23 października

Warszawa wydaje mi się pięknym, klinicznie czystym, zadbanym, nowoczesnym i światowym miastem. To musi być szok kulurowy, nie ma innej opcji.

Korki uliczne takie przyjazne i spokojne. A w ogóle to o jakich korkach my mówimy? W warszawie NIE MA korków.

I jak pusto na ulicach. Wyludniona jakaś ta stolica. Taka cicha.

Faceci jakby zaczęli o siebie bardziej dbać, nieco wyprzystojnieli. Ale potem się okazało, ze siedziałam w knajpie okupowanej przez gejów.

Guma do żucia zachowuje smak do dwóch godzin. Ta co przywiozłam z lotniska w Bombaju smakuje jak siano po 3 minutach.

Wszyscy dookoła mówią po polsku. Ja też. Dużo, bardzo dużo, a może nawet ZA dużo hi hi.

Jaki szybki serwis w knajpach. Zamawiasz i natychmiast dostajesz. Tylko moi przyjaciele komentują „coś długo czekamy”. Jakie długo? 20 minut? Toż to ekspres!

I podoba mi się że jest zimno. Zachłystuję się lodowym powietrzem, jest takie suche i rześkie. Trzęsę się z zimna w ogródku na Nowym Świecie. Połowa października, dochodzi północ. Wszystkie ogródki pełne. I to jest do cholery Warszawa??????

Wpierdalam jak głupia ogórki małosolne. Zażeram się serkami pleśniowymi i opijam litrami caffe latte, moccha i cappucino. Mniam…

Idę na ploty i 4 godziny zlatują jak jedna. Głos mi się obniżył od gadania. O poranku mam głos jak Marianne Faithfull. Niestety tylko gdy mówię.

Fajnie jest być znowu w Polsce. Zajebiście. Cudownie być tak rozpieszczaną przez wszystkich jak jestem. Jak ktoś jest spragniony ludzkiej troski i uwagi to polecam wyjazd na półtora roku hi hi.

16 listopada, Warszawa (jeszcze)

To powyżej to pierwsze wrażenia, których jakoś do dziś nie zdążyłam wstawić. Lista rzeczy których nie zdążyłam jest gigantyczna. Szast prast, miesiąc minął jak jeden dzień i nagle siedzę o 4 rano przy plecaku pękającym w szwach od prezentów. Nie zrujnują mnie za nadbagaż tylko dlatego, że Marteczka spakowała się mikroskopijnie i załapię się na jej niewykorzystany limit. Za godzinę ruszamy na lotnisko…

25 listopada

Czas pędzi. Zauroczyłam się w Bombajem, przywiozłam Tatę na Goa, wysłuchałam sto lat śpiewanego przez polską ekipę. Dobrze wrócić do domu. Jest piknie i tyle.

Pozdrowienia dla wszystkich co dymają do roboty przez zamiecie i zawieje;)
Przeprosiny dla tych z którymi nie zdążyłam się spotkać.
Mój pobyt upłynął pod znakiem allegro czyli chronicznego braku czasu, niedosypiania i zalatania. Taka chyba moja karma w Warszawie – nawet gdy jestem bezrobotna to zapieprzam jak motorek;)