rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

Uhhhaaaa!!!!! Jak ja kocham Kalkute! Jakie to jest piekne miasto! Jakie zielone! Jakie nowoczesne!

Jak nic, Einstain oglosil teorie wzglednosci zaraz po ujrzeniu Kalkuty bezposrednio po Dhace. Albo i nie;). Ale to by mialo zab, jak powiadal Bidons.

Od wczoraj godz 18:00, kiedy dowiedzialam sie ze jest tez nocny autobus do Kalkuty i podjelam szybka decyzje ze zmykam wczesniej, chodze rozjarzona jak 100vatowa zarowka. Dhakajest fajna, Bangladesz fajny, ale… Ja kocham Indie. Na maksa. Nawet 4 godziny urywanego na wybojach snu i nastepne 4 spedzone na granicy (ze wstydem wyznaje ze tylko mi, niecierpliwej bialasce wydawalo sie to byc za dlugo…) i nastepne 4 znowu na wybojach nie byly w stanie pozbawic mnie usmiechu glupa przylepionego do fejsu. A jak juz wyladowalam w Kalkucie to ekstaza pelna. Miasto naprawde wydaje mi sie oblednie piekne, a do tego na maksa przyjazne i oswojone. W hotelu Maria powitano mnie jak stalego goscia, w tourist booking office dzikim fuksem dostalam ostatni quota ticket do bombaju, a na koniec dnia dokupilam kolejna sterte ksiazek za psie pieniadze i nawet znalazlam plyn do higieny intymnej!!!! Zycie jest piekne, czy nie?;)

Teraz tylko prosze trzymac za mnie kciuki by cholerny pociag do mumbai city nie mial wiekszego niz 1 godz 45 min opoznienia, inaczej dupa jasiu z mojej sprawnej przesiadki na goa.

No, a ponizej stara notka z kalkuty, co mi sie nie udalo wczesniej zamiescic oraz dlugasna relacja z Dhaki. Macie co czytac, wiec prosze nie narzekac ze sie nie odzywam przez najblizsze tygodnie. Jako ze wracam do mojej ukochanej strefy, gdzie internet raz dziala a raz nie dziala, a jak dziala to sie jedna strona laduje pol godziny hi hi. Co jest jednym z tych nielicznych minusow mieszkania na uroczej goanskiej wsi…

Metro Kalighat

1 komentarz

Swiatynia bogini Kali w Kalkucie to bardzo wazne miejsce dla Hindusow. Bodajze najwazniejsza swiatynia poswiecona tej wlasnie bogini w calych Indiach. Zatloczona do granic mozliwosci, pielgrzymi stoja w gigantycznych kolejkach by sie dostac przed oblicze bogini.
Kali, w gigantycznym panteonie hinduskich bostw jest ta najbardziej krwawa i okrutna. O ile innym bogom wystarczy ze ofiarujesz kokosa, wonne olejki i kwiaty to Kali ma wieksze oczekiwania.

Krece sie po terenie swiatyni, przygladam sie tlumowi, niezbyt skutecznie probuje sie pozbyc naganiaczy-naciagaczy podajacych sie za moich ‚temple men’. Mijam kilku mezczyzn z koza. Kozka jest sliczna, ma czarne, blyszczace futerko i w porownaniu do swych siostr i braci zyjacych na ulicy jest calkiem niezle wypasiona. Mezczyzni oplataja jej szyje girlandami czerwonego kwiecia, ktore widze po raz pierwszy na oczy i chyba jest jedynym kwiatem jaki wypada ofiarowac Kali, bo tylko takie sprzedaja w okolicy. Ide dalej. Kilka minut pozniej wracam. Kozka lezy na ziemi z odcieta glowa. Jej tulow wciaz sie spazmatycznie rusza, z szyi tryskaja strugi krwi, ktore zlizuje z ziemi szwendajacy sie bezpanski pies. Jeden z mezczyzn podstawia pod tetnice szyjna naczynie i zbiera swieza krew. Na szczescie nie jadlam sniadania wiec nie ma co mi podchodzic pod gardlo.

Bogini Kali wymaga krwawych ofiar. Codziennie.
Do swiatyni Kali podjezdzasz nowoczesnym i czysciutkim metrem. Stacja Kalighat.

DHAKA

1 komentarz

Ona budzi we mnie tak sprzeczne uczucia.
Doprowadza do szalu, wkurwia, meczy, ale tez na maksa fascynuje. Do tego czasami da sie ja tak po prostu lubic. Cala Dhaka.

Tak zatloczonego miasta jeszcze nie widzialam. Ulice zapchane ludzmi i pojazdami ze szpilki nie wcisniesz. Nieustanny halas od ktorego pekaja bebenki i do ktorego w perwersyjny sposob sie przyzwyczajasz. Roznego rodzaju klaksony, dzwonki riksz, burkotanie silnikow, dracy ryja ludzie, i tak 24 godziny na dobe. Nieco ciszej, z podkresleniem slowa NIECO, robi sie po 22ej, ale wciaz daleko do charakterystycznego dla azjatyckich metropolii nocnego wymarcia. Cala noc cos sie dzieje, jezdza samochody riksze i autobusy. I trabia jak wsciekle. Przynajmniej w Old Dhaka, w ktorej sie jak glupia ulokowalam. I choc kilka razy dziennie powtarzam sobie ze dla zdrowia psychicznego powinnam sie przeniesc do innej dzielnicy to nie potrafie. Bo Old Dhaka fascynuje.

Ogromne okno mojego hotelowego pokoju wychodzi prosto na glowna ulice. W zyciu nie przypuszczalam ze obserwowanie korku ulicznego moze byc tak fascynujace. Ten tlum pojazdow, kazdy probujacy sie wcisnac w najmniejsza szparke by podjechac choc pol metra, wbrew podstawowym przepisom ruchu drogowego to jakis obled. Jazda pod prad, nawet na rondzie to norma i to na oczach policji probujacej sterowac tym szalenstwem.

O dziwo, najbardziej wszechobecnym pojazdem na ulicach nie jest zmotoryzowany, trzykolowy pierdzacy pojazd, ktory tutaj nazywany jest baby-taxi (a jako ze ta wersja ma upiorny zielony kolorek, wiec na wlasny uzytek nazywam ja kermitem), w Indiach autoriksza, a w Tajlandii tuk-tuk. W Dace jest tak jak zapewne bylo w Indiach jakies 10-20 lat temu. Rzadzi prototyp, znaczy sie riksze rowerowe. Podobno jest ich ok 600 tysiecy w Dace, a nie zdziwilabym sie gdyby bylo wiecej. Sczepiony z rowerem, malutki powozik, z waska, maks dwuosobowa laweczka (na ktorej potrafi sie oczywiscie upchac cala, 5osobowa, tubylcza rodzina), ma rozkladany jak harmonijka daszek i jest obity srebrna blacha i ozdobiony kolorowymi obrazkami i malunkami. Tak jarmarcznie barwnych riksz to jeszcze nie widzialam. Ich kierowcy dokonuja cudow w korkach ulicznych walczac o miejsce z samochodami i autobusami (niektore sa czerwone i dwupoziomowe, jak w Londynie!). Wszyscy jezdza, jak to w Azji, jak psychole. Najgorszy pirat drogowy z Warszawy to lagodna owieczka w porownaniu do najbardziej flegmatycznego kierowcy w Azji. Ale o ile kierowcy w Indiach, przy calym braku szacunku dla przepisow ruchu drogowego i zycia swego i pasazerow sa lagodni, to w Bangladeszu mam co chwile deja vu z Poski. Agresja rzadzi. Wyzywanie sie jest na porzadku dziennym, kopanie sasiednich pojazdow rowniez, ze o rzucaniu wyzwisk pod nosem nie wspomne. To, co w Indiach ma na celu dotarcie do wyznaczonego miejsca w jak najszybszym czasie, tutejsi mezczyzni (w muzulmanskim kraju kobiety nie prowadza pojazdow) ewidentnie uwazaja za namiastke walki o przetrwanie i sposob na udowodnienie swej meskosci.

W ogole jest duzo wiecej roznic miedzy Indiami a Bangladeszem niz sie spodziewalam. Wczesniej wydawalo mi sie ze to taka troche sztuczna granica, wydzielona raptem kilkadziesiat lat temu, a teraz mysle sobie ze glupia bylam. Najbardziej bolesna dla mnie roznica, o ktorej akurat powinnam byla pomyslec wczesniej, jest zarcie. Indie sa cudownie wegetarianskie. A Bangladesz za cholere nie. Pomijam ze z reguly o zadnym menu nie ma mowy, a jak jest to w Bangla, wiec jakby nie bylo. Najgorsze ze oni praktycznie nic nie maja wege. Wolowina i kurczaki we wszystkim. Jade wiec glownie na owocach, nanach i herbatnikach. Za to jako ze krowy kroluja w menu to przynajmniej nie szwendaja sie po ulicach, i nie przyczyniaja sie do jeszcze wiekszych korkow (jakby to w ogole bylo mozliwe hi hi)

I dramat z angielskim. Nie spotkalam ani jednej osoby, z ktora przyzwoicie daloby sie porozmawiac. Uzyskanie podstawowej informacji wymaga glownie machania rekami i intensywnej mimiki twarzy. Chwilami jest ciezko. Jesli nawet sprzedawcy nie rozumieja pytania ‚how much?’…

Ale za to tubylcy sa absolutnie przemili. Sa tak goscinni, serdeczni i troskliwi ze przebijaja wszystkie moje poprzednie doswiadczenia. Och, oczywiscie ze to glownie zasluga tego ze niewielu bialasow tu przyjezdza. Moze kiedys sie przyzwyczaja i juz nie beda tacy, ale na razie sa i trza tu przyjechac by sie nachapac. Pomijam ze jak juz ktos mowi choc troche po angielsku i odwazy sie ciebie zahaczyc to chce cie wszedzie oprowadzic, zaprosic do swego domu itd. Oni w dodatku sie upieraja ze wszedzie beda za ciebie placic!!!! I to nie jest grzecznosciowe! Irine, ktora poznalam czekajac na lodke na Tongi river, uparla sie ze zaplaci za moj bilet i zaprosila mnie do swego domu. Piekna zabita dechami wies, kilkanascie kilometrow od miasta. Cudownie zielono (Bangladesz, utkany rzekami jest oblednie zielony, nawet przed monsunem), niesamowicie czysto. Gospodarstwo biedne i proste, ale czysciutkie i schludne. Duzy kontrast w porownaniu do indyjskich wsi. Rodzina (25 osob!!!) posikana o gaciach na moj widok. Rozmawiamy troche na migi, troche Irine tlumaczy kulawa angielszczyzna, a niektore slowa z Hindi okazuja sie byc podobne do Bangla. I tak zlecialy 3 godziny, w czasie ktorych dziewczyny odtanczyly przede mna miks tradycyjnych tancow i bolywoodu, a mama Irine (i jej 9orga rodzenstwa aaaa!!!!) wmusila we mnie obiad. W drodze powrotnej do Dhaki opiekuje sie mna kolezanka Irine, ktora w Dace mieszka w akademiku i ona tez pomimo moich protestow placi za riksze a pozniej za autobus. Tak samo innego dnia, koles ktory oprowadzil mnie po Pink Palace i starej Dace. Po Indiach jestem przyzwyczajona do tubylcow ktorzy bardzo chca z toba spedzic choc troche czasu i sie zakolegowac. Ale po raz pierwszy spotkalam sie z tym ze w biednym kraju tubylcy upieraja sie by placic za bialasa! Najgoretsze protesty nie odnosza zadnego skutku! To jakas kwestia honorowa dla nich. I tylko zal dupe sciska ze z angielskim jest tak zle. Nie ma mowy o zadnym wywiadzie socjologiczno-religijnym. Mam tylko luzne obserwacje, ze chyba bycie muzulmanka w Bangladeszu nie jest az tak zle jak w wiekszosci islamskich krajow. Owszem, niektore kobiety chodza zakutane po dziurki w oczach, ale jest ich niewiele. Z tego co sie dowiedzialam od Shahina (czy jak mu tam bylo) to niektore, bardzo konserwatywne rodziny oczekuja tego od kobiet po zamazpojsciu, ale z reguly jest to wolna wola laski. Wiekszosc dziewczyn pomyka w salwaar kameez albo po prostu w sari. Co bylo dla mnie na maksa szokiem, bo myslalam ze w tak rozebrane szatki (umowmy sie, przy burce to nawet sari robi niemal za stroj striptizerki) to tylko mniejszosc hindu sie odziewa, ale jak sie okazuje muslimy tez. Oczywiscie te plci zenskiej jedynie;.

W Dace jest sporo do zobaczenia. Niektore meczety sa przeurocze, czerwono-ceglane budynki uniwersyteckie z falbankowymi oknami i zaokraglonymi wiezyczkami piekne, tak samo bialy budynek sadu czy fort. Zajebisty jest Sadarghat, chaotyczny dworzec, z ktorego zamiast autobusow czy pociagow odplywaja lodzie. Wielkie, 3 poziomowe, dlugodystansowe, jak i malutkie, na wiosla, na okoliczna przejazdzke. Ale najbardziej lubie poznym popoludniem pospacerowac po waskich uliczkach starej Dakhi, a jeszcze lepiej przejechac sie po nich riksza. Oczywiscie rowerowa. A o zachodzie slonca wisze na oknie w moim hotelu i gapie sie na uliczny obled panujacy na dole lub na malowniczy spokoj na sasiednich dachach, na ktorych tubylcy puszczaja latawce. Czad.

Wiedzialam ze tak bedzie… jak tylko przeczytalam komentarz Niedzwiedzia…
Weszlam w maile a tu pytanie od mojej mamy ‚czy to prawda ze bedziemy dziadkami? Odpisz szybko!’
Duzy szacunek dla mojej mamy za zachowanie zimnej krwi (przynajmniej w mailu hi hi).
A jak 3 dni temu przeczytalam w mailu ze chodza takie ploty po warszawie to sie usmialam I pocieszylam ze rodzice mieszkaja w gdansku to do nich nie dojdzie…
Ech Niedzwiedz, skore bym ci wygarbowala))))

Niniejszym uprzejmie informuje ze:
- nie mam dziecka z hindusem
- w ogole nie mam dziecka
- nie jestem tez w ciazy
- I nie planuje byc w ciazy
- Nie wrocilam do polski
- I nie zamierzam w najblizszej przyszlosci do niej wrocic

Ale hi hi, gdyby matka natura pokrzyzowala moje plany (odpukac) to tak, dziecko by bylo jak najbardziej z Hindusem

A tak w ogole to jestem w bangladeszu, wlasnie w ambasadzie mi powiedzili ze dadza mi wize ale dopiero w poniedzialek. Czy ktos wie co mozna robic przez 3 dni w Dace?

Oslawiona Kalkuta. Tudziez znieslawiona. Brud syf i ubostwo. Matka Teresa i tredowaci. Backpackerska biblia City Of Joy autorstwa Dominique LaPierre (i owszem, czytalam i sie wstrzasnelam).

Przyjechalam tu gotowa na wszystko, a tu surprise. Indie cie zawsze zaskocza. Bo Kalkuta prosze panstwa jest calkiem milym miastem. A ja nie lubie duzych miast, zwlaszcza w Indiach. No to teraz wiem, ze Kalkuta jest wyjatkiem.

Na ulicach bez porownania czysciej niz w Delhi czy Madrasie. Sporo zielonych parkow czy trawnikow. Metro, ktorego Warszawa moze pozazdroscic, jest sprawne, szybkie, na maksa czyste i pozbawione zebrakow, pseudoartystow i handlarzy. Nawet w przejsciach podziemnych.
Nie wiem skad sie bierze ta tragiczna opinia Kalkuty, naprawde nie wiem.

A moze tak na mnie dziala nagly kontakt z cywilizacja, ze wszytko widze przez rozowe okulary? Sklepy z dobrami jakich nie widzialam od pol roku. Niewazne ze mnie na nic nie stac, fajnie jest popatrzec na wystawy i przypomniec sobie ze konsumpcjonizm istnieje (a mi sie bez niego wcale niezle zyje hi hi). Za to ilosc ksiegarni i ich zaopatrzenie wywoluje u mnie przyspieszone bicie serca. Ale to nic przy wstrzasie jakim byla pierwsza od czerwca ub roku wizyta w kinie. Zamierzam zobaczyc wszytko co sie da dopoki tu jestem. Dzis zaliczylam straszliwego gniota, Sky Captain, pewnie na podstawie jakiegos kultowego komiksu lub serialu, bo nie widze innego powodu dla ktorego wydano na to cos pieniadze i to pewnie niemale. Ale grzecznie wysiedzialam do konca, huj wie kiedy bedzie nastepna okazja ponapawac sie srebrnym ekranem. Za to Meet The Fockers jest zajebiste!!!!!! (jak to przetlumaczono w kraju? Pewnie Poznaj rodzicow 2 bleee). Jutro musze znalezc inne kino, bo w New Empire nic innego nie graja niestety. Moze gdzies trafie na Milion dolar babe lub Ray`a (pomarzyc he he).

Zaskakujaco duzo bialasow jak na poczatek hot season. I od cholery mlodocianych backpackerow z Japonii, Chin i Korei. Nigdy nie widzialam takich ilosci w zadnej innej czesci Indii. Ciekawostka.

Jest jedna rzecz o Kalkucie ktora sie potwierdzila. Riksze zaprzegniete w zywego czlowieka sa tak wstrzasajace jak slyszalam.
Dla tych co nie slyszeli:
Riksze oryginalnie byly bryczkami ciagnietymi przez czlowieka. Potem sie pojawily riksze rowerowe (wciaz gdzie niegdzie popularne), a obecnie kroluja autoriksze. Kalkuta jest najprawdopodobniej ostatnim miejscem na swiecie gdzie mozesz zobaczyc funkcjonujacy oryginal. Ludzki kon jest przewaznie w srednim wieku, drobny, przerazliwie chudy i wyniszczony. Nie wiadomo skad bierze sile by ciagnac sama bryczke. Ale w bryczce moga tez siedziec dwie tluste matrony z zakupami, albo 4osobowa rodzina. I rikszarz, z wykrzywiona meczensko twarza truchta ciagnac to za soba.
Jak to sie dzieje ze ludzie wciaz sie podejmuja takiej pracy, choc daje ona podstawowe utrzymanie w najlepszym wypadku a bonusowo gwarantuje przedwczesne zejscie (aczkolwiek denat wyglada tak staro, ze pomyslalbys ze po prostu przyszedl juz na niego czas), po takie informacje odsylam do wspomnianej wczesniej ksiazki City Of Joy. Wstrzasajaca lektura.

Generalnie bylam zwolennikiem zasady, ze nie nalezy myslec o swoim wrazliwym sumieniu w takich wypadkach (ten biedak jest taki chudy, to niehumanitarne itd), tylko uszanowac decyzje czowieka ze woli pracowac w ten sposob niz zebrac. Czyli wsiadaj i zaplac mu podwojna taryfe by ukoic poczucie winy. Jesli kazdy bedzie taki humanitarny jak ty, to facet i jego rodzina zdechna z glodu.

I z taka zasada potrafilam wsiasc do rikszy rowerowej choc pedalujacy koles byl nizszy ode mnie o glowe a jego uda byly jak moje ramiona (a ja naprawde schudlam hi hi).

Ale do rikszy ciagnietej przez czlowieka nie potrafie. Naprawde nie.

Kolejna wyprawa po wize rozpoczeta. Niemal 3 doby w pociagach pelnych potu za mna. Prysznic byl jednym z najlepszych w moich zyciu. Niemal godzine zdrapywalam z siebie kolejne warstwy brudu. Ale i tak najwiekszy syf zmylam z siebie pare lat temu po trekingu w Chiang Mai. Sapalka pamietasz jak ciezko bylo doszorowac pazury? (lza sie kreci w oku…)

Wciaz nie wiem czy z Kalkuty rusze na Bangladesz czy Nepal. Na logike blizej do Bangla, ale plotka backpackerska glosi ze nie wydaja tam wiz do Indii. Co brzmi jak kompletna bzdura, jak poinformowal mnie pan konsul w polskiej ambasadzie. PAn konsul jest absolutnie przecudownym czlowiekiem. Obiecal ze sie wywie o te wizy u pewnego zrodla, znaczy sie u czlowieka ktory wlasnie zamyka polska ambasade w Bangladeszu. Jutro powinnam wiedziec co i jak. Lekko sie stresuje czy na pewno dostane 3 wize z rzedu, bez wizyty w ojczyznie, bo kolejna plotka backpackerska glosi ze w Nepalu na przyklad wisi kartka w ambasadzie, ze jesli wlasnie skonczyla ci sie 6 miesieczna wiza indyjska to NIE WOLNO ci sie ubiegac o nastepna. PAn konsul uznal ze to kolejny bulszit, ale jednoczesnie mnie zapewnil ze gdyby cos takiego mnie spotkalo to natychmiast mam sie zglosic do konsulatu polskiego w Kathmandu i jego kolega mi na pewno pomoze to zalatwic. Nie mowilam ze pan konsul jest aniolem? Moze i dobrze ze Polacy malo podrozuja, bo byc moze gdyby pan konsul odbieral takie telefony jak moje codziennie to nie mialby czasu sie wywiadywac o takie pierdoly?

Moj ulubiony fragment rozmowy z panem konsulem:

Umawiamy sie na telefon, tlumacze ze szczegolami i rozwlekle ze bede miala mala dziure miedzy pociagami i sprobuje zadzwonic do niego z bombaju, a jak mi sie nie uda to dopiero w niedziele z kalkuty.
- ok, niech pani dzwoni jak bedzie pani wygodnie. Swoja droga to troche dziwnie pani jedzie do tej kalkuty, ale nie wazne…
- dlaczego dziwnie? – wcinam mu sie w slowo – Goa- bombaj – kalkuta, to chyba najkrocej?
- a, to pani z Goa do mnie dzwoni, myslalem ze z Delhi.
- I myslal pan ze z delhi do Kalkuty jade przez Bombaj???? (To jakby z Warszawy do Krakowa jechac przez Poznan, tylko odleglosci znacznie wieksze hi hi).
- wie pani, ja w tym kraju juz tyle siedze, ze mnie tu juz nic nie dziwi.

No, moze w ramach zdobywania wizy ogarnie mnie znowu lut szczescia, bo ostatnio to pech przesladuje. Nici z planow wakacji w Nepalu lub Sikkimie z Manu. Dopadla nas proza zycia czyli brak kasy i brak zaufanej osoby do opieki nad knajpa. Wiec po wize pojechalam sama. A knajpa potrzebuje i opieki i porzadnego stroza, jako ze tydzien temu nieznany sprawca zajebal mojego pentaxa, ktory grzecznie lezal w szufladzie za barem. Szkoda mi na maksa zdjec ktorych nie zrobie (przy kryzysie finansowym ktory nas ogarnal to moge se pomarzyc o takich luksusach jak nabycie nowego aparatu), ale najbardziej szkoda mi zdjec ktore byly na karcie w aparacie. Dokumentacja ostatnich 5 miesiecy, Ania zapamietale targujaca sie o paszminy w Anjunie, Martyna z Grzesiem i ich blogie miny nad zarciem w Silver Star, dom ktory wynajmowalismy w Palolem, imprezy w naszym Sunklubie, kolacja przy gigantycznej rybie ktora ledwo sie zmiescila do tanduri, i najgorsze, wszystkie zdjecia Spottiego, poczawszy od malego szczeniaka nad miska mleka, po coraz wiekszego szczeniaka bawiacego sie z ukochana szczeniaczka Beauty, czy francuskim jamnikiem Monsieur Loganem. No i oczywiscie wszystkie zdjecia ‚rodzinne’, Manu przytulajacy Spotiego, ja przytulajaca Spotiego, my razem bawiacy sie ze Spotim, Manu konkurujacy ze Spotim kto szerzej potrai rozdziawic paszcze itd. Po smierci Spotiego ogladalam te zdjecia tyle razy ze wiekszosc z nich doskonale pamietam. Co nie zmienia faktu, ze szlag mnie trafia ze juz ich wiecej nie zobacze. Czuje sie jakby Spoti umarl po raz drugi. Probowalismy rozpuscic wici ze odkupimy karte od zlodzieja, ale nie podzialalo. Jedyne czym sie moge pocieszac (always look on the bright side of life;) to ze nikt juz nie bedzie smial nastawac bym zamieszczala zdjecia na blogu he he;). No chyba ze jakas firma lub sklep fotograficzny chcialby mnie zasponsorowac i ofiarowac mi aparat. Wtedy poczuje sie zobligowana. Czekam na oferty…


  • RSS