rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2005

No wiec tak.
To prawda.
Rzeczywiscie przylatuje.
Tak, dla mnei to tez niespodzianka.
Mam nadzieje ze dobra hi hi.

Wtorek, 18ego pazdziernika, laduje na okeciu o 11:45 alitalia z milano.
(podaje na czesc tych kochanych-nielicznych co pisza ze chca mnie odebrac:)))
Na prawie 4 tygodnie.

To wciaz brzmi dla mnei tak abstrakcyjnie, ze mam wrazenie ze dotrze to do mnie w pelni dopiero jak bede wsiadala w powrotny samolot do bombaju hi hi

wspominki z Dhaki

2 komentarzy

jako ze mam minute w kalkucie a internet tu blyskawiczny i tani to korzystajac z okazji wlepiam wspominki z Dhaki stukane w palmie.

5.10 18:00

Siedze na dachu mego hotelu, ktory jest jednym z najwyzszych budynkow w okolicy wiec panorame mam niezgorsza. Dhake spowija konczacy sie zachod slonca i zaspiew muezzinow. Na szczescie ten co wyl najblizej juz sie zamknal bo straszliwie falszowal. Teraz paleczke przejal inny meczet i ichni muezzin jest bez porownania lepszy. Do tego dziki chaos ulicy, tysiace klaksonow i dzwonkow riksz. Cala Dhaka.

Dzis, kiedy w koncu wzielam sie garsc (w czym wybitnie pomogly maile od Marteczki i Manu), wreszcie zaczelam sie cieszyc ta Dhaka. Znowu zagubilam sie w labiryncie waziutkich uliczek starego miasta, poudawalam ze jestem w Wenecji na Sadarghat czyli przeogromnym dworcu statkow, lodzi, lodek i lodeczek. Wynajelam nawet na pol godziny jedna lupinke (50 taka – ok 3 zl – zamiast kolacji, a huj przygodo) i naprawde czulam sie jak w Wenecji. Nawet kanalkowy smrodzik ten sam;).
A teraz znienacka zachod slonca poczerwienial z odcieniami pomaranczy, a na jego tle zablysnal cieniusienki sierp ksiezyca. Sam poczatek fazy wzrostu, jak nic. Mysle szybko zyczenie, a wlasciwie kilka.

Kiedys, a jak szczescie dopisze to calkiem niedlugo, ten caly syf z wiza bedzie kolejna anegdotka podroznicza do opowiadania. Ja sie tak latwo nie dam. Zwlaszcza ze, jak sie kolejny raz przekonuje, nie jestem sama.

06.10

Dzis, po raz pierwszy w zyciu zrobilam cos co z taka latwoscia przychodzi mieszkancom Azji. W centrum miasta, na srodku ulicy, charknelam i wyplulam klebiaca mi sie gardle flegme. Nikt nie zwrocil na mnie najmniejszej uwagi. O ile ten zwyczaj od dawna w pelni rozumialam (tutaj to kwestia higieny), to sama jakos nie moglam. Ale dzis to byl po prostu odruch. Dhaka jest najbardziej zanieczyszczonym miastem w jakim kiedykolwiek bylam (czy ja tego juz nie pisalam pol roku temu?). To czym sie tu oddycha to nie jest powietrze. To potworna mieszanka spalin, kurzu i brudu z mala domieszka tlenu i pozostalych istotnych skladnikow. W pewnym momencie prawie sie dusilam i… samo poszlo;).

Dhaka powoli mnie wykancza. To miasto ma swoj niezaprzeczalny urok, ale po kilku dniach czlowiek chce stad wypieprzac w podskokach. Ale musze wytrzymac do niedzieli. Wspolczuje ludziom ktorzy tu mieszkaja. Nie chce wiedziec w jakim stanie sa pluca przecietnego 40latka. Ja po paru dniach kaszle i mecze sie z potwornym bolem gardla.

Ominela mnie prawdziwa slowianska impreza. Kiedy targowalam sie z rikszarzem ile za kurs do ambasady, dwa bialasy, po ktorych na pierwszych rzut oka bylo widac, ze sa rezydentami, zaproponowali podwozke. W srodku bryki (pracownicy NGO`sow lubuja sie w terenowkach, nie pierwszy raz sie o tym przekonuje) zaczeli wiwatowac jak sie dowiedzieli ze jestem Polka. Chwile pozniej ja tez zaczelam piszczec z radosci bo Sasza byl z Moskwy, a Gienia z Minska. A braci slowian sie rzadko spotyka w Bangladeszu, podobnie zreszta jak innych bialych. Nieopatrznie wyznalam panom ze ‚ja skazala pa ruskij, oczien plocha, eee 15 years ago’, po czym panowie mowili do mnie juz tylko po rosyjsku. Co mi uswiadomilo ze jednak polski i rosyjski jednak nie sa az TAK podobne. Po drodze zatrzymalismy sie w westernerskim supermarkecie, co bylo dla mnie sporym przezyciem bo tak zaopatrzonego sklepu to nie widzialam od poltora roku hi hi. ‚Siewodnia party!’ mowi Sasza, znaczaco pstrykajac sie gardlo. Przyjezdza jakis szef z Moskwy i robia mega ochlaj z wyzerka. Wybieraja gigantyczne ryby (wszak rybka lubi plywac). Z zalem dziekuje za zaproszenie mowiac ze niestety dzis wyjezdzam. Na pozegnanie caluja mnie w reke. No Lech, Czech i Rus po prostu, znaczy sie bez Czecha. A potem sie okazuje ze wizy nie ma, ale panowie odjechal i za pozno by sie na imprezke zalapac.

Tym razem po Bangladeszu poruszam sie w salwar kameez, ktory zakupilam w Kalkucie. Bardzo madre posuniecie. Niby dluga, luzna sukienka i ogromna chusta otulajaca gorna polowe ciala, czy tez bojowki i koszula, daja ten sam efekt zakrycia ‚nieprzyzwoitych’ czesci ciala, ale jednak ubieranie sie jak lokalne laski robi lepsze wrazenie. Ciut mniej sie gapia, a jak sie gapia to z wiekszym szacunkiem. I nikt, absolutnie nikt nie gapi mi sie na cycki, co jest milym urozmaiceniem. W sumie to na co sie maja gapic skoro salwar kameez robi ze mnie bezksztaltny worek hi hi. Rozwazalam tez zakupienie stroju konserwatywnej muzulmanki, czytaj namiocik ze szczelina na oczy, ale dzis w autobusie taka pani przyklejona do mnie byla mokra jak w saunie wiec se raczej daruje. Niech sie gapia skoro to dla nich taka radocha. Swoja droga to to jest bardzo schizofreniczne uczucie rozmawiac z kobieta ktorej widzisz tylko oczy. Strasznie dziwne. Na szczescie wiekszosc kobiet w Dace odslania przynajmniej twarz.

08.10

Utwierdzam sie wyrobionej pol roku temu opinii ze mieszkancy Bangladeszu sa najbardziej mila, troskliwa i goscinna nacja wobec turystow na swiecie. Proby kantowania moge policzyc na palcach jednej reki. Bezinteresowna zyczliwosc i pomoc sa nie do zliczenia. Kolesia z kafejki internetowej juz opisalam. Pomijajac ciasteczka i siedzenie po godzinach specjalnie dla mnie, musze z nim walczyc by przyjal nalezne pieniadze. Serio. Policjanci na skrzyzowaniach zatrzymuja ruch i przeprowadzaja mnie bezpiecznie przez jezdnie. W piekarni pod hotelem, w ktorej codziennie kupuje litry wody czestuja mnie pysznymi ciastkami. Jak nie moge znalezc wlasciwego autobusu (a nigdy nie moge) to zawsze znajdzie sie ktos kto mnie zaprowadzi na wlasciwy przystanek I wsadzi do dobrego autobusu I jeszcze poinformuje konduktora gdzie nalezy mnei wysadzic. W godzinach szczytu, gdy ciezko zlapac autoriksze, moge byc pewna ze ktos ja dla mnie sciagnie, wytlumaczy kierowcy gdzie ma mnie zawiezc i jeszcze wytarguje z nim stawke. Albo skoryguje moje targowanie sie:
Prosze kolesia ktory mowi po angielsku, by wytlumaczyl rikszarzowi gdzie chce jechac i ze zaplace mu 20 taka. Koles tlumaczy po czym mowi ‚ok, zabierze cie tam, ale powiedzialem mu ze zaplacisz 10 taka bo to jest wlasciwa stawka’.
A jak jeden raz trafilam na rikszarza hujka, z ktorym najpierw ustalilam trase i kwote (pokazujac banknot 20tk, by nie bylo watpliwosci), a po dojechaniu na miejsce gdy mu dalam kase plus maly tip koles zaczal sie rzucac ze chce wiecej to pol ulicy na niego zaczelo wrzeszczec i mnie przepraszac.
Generalnie oni staja na glowie by bialas czul sie w ich kraju jak w domu. I doslownie promienieja ze szczescia kiedy spytana co mysle o ludziach w Bangladeszu, mowie szczerze ze sa najmilsi na swiecie.

No, ale za to wszystko jakas cene sie placi i jest nia absolutny brak samotnosci i prywatnosci. Chyba ze sie zamkne w pokoju. Nawet jak chylkiem przemykam na pusty dach hotelu, w ciagu 5 minut sciaga tam maly tlum. A o samodzielnosci lepiej zapomniec. Nie w tym kraju, a juz na pewno nie jak sie jest samotna laska. Oni po prostu nie wierza ze potrafisz czy chcesz dac sobie rade sama hi hi. A ze rozmawiamy na migi lub w lamanym angielskim to troche ciezko wytlumaczyc te roznice kulturowe. Wiec grzecznie daje sie prowadzic za reke. To w sumie calkiem wygodne;)

jest wiza…

1 komentarz

… oczywiscie tylko na miesiac, ale zawsze. dzis w nocy ruszam do kalkuty, stamtad jak najszybciej na goa. czyli kilka dni w pociagach znowu, byleby strajku nie bylo bo sie wsciekne. no i durga poooja w bengalu czyli moga byc duze problemy z miejscami w pociagach. zobaczymy.

w kazdym razei niezly ze mnei jas wedrowniczek kurna jak pomysle o trasie za mna i tej przede mna…

onet sucks

Brak komentarzy

od pol godziny probuje sie dobic do maili i kupa. nawet nie moge miec pretensji do kafejki bo wszystkie inne strony laduja sie piknie. zreszta i tak bym nie okazala zadnych pretensji bo wlasciciel kafejki trzymal otwarte do wieczora tylko dla mnei jak sie okazalo (piatek czyli tutejsza niedziela – dzien swiety swiecic) i donosi mi ciasteczka kosztujace tyle co godzina na necie, czyli wyjdzie na czysto. prawie ma lzy w oczach jak mu tlumacze ze nie pojade z nim do jego rodzinnej wsi bo pojutrze wyjezdzam do indii. i nie, on mnei nawet nie probuje podrywac, po prostu ludzie w bangladeszu tacy sa. ich goscinnosc, serdecznosc, troska i uprzejmosc pomagaly mi trzymac usmiech na gebie gdy byl dol.
ale zmeczona jestem i przeziebiona i chce juz do domu. Goa. A potem Polska.

(i tak, pozniej znowu goa, ja nie wracam, ja odwiedzam:)

POLSKA??????????

2 komentarzy

zgubilam kwitek na odbior paszportu. koles w okienku nawet nie jest zbytnio zaskoczony. chyba uwaza mnie za idiotke. ale jest przyjazny. mowi ze wiza bedzie dopiero w niedziele, ale za to na pewno bedzie. oczywiscie na miesiac, na jeden wjazd. zyczliwie po cichu tez radzi bym wroicla do polski i tam sie starala o nastepna 6 mies wize, bo w nepalu bede wygladac podejrzanie i on mi nie gwarantuje czy mi dadza wize.

2 godziny przed wizyta w ambasadzie dostalam maila od Marteczki ze juz mi zabukowala bilet do polski (choc pisalam jej ze pojade do nepalu) Przypadek? Intuicja? przeznaczenie?

wlasciwie dlaczego tak bardzo sie bronie przed tym powrotem do polski? bo nieplanowany? bo bede robic za zebraka (nawet bilet kupuje mi marteczka…) i nawet mnie nie stac na prezenty? bo boje sie ze Tata nie przyjedzie mnei odwiedzic w Indiach? bo… bo sama nie wiem?

….

i wlasnie przeczytalam kolejnego maila od Marty:
„ide jutro kupic twoj bilet, czekam na slowo TAK.”

no i co?

I… Tak tak tak TAK!

czy to znaczy ze za 12 dni bede w Polsce? tak, wlasnie policzylam dni, naprawde za 12, slownie dwanascie…
chyba tak, ale ja w to jeszcze nie wierze…

i co dalej?

4 komentarzy

No dobra. uzalalam sie nad soba pol dnia i styknie. czas na rozwazenie opcji.

wyjscie najgorsze:
nie daja mi w ogole wizy do indii.
rozwiazanie:
biore samolot do kathamandu i tam ide do ambasady indyjskiej.
minus: kasa. bede musiala od kogos pozyczyc odpowiednie srodki;) i wlasnie weszlam w poczte i juz jest mail od Marteczki ze pomoze. o boze jak dobrze miec przyjaciol…
minus2: musze siedziec w bangladeszu tydzien dluzej bo dopiero wtedy sa wolne mmiejsca na najtanszy lot
minus 3: w nepalu moga odmowic mi wizy i wtedy juz tylko pozostaje ojczyzna…

PYTANIE: z tego co wiem wize do nepalu bez problemu kupuje sie na lotnisku. czy ktos moze to potwierdzic pliz?
poniewaz bede miala lot tylko w jedna strone wiec mam male obawy czy nie robia wstertow na lotnisku. czy ktos wie czy spoko mozna wleciec do nepalu a opuscic go droga ladowa do indii? wiem ze Bart wlasnie mial taki cyrk wlatujac do tajlandii, gdyby ktos mogl potwierdzic jak jest z nepalem bede bardzo wdzieczna…

A teraz wersja optymistyczna:
dostaje wize na miesiac, na jeden wjazd do indii
rozwiazanie1:
wracam do indii przez kalkute (gdzie musze odebrac z hotelu iles rzeczy co bezmyslnie zostawilam na przechowanie) i stamtad wale na nepal.
minus: jak dotre do ambasady indyjskiej w katmandu to bede wciaz miala aktualna przez jakies 3 tygodnie wize indyjska. czy to nie bedzie im smierdzialo?
plus: z kalkuty blizej do nepalu niz z goa, zalatwie to hurtem i wydam najmniej kasy co jest bardzo istotne

rozwiazanie2:
z kalkuty wracam na goa, spedzam 2 tygodnie z Manu, po czym uderzam do nepalu.
minus: przez te dwa tygodnie mam gule w zoladku ze zdenerwowania czy mi dadza wize
minus2: wydam wiecej kasy i bede sie znowu szlajac wte i wete w pociagach przez pol kraju
minus3: jak bede miec duzego pecha to moge nie zdazyc wrocic na czas by odebrac z bombaju mego tate ktory dzielnie postanowil podbic indie tej zimy i zobaczyc jak mieszka cora
plus: bede wygladac ciut mniej podejrzanie w ambasadzie w katmandu
plus2: bede mogla sie ciut przygotowac na ewentulany brak mozliwosci powrotu do indii przez jakis czas – zabrac czesc rzeczy, powiedziec Manu ze go kocham i ze wroce

no, czy ktos ma jakies dobre rady? wynikajace z doswiadczenia – wizowo-podrozniczego lub daru przepowiadania przyszlosci?
chwytam sie wszystkiego;)

Dupa jasiu. po tysiecznych probach wreszcie dodzwonilam sie do ambasady. Nie moga pomoc. Czekam wiec do czwartku na werdykt. A na razie szwendam sie po Dace I rycze. Chyba zrobilam sie ciut mazgajowata.

Nie wiem co robic. Kurwa mac.

kurwa kurwa kurwa

1 komentarz

Pierwszy raz jechalam po wize w miare (podkreslam – w miare) wyluzowana I huj bombki strzelil. Pan w ambasadzie radosnie mi oswiadczyl ze nie moga wystawic drugiej wizy z rzedu. Czyli backpackerska plotka raz sie okazala prawda, choc co innego mowili mi w polskiej ambasadzie w Delhi.
Pic w tym ze raz – moja wiza do ndii wygasa w ciagu kilku dni, wiec nawet gdybym na nia wrocila to mala szansa ze zdazylabym dotrzec do innego kraju by starac sie o nowa wize. A na samoloty mnei nie stac. Szczerze mowiac to chyba nawet mnie nei stac na dojechanie ladem do nepalu.
Uznalam wiec ze pozostaje mi wziac pana na litosc. Wiec sie rozryczalam. Przyszlo bez wiekszego trudu zreszta;). W koncu pan sie zgodzil przyjac moje podanie, z blagalnym listem do ambasadora, obiecujac ze PoSTARA sie bym dostala wize na – uwaga – jeden miesiac. Czy sie uda dowiem sie dopiero w czwartek.

Jakby ktos mial watpliwosci – to ewentualne cudowne rozwiazanie I wielka laska ambasady ze dadza mi wizen a miesiac jest I tak maksymalnym gownem. Tyle ze przynajmniej mnie chroni przed braniem samolotu z bangladeszu co jest w huj drogie (a do innego kraju niz indie z bangle sie nie da ladem)

Pozsoatje mi tylko cien nadzie ze jak sie w koncu dodzwonie do polskiej ambasady w delhi to uda mi sie ich ublagac by wykonali jakis wazny telefon I popchneli sprawe. Acz chyba bardzo naiwna jestem z ta nadzieja. Nie zebym posadzala ich o niezyczliwosc – obawiam sie ze sprawami takiego kalibru po rpostu sie nie zajmuja.

Ale jesli ktos ma znajomosci dyplomatyczne, zwlaszcza w kregach indie bangladesz to bardzo prosze o kontakt I pomoc.

Kurwa mac, chyba Indie przestaja odwzajemniac moja milosc.

PS przepraszam wszystkich co czekaja na maile ale nie mam tu jak podlaczyc palma. bede sie starac cos znalezc ale raczje odezwe sie dopiero jak wroce – jesli wroce do Indii.

bandh day

Brak komentarzy

Bandh day

Czwartek, 29 wrzesnia ok 9 rano. Od 53 godzin zapacam sie w pociagach na trasie Goa – Kalkuta (tak, te 6 miechow szybko zlecialo, czas na nowa wize). Przewracam sie w polsnie na kuszetce. Pociag stoi na stacji. Zasypiam. Znowu sie budze. Pociag nadal stoi. Wciaz ta sama stacja. Probuje spac ale bez bryzy okiennej jest ciezko. W koncu otwieram zapuchniete powieki, ocieram pot z czola czarna od brudu reka, podnosze sie z wyra probujac odlepic z siebie portki i odkrywam ze juz jest 10a a my wciaz stoimy na tej samej stacji, Tatagore bodajze. wagon dosc wyludniony, za to peron zaladowany ludzmi.
- Politics! Protests! All trains stop! - kulawa angielszczyzna wyjasnia mi sasiad.
Po kilku nastepnych rozmowkach nie jestem madrzejsza. Wiem tylko ze pociag odjedzie o 14:00 (wedlug pana sprzedajacego jablka), o 16:00 (wedle naczelnika stacji), o 18:00 (wedle policjanta). Ktos sugeruje ze pociag odjedzie jutro, ale odmawiam przyjecia tego do wiadomosci.
Jestem brudna, smierdzaca i glodna. Ok 13:00 cos szczekaja przez megafon. Sasiad mowi ze mamy sie przesiasc do pociagu na innym peronie. Maja go wypuscic za pare minut. Biegniemy zajac miejsca. Po czym pociag sobie odjezdzal ‚juz za kwadrans’ przez nastepne 5 godzin. O rzesz…
Upchnieci jak sledzie (dwa pociagi w jednym) dojechalismy do Kalkuty przed polnoca czyli ze skromnym 9 godzinnym poslizgiem. W miedzyczasie pozyskalam niesmialego wielbiciela ktory donosil mi czekoladki cadbury`s (najdrozsze w indiach) oraz zakolegowalam sie z rodzinka co mieszka w Indiach, ale prowadzi biznes w Buthanie (fuksiarze, oni nie musza placic 200 dolcow za dzien pobytu w tym ponoc magicznym buddyjskim krolestwie).

Na dworcu w Kalkucie byla jakas masakra. Wszystkie sklepy i jadlodajnie zamkniete na cztery spusty. Setki jak nie tysiace sfrustrowanych ludzi lezacych na ziemi lub szwendajacych sie bez celu. Problem ze zlapaniem taksowki. Tzn taksowek bylo w huj ale wiekszosc nie chodzila bo prosze panstwa – wreszcie sie dowiedzialam o co biega – byl STRAJK, znaczy sie bandh. Przez 24 godziny, dzieki tutejszej partii komunistycznej, wszystko bylo w pizdu zamkniete, sklepy, knajpy, fabryki, szpitale, firmy panstwowe i prywatne. Pociagi nie chodzily, taksowki, autobusy i tramwaje nie jezdzily, samoloty nie lataly. Prywatne pojazdy tez nie jezdzily bo tlumy protestujacych zatrzymywaly. Teoretycznie strajk mial sie tyczyc tylko firm panstwowych, fabryk i tego co zwiazane z przemyslem. Ale tluszcza zmusila do 24godz bezrobocia wszystkich. Na przyklad wpadali do prywatnych firm i wypierdalali ludzi z biura na zbity pysk. Albo obrzucali nieszczesnikow-pracoholikow smieciami i zgnilymi owocami. Albo grozili ze jak nie wyjda po dobroci to ich zamkna w biurach na cala noc. Przywodcy partii i rzadu pokazywali sie publicznie i przypominali swemu elektoratowi ze umowa byla ze nikt do strajku nie bedzie zmuszany, ale elektorat mial ich w dupie.

A ja w koncu znalazlam taksowke (dzielona z innymi pasazerami bo kierowcy upychali do bryki ile wlezie, kazdego czardzujac jak za osobny kurs) i dojechalam na Sudder Street. I zgodnie z mymi obawami zaczelam calowac klamki, a raczej zamkniete na cztery spusty bramy, bo w Kalkucie maja zwyczaj zamykac guesthousy o 23:00. W koncu sie dobilam do mego ulubionego hotelu Maria, zaspany portier owiniety w lunghi wyjasnil ze wszystkie pokoje na gorze (gdzie taras i fajnie) zajete i ma tylko dwojke z lazienka za (kurwa mac, ja naprawde jestem teraz bidakiem) 250 rupii. Choc byla 1:00 w nocy a ciemne ulice zawalone bezdomnymi i zulami, odwaznie udalam sie na poszukiwania czegos tanszego. Pocalowalam kolejne kilka bram, a jak bylo otwarte (czytaj udalo mi sie kogos wyrwac z objec morfeusza) to nie bylo miejsc. Wiec gdy zobaczylam wjezdzajace na Sudder Street taksowki z wysypujaca sie mlodzieza japonska, uznalam ze czas potruchtac raczym klusem do Marii i wziac te ostatnia dwojke za 250, a huj!

A dzis przemeldowalam sie do Paragonu za 130 rupii, a o strajku czytam sobie w gazetach i perwersyjnie zaluje ze nie przyjechalam do Kalkuty dzien wczesniej by ten cyrk zobaczyc w pelnej krasie.

PS Gwoli formalnosci – ponoc strajk byl w calych Indiach, ale najwieksze cyrki byly w stanach ‚komunistycznych’, czyli wlasnie Bengal i jego stolica Kalkuta m.in. Goanczycy przezyli dzien w blogiej nieswiadomosci i Manucz chyba za bardzo mi nie uwierzyl gdy mu raportowalam przez telefon co sie dzieje hi hi.

PS2 Nie moge sie oprzec by nie poinformowac ze mieszkam w szafie. Really. Pokoik w Paragonie ma drzwiczki dokladnie jak do szafy i nawet prog jest odpowiednio wysoki. Do tego podloga jest po duzym skosie i pod nogi lozka podstawiono cegly coby czlowiek nie zjezdzal. A rozmiar pokoiku – bingo – jak szafa. I to nie za duza.


  • RSS