rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

Zaległy wigilijny wieczór…

Nocny bazar dla turystów w B. Nawet fajnie wygląda. Kolorowy, błyszczący światłami, z jeziorkiem, w którym to wszystko się odbija. Stoiska z pamiątkami, ciuchami, biżuterią i żarciem. Jest nawet sushi, ale po przeliczeniu że bardziej wymyślny zestaw kosztowałby mnie prawie całą dniówkę rezygnuję. Gdzie się podziała ta lalunia co niegdyś mykała na służbowe lanczyki do japończyka;)
Na środku bazaru króluje duża scena na której produkuje się lokalny klezmerski bend. Jak tłumaczy Dirk, mój nowy szef, mają podpisany kontrakt na cały sezon i nie da się ich już wymienić. A szkoda… jedna z wokalistek jest całkiem przyzwoita, ale koleś powinien śpiewać tylko przy goleniu i to pod warunkiem, że mieszka sam. Ale tłum bardzo białych czarterowych turystów z domieszką najbogatszych Hindusów z Bombaju czy Delhi bawi się wyśmienicie. Dopiero ok północy wchodzą na scenę białasy, z których przynajmniej połowa to Israelis i na różnych bębenkach i bębnach, sitarze i tej australijskiej rurze, której nazwy nigdy nie zapamiętam (Marta, Roman, didjeridu???), odstawiają naprawdę zajebisty koncert. Tłum zasłuchany i wpatrzony w szamański taniec laski z zespołu. Dla każdego coś miłego, jako że Izraelka jest w miarę skąpo odziana i rusza się bardzo fajnie.

A ja szczerzę zęby w uśmiechu za ladą stoiska z roastbeef, chicken satay, pieczarkami w panierce i kanapkami na gorąco szumnie zwanymi croque. Pomiędzy szczerzeniem zębów zmywam gary, przyjmuję zamówienia, kroję warzywa itd. Dirk ma dobre serce i odpuścił mi obrabianie mięsa po wyznaniu, że jestem wege i się brzydzę. Dirk i jego żona są z Niemiec i po dwuletnim zwiedzaniu świata upewnili się, że do ojczyzny nie chce im się wracać, a oszczędności powoli się kończą. Wprowadzili więc w życie plan 3-letni. W trakcie którego mają przećwiczyć różne opcje pt. jak zarabiać pieniądze żyjąc tutaj. Tutaj czyli gdzieś w Azji. Zarabiają na Goa, poza sezonem mieszkają w Pakistanie, nie wykluczają w przyszłości Bali czy innej Tajlandii. Bazar jest raz w tygodniu. Dirk po pracowitym dniu i nocy wyszedł z zarobkiem na czysto dwa razy większym niż pensja którą wypłacił mi. A moje 500 rupii to nie są jakieś niezwykłe kokosy czy nie? Podziwiam go za optymizm i pogodę ducha. I spokój z którym mówi – wciąż się uczę, efekty mają być w przyszłym sezonie.

Coż, ja też się uczę. Cholera wie co będę robić w Lądku i jakie doświadczenie się przyda. Niby dostałam życzliwego maila od kogoś kto 3 miesiące temu poznał mnie jako panią restauratorkę ‘I don’t think you will have a problem getting a job in media, send me your CV and I will chat to a few friends’, ale… czy ja chcę pracować w mediach? Nawet w Londynie? A może zwłaszcza w Londynie? Wiem, ze powinnam fikać nogami z radości, ale… Ja naprawdę mam wymiot na myśl o takiej pracy jaką miałam kiedyś. Praca w knajpie jest sto razy przyjemniejsza, przynajmniej dla mnie. I tylko wymiękający po 12 godzinach kręgosłup i obolałe nogi przywracają mnie do rzeczywistości.

Poczekamy, zobaczymy, wybierzemy. Jak będzie z czego.
A na razie przede mną 5 dni rozdawania ulotek po plażach i knajpach. W końcu trzeba zarobić kasę na bilet do ziemi obiecanej;)

Kiedy wracamy po 3ej z Moniką z roboty, drogi są zapełnione brykami i motorami ujeżdżanymi przez imprezowy tłum. Docieramy do naszej wsi i ze zdumieniem przecieramy oczy widząc nasz dom jarzący się lampkami i obwieszony gwiazdami i girlandami.
- Nie spodziewałam się, że będę miała takie fajne święta – mówi rozmarzona Monika i nie ma w tym żadnej ironii. Przytakuję jej, całkiem szczerze.
Później zaspany Tata tłumaczy nam, że to Mahesh, właściciel domu przyjechał wieczorem i wszystko zawiesił. Gest jeszcze bardziej ujmujący jako że Mahesh jest Hindu i co go właściwie Christmas obchodzą i białasy które już i tak rent zapłaciły. A jednak….

Wigilia.
Poranna sesja jogi na tarasie na dachu, z widokiem na upalmione pagórki. Przestrzeń, zieloność i ciepłe światło wschodzącego słońca na twarzy w podziękowaniu za składane mu pokłony – suriya namaskar. Pierwszy raz o tej porze, jęczymy z Moniką przy każdym rozciągnięciu, ale obiecujemy sobie, że to pierwszy ale nie ostatni raz.
Śniadanie na werandzie, muesli z papają i najpyszniejszym curdem jaki jadłam w Indiach. Codziennie się nim zażeram w ilościach totalnych.

Potem żywieniowo-świąteczne zakupy na bazarze w M. Niby jestem tam co drugi, trzeci dzień a jeszcze takiego bazaru nie widziałam. Widać, ze jesteśmy ciągle w Indiach, ale jednak w Goa, w połowie katolickim stanie. Niemożebny tłum, połowa sprzedawców zachwala donośnym rykiem swój towar, do tego ‘jingle bells’ i inne takie. Stoiska z wielkimi, papierowymi gwiazdami, lampkami, błyszczącymi girlandami, czapeczkami Mikołaja, minichoinkami w doniczkach i gwiazdkami betlejemskimi. Na ziemi co kilkanaście metrów stosy odpadów warzywnych, bazar już wygląda jak pobojowisko a wciąż jest ranek. Wracam na skuterze, pomykam przez górki, wsie, lasy i pola. Nogi upchane gdzieś pomiędzy gigantycznymi siatami. Jutro Monika robi pastę a ja barszcz. Zakupione ciasta, w tym goanski smakołyk dodol, odrobinę galaretkowate w konsysytencji, na bazie ryżu i jaggery, czyli kwintesencji cukru. Pyszne, ciekawe czy w ogóle dotrwa do jutra.

Kolacji wigilijnej nie będzie bo obie z Moniką pracujemy, ona tradycyjnie ma swoje stoisko z piękną biżuterią i ciuchami robionymi przez kaleki, ex-narkomanów i innych ‘złamanych życiowo’z aszramu Sewa w Delhi gdzie Monia prowadzi projekt Destitute. Ale o tym kiedy indziej. Ja dziś pierwszy raz jako wypadkowa pomocy kuchennej, barmanki i kelnerki.

A przed robotą chyba jeszcze skoczę na plażę zmierzyć się z falami i przestrzenią.
Takie Święta to lubię.

Wesołych, pogodnych, rodzinnych i jakich tylko sobie życzycie…

Staram się nacieszyć na zapas. Wiatrem we włosach, palmami na horyzoncie, małpami podchodzącymi pod dom (rzadko), wieczornymi koncertami świerszczy. Falami roztrzaskującymi się o skały. Ale już nie słyszę szumu morza jak zasypiam. Za daleko.
Niedługo będą już tylko wspomnienia. Będę się nimi karmić po powrocie do matrixa. Ale to tylko przez pół roku, mam nadzieję. Potem znowu, a raczej wreszcie, w drogę. Może ktoś ma oferty pracy w Londynie? Tak mniej więcej od marca?

Nigdy nie rozumiałam jak inni co ‘rzucili wszystko’ potrafią wrócić i się cieszyć.
Lobotomia?

Byłam dwa dni w Bombaju. Porozmawiać długo i ważnie, podziękować i nacieszyć się obecnością. I bardziej prozaicznie – wcisnąć 4 kilo rzeczy różnych. Byłoby ich więcej ale jak wiemy wszystkie airlines maja te cholerne limity bagażowe, niech je szlag…
Jechałam pierwszy raz tzw. luxury volvo sleeper coach. I w ramach luksusów łyżeczkowałam się na podwójnym (teoretycznie bo szerokość to ma może z metr) łóżku z tłustawą, niemiłosiernie się wiercącą Hinduską. Miałam opcję łyżeczkowania się z młodym bekpakerem, którego rozpromieniony uśmiech zmienił się w smutną podkówkę kiedy oznajmiłam mu, że bukowałam miejsce obok ‘lady’, a on lady na pewno nie jest.
- Ale mi to nie przeszkadza – oświadczył z nadzieją w głosie.
- Ale MI przeszkadza – pozbawiłam chłopaka złudzeń.
I potem miałam całonocną walkę z Hinduską o moją połówkę. A jak przez sen objęła mnie czule za biodro pomyślałam, ze może jednak nie powinnam była być tak zasadnicza. Przynajmniej bekpaker był szczupły.

I zakochałam się w Bombaju jeszcze bardziej. Moje ukochane miasto w Indiach. Jest piękne, z klimatem i bryzą. I ten manhattan podziwiany z Chowpatty beach w przerwach pomiędzy odganianiem kolejnego sprzedawcy czaju i chętnego masażysty, że o tabunie profesjonalnych żebraków nie wspomnę.

Ale, to już z innej bajki, by cieszyć się takim Bombajem trzeba mieć kasę. Kocham miejsca w których można być biednym jak mysz kościelna i być szczęśliwym. Miejsca gdzie nie musisz sobie kupować przyjemności. Znajdę takie jeszcze raz, kiedyś.
A na razie ‘welcome to the real world’. Przecież wiedziałam, że tak będzie.

Fotki Grzesia przeskakują, klikam jak opętana. Moje ukochane miejsca. Miejsca których może już nigdy więcej nie zobaczę. Zarejestrowane fragmenty życia, które się skończyło. Nieodwracalnie. Och, gdybym chciała to proszę, mogę wrócić w każdej chwili. Tylko po co? Już za późno. Łuski, bielmo, zaślepki, wszystko pospadało z oczu. Koniec oszukiwania się i koniec bajki, którą sobie przez ostatni rok opowiadałam każdego dnia.

Wyjechałam z Patnem w zeszłą środę. O świcie, jak stałam, bez niczego.

To dobrze brzmi.

W rzeczywistości wyjechałam przed południem, pod osłoną pijackiego snu, taksówką po brzegi wypełnioną mym żałosnym dorobkiem. Kierowca umówiony przez Cziczu i Simę, by wszędzie rozgłaszał, że odstawił nas na stację kolejową w Margao. I nawet tu na blogu nie chcę pisać gdzie jestem bo a nuż jakaś życzliwa i nieświadoma polska dusza co trafi do Sunklubu w poszukiwaniu rudejzazji podejmie się misji połączenia dwóch serc. A tu nie ma czego łączyć. Nie odbieram telefonów, nie odpisuję na maile. Zniknęłam.

Czy tęsknię? Tak, do bólu. Płaczę też, czasem strasznie. Zżera mnie żal a czasem wściekłość. Ale to drugie tylko na samą siebie. Że mogłam być tak głupia i ślepa. Że tak strasznie oszukiwałam samą siebie, że upierałam się że moje życie to bajka.
Czy żałuję? Że odeszłam, nie. Absolutnie nie. Ale że byłam, też nie. Generalnie nie żałuję prawie niczego. Tylko, że nie mogłam zabrać ze sobą Koksa i Kol. I że niechcący, z głupoty zafundowałam ciężkie chwile moim bliskim. Tego najbardziej.


  • RSS