rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2006

Pilnie poszukiwana jest zaufana osoba ktora w kwietniu, najpozniej do 3ego maja bedzie przemierzac trase Warszawa-Gdansk. Osoba ta mialaby dostarczyc pod wskazany adres mala paczke, ktora nie zawieralaby zadnej kontrabandy, dragow ani broni. Zwykle kilka szmat I buty dzieki ktorym przetrwam londynskie mrozy jak juz tam zjade 7ego maja. (tak, tak, wlasnie zostal zabukowany bilet). Transport paczki do ladka juz zalatwiony I tylko ten maly szczegol z warszawy do gdanska mi zostal…
Z gory wielkie dzieki za pomoc:
rudaruda@op.pl

PS i och, by nie bylo zadnych watpliwosci – moj bilet jest powrotny:)))) 17ego sierpnia lot do bombaju, ale po drodze ucaluje ziemie ojczysta, zeby nie bylo;)

Na dłoniach, na wewnętrznych nasadach palców wyrobiły mi się charakterystyczne dla kierowców dwóch kółek odciski. O dziwo na lewej bardziej niż na prawej, a przecież to prawa bardziej pracuje bo kręci gazem.
A na kolanach, łokciach, kostce i kości biodrowej mam świeże, różowe blizny. A od dzisiaj też strupy, które wkrótce będą jeszcze świeższymi bliznami.

Tak, to znaczy, że znów się wypierdoliłam na skuterze.

Jak na razie, przez te 3 miechy, odkąd bez przerwy poruszam się na dwóch kółkach samodzielnie, wypieprzyłam się 3 razy. Pierwszy był absolutnie komiczny.
Jechałam bardzo wąską drogą i z naprzeciwka jechał samochód. Nie było miejsca byśmy się spokojnie minęli bo miałam na kolanach ułożony w poprzek baner, który wystawał, więc stanęłam by wózek przepuścić (w Indiach na drodze pierwszeństwo ma większy, dlatego kierowcy skuterów mogą gnębić jedynie rowerzystów i pieszych). Stanęłam na samym skraju jezdni i oparłam się nogą po lewej stronie, by samochód miał więcej miejsca (przypominam, że w spadku po kolonii brytyjskiej mamy tu ruch lewostronny). To znaczy wydawało mi się, że się opieram. Bo nie zauważyłam, że jezdnia jest na nasypie i tam gdzie chciałam oprzeć nogę jest pustka. No i się widowiskowo spierdoliłam razem z bajkiem w dół. Nie miałam najmniejszego otarcia, bajk też nie, ale upadek wyglądał na tyle groźnie, że natychmiast podlecieli do mnie jadący za mną, pomogli postawić bajka itd, a jedna laska trzy razy się upewniała czy nic mi nie jest i nie potrzebuję pomocy. „nie, wszystko w porządku” – powiedziałam po cichu – „tylko co za obciach!”.

Drugi upadek był za to wielce spektakularny. Poważnie, jak z filmu, brakowało tylko wybuchu zbiornika z paliwem. W jednej sekundzie śmigałam se pięknie, a w drugiej czułam potworny ból, choć wciąż nie zdawałam sobie sprawy gdzie i dlaczego, aż nagle do mnie dotarło, że zaciskam kurczowo dłonie na kierownicy bajka, który nie jedzie już na dwóch kółkach, tylko siła rozpędu po upadku ryje o asfalt na boku a ja razem z nim, tylko że na brzuchu. Ryliśmy tak przez kilka metrów, miałam totalnego fuksa, że akurat nikt z naprzeciwka nie jechał bo wylądowałam po drugiej stronie ulicy, no i że bajk mnie nie przywalił. W kilkanaście sekund było dookoła mnie z 50 osób (wrodzona uczciwość każe mi dodać, że znaczny na to wpływ miało sąsiedztwo szkoły i rozpoczynająca się właśnie przerwa na lancz). Ale wszyscy przejeżdżający się też zatrzymywali i nawet jakaś rodzinka nalegała by mnie zabrać do szpitala. Oczywiście Ruda jak zawsze zgrywała twardziela i choć się cała trzęsła z nadmiaru adrenaliny to dziarsko wsiadła na bajka i ruszyła. Dużo wolniej niż poprzednio hehe.

Największym szokiem była dla mnie nagłość tego upadku. Bo nawet nie zauważyłam tego momentu kiedy straciłam kontrolę nad kierownicą. Jak prowadzi się samochód to zawsze jest ten ułamek sekundy kiedy wiesz, że zaraz możesz mieć wypadek i albo wyprowadzisz brykę albo rąbniesz. A tutaj nic, kompletna blacha. Jedziesz i nagle ze zdziwieniem zaczynasz się podnosić z ziemi (jak masz szczęście jak ja). Potem wiele osób mnie zapewniało, że wypadki na skuterach i motorach najczęściej takie właśnie są. I że na skuterze nie powinno się jeździć szybciej niż 50 na godzinę, bo ma małe kółka i przy większej prędkości wystarczy mały kamyk by zaliczyć glebę. A ja radośnie zapylałam 60, pod górkę, na zakręcie, gdzie jak później odkryłam była rozlana woda. A oponki w moim starym rzęchu były w stanie adekwatnym do pojazdu.

Ponieważ nawet Ruda uczy się na błędach (acz przyznaję, z reguły tylko na swoich;) więc zaczęłam jeździć wolniej i ostrożniej. Choć jest to strasznie trudne, naprawdę. W sensie wolniej jest trudno, bo ta prędkość i wiatr we włosach… ech…
Od paru tygodni poruszam się służbowym skuterkiem, nowiutką hondą activą i jeździłam nią jeszcze ostrożniej co by nie zarysować jej błyszczącej nowości (tzn ja mam w dupie błyszczącą nowość, o czym wie każdy kto widział mego Ś.P. volviaczka, ale właściciel activy na pewno nie).

Niestety od dziś błyszcząca nowość jest tylko z jednego boku (właściciel jeszcze o tym nie wie). Bo dostałam syndromu królika.
Syndrom królika zna każdy. Zwierzątko kica se w nocy na drugą stronę ulicy, nagle paraliżują go światła nadjeżdżającego samochodu i przestaje kicać. Na zawsze.
Ja mam syndrom królika na skuterze. Pierwszy raz miałam go parę lat temu w Chorwacji, kiedy widziałam naprzeciw siebie wielki kamlot, wiedziałam, że jak w niego wjadę to się wypierdolę, i nie odrywając od niego wzroku co zrobiłam? Zahamowałam? Odbiłam głupie 10 centymetrów w bok? Nie. Wjechałam prosto na niego. Zarzuciło bajkiem, ale udało mi się utrzymać przez chwilę balans. Wciąż mogłam bezpiecznie stanąć. Ale inteligentnie naciskając z całej siły hamulec jednocześnie kręciłam do siebie rączkę z gazem. (klasyczny błąd początkujących). I się przepięknie wypierdoliłam. (Dla niewtajemniczonych – hamulce w skuterze są na takie rączki jak w rowerze, a gaz jest w uchwycie na prawą rękę). I stało się to choć dokładnie znałam mechanizm, choć wiedziałam co się za chwilę stanie jeśli nie wykonam odpowiedniego ruchu, ba!, ja nawet wiedziałam jaki ten ruch powinien być. A gdybym nie wiedziała to krzyczała to do mnie Madzia („PUŚĆ GAZ!”), która nieroztropnie mi wtedy zaufała i zgodziła się być pasażerką. I nic nie pomogło. No syndrom królika, mówię.

I dziś miałam go znowu, kiedy na ostrym zakręcie prowadzącym w dół, kierowca samochodu z naprzeciwka kosił sobie zakręt po mojej stronie, zmuszając mnie do zjechania na sam skraj. Oczywiście straciłam nieco równowagę, zaraz ją jednak odzyskałam i wszystko byłoby dobrze gdyby nie kurwa królik. Wpatrywałam się jak zahipnotyzowana w skraj asfaltu którym jechałam i ostre zbocze, które zaczynało się centymetr od opony mego bajka. I wiedziałam, że się po tym zboczu zaraz spierdolę prosto na duże kamulce. I nie zahamowałam, ani nie skręciłam kierownicy tylko jak sparaliżowana patrzyłam jak się wypierdalam.
I znowu przez dwa tygodnie zero stania na głowie bo mam zmasakrowany łokieć. Fok!

PS.1 Uprzejmie informuję, że poza syndromem królika jest osobą zdecydowanie inteligentną, bystrą i błyskotliwą. I może jestem nędznym kierowcą skutera, ale samochód prowadzę zajebiście. Prawda Cyku?:)
PS. 2 Kochani rodzice, nie martwcie się, teraz naprawdę będę jeździć ostrożnie i wolno…
PS. 3 I choć jestem już umówiona na lekcje jazdy Enfieldem to jakoś na razie mi się odwidziało. Może w następnym sezonie…

WIEJSKI DOM W GOA. Wnętrze. Noc.

KASIĘ budzi świecący prosto w twarz księżyc w pełni, a może boleśnie wypełniony pęcherz moczowy. Trzymając się za podbrzusze z trudem zwleka się z trzeszczącego łóżka. Spogląda na budzik, który pokazuje trzecią godzinę. Przechodzi z pokoju do korytarza gdzie na materacu śpi MONIKA. W ciemnościach potyka się o pustą butelkę, która z przeraźliwym hałasem turla po podłodze. Wyrwana ze snu Monika podrywa się z materaca.

MONIKA:
- Co jest?

KASIA: (szeptem)
- Przepraszam kochanie, potknęłam się o butelkę.

MONIKA:
- okej, okej

Pada z powrotem na materac. W drzwiach drugiego pokoju staje TOMEK, brat Moniki i znienacka zapala rzęsiste światło.

TOMEK: (głośno)
- Coś mi syczy pod oknem.

Monika wściekła znów zrywa się z materaca.

MONIKA:
- Kurde, Tomek jest środek nocy!

Kasia cichcem przemyka się przez korytarz i znika w następnym pomieszczeniu.

TOMEK:
- Ale coś syczy. To może być wąż.

MONIKA:
- Jaki kurwa wąż? W nocy? Idź spać!

KASIA: (off)
- Coś się pali za oknem!

Tomek i Monika ze strachem spoglądają na siebie i ruszają biegiem do kuchni. Wpadają na Kasię, która dramatycznym gestem wskazuje na okno, przez które widać buchający w krzakach ogień kilka metrów od domu.

KASIA:
- Myślicie że to pożar?

MONIKA:
- Wygląda jakby ktoś palił śmieci.

KASIA:
- O trzeciej w nocy?

MONIKA:
- Może kolesie z warsztatu skończyli późno pracę?

TOMEK:
- Może to ogień mi syczał?

KASIA:
- Co robimy?

Przez kilka sekund nikt nic nie mówi, wszyscy gapią się na trzaskający ogień.

MONIKA:
- Ja idę spać.

KASIA:
- To ja się wysikam.

Wchodzi do ubikacji.

TOMEK:
- Naprawdę myślisz że nie mam węża w pokoju?

Monika łypie złowrogo na brata.

MONIKA:
- Dobranoc!

Monika wychodzi z kuchni. Z łazienki dobiega odgłos moczu rozpryskującego się o muszlę. Tomek przez chwilę stoi, wygląda jakby chciał o coś zapytać, otwiera i zamyka usta, w końcu wzrusza ramionami i idzie do pokoju. Kasia wychodzi z łazienki. Przez dłuższą chwilę patrzy się na ogień, który bucha nieco mocniej. Ziewa, wzrusza ramionami i wychodzi z kuchni, zamykając za sobą drzwi.

PS dedykowane Tomkowi, ktory juz jest w polsce i A., ktory dobrze wie dlaczego;)

- Cholera jaki on jest przystojny… – wzdycha pożądliwie blondynka
- Który? – z żywym zainteresowaniem pyta brunetka
- No muffin, a który! Stoi tam, pod pizzą, na 9ej. Dżizus to nie fair, że oni są tak przystojni! – jęczy blondynka
- Oni? – brunetka patrzy z powątpiewaniem na pryszczatego konusa obok głównego obiektu pożądania
- To bliźniaki. Nie odróżniam ich. Obaj są zajebiści.
- Nie widzę żadnych bliźniaków!
- Bo teraz jest tylko jeden z nich. Kurde stoi już 20 minut i nawet się nie spojrzy. – mówi blondynka z bezgranicznym żalem
- W ogóle? – pyta brunetka ze współczuciem
- No nie, przejechał po mnie wzrokiem raz czy dwa. Jak po krześle. Zero zainteresowania. Ech… – zrezygnowana blondie wzdycha z niedowierzaniem
- On naprawdę tak ci się podoba?
- Aha… A tobie nie? – blondynka jest szczerze zdziwiona
- Eee, jakiś taki za bardzo napakowany w barach. Jakby za dużo telewizorów się nanosił. – tu brunetka rozszerza wymownie ramiona w pozie goryla idącego do boju.
- No coś ty! – zaperza się blondynka – właśnie ma super ramiona, ja lubię takie. I jaki ma zgrabny tyłek.
- Przecież stoi przodem.
- Ale wcześniej stał tyłem i się przyjrzałam. No zobacz, szerokie ramiona, ale wcale nie przepakowane, ma pięknie zarysowane bicepsy, o rany… i tak fajnie się zwęża w tyłku – blondynce podejrzanie świecą się oczy – Cholera on wychodzi! No zobacz, poszedł sobie i nawet się nie spojrzał! Dlaczego? – blondynka jest na granicy płaczu
- Hmm, mogę cię czymś pocieszyć…
- Tak? – głos blondynki dźwięczy nadzieją chorego na białaczkę który się dowiedział, że znaleźli dla niego dawcę szpiku
- Masz jeszcze jedną szansę – mówi optymistycznie brunetka
- Jaką? – blondynka z ekscytacją trzepocze rzęsami
- Może ci się uda z drugim bliźniakiem…

Jessica i Christian poznali się rok temu, na Sylwestra. W Maroku, który był dla obojga kolejnym przystankiem w samotnej podróży. Ostatnim jak się okazało. Dokonali paru operacji biznesowych typu przewiezienie używanych samochodów z Hiszpanii do Afryki, czy ‘etnicznych bajerów’ z Afryki do Niemiec. Po czym zakupili karawan i pojechali lądem do Indii. Pod koniec tego miesiąca ruszają do Afryki. Właśnie udało im się załatwić w Bombaju miejsce dla bryki na statku za przyzwoite pieniądze. Wyliczyli, że mają kasy na minimum 8 miesięcy jazdy po Czarnym Lądzie. Może nawet rok, jak się sprężą i nie będzie niemiłych niespodzianek na trasie.

Christianowi błyszczą oczy kiedy mówi o podróżniczych planach. Ale najbardziej mu błyszczą kiedy mówi o poznaniu Jessiki.

Jako że sezon powoli się kończy, pojawił się nowy temat rozmów. Kiedy wyjeżdżasz, czy masz już bilet, ile kosztuje. Albo z kim ruszasz w drogę lądem, czy masz miejsce w karawanie, tudzież czy chcesz się zabrać karawanem. Czy masz zezwolenie na wjazd do Iranu, czy da się to załatwić z Goa, bo w Delhi trzeba czekać 2 tygodnie, a kto chce siedzieć tyle czasu w Delhi, czy w ogóle bezpiecznie jest teraz ruszać przez Iran, sytuacja polityczna jest krzywa, czy można pojechać inną trasą. A może zostawić samochód tutaj i wrócić samolotem. Tylko samochód też musi opuścić Indie po pół roku, jak jego właściciel, czy lepiej więc przechować go w Pakistanie czy Nepalu. Nepal tez niepewny politycznie, więc może lepiej Pakistan. I nieodłączne – kiedy wracasz na Goa, czy będziesz mieć miejsce w samochodzie by coś przewieźć z Europy, a może można się zabrać z tobą itd.

Ciekawe, że śladami hippisów, na 4 kółkach przez Turcję, Iran i Pakistan do Indii ściągają głównie Niemcy, czasem Szwajcarzy. Inne nacje wybierają raczej drogę powietrzną.
Według Dirka również cała community białych ekspatów w Goa to równo w połowie Niemcy.

Yasmin ma 28 lat. Pochodzi z Iranu, w Goa na wakacjach, od roku mieszka w Punie. Uczy się grać na sitarze. Guru przez pierwsze 4 miesiące pozwalał jej jedynie uczestniczyć w zajęciach i słuchać jak inni grają. Ona mogła zdobywać wiedzę tylko teoretyczną. Kiedy w końcu dał jej instrument do ręki mówiąc ‘teraz jesteś gotowa’, rozpłakała się. Takim dobrym, oczyszczającym płaczem ze szczęścia. Sitar jest miłością jej życia. Na razie ćwiczy 6 godzin dziennie. Guru mówi, że za kilka miesięcy nadejdzie czas na ćwiczenie po 12 godzin na dobę. Nauka będzie trwała jeszcze 10 lat. Kiedy wywalam gały ze zdziwienia i upewniam się czy naprawdę mówimy o 10 latach a nie miesiącach, Yasmin się tylko uśmiecha i mówi ‘Odkąd uczę się grać na sitarze jestem inną osobą. Jestem szczęśliwa. I chcę grać jak najlepiej. 10 lat na zrealizowanie marzenia twego życia to nie jest dużo’.

Ashok, koło 50tki, Irańczyk, od lat mieszkający w Stanach. Wzrost siedzącego psa i nie jest to żaden eufemizm, jako że jest wyższy od przeciętnego karła jakieś 10 cm. Bogaty, więc na Goa zjechał z kochanką. Ponieważ luba woli pozostałych Irańczyków i ich styl spędzania wolnego czasu (śpimy do 15ej, balujemy do rana) więc codziennie narzeka, że nic przez nią nie może zobaczyć na Goa. Kiedy subtelnie doradzam by ruszył dupę sam, otwiera ze zdziwieniem oczy jakbym odkryła szczepionkę na raka. Jest zachwycony mym odkrywczym pomysłem i wypytuje o miejsca warte zobaczenia i najlepszy transport. Po czym następnego dnia znowu siedzi na dupie cały dzień narzekając na lubą, która nie chce nic zwiedzać.

Codziennie do śniadania łyka równo 14 pigułek, które zawierają niezbędne dla jego organizmu witaminy, minerały i inne gówna. Jak tłumaczy, jedzenie w Stanach jest tak przerobione, że nie ma żadnych składników odżywczych i suplementy w pigułce są niezbędne do życia.

Wśród kilku walizek jakie wziął ze sobą na wakacje jedna jest całkowicie wypełniona pigułkami. Na lotnisku przeszukiwali go przez godzinę. Przypominanie mu, że jest w Goa a nie Stanach i tu się żarcia nie przerabia, uznaję po namyśle za zbędne.


  • RSS