rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2005

Oboje z Manu uwielbiamy zwierzeta. Cale szczescie bo inaczej mogloby dojsc do wojny. Jako ze nasz zwierzyniec czasami osiaga imponujace rozmiary, zwlaszcza wziawszy pod uwage ze juz od wiekow nie jestesmy burzujami co wynajmowali dom w Palolem, tylko jak na biedakow co splajtowali przystalo (ale w tym sezonie sie odkujemy – moja nowa mantra) mieszkamy w malym pokoiku z jeszcze mniejsza lazienka oraz kuchnia urzadzanej na werandzie, ktora i owszem, jest jeszcze mniejsza od lazienki;).

Na tych kilku metrach w pewnym momencie goscilismy: psa, kota, rybki, zolwia oraz wasatego homara. Na szczescie kociak Bili (malo oryginalne imie, bili w hindi znaczy kot) po 3 dniach uznal ze Koks jednak nie jest jego zaginiona mama, a z jego fiutka nie leci mleko i odszedl w sina dal, zolw Oli (odkupiony od naszych landlordow ktorzy chcieli z niego zrobic zupe) ulotnil sie podczas monsunowego spacerku w ogrodzie (mial codzienne wychodne, w czasie ktorego zakopywal sie gleboko w ziemi, az ktoregos dnia zapomnielismy o nim na pare godzin w czasie wielkiej ulewy i Oli, ku mojej cichej uldze, wybral wolnosc), a homar zgodnie ze swym przeznaczeniem wyladowal ostatecznie na talerzu, acz egzekucji musial dokonac Rama, bo Manu odmowil wspolpracy.

Ostatecznie ostalismy sie z Koksem i Fiszja czyli czerwonym bojownikiem. Tyle jesli chodzi o legalnych mieszkancow. Czasem nieproszone zjawiaja sie zaby, ktore cichutko czaja sie w lazience na komary i tylko gdy na zewnatrz pada deszcz, wydaja z siebie ostre dzwieki w niczym nie przypominajace kumkania. Zyjatka typu swierszcze, cmy, monstrualne koniki polne (ktore brzmia jak przerywana pila tarczowa i bez namierzenia skurwysyna mozna zapomniec o blogim snie), a takze komary, to nudna oczywistosc.

Najciekawszymi dzikimi lokatorami, jak dla mnie, sa gekony. Manu uwaza ze gekony sa oblesne i toleruje je bo nie ma innego wyjscia (pogon po suficie a la spiderman raczej awykonalna). Za to ja od dziecinstwa uwielbiam wszelkie jaszczurki. W gekonach zakochalam sie pare lat temu w Kambodzy, kiedy odkrylam ze wygladaja niemal toczka w toczke jak moj tatuaz, a do tego uwierzylam obiegowej opinii ze wyzeraja karaluchy. Co bylo szczytem glupoty, jako ze azjatyckie karaluchy porafia byc niewiele mniejsze od gekonow (a od babies nawet dwa razy wieksze) i te je kompletnie ignoruja, skupiajac sie na komarach, muchach i cmach. Co znaczy ze gekony na scianach warto miec. ‚Nasze’ gekony w ciagu dnia sie raczej kryja w roznych zakamarkach. Na zer wychodza po zachodzie slonca kiedy sztuczne swiatlo na werandzie przyciaga tabunami latajaca kolacje. I wtedy moge godzinami obserwowac ich gracje i zwinnosc z jaka sie bezszelestnie poruszaja, cierpliwosc z jaka przez dlugie minuty potrafia udawac skamieniale plaskorzezby i szybkosc z jaka jak piorun uderzaja na upatrzona ofiare. Po scianach i sufitach gekony gladko sie przeslizguja, zaprzeczajac prawu grawitacji. Czasem zdarza sie wypadek i gekon spadnie (jak kot na cztery lapy), z reguly w wyniku gekoniej bojki lub seksu. Tego ostatniego to w monsunie gekony musza miec od cholery, bo od jakiegos miesiaca zamiast kontrolnych 3-4 sztuk na scianie, chodza cale stada. W tym totalnie rozczulajace gekony-niemowlaki, dlugosci 4 cm, z czego polowa to cieniutki ogonek. A wracajac do spadania, to raz przyhaczylam gekona jak zlecial na lozko i okazalo sie ze po narzucie porusza sie dlugimi skokami, a la krokodyl, ktore wygladaly dosc komicznie.

A jakim cudem gekony potrafia zawisnac na pol godziny na suficie i sie nie zjebac? Otoz w podeszwach ich drobniusienkich lapek rosna setki tysiecy mikroskopijnych wloskow, z ktorych kazdy rozczapierza sie na koncu w kolejne kilka wloskow. (cytuje jakis naukowcow, nie zamierzam sprawdzac osobiscie). Wloski zyja wlasnym zyciem, wczepiaja sie w najmniejsze, niewidoczne ludzkim okiem szczelinki i w ten sposob utrzymuja swego wlasciciela w najbardziej akrobatycznych pozycjach.

Jedyna wada gekonow to ze nie daja sie oswoic. Nagly ruch czlowieka i gekoniaste w ulamku sekundy znikaja z pola widzenia. Nie da sie z nich zrobic pets, na zawsze pozostana dzikimi, acz przemile widzianymi lokatorami. Za to nie trzeba ich karmic!

PS ale zwierzyniec zamierzamy rozszerzac. Manu marzy o malpce, ale zapowiedzialam ze jak kupi na lewo malpke porwana z dzungli to go zakapuje policji (a na oficjalna adopcje osierocoej malpki nas nie stac). Mi sie z kolei marzy ogromna multikolorowa papuga, ktorej nie chce widziec Manu. Ale spoko, jak juz bedziemy miec kase na papuge to zamierzam ubic z moim chlopakiem deal ze bedzie mogl zalozyc hodowle bialych myszek o ktorej jeczy od dwoch miesiecy. W zamian za kakadu.

Drogi Robercie!

Czyz moglam przypuszczac, lata temu gdy sie poznawalismy na jakims koncercie chyba (marlboro rock inn? Cypress hill??? Ech ta pamiec cos zawodna…), lata temu gdy w wyborowym towarzystwie spozywalismy napoje wyskokowe na polach mokotowskich (a moze tylko bardzo dlugo przechodzilismy przez te pola wracajac bodajze z Parku? – znowu czarna dziura), rowniez lata temu gdy wycieralismy co tydzien krzesla w proximie (jakos wiekszosc mych wspomnien z Toba zwiazanych jest przycmiona koncertami i alkoholem), czyz moglam wtedy przypuszczac, ze ktoregos dnia, w dalekim kraju, na innym kontynencie, przeczytam twe nazwisko w gazecie wymienione pomiedzy Angelina Jolie a Penelope Cruz???

I nie, to nie sa jaja hi hi. The Times Of India, powazna i najwieksza Bombajska gazeta codzienna (btw w Indiach termin ‚gazeta codzienna’ jest jak najbardziej doslowny – wszystkie dailies wychodza przez 7 dni w tygodniu), oprocz kolumn poswieconych tym samym tematom co w naszej wyborczej, ma tez stala rubryke z ploteczkami szolbiznesowymi. I pomiedzy informacja ze Angelina sie stresuje planowanym wystepem Jennifer u Ophry a niusem ze Penelope i Matthew mysla o zawieszeniu karier na rzecz rozmnazania sie, ku memu totalnemu szokowi i rozbawieniu, znalazl sie Robert Sankowski! Uuuhhaaa!

Co prawda, uczciwie musze dodac, glowna bohaterka niusa byla wielce w Indiach popularna i uznana wokalistka Asha Bhosle i jej ostatni album ktory ponoc podbija Polske (?), ale jej sukces w naszej ojczyznie przypisano rewelacyjnej recenzji ktora w Gazecie Wyborczej napisal Robert Sankowski!

Jako ze do mediow odnosze sie z podejrzliwoscia i cynizmem wiec podejrzewam ze wielka slawa Ashy w Polsce ogranicza sie do elitarnego grona odbiorcow i sprzedania 2 tys plyt maks, ale trzymam kciuki. A wspolnych znajomych prosze o przekazanie tej wiesci Sankiemu bo mysle ze sie bardzo chlopak ubawi.

Saniolucja

3 komentarzy

Do ulubionych sportow Indusow naleza krykiet, krykiet i… tak, krykiet! Jak na ex-brytyjska kolonie przystalo. I tylko za cholere nie wiem dlaczego angole im nie wytlumaczyli przy okazji ze pilka nozna to football a nie soccer. Pewnie to nie byl sport dla pukha sahibow hi hi.

W kazdym razie krykiet od ‚zawsze’ byl ukochanym sportem mieszkancow subkontynentu, a krykieciarze robili za gwiazdy niemal porownywalne z bollywoodzkimi (acz bez przesady, w koncu gwiazdy bollywood robia tu za bogow)
Ale pol roku temu dokonala sie rewolucja na sportowych stronach tutejszych gazet. Imie rewolucji, prosze panstwa, brzmi SANIA MIRZA!

Nie mam bladego pojecia czy w Polsce ktos o niej slyszal, ale mocno trzymam kciuki by kiedys, jak najszybciej, byla tak popularna jak Graff, Navratilova czy teraz Sharapova. Bo Sania Mirza jest tenisistka. Pierwsza w historii Indii ktora znalazla sie w 50tce WTA. Rok temu byla gdzies pod koniec top 300. Pol roku temu wygrala jakis tam wazny turniej (sorka, ale ja sie gowno znam czy interesuje tenisem) i nagle podskoczyla w rankingu o 150 miejsc. I hardo oswiadczyla ze jej cel na rok 2005 to znalezc sie w top 50. Wielu uwazalo ze dziewcze ma duza gebe i za wysoko mierzy. I prosze, zaledwie pol roku pozniej Sania jest na 42 miejscu.

Lubie Sanie wiec strony sportowe (nie tylko, bo Sania coraz czesciej laduje na pierwszych kolumnach) sa od paru miesiecy moimi ulubionymi, choc jak wyznalam powyzej tenisem sie za cholere nie interesuje.
Bo Sania jest jaskolka zmian w Indyjskim spoleczenstwie i chocby dlatego warto jej kibicowac.

Ma 18 lat i jak jej nazwisko wskazuje (cwana jestem co nie? jeszcze rok temu za chlere nie rozroznialam nazwisk hindu od muslim, czy catolic) jest muzulmanka.
A kariera tenisistki bynajmniej nie nalezy do stereotypowych wsrod muzulmanskich dziewczat. (i hindu zreszta tez). Do tego Sania jest madra, wygadana i przebojowa. I lubi eksponowac swe poglady na t-shirtach. Najslynniejszy? ‚Well behaved women rarely make history ‚. Wszystko jasne?
Do tego Sania pochodzi z tradycyjnej i bardzo religijnej rodziny, ktora maksymalnie ja od lat wspiera. O ile jednak jej ojcu nie przeszkadza ze cora paraduje po korcie ‚kuso’ odziana, to religijni przywodcy maja duzy problem. No bo z jednej strony taka Sania to powod do dumy, ale z drugiej… Pokazuje ramiona i o zgrozo – nogi! Od siebie dodam ze w porownaniu do chocby siostr Williams, Sania ubiera sie na kort nadzwyczaj klasycznie i skromnie. A poza kortem nie ma mowy o odslanianiu wiecej niz twarzy, malego dekoltu i przedramion. Acz raczej nie chodzi w lekko workowatym salwaar kameez tylko lubi cos bardziej przy ciele, co przepieknie eksponuje jej wydatny biust. I to tez spedza sen z oczu przywodcom.

Ale chyba najgorsze ze Sania pokazuje innym Induskom ze mozna byc niezalezna, mowic co sie mysli i walczyc o swoje. I ze to procentuje.
I dlatego lubie Sanie i zycze jej jak najlepiej.

I jeszcze dlatego, ze pomimo setek lukratywnych ofert reklamowych znalazla czas by wziac udzial w charytatywnej akcji ‚Save the girl child’.

Ale o potwornym zapotrzebowaniu spoleczenstwa na synow, ktore owocuje w skrobaniu milionow dziewczecych plodow napisze w nastepnej notce. Za powazny temat na dzis.

PS Notke wystukalam (wciaz pieprzony rysik jest jechany) pare dni temu. W tym czasie Sania zdazyla wskoczyc na miejsce 34. Niezla jest co?

Wziawszy pod uwage jak fascynujacym i roznorodnym pod kazdym wzgledem krajem sa Indie, ilosc odwiedzajacych go turystow jest zaskakujaco mala. Milion rocznie. Niby sporo, ale na przyklad taki malenki Singapur przyciaga 20 razy tyle.

Jako powod podaje sie fatalna opinie jaka sie ciagnie za Indiami jak smrod po gaciach, ze:
a/ gdzie nie pojdziesz strasza slumsy, przerazliwa bieda i zebracy
b/ tubylcy na kazdym kroku oszukuja, kantuja, sciemniaja, klamia, naciagaja i okradaja biednych bialych turystow.

No dobra, jak w kazdej legendzie i w tej jest (duze) ziarnko prawdy. Ale bez przesady.
Niestety sami Indusi chyba w koncu uwierzyli ze sa narodem zlodziei i nieroztropnie zakladaja ze w takim razie biala skora jest gwarancja uczciwosci.

Praktycznie wszedzie bialemu sie ufa. W sklepie, jak ci zabraknie kasy uslyszysz ‚no problem, wez to (kolczyki, spodnice, ksiazke, papierosy, maslo), zaplacisz jutro’
W guesthousie, hotelu byc moze poprosza bys zaplacil za pierwsza noc gdy sie meldujesz, ale potem mozesz mieszkac tygodniami i nikt nie bedzie nalegal na biezace regulowanie rachunku. A na przyklad w Goa nikt sie nie bawi z ksiazka meldunkowa jak w reszcie kraju i nieuczciwy klient z latwoscia moze zniknac bez sladu.
Otwarty rachunek w knajpie to absolutna norma. I nie tylko dla stalych gosci. Jestes w knajpie pierwszy raz w zyciu, przychodzi czas zaplacenia rachunku, wyciagasz 500 rupii, kelner nie ma reszty i co? ‚no problem, zaplacisz nastepnym razem’.

Eee, tylko czasem nastepny raz nie nastepuje. Wiem cos o tym bo w koncu jestem ta wspolwlascicielka knajpy he he.
I dlatego ciesze sie ze Marcus w pewnym momencie przestal byc naszym stalym klientem. U nas, i owszem, uregulowal wszystkie dlugi. Ale jak sie przeniosl do Solitude i zaczal szastac kasa jak glupi to w pewnym momencie czeki dosylane z Anglii przestaly wystarczac. Wlasciciel Solitude kontrolnie wzial pod opieke paszport Marcusa i uwazal ze jest zabezpieczony. Dlug wynosil 60 tys rupii, co w Indiach jest powazna kwota. Sezon sie konczyl, Marcus wyniosl sie do sasiedniego Palolem, a Ashun wciaz kitral paszport. Nagle Marcus zniknal. Od poczatku mowilam ze moge sie zalozyc ze pojechal prosto do brytyjskiej ambasady w Delhi, zglosil kradziez paszportu i jest juz z powrotem w Anglii. Ale moja opinie podzielali tylko inni bialsi. Absolutnie nikt z tubylcow nie chcial w to uwierzyc. Az po dwoch miesiacach Ashun dostal koperte z Anglii zawierajaca czek na 18 tys rupii. Od Marcusa rzecz jasna. Jak na razie reszty kasy nie doslal, ale mimo wszystko lubie Marcusa wiec wole myslec ze kiedys to jeszcze zrobi.

Ale co na przyklad myslec o Francuzie, ktory dzisiaj o swicie wyniosl sie cichcem z pokoju, ktory wynajmowal u naszych landlordow? Mieszkal tu 4 dni, landlady serwowala mu co wieczor pyszne, domowe zarcie, byl bardzo mily i przyjacielski. Oczywiscie nikt nie widzial na oczy jego paszportu i nikt nie wzial zadnej zaliczki. Dzis wieczorem, zaniepokojona landlady poprosila Manu by zajrzal do niego bo ‚nikt go nie widzial caly dzien, a na drzwiach nie ma klodki, moze zacpal czy cos mu sie stalo?’. I znowu kurwa mac tylko ja wiedzialam od razu ze koles nie zszedl na zawal tylko po prostu zwial bez placenia. Pozostali byli w pelnym szoku gdy zobaczyli pusty pokoj.

I ciekawostka – koles pozyczyl ode mnie dwa przewodniki po Indiach. Oddal, nastepnego dnia pozyczyl znowu, ewidentnie byly mu potrzebne. Ale wieczor przed zniknieciem obie ksiazki oddal. Nie mial problemu by okrasc tubylcow, ktorzy byli dla niego mega goscinnymi gospodarzami ale zachowal resztki uczciwosci dla kolezanki w kolorze skory? Dlaczego?

Takich historii sa tysiace, naprawde.

‚W Indiach kradna i oszukuja.’
Ale nie tylko tubylcy.

‚Cyku, wiesz…’ – chyba lamie mi sie lekko glos – ‚to jest najlepsza wiadomosc od…’ – przez chwile idiotycznie sie waham od kiedy i nagle splywa to na mnie, takie oczywiste – ‚…jaka uslyszalam w zyciu’ - koncze.

Jest niedziela, 4 wrzesnia i wlasnie sie dowiedzialam ze moja ukochana przyjaciolka miala dzien wczesniej przeszczep nerki. Ufff….!!!!
Nerka natychmiast ‚zalapala’, lekarze zachwyceni, wyniki sie poprawiaja z dnia na dzien. Wszystkie wczesniejsze czarne scenariusze typu do miesiaca pobyt w izolatce czekajac az/czy nerka zacznie dzialac, nieaktualne. Ania za poltora tygodnia bedzie w domu. Zdrowa. Po prawie 2,5 roku koszmaru, ktorego pelen wymiar moge sobie tylko wyobrazac, bez wzgledu na to jak blisko jestem z Ania. I slowo honoru, ja nie wiem skad ona miala sile i odwage by przejsc te ponad dwa lata z taka… klasa? To glupie slowo w odniesieniu do sytuacji, ale nie moge znalezc lepszego. Ania jestes WIELKA i chce by o tym wiedzieli wszyscy co cie znaja i ci co nie mieli tej przyjemnosci:)

Po odbyciu trzech rozmow telefonicznych, z Marta (ktorej bede dozgonnie wdzieczna ze nie poprzestala na mailu, ale zadzwonila), z mezem Ani i w koncu z sama Ania wracam do domu zanoszac sie placzem ze szczescia. Rzucam sie Manu na szyje jakajac przez lzy ze Ania miala przeszczep. Na podworko, zwabiona mym przerazliwym szlochem, wylega rodzina u ktorej mieszkamy i sasiedzi. Wszyscy maja przerazenie na twarzach i nerwowo dopytuja sie co sie stalo. No wiec powtarzam, wciaz szlochajac, ze Ania miala przeszczep nerki. I w koncu udaje mi sie wykrztusic ‚I sie udalo!’. I nagle wszyscy zaczynaja sie z ulga smiac.

Ech, czyz zycie nie jest piekne?

…do tego jakze smutnego wniosku doszlam przez koszulke syna policjanta, ktory jest kumplem Manu (syn, nie policjant, acz z ojcem Manu tez zna sie calkiem niezle;).

Przez dlugi czas ignorowalam tak istotne oznaki jak:

- potworne zmary pod oczami i zaczatki kurzych lapek (‚to przez slonce i w monsunie zejdzie’ – huj, nie zeszlo). O coraz wyrazniej rysujacych sie liniach od nosa do ust nie wspomne. O zwiotczalej skorze na czole tez nie (ale czy naprawde musialam cale zycie udowadniac ze mam mimike twarzy jak Jim Carey?)

- zwawosc i gibkosc 87letniej staruszki zlozonej ciezkim atakiem reumatyzmu, ktore na trzy dni zapewnilo mi wypranie (reczne) czterech przescieradel i kilku ciuchow (zycie bez pralki jest hujowe, jak dobrze ze Manu nie ma problemu z wykonywaniem prac, zupelnie bez sensu zwanych kobiecymi)

No wiec ignorowalam powyzsze jak dlugo sie dalo. Az nadszedl ten feralny dzien gdy pojechalismy cala banda na wycieczke do wodospadu ukrytego w dzungli (chyba powinnam kiedys o tym napisac, wyprawa pojebow na maksa, w srodku monsunu). Jeden koles mial koszulke Korna (uwielbiam), drugi oznamial swiatu ze ‚Sid Vicious is not dead’ ( to zupelnie jak Elvis i Jim
Morrison, czyz nie?), a trzeci, uprawiajacy karkolomne lamance na swym motorze (to wlasnie syn policjanta, pracuje w banku i dorabia do nedznej pensji sprowadzaniem trawki z Karnataki) mial koszulke ze stylizowanym napisem VICTIM. Co mnie serdecznie bawilo przez cala wyprawe. I dopiero wieczorem, gdy zasypialam, pojawila sie straszna mysl. A jesli to nie zadna aluzja do jego stylu prowadzenia motoru tylko nazwa zespolu ktorego nie znam?!? Zdretwialam ze strachu. Czy jest mozliwe ze znienacka znalazlam sie w gronie zgredow ktorzy nie znaja aktualnych idoli muzycznych? JA??? Dziewcze co przepracowalo 8 czy 9 lat w branzy muzycznej (dopoki nie dalam sie skusic mamonie i nie przeszlam do filmu)?!?

I tak wlasnie doszlam do tego jakze smutnego wniosku, ze sie starzeje.

PS. Wrodzona uczciwosc kaze mi jednak dodac, ze tak naprawde mam gleboko w dupie czy Victim to zespol czy tez nie. Duzo bardziej mnie martwia kurze lapki kurwa mac.

I zapewne wlasnie to jest ostatecznym dowodem ze sie starzeje.
Dziekuje.


  • RSS