Czas leci podejrzanie szybko. Albo bardziej swojsko to okreslajac, po prostu zapierdala. Ja naprawde nie wiem jak minely te prawie dwa miechy od ostatniej notki. Za to wiem, ze co najmniej kilka osob chcialoby mnie za to oskalpowac i za bardzo im sie nie dziwie. Znaczy sie – czas nadrobic zaleglosci.

Wiec tak:
W maju bylo potwornie goraco. Na maksa i bez przerwy. Lato zaczyna sie tu zaraz po zimie czyli w marcu. O ile marzec jest znosny, to w kwietniu juz jest za goraco, a w maju mozna dostac pierdolca. Czerwiec to teoretycznie juz monsun, ale w praktyce oznacza upiorne upaly pomieszane z naglymi gwaltownymi burzami, ktore daja kilkugodzinne zbawcze ochlodzenie. Na przyklad teraz siedze sobie na werandzie, wiatrak wieje prosto na moj kark a i tak po plecach mi plyna strugi potu. Fajnie nie? Marze o lodowcu… Wielkim i zajebiscie zimnym. O, wlasnie pierdolnal prad (poza sezonem czesciej go nie ma niz jest) wiec strugi zmieniaja sie w rzeke. W rzeki tez zamienia sie drogi i ulice, i to pewnie juz w ciagu najblizszych dwoch tygodni, ale na monsun ponarzekam pozniej he he, jak sie zacznie.

Wracajac do przedmonsunowych opadow to pierwszy zaatakowal 30 maja i byl wsciekla burza. Lekko zachmurzone niebo w ciagu sekundy stalo sie sine, a pozniej czarne. Zawial wsciekly wiatr demolujac nam pol werandy, rozwiewajac gazety na 4 strony swiata i robiac miazge z naczyn. Po czym grzmotnelo, blysnelo (przerazony Koks podkulil ogon i ze skowytem zwial prosto w mrok, ktory zapadl w srodku dnia) i lunelo. Ale jak! Temperatura momentalnie spadla z 40 do jakis 20. Pradu nie bylo przez 20 godzin, a lalo przez nastepne 7. Rowniez grzmialo i blyskalo. A blyskalo oryginalnie bo na fioletowo i rozowo. Podworko zmienilo sie w jeziorko. A raczej w bajoro. Wicher pizdzil jak opetany, unoszac ze soba co tylko sie dalo, w tym wielkie blaszane plachty z dachu. Nastepnego dnia okazalo sie ze byl to maly cyklon. Maly cyklon zdemolowal nasz sunklub. Dach kuchni zarwal sie pod ciezarem wody i lisci palmowych, ktore zwial wiatr. Zarwany dach kuchni dokonal oczywiscie odpowiednich zniszczen rowniez. Do tego deszcz zalal wszystko co bylo w restauracji. Gdyby ktos mial jakiekolwiek watpliwosci to nasza (niegdys) sliczna restauracyjka wyglada jak Polska po Potopie szwedzkim. Ale o biznesowym pechu nas przesladujacym napisze kiedys ksiazke i zatytuluje ja Przygody Hioba na Goa. A zniszczona restauracja to pikus przy tragedii rodziny mieszkajacej kilka kilometrow od nas. PIorun pierdolnal w dom i zabil 12letnia dziewczynke. Doszlam wiec do wniosku ze nie bede narzekac, choc przyznaje, nic mnie tak nie zdolowalo przez ostatnie kilka miesiecy jak widok naszego sunklubu po malym szalenstwie przyrody.

Po deszczu wyroily sie miliony zyjatek. W wiekszosci latajacych. Przez dwie doby powietrze bylo zageszczone najrozniejszymi mutacjami swierszczy, karaluchow, zukow, mrowek. Wszystko wielkie i skrzydlate. Po zachodzie slonca sciagalo stadami do sztucznego oswietlenia, wiec jak sobie chcialam poczytac ksiazke na werandzie to musialam sie pogodzic ze to wszystko co chwila na mnie laduje. PO kilku pierwszych piskach dalam se na luz i zaczelam ignorowac wybujala faune. Zaden karaluch juz nie wzbudzi we mnie wiekszych emocji, to jest pewne. A jak nieopatrznie zostawilam swiatlo w lazience na pol godziny to pozniej cala podloga byla pokryta swierszczopodobnym ruszajacym sie dywanem. Swierszcze oczywiscie swierszczaly, lazienka dawala odpowiedni poglos i Manu spedzil pol godziny na oczyszczaniu co by w ogole sie dalo spac. Za to Koks mial zabawe polujac na latajace stworki. Aha – stada skrzydlatych roily sie wszedzie wiec przejazdzka na motorze byla lekko niebezpieczna. Jak mnie jeden swierszcz pacnal w warge to spuchla jak glupia, dobrze ze nie w oko he he.

No i podobno to rowniez wplyw deszczu – weze wyszly na ulice. Widzialam dwa. Za pierwszym razem zobaczylismy kilkanascie metrow przed nami kolesia na motorze, ktory nagle dokonal karkolomnego manewru, jakby bral udzial w nieslawnej pamieci filmie Torque – jazda na krawedzi, albo jakby sie znienacka nawalil jak beton. Chwile pozniej Manu dokonal tego samego manewru, gdy zobaczylismy wijacego sie przez pol ulicy weza. Mial co najmniej metr dlugosci, trudno okreslic bo sie wil spiralnie, i byl niebieskozlotawy. Sliczny. Syczal groznie i podnosil leb, ale na szczescie bylismy za daleko by mogl dziabnac. Za to przygoda z drugim wezem, pare dni pozniej byla jeszcze lepsza, gdyz zobaczylam pierwszy raz w zyciu, na wolnosci KOBRE! Naprawde! Tez popylala przez ulice, na szczescie Manu zwolnil chwile wczesniej i udalo sie ja wyminac. Bylam podjarana jak glupia bo do tej pory, pomijajc zoo i inne takie to tylko widzialam skore porzucona przez kobre na plantacji herbaty na Sri Lance. Nawet Manu, ktory jak kazdy Indus nie znosi wezy i sie ich boi, byl lekko podekscytowany, bo zobaczyc kobre na ulicy to nie jest za bardzo norma. POdobno kobra przeslizgujaca sie przed toba na drodze przynosi szczescie. Przesad ten moglismy zweryfikowac zaledwie 2 godziny pozniej kiedy dostalismy mandat. Niestety biala skora podnosi cene i zamiast wykpic sie 100 rupiami lapowki, zawziete targi skonczyly sie na 700. Bycie bialym kosztuje. Bycie z biala tez hi hi.

Sezon turystyczny w Patnem sie skonczyl na poczatku kwietnia. Kiedy wrocilam z wiza dzialala juz tylko jedna knajpa na plazy i ostatnie niedobitki bialych ruszaly do domu, ew w gory lub do Palolem. Prowadzimy wiec blogie leniwe zycie, ktore jest zajebiste, pomijajc jeden skromny szczegol jakim jest brak jakichkolwiek dochodow hu hu. Pozostawiajac jednak rozwiniecie tematu wczesniej wspomnianym Przygodom Hioba na Goa, jestem na maksa zaskoczona jak bardzo takie zycie mi sie podoba. Wczesniej sie nieco obawialam ze po prostu bedzie nudno, ale nie. Spokojne leniwe zycie na goanskiej wsi wydaje sie byc idealem jak dla mnie. Wyprowadzilismy sie z naszej stancji przy plazy, bo w monsunie sie tam nie da mieszkac tak pizdzi. Z tego samego powodu z plaz znikaja wszystkie knajpki i coco huts. Plaza w Patnem jest teraz dzika i oblednie piekna. Nie zeby dalo sie to podziwiac w ciagu dnia, jest w huj za goraco. Ale o zachodzie slonca jest bajecznie. Jeden zasadniczy minus -morze jest z dnia na dzien coraz bardziej wzburzone. Wyglada to zjawiskowo, te wszytskie pieniste fale rozbijajace sie o skalki, ale plywac sie za bardzo nie da. Od dawna jestem jedyna osoba ktora sie odwaza plywac, a wczoraj mi sie najzwyczajniej w swiecie nie udalo wejsc do morza. Pic polega na tym zeby przebrnac przez pierwsze 20 metrow. Na tym odcinku jest w jednej sekundzie woda po kolana, a w drugiej zalewa cie gigantyczna fala. W polaczeniu z pradami fale potrafia czlowieka przeturlac przez 10 metrow, czyniac go tak bezradnym jakby byl w gigantycznej wirowce. Ale jak raz sie przebrnie przez ten odcinek to potem fale sa normalne i mozna plywac wzdluz plazy ile wlezie. Ale wczoraj mi sie nie udalo. Poddalam sie po kwadransie walki, w czasie ktorej morze bezwstydnie zdarlo ze mnie kilkakrotnie kostium kapielowy i zalalo gardlo litrami gorzkiej wody. A to dopiero poczatek, naprawde wsciekle morze jest dopiero w monsunie. Da sie wtedy czasem poplywac w Palolem, gdzie zatoczka jest bardziej wcieta w lad i morze spokojniejsze. Chyba wiec czekaja mnie dlugie spacery, bo bez plywania nie wytrzymam. To moj nowy, jakze zdrowy nalog.

Od polowy maja rybacy maja zakaz wyplywania w morze i tak do polowy sierpnia. Z powodow bezieczenstwa oczywiscie. Wiec jako ze jedynym rybnym zaopatrzeniem sa duze statki ceny poszly masakrycznie w gore. Ryby sa 2-3krotnie drozsze, a nigdy sie nie zaliczaly do taniego jedzenia w Indiach. Tak samo krewetki i kalmary. Za to bajecznie tanio mozna zakupic teraz lobstera. (przy okazji pytanie za sto punktow – czy lobster to po polsku langusta?). Lobster jest luksusowa potrawa. W sezonie, w przecietnej knajpce kosztuje 1200 rupii. Teraz, na rynku mozna kupic duzego lobstera za 100 rupii, a knajpie zjesc go za 400. Goanczycy (poza najbogatszymi) nie kupia lobstera, bo jest malo wydajny. To zdecydowanie turystyczny przysmak, a turystow jest jak na lekarstwo wiec ceny spadly na leb i szyje. Jeszcze jeden plus by odwiedzic Goa poza sezonem, jakby komus bylo malo pieknej, pustej plazy. No i mango. Sezon na mango zaczyna sie w kwietniu i trwa jakies 3 miesiace. Mango to ukochany owoc Goanczykow i chyba wszystkich Indusow. Rok temu tego nie moglam zrozumiec, chyba trafilam na jakies zle mango. Teraz sie nimi zazeram jak opetana. Wystepuja w niezliczonej ilosci odmian i uwielbiam wszytkie, ktore mialam okazje sprobowac. Poczawszy od tych malutkich, z ktorych wysysa sie sok przez dziurke nacieta w skorce, poprzez te wielkie, nie do konca dojrzale, sprezyste i orzezwiajace, skonczywszy na tych sredniej wielkosci, ktore po nacieciu zalewaja rece slodziutkim sokiem. Mango to najslodszy owoc na swiecie. O dziwo nasz Koks uwielbia mango, niemal tak samo jak wolowine. Ma szczeniak szczescie ze mieszka na Goa, gdzie katolicka spolecznosc i jej bynajmniej nie swiete podejscie do krow jest w pelni tolerowane. Ale o Koksie bedzie kiedy indziej. Jak rowniez o tytulach, ktore jednoosobowe jury czyli ja, przyznalo na koniec sezonu niektorym gosciom restauracji Sunklub. Bezapelacyjnie konkurs na Najbarwniejsza Postac sezonu wygral Marcus. Podejrzewalam ze wygra juz pol roku temu, po 2 tyg znajomosci. I Marcus mnie nie zawiodl. Ale o tym nastepnym razem. Jak rowniez o Najwiekszych Freakach sezonu, czyli odzywiajacych sie kartoflami anorektycznych Szwedach spiewajacych o swicie buddyjskie piesni pod oknami sasiadow.