecie I bedzie tak samo jak w maju, tylko ze zamiast szczeniaka bede zabawiac ich wymarzone dziecko.

Wiadomosci sa brutalne – wszystkie wsie w okolicach Trincomale pochlonela woda.

Nilaveli jest kilkanascie km od Trinco. I tak sobie marze, ze moze kilkanascie km to nie sa juz okolice…

Probuje wyciagnac jakas srednia pomiedzy informacjami z gazet (widac ze zamykali numery w pospiechu, mnostwo sprzecznych newsow), z internetu oraz od ludzi. Wychodzi ze jednak cale Palolem zostalo ewakuowane. Wszyscy uciekli w glab ladu. Fale byly dziwne I grozne I dlatego podjeto decyzje o ewakuacji. Cale szczescie. Poznym wieczorem jedna monstrualna fala w ciagu sekundy zalala calusienka plaze, obmywajac kanjpy I chatki ktore sa na lini gdzie plaza przechodzi w lasek palmowy. Tylko je podmylo. Ale 8 tzw beach shacks czyli knajpek postawionych na samej plazy pochlonelo morze. Ot tak. Byly i nie ma. Na szczescie byly juz puste, normalnie sa pelne turystow. Strach pomyslec co by bylo gdyby nie ewakuacja.

Taka ironia losu. Te beach shacks sie stawia za specjalnym pozwoleniem. Ministerstwo turystyki wydalo w tym roku zgode na tylko 8 takich beachshacks w Palolem. By dostac te zgode bralo sie udzial w licytacji. Kto da wiecej ten dostaje zgode. W licytacji startuja tylko najbogatsi bo to koszmarnie droga impreza. Beachshacki stanely moze miesaic, poltora temu. Wszyscy ktorzy nie mieli dosc kasy by choc sprobowac policytowac, z zazdroscia wyliczali komu sie w tym roku udalo…

Wydaje mi sie ze juz nic nam tutaj nie grozi. Tubylcy wrocili do swoich domow. Turysci w wiekszosci nie. W Patnem to wszystko jest mniej odczuwalne. Plaza jest duzo szersza wiec fala nie miala takiej okazji jak w Palolem raz. Dwa, Palolem jest w zatoczce a Patnem bardziej rozciagniete w lini prostej, to podobno tez ma swoj wplyw.
Wciaz widac turystow, spakowanych, szukajacych transportu do miasta.
Wciaz widac niepewnosc I nieco strachu na ludzkich twarzach.

Nigdy nie zapomne wczorajszego wieczoru. Ostrego krzyku sasiadki, ktora wlasnie odebrala telefon ze w Palolem jest ewakuacja. Porzuconej w polowei kolacji I pospiesznego pakowania portfela I paszportu. Placzu naszego Landlorda, statecznego mezczyzny ok 60tki. Tlumu ludzi na uliczkach probujacych za wszelka cene znalezc jakis transport, policji nie pozwalajacej wjechac do wsi, ludzi uciekajacych z malymi tobolkami, kurczowo trzymanymi pod pacha, jako byc moze jedyny ocalaly dobytek. Kiedys sobie na spokojnie poukladam to w glowie I moze opisze. Na razie wiruja mi w glowie przebitki, na wymiane z wyobrazeniemi tego co sie stalo na Sri Lance, w Tamil nadu I innych miejscach. Mysle o ludziach ktorych tam poznalam, z ktorymi sie zaprzyjaznilam, zastanawiam sie czy zyja.

My na Goa mielismy szczescie jak cholera, jak pomysle o stratach w Kerali, ktora jest po tej samej stronei kontynentu co my, odrobine ponizej Goa, to ciarki przechodza mi po plecach I pomimo upalu robi sie mi na chwile straszliwie zimno. Doslownie. Kiedys myslalam ze literacka przesada, ale nie. W srodku upalnego dnia, w pelnym sloncu mozna trzasc sie z zimna. Nie trzeba klimatyzacji.

ewakuacja

2 komentarzy

myslalam ze to mnie nie dotyczy, ale byc moze sie pomylilam. Palolem wlasnie zostalo ewakuowane. No dobra, drzemie we mnie pociag do dramatyzmu. Nie cale Palolem, ale wszystko co jest na plazy. Znienacka przyszla wielka fala, ktora w mgnieniu oka zalala cala plaze, niektore knajpy i chatki. Na wszelki wypadek policja ewakuuje turystow. Na wiejskich uliczkach korki jak na marszalkowskiej. wiekszosc ludzi ma strach wypisany na twarzy. Tubylcy co widzieli te fale maja sinoszare twarze (to odpowiednik naszej bladosci).
Na razie nie ma zadnych wiesci by cos grozilo Patnem, ale anylej nie jest dobrze. Ludzie pakuja sie i wyjezdzaja, lub ida, bo przeciez nie ma transportu dla wszystkich. Jedni sa przerazeni, inni histeryzuja, inni stoja na plazy i sie glupio smieja patrzac na chwilowo spokojne morze. Manu sprawdzil jakies wiadomosci przez komorke i tam podali ze konsekwencje tego trzesienia beda odczuwalne przez jeszcze kilka dni. W inetrnecie nic o tym nie moge znalezc. Podeslijcie mi jakas strone jak cos znajdziecie ok?

Niby nic sie na razie nie dzieje ale wszyscy jestesmy podminowani.

A moje realistyczne podejscie do zycia mowi mi brutalnie ze w tym sezonie juz nie bedzie biznesu turystycznego. I oby tylko tak to sie skonczylo.

Przed chwila zadzwonila moja mama. Zasieg w Patnem jest zaden wiec sie prawie wcale nie slyszalysmy. Zrozumialam tylko ze sie cieszy ze mi sie nic nie stalo w ramach jakiejs katastrofy. Uff, przyznaje sie bez bicia. Poniewaz juz sie przyzwyczailam ze jak np porwa polke w nepalu to zawsze ktos musi sprawdzic czy jestem cala I zdrowa (odpowiednik mniej wiecej jakbym dzwonila do przyjaciol w warszawie pytajac czy nic im sie nie stalo bo byl zamach w londynskim metrze) wiec sie specjalnie nie przejalam. Specjalnie nie, ale jednak poszlam zaraz na internet…

Nie mialam bladego pojecia. Na wsi nie zyje sie takimi sprawami, nie slucha sie radia, nie oglada telewizji. Przynajmniej nie na goa, w srodku sezonu turystycznego.

Uff piszac te notke czytam jednoczesnie newsy na onecie I coraz bardziej mi sie skora jezy na glowie… chyba zaczyna do mnie docierac co sie stalo…

Dzieki za troske, komentarze I maile. Zyje, jestem cala I zdrowa I jeszcze pol godziny temu niczego nieswiadoma…

12daniowa kolacja, choinka, prezenty, mikolaj, pasterka, karp, snieg…

Uch, nawet jak to pisze to wydaje mi sie ze bredze I mam udar sloneczny. Jakie swieta? Ludzie????

Tak ja wiem, jest 23 grudnia I jutro sa swieta (w polsce przynajmniej hu hu hu)
Ale na goa, choc takie katolickie, nie czuc tego kompletnie.
I choc kalendarz oraz maile (wiecie ze prawie wszyscy narzekacie na to samo? Znaczy sie na ganianie za prezentami?:) mowia mi ze ida swieta, to ja szczerze mowiac zatrzymalam sie gdzies na lipcu, no moze poczatku sierpnia. Nie przyjmuje do wiadomosci ze nadchodzi koniec roku. Ale pewnie nadejdzie czy przyjmuje czy nie, wiec niniejszym zycze wszystkim wesolych swiat. Wzniescie za mnie toast lyzka pelna kapusty z grzybami, albo pierogiem.

PS czy wiecie ze moja babcia robi najlepsze na swiecie pierozki z grzybami? I ja ich cholera w tym roku nie zjem… life sucks czasami, nawet na goa buuu
PS Manu zadal mi dzis pytanie czy chce bysmy mieli cos swiatecznego w knajpie. Mowie czemu nie I pytam sie czy ma cos specjalnego na mysli. I owszem, co sadze o tradycyjnym pieczonym indyku?

chyba nawalilam z przekazaniem mu polskich tradycji… uch…;)

Motory

Miec motor na Goa to podstawa. O ile ci z rodzinami, co pozakladali na Goa biznesy raczej sklaniaja sie ku skuterom lub samochodom, to pozostali rezydenci zdecydowanie stawiaja na mocniejszy silnik. Kazdy kto przyjezdza na Goa zimowac, kazdy co siedzi tu niemal caly rok i niewiadomo z czego zyje (a jak niewiadomo z czego to wiadomo ze raczej z niczego legalnego) swoj pobyt zaczyna od zakupu motoru. Najbardziej cool sa Enfieldy, ktore zwlaszcza uwielbiaja Israelis. Swoje przywiazanie do dwoch kolek oznajmiaja najrozniejszymi ozdobami, ktorymi obwieszaja motor, a kiedy nadchodzi czas wyjazdu to ogloszenie mowi o ‚przyjacielu i motorze w jednej osobie do oddania w dobre rece’. Prosze sie nie ekscytowac, do oddania za pieniadze, zyjemy w czasach kiedy przyjaciol sie sprzedaje;).
Enfieldy to potezne maszyny, przystosowane do przewozu bagazu, z oparciem dla pasazera, ktory siedzi rozparty jak w fotelu. Popularne tez sa Yamahy, Hondy i Pulsary. Harleye nieobecne.
Motory uwalniaja od uzaleznienia od lokanego transportu, taksowek i riksz. Co oznacza ze w nocy po drogach kraza stada nawalonych alkiem lub dragami westernersow. I co jakis czas sa wypadki, czesto smiertelne.

Dwa dni temu zawitali do nas Daz i Lavend. Daz, Angol ok 40stki, o zaskakujaco mlodzienczym wygladzie w punkowym klimacie, jest starym kumplem Manu. Daz poznal sie z Lavendem kilka tygodni temu w Anjunie i od tego czasu sa nierozlaczni. Lavend jest Niemcem, tez ok 40stki, acz czas nie potraktowal go tak laskawie jak Daza. Obaj panowie zaliczaja sie do tych, ktorych lepiej nie pytac jak zarabiaja na zycie. Przy tym sa zajebiscie inteligentni, dowcipni i imponuja wiedza z roznych dziedzin. Lavend zna 7 jezykow (z czego biegle tylko 5, jak wyznal z zalem), co zawdziecza poplatanej historii rodziny i swojej wlasnej, jako ze od kilkunastu lat nie mieszka w Niemczech tylko szwenda sie po swiecie.
Wczoraj spedzilismy razem wieczor w naszym Sunklubie, objadajac sie grilowanymi owocami morza (to byl test kucharza i wypadl znakomicie, mniam mniam). Bohaterem wieczoru byl Lavend, a raczej historia jego reki, z ktora wyladowal porzedniej nocy w szpitalu, po tym jak w trakcie upojnego tanca z dama, ktorej imienia nie pamietal, ale zarzekal sie, ze sie z nia chajtnie, potknal sie o psa (i zapewne o kilka za duzo wypitych piw) i polecial calym ciezarem ciala na popielniczke, ktora rozbil swoim lokciem dorabiajac sie naprawde koszmarnej rany. Jucha buchala jak z zarzynanego wieprzka, Lavend zemdlal, a Daz zawiozl go do szpitala. Pan doktor zostal obudzony w srodku nocy (to zasluga 6 tys rupii ktore walnal na stol Daz po tym jak mu odmowiono pomocy), zajal sie delikwentem i Lavend dumnie wczoraj paradowal z obandazowanym calym przedramieniem. Dowcipem wieczoru bylo oczywiscie chowanie popielniczek przed Lavendem, bo jak to mowil Daz „jedna noc w szpitalu mi wystarczy”. Chlopaki, jak to przy takich spotkaniach bywa, wspominali stare czasy, jak to faceci wymieniali sie parametrami swoich motorow, zapadla tez chwila ciszy gdy przywolali kumpla, ktory w lutym tego roku nafaszerowany extasy, o 6 rano wracajac z imprezy rozbil sie zakupionym porzedniego dnia motorze. Manu identyfikowal jego zwloki, zawiadamial rodzine i organizowal transport ciala do Irlandii. Od tego czasu, jak mowi, jezdzi ostrozniej.
Po polnocy wyladowalismy w Titanicu by Lavend mogl odnalezc dame swego serca z porzedniego wieczoru. Nie bylo jej. Panowie wypili kolejne piwa, po czym sie rozjechalismy sie do domow, oprocz Lavenda, ktory poszedl szukac lubej w Cafe del Mar.
Dzis chlopaki mieli wpasc do Sunklubu w ciagu dnia. Kolo poludnia zadzwonil Daz. Lavend wracajac o 8ej rano do domu zderzyl sie z innym motocyklem. Enfield do kasacji, Lavend o maly wlos tez. Nie ma najmniejszego drasniecia na calym ciele. Za to ma wybite wszystkie przednie zeby i zlamana szczeke. Lezy w szpitalu w Margao, bo Davalikar Hospital nie podjelo sie operacji. Nie pamieta co robil cala noc, nie pamieta jak doszlo do wypadku, pamieta tylko ze to nie jego wina. Zeby bylo smieszniej potwierdza to lokales, ktory byl swiadkiem wypadku. Koles z ktorym sie Daz zderzyl to tubylec, ktory wracal z kosciola. Nie ma papierow na motor, nie ma prawa jazdy. Za to w odroznieniu od Lavenda byl trzezwy. Od policjanta wezwanego do wypadku walilo whisky jak z gorzelni. Zasugerowal by obie strony sie dogadaly to nie bedzie sprawy w sadzie. Dogadanie sie oznacza ze Lavend zaplaci za szpital poszkodowanego kolesia i reperacje jego motoru. Nie ma znaczenia, ze wypadek byl z jego winy i ze nie mial papierow. On byl trzezwy, a Lavend nie. A to, jak subtelnie zauwazyl nawalony policjant, przesadza sprawe, jesli pojdzie ona do sadu. Daz, ktorego zawiadomili tubylcy, ze jego kumpel mial wypadek dotarl do szpitala jak mogl najszybciej. Lavend lezal od 3 godzin w szpitalu, ale lekarze sie nim nie zajeli, bo nie wiedzieli czy Lavend ma pieniadze by zaplacic za leczenie (Lavend ma dosc ciezki akcent, a bez przednich zebow sie ciezko mowi). Zabrali sie za niego dopiero gdy Daz podpisal oswiadczenie, ze jesli Lavend nie zaplaci, to on pokryje koszta.

Gdyby do powyzszego tekstu dodac nieco statystyki, ile osob ginie rocznie w wypadkach na Goa itd, to wyszlaby niezla ulotka propagandowa pt.
DON`T DRINK AND DRIVE

niechcacy, naprawde

Oceanic

Brak komentarzy

no to jak mi sie cudem udalo podlaczyc do sieci to macie od razu dwie notki a co ;)

‚Oceanic’ to calkiem niezle wypasione miejsce w poludniowym Goa, usytuowane pomiedzy Palolem a Patnem. Maja swietne opinie we wszystkich popularnych przewodnikach, slyna z rewelacyjnej kuchni, bardzo ladnych pokoi i jedynego w okolicy basenu. Wlasciciele, para Anglikow pomiedzy 30stka a 40stka, od kilku lat mieszkaja tu na stale, ich coreczka niedlugo pojdzie do szkoly w Chaudi. Porzucili swietne zawodowe kariery w Anglii na rzecz spokojnego zycia w goanskim raju. Szczyca sie tym, ze ich miejsce jest przyjazne dzieciom. Maja nawet ulotki, gdzie pisza o roznych ulatwieniach jakie wrowadzii dla rodzin z dziecmi, czy tez o ‚kids parties’ jakie czesto organizuja.
Manu, ktory nie lubi plotkowac (nad czym czasem nieco ubolewam hi hi), kiedys bardzo skrotowo mi wyjasnil dlaczego ich nie lubi. Dzis poznalam te historie w pelnej wersji i z pierwszej reki, znaczy sie od Jane.
Jane, razem z mezem Philem i 5 letnim synkiem Jackiem przyjezdzaja zimowac na Goa od kilku lat. Pierwszy raz gdy Jack mial zaledwie 10 miesiecy. Sa razme od kilkunastu lat, widac ze byli bardzo imprezowa para, duzo podrozowali, odkad maja dziecko zyja nieco spokojniej, ale wciaz niekonwencjonalnie. Buduja dom w Agondzie (Phil zarabia na zycie pracujac na budowach wlasnie) i w przyszlym roku przeprowadzaja sie na stale do Indii. Jane nie pracuje, znaczy sie jest housewife, z wytatuowanym zielonym smokiem oplatajacym jej cale ramie. Jest dla mnie kolejna osoba spotkana w zyciu, potwierdzajaca ze wyksztalcenie i madrosc zyciowa to dwie zupelnie inne sprawy. Tego pierwszego podejrzewam ze jej brakuje, tego drugiego ma od cholery i ciut ciut. Zajebista laska, polubilam ja od pierwszego wejrzenia.
W zeszlym roku wlasciciele Oceanika oglosili ze robia Christmasowe kids party i zaprosili wszystkich znajomych by przyjechali ze swoimi dziecmi i przyjaciolmi ich dzieci.
- Wiec wzielam dwie riksze, zapakowalam je dziecmi z ktorymi sie bawi sie moj Jack i pojechalismy – mowi Jane – Gdy weszlismy do srodka od razu poczulam ze cos jest nie tak, nikt nie przywital dzieci, ani nie zaprosil ich by sie rozgoscily, staly oniesmielone w w drzwiach, a ta kobieta odciagnela mnie na bok i zaczela syczec ‚jak moglas przywiezc tu te dzieciaki?’. Na poczatku nie rozumialam o co jej chodzi – kontynuuje Jane i widac ze choc od opowiadanych wydarzen minal rok to nadal jest wzburzona – myslalam ze chodzi o ilosc dzieci, wiec mowie jej ze zaraz pojade do Chaudi i dokupie szybko jakies drobne prezenty mikolajkowe dla wszystkich. Ale nie, problemem byl kolor skory tych dzieci, bo moj Jack sie bawi z Hinduskimi rowiesnikami, ta ‚brudna holota’ jak to okreslila ta wyfiokowana lady. Dzieci uslyszaly czesc komentarzy i zrozumialy ze nie sa mile widziane, zaczely wychodzic. Znienacka sie pojawia para Amerykanow z mala corka. I wiesz co ta suka zrobila? – Jane wbija we mnie spojrzenie. – Nagle zaczela sie slodko usmiechac, skakac wokol Amerykanow i opowiadac im jak to wlasnie maja urocze party dla lokalnych dzieci. Zaczela nawet glaskac jedno dziecko po glowie, ktore oczywiscie sie odsunelo bo widzialo wczesniej jak sie na nie patrzyla jak na kupe gowna. Zapakowalam dzieci z powrotem do riksz, przerosilam je i zabralam na lody. Tamtego dnia naprawde wstydzilam sie ze jestem Angielka. I wiesz – konczy Jane – ona sie po tym wszystkim zachowuje jakby nic sie nie stalo, ile razy sie miniemy na drodze zaprasza serdecznie do siebie, na basen itd, jakby kompletnie nie rozumiala ze moja noga nigdy tam nie postanie! Nie umiem sie usmiechac do ludzi ktorymi gardze.

Moja noga w Oceanicu tez nie postanie, wiec nie powiem wam czy rzeczywscie jest to tak urocze miejsce, z cudownymi, goscinnymi gospodarzami, jak opisuja Loney Planet czy Rough guide. Na pewno wiem ze jest to miejsce przyjazne dzieciom. Bialym dzieciom.

(notka jest mocno stara, klopoty z internetm, klawiatura itd)

Tupot bialych mew to tribute to Martyna & Grzes, juz oni wiedza dlaczego hi hi. Pojechali juz sobie niestety do zimnej Polski a tymczasem do Palolem znienacka zawitalo stado mew. Siedza sobie na falach i popiskuja tak samo jak nad Baltykiem. Zaden ze mnie ornitolog, ale mewe rozpoznam, w koncu jestem gdanszczanka, czy nie? Wychodziloby wiec ze one na zime uciekaja jak inne do cieplych krajow, co jest o tyle dla mnie dziwne, ze wydawalo mi sie ze mewy sa w Polsce tez zima, no ale moze ostaja sie u nas tylko najwieksze twardzielki, takie ptasie morsy, a reszta spada do palolem. Te mewy sa jakies dziwne bo jak przylukaja czlowieka plywajacego po morzu to koluja nad nim wielkim stadem jakby byl smakowita rybka, a jak tak koluja to ja mam paranoje ze zaraz jakas ptasia sraka z nieba spadnie na moj wystajacy z wody leb.

Zwierzynca ciag dalszy, czyli delfiny. W turystycznym sezonie nieco rzadziej zjawiaja sie w zatoce, ale od czasu do czasu sie pokaza i wtedy wszystkie turisty staja przy brzegu i sie ciesza jak dzieci przy kazdym delfinim podskoku. Ja oczywiscie tez, choc niby teoretycznie powinnam juz byc przyzwyczajona do widoku delfinow na horyzoncie. Ale jak na osobe wychowana na kreskowce o delfinie Um i jego rodzicach Mamum i Titum przystalo, piszcze jak glupia za kazdym razem, a kilka dni temu niemal sie posikalam ze szczescia bo jeden delfin przyplynal wyjatkowo blisko brzegu (skusily go pozostalosci po zarzuconych wczesniej sieciach rybackich) i kompletnie sie nie przejmujac brodzacymi w wodzie turystami, ktorzy sie w niego wslepiali jak przecietny Hindus w bialasa, polowal sobie na rybki. Uznalam ze to moja jedyna szansa na spelnienie marzenia pt „plywanie z delfinami”, wiec sie wladowalam do wody. A delfinek byl na tyle chyba mlody i niedoswiadczony ze pozwolil mi plywac obok siebie przez dobre kilka minut, tak maks 6-7 metrow od niego, po czym bez uprzedzenia sie skubany zawinal gdzies na gleboka wode i tyle go widzialam. Przezywam to rzecz jasna do dzis jak glupia, czasem tylko chichoczac jak mi sie przypomina taka scenka sprzed kilku tygodni:
WIELKI POLSKI PODROZNIK i CENIONY FOTOGRAF W JEDNEJ OSOBIE (w skrocie WPPICFWJO) siedzi sobie w Silverstar w otoczeniu swoich znajomych, ktorych oprowadzal wczesniej po gorach w Sikkimie oraz przygodnie poznanych tego dnia Polakow, w tym mojej skromnej osoby. To ten typ podroznika, ktory zawsze wszystko wie lepiej, zawsze wszystko widzial wczesniej i ogolnie rzecz ujmujac pozjadal wszystkie podroznicze rozumy. Tacy ludzie zawsze mowia, ze kilka lat temu to w danym miejscu dopiero bylo fajnie, nie to co teraz, trawa byla bardziej zielona, ptaki ladniej spiewaly, a fiordy – ha! Fiordy to jadly mu z reki! I wlasnie w takiej tonacji, glosem pelnym namaszczenia WPPICFWJO oswiadczyl znienacka naboznie skupionemu towarzystwu:

Jeszcze 7 lat temu jak tu bylem, do tej zatoki wplywaly delfiny! – (wymowna pauza) – Teraz to mozna o tym tylko pomarzyc…

Towarzystwo wydaloby pewnie z siebie pelne podziwu i zazdrosci westchnienie gdyby nie Asia z Gdanska, ktora bez zadnego szacunku dla przedmowcy radosnie oswiadczyla:

no co ty? Wczoraj byly! Pol godziny plywaly po calej zatoce.

WPPICFWJO na chwile zaniemowil, a czesc towarzystwa zaniosla sie podejrzanie dlugim kaszlem.

O zwierzetach bym tak jeszcze dlugo mogla ale rozwalila mi sie znowu klawiatura (nienawidze, nienawidze Hewlett packard!), wiec tylko kontrolnie wymienie pelne dostojenstwa, podpalane na brazowo orly, ktore najpiekniej sie eksponuja w swietle zachodzacego slonca przylatujac na latwa wyzerke trzepoczaca sie w rozpietych sieciach, oraz zaby, ktore z luboscia przesiaduja w muszlach klozetowych i umywalkach. I dlatego co rano jak wchodze do lazienki mowie glosno
‚zaba wylaz z tej muszli bo znowu na ciebie nasikam’.
Na razie glupia nie kuma, wiec pokazowo spuszczam wode by ja wykurzyc [nie chce przeciez by wykonala swoj zabi skok prosto w moje pierwszorzedne cechy plciowe]. Ale kiedys jak pies pawlowa zalapie mam nadzieje, a ja zbije majatek na pokazywaniu zaby z palolem co kuma po polsku.

INTERNET…

1 komentarz

…to wielki wynalazek, ale czasem doprowadza do szewskiej pasji. To tak w ramach wyjasnienia dlaczego od strasznie dlugiego czasu nie odpisuje na maile I nie stawiam nowej notki. Im wiecej turystow I wiecej kafejek internetowych w palolem, tym gorzej polaczyc sie tak by chodzil I onet I blog I jeszcze bym palma podlaczyla. Wiec na razie dopoki walcze z technika bedzie cicho. Prosze sie nie martwic I nie miec pretensji rowniez.

PS a w patnem to jest jedna kafejka gdzie laczenie z internetem pada raz na 3 minuty…


  • RSS