rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

Nafaz

3 komentarzy

On wygląda jak miks Latynosa i Hindusa. Ona mogłaby być piękną Israeli, ewentualnie mieszanką, taką gdzie oryginalna południowo-bliskowschodnia uroda uwydatnia się na tle jasnej skóry. Lekko mnie wcina kiedy słyszę, że oboje są z Iranu. Ale to pewnie moja ignorancja jako że w Iranie jeszcze nie miałam przyjemności być. Ich córeczka to jedno z najśliczniejszych dzieci jakie w życiu widziałam. Idealne połączenie urody rodziców, rysy mamy i koloryt ojca. Mała piękność.
Stoimy i gadamy. Tata trzyma córkę na rękach. Mała, lekko znudzona, nagle zwraca na mnie uwagę. Patrząc mi głęboko w oczy rozpina suwak u bluzy. W końcu łakomy wzrok osadza się na moim biuście.
– Eee… ona dopiero co przestała być karmiona piersią – tłumaczy lekko zaklopotany Pedram, próbując powstrzymać córę przed wbiciem się w moje cycki. Niewiele pomaga. Co zapnę bluzę to mała czule i delikatnie znowu ją rozpina. W jej oczach i gestach jest taka zmysłowość, że czuję się skrępowana jakbym miała naście lat, a bluzę rozpinało mi bynajmniej nie dziecko.
I tylko nie mówcie, że tak zaczyna się pedofilia, ufff…;)

Moje zdolności regeneracyjne i adaptacyjne po raz kolejny mnie zaskakują.
Po dwóch latach wakacji prowadzę intensywne życie zawodowe (hi hi jak to brzmi) i znowu jestem wielce zapracowana.
Wir propozycji, ofert i możliwości jest przyjemny w pożyciu ale kłopotliwy w podjęciu decyzji.
Czas pędzi na złamanie karku a plany się ciągle zmieniają. Dać się uwieść marzeniom, poddać się prozie życia, połączyć jedno z drugim, takie tam dylematy. Marzenia występują w trzech opcjach, proza życia tak samo. Kombinacje niech wyliczą ci co z matematyki mieli stopień lepszy niż mierny. I tak się biedny osiołek męczy. W jednym żłobie sianka dużo, ale lekko zgniłe. W drugim świeżutkie sianko pięknie pachnie, ale mało go, tylko obiecują, że będzie więcej. Nażreć się byle gównem czy śnić o niebieskich migdałach?

Próbuję się wsłuchać w głos intuicji, ale jest zgłuszony przez miks marzeń i lęków.
Kiedy włączam do akcji logikę wychodzi mi, że kto nie ryzykuje ten nie jedzie, a do stracenia nie mam już ani grosza. Tylko czas. Albo AŻ czas. Więc?

Cytując poetę – świat stoi przede mną potworem.

Odkryłam nowe miejsce do polecania w Hampi. Już nie Mango Tree (za tłoczne).
Garden Paradise. Też nad rzeką, też obłędny widok, też tarasiki ze słomkowymi matami i poduchami do zalegania. Godzinami. Do tego totalna cisza i spokój, jakby 50 nie metrów a kilometrów od hałaśliwego (w sezonie) centrum. Restauracja z obłędnym żarciem i chatki w wiejskim (zupełnie innym niż goański) stylu. Czyli zawędrowaliśmy pod strzechy hi hi. Proste, bardzo proste, ale okolica rekompensuje wszystko. I jeszcze przemiłe lokalne małżeństwo prowadzące ten interes w obłędnie przyjacielski, wyluzowany i jednocześnie profesjonalny sposób. No, polecam:)

(dokonałam z nimi wymiany płytowej, znaczy się sobie przegrałam parę rzeczy od nich i zrobiłam dla nich kompilacje z moich różnych. W ten sposób w Garden Paradise leci właśnie Pat Metheny z Anną Marią Jopek i połowa białasów się pyta z zainteresowaniem co to jest:).

I jeszcze polecam skok na Hanuman Temple, po drugiej stronie rzeki (jak to się stało, że poprzednim razem tam nie trafiłam???). Sam temple byle jaki, ale widoki z góry warte każdej wspinaczki. No i te tabuny małp ( w końcu są tam na swoim – Hanuman to bóg-małpa), zarówno makaków (tak mnie się zdaje że to makaki;) jak i langurów (tak mnie się zdaje że to langury;). Bezczelne i rozwydrzone, jak zobaczą banana w twojej dłoni to rzucają się warcząc i brutalnie wyrywają. Natychmiast zbiegają się ich dwa tuziny i bacznie obserwują co wyjmujesz z torby. Aparat fotograficzny – cóż kilka zostanie popozować a reszta wzgardliwie zawraca. Niby się tych małp już w Indiach naoglądałam ale takiego rezolutnego i oswojonego stada to jeszcze nie widziałam. Mamy przytulają dzieci, dorosłe małpy się iskają itd. Nawet wyhaczyłam kooperację pomiędzy gatunkami. Langur kładzie się w virasanie-skłon do przodu, a makak się nad nim czule pochyla i wyciąga insekty. Ja wiem, że to mało odkrywcze, ale one tak przypominają ludzi…;)

No i last but not least odradzam Vikki guesthouse. Półtora roku temu płaciłyśmy z Martą za dwójkę 80 rupii, fakt, że bardzo po sezonie. Ale żeby teraz żądać 500 rupii? No halo!

Hampi Hampi. Bajkowe, magiczne Hampi. Nie znam ani jednej osoby która by się tym miejscem nie zachwyciła. Wliczając mojego Tatę, który po kilkunastu godzinach w autobusie ruszył dzielnie na podbój górek i ruin dawnego hinduskiego imperium.

Hampi, miejsce gdzie zaleczałyśmy ranę po śmierci Nitki.

Hampi, ostatni przystanek mojej podróży, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.
To stąd ruszyłyśmy na Goa, z wykupionymi już biletami do Bombaju dwa dni później. Bilety Marteczka zwróciła, Kasia wylądowała w szpitalu, ciąg dalszy nastąpił.

Po głowie cały czas mi chodzi fragment maila od najlepszego dentysty na świecie

‚życie piękne jest, ale podobno jak sobie człowiek co zaplanuje, to pan bóg ze śmiechu pęka.’

No właśnie. Z optymizmem (uporem maniaka?) powtarzam, że życie jest piękne. Reszta zdania też prawdziwa, ale to już insza sprawa;)

Ronit

4 komentarzy

Kolejna sobota na markecie. Maksymalny tłum, jako że mamy szczyt sezonu, a turystów wreszcie nie rozpraszały ani święta ani sylwek. Tej soboty Baga market was the place to be. Dirk przygotował podwójną porcję żarcia a i tak o 23ej nie mieliśmy już prawie nic. (jak tu nie lubić mojego niemieckiego szefa, który z okazji zajebistego utargu dał mi podwójną pensję, czyż to nie miłe z jego strony?:)
Dwoję się i troję próbując w pojedynkę obsłużyć ten napierający po roastbeef tłum. Jedną dziewczynę skądś znam. Odchodzi nic w końcu nie zamawiając, w amoku zapominam o niej. Laska wraca z pół godziny później. Przyjmuję jej zamówienie i cały czas zastanawiam się skąd ją znam. Nie z Goa, tego jestem pewna. I nagle ona mówi:
- słuchaj, skądś znam twoją twarz, ale mam tak fatalną pamięć, nie wiem skąd…
I w tym momencie mam olśnienie:
- Nie byłaś przypadkiem 3,5 roku temu w Tajlandii?
- Byłam, ale…? – patrzy na mnie pytającym wzrokiem, a ja już wiem wszystko
- Chiang Mai, treking, jestem jedną z Polish girls.
Piszczymy obie jak głupie bo i pamiętamy się i lubimy. Byłyśmy częścią 12osobowej zbieraniny, która wykupiła treking po dżungli, z dodatkowymi ‘atrakcjami’ typu spływ tratwami bambusowymi czy przejażdżka na słoniach (coś co miało być przygodą, a trąciło turystycznym kiczem). Ludzie w kolejce na chwilę wybaczają mi, że muszą czekać i też są podekscytowani „rany, naprawdę poznałyście się 3 lata temu w Tajlandii?”, „to już prawie 4” mówimy. „co za spotkanie” wszyscy się dziwują. Ale z podróżowaniem tak właśnie jest. Spotykasz ludzi po latach, w najmniej oczekiwanych miejscach.
(Zresztą umówmy się, w ogóle w życiu tak jest, tylko takie spotkania gdzieś w Azji są ciut bardziej ekscytujące.)

Następnego dnia siedzimy z Ronit w jednej z knajpek w Chaporze. Nawijamy jak opętane, ze zdumieniem odkrywam, ze już dochodzi północ. Nie żeby w Chaporze było to widać. Wąska uliczka prowadząca przez wieś wypełniona knajpkami, w których nocne życie wre. Ale to zupełnie inny night life niż w Badze czy Calangute. Tam, w klubach z ochroniarzami na bramce bawi się turystyczny, bogaty tłum. Tutaj zalegają bekpakerzy i starzy, posthipisowscy wyjadacze. Inne ceny, inny klimat. Jak mam wybierać to wolę Chaporę, zdecydowanie. I bynajmniej nie ze względów finansowych hi hi.

Kiedy mówię Ronit, że wybieram się do Londynu, ona się śmieje, że tam spotkam Ele, jej kumpelę z którą była w Tajlandii. Jest tam od kilku miesięcy, pracuje, oszczędzając na podróże. Na pożegnanie trzaskamy sobie zdjęcia i umawiamy się na spotkanie w Indiach za rok.

Marteczka masz ucałowania od jednej z Israeli girls. Tej starszej jakby co, choć nadal skubana wygląda na maks 25:)

Mieszkając przez półtora roku w Goa udało mi się uniknąć jego najbardziej znanej na świecie gęby – tej od rave parties, zatłoczonych resortów oraz młodych, pięknych i bogatych używających życia.
Bo Goa choć malutkie, jest bardzo pojemne. Zmieści zarówno uzależnionych od transu i dragów, jak i miłośników natury przesiadujących po krzakach z lornetką w ręku. I całą szarą strefę pomiędzy tymi skrajnościami. I nikt nie wchodzi sobie w drogę. Można spędzić cały sezon turystyczny w Goa i nie wiedzieć, że są tu ciche i puste plaże a w ich pobliżu leniwe wiejskie życie. Można też przesiedzieć tu rok i tylko z opowiadań i zdjęć znać korki uliczne o 2 w nocy, plaże tętniące transem, hip-hopem i dyskoteką do późnej nocy, czy nawalony tłum o pustych oczach podrygujący wedle instrukcji jakiegoś nowego najmodniejszego DJ.
No, dla każdego coś miłego. W Goa na pewno.
Nigdy nie interesowała mnie ta imprezowa twarz Goa. Umówmy się, mnie w ogóle Goa nie interesowało. Wylądowałam tu przez zbieg okoliczności i tylko na dwa dni, z których zrobiło się półtora roku. Kolejny dowcip losu, że na koniec zapoznaję się z tym najsłynniejszym Goa, którego znać nie chciałam.
Eeee i miałam rację… tak na marginesie.
I to nawet nie jest to, że się starzeję, choć rozważałam tę opcję przez chwilę;). Dużo starsi ode mnie są częścią tzw. sceny. A ja bym się na nią nie załapała 10 lat temu również. Po prostu nie mój klimat.
Gdyby nie robota, która zobowiązuje mnie do przebywania w TAKICH właśnie miejscach to pewnie nawet w celach poznawczych nie zmotywowałabym się. A tak nie mam wyjścia i jestem w samym centrum wydarzeń.

Dostałyśmy z Moniką robotę na 5 dni. Rozdawanie ulotek i nawijanie o Fashion TV Party, które wedle słów organizatorów i później naszych miało być najlepszą imprezą sylwestrową w Goa. Pierdu pierdu, mam praktykę we wciskaniu ludziom takich rzeczy. Przez 4 dni schodziłyśmy plaże w Badze, Calangute i Anjunie. I zdarłyśmy gardła od odpowiadania na te same pytania po parę tysięcy razy. Za to ostatniego dnia władowano nas na małą ciężarówkę, która zamiast normalnej budy z ładunkiem miała podest z gigantycznym banerem, na tle którego zachęcałyśmy tłumy do wzięcia udziału w imprezie. Przed nami jechał dżip z dudniącymi głośnikami, a za nami dżip z kolejną porcją lasek. I taki korowodzik se jeździł przez połowę Goa, cudem nie powodując żadnego wypadku, bo niektórzy kolesie byli gotowi ryzykować życiem byleby tylko podjechać pod prąd po ulotkę. O dżizus, że też na stare lata przyszło taki obciach sobie robić… Powtarzałam sobie jak mantrę – Ruda nikt cię tu nie zna – i na wszelki wypadek nawet po zmroku nie zdejmowałam okularów przeciwsłonecznych zasłaniających mi połowę twarzy. Biedna Monia nie mogła za bardzo się łudzić, ze nikt JEJ tu nie zna i cierpiała katusze. Za to pozostałe towarzyszki niedoli (3 rosjanki, angolka i niemka) bawiły się wyśmienicie, tańcząc, pokrzykując, przeginając się i wyginając, że o zarzucaniu włosami na wietrze nie wspomnę. Wieczorem miałam już tak wszystko w dupie, że dołączyłam do nich hi hi. Przynajmniej za robienie z siebie pajaca dobrze płacili.

Ostatniego dnia ubiegłego roku pracowałam dużo ciężej, dłużej i za gorsze pieniądze, za to bez obciachu i miło. Czyli ponownie w towarzystwie mojego niemieckiego szefostwa i roastbeef. Po 13 godzinach orki zostałam puszczona na zabawę, dzięki czemu miałam okazję się przekonać jak beznadziejną imprezę promowałam he he. Ale wytańczyłam się na maksa, nieważne że przy jakimś obrzydliwym transie i opracowałam metodę spuszczania namolnych kolesi. Najpierw w odpowiedzi na zadawane pytania (what is your name?, where you come from?) uśmiecham się słodko i bezradnie, kręcąc głową. Wtedy pada pytanie:
- do you speak english?
- no no! No inglisz – to mówię z najgorszym akcentem jakim potrafię, wciąż się bezmyślnie uśmiechając.
- Are you from Russia? – jak widać Rosjanie nie mają opinii poliglotów.
- eee? – wydając ten dźwięk usilnie staram się mieć wyraz twarzy osoby z jednozerowym IQ. Zdesperowany koleś powtarza wolniej
- Are you from Russia? RUSSIA?
- Russia! Da! Russia! – cieszę się jak głupi do sera.
- I was in Russia last year! – koleś jest podekscytowany, że udało się nawiązać kontakt. Oczywiście udaję, że nie rozumiem i tylko potakuję znowu robiąc fejs bezmózga.
- Russia, da, da
- I can speak a bit russian. Spasiba. – koleś jest wytrwały
- oho! Spasiba! Oczien charaszo! Zdrastwujtie! – wykrzykuję z entuzjazmem
- Do you wanna dance? – przechodzi do konkretów. Na co ja radośnie podaję mu rękę i mówię:
- Kasia.
- No, no name. Do you wanna dance? – ponawia próbę zdesperowany kolo, wykonując przy tym małe podrygi, co by głupia ruska wreszcie skumała o co mu chodzi.
- Da, Kasia. – powtarzam wolno i wyraźnie, wciąż prezentując uśmiech debila.
- She doesn`t speak English – mówi zrezygnowany koleś do kumpli i odchodzi. To takie proste! Dlaczego ja wcześniej na to nie wpadłam. Cała sztuka polega na tym by w kulminacyjnym momencie nie wybuchnąć śmiechem.

Całe doświadczenie ulotkowe oprócz najistotniejszego waloru finansowego było też bardzo pouczające. Obejrzałam sobie cały imprezowy tłum jaki ściąga na sylwestra do Goa. Westernersi, ale przede wszystkim bogaci Hindusi, głównie z Bombaju, Bangalore i Delhi. Śmietanka towarzyska i finansowa. Nie drga im powieka kiedy słyszą, że zaproszenie kosztuje 5 tysięcy rupii od pary. Upewniają się tylko czy alkohol jest wliczony i czy samotni faceci mają wjazd. To jakaś jazda tutaj. Wszystkie modne kluby wpuszczają tylko pary i laski. Kolesie bez damskiego towarzystwa mogą zapomnieć o imprezie, nawet jeśli są gotowi zapłacić za nią przeciętną miesięczną pensję. Nie swoją oczywiście.
Pierwszy raz mam okazję obserwować elity finansowe Indii w takich ilościach. Kontrast pomiędzy nimi a większością ich rodaków jest szokujący. To już nie są inne światy, to inne planety, a wręcz galaktyki. Świetnie, albo przynajmniej drogo ubrani, zajeżdżają pod knajpy dobrymi samochodami (przeważają terenówki, co jest zrozumiałe ze względu na stan tutejszych dróg hi hi) czy motorami. Laski piękne, mocno umalowane, w skąpych topach, odsłaniają ramiona i dekolty. Nogi rzadziej. Jednak aż taka rewolucja się jeszcze nie dokonała, a może po prostu jest im za zimno. W jeden wieczór wydają więcej niż większość ich rodaków zarabia przez kilka lat. Są głośni, wyluzowani i niczym nie różnią się od imprezowego tłumu w Londynie czy Warszawie. Wierzyć się nie chce, że większość z nich i tak zawrze małżeństwo zaaranżowane przez rodziców.

Hmm, nie takie Indie pokochałam, to na pewno, ale warto znać jej różne oblicza.

Z Sylwestra wracałam o 5 rano, co chwilę stając w korkach. Goa jarzyło się tysiącem świateł i tętniło muzą. Gdyby nie sylwester rok temu to w życiu bym nie uwierzyła, że tej nocy mogły być gdzieś kameralne i spokojne miejsca.

Szczęśliwego Nowego Roku kochani.


  • RSS