rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

2:30 w nocy. Górny pokład autobusu, obok mnie rosyjski fan gotyku zadaje retoryczne pytanie swemu telefonicznemu rozmówcy ‘a na chuj mi jechat do tiebia?’, za mną Afrykańczyk falsetem leci przez Marleyowski repertuar, zaczynając od Redemption song, a kończąc na jednostajnym powtarzaniu przez pół godziny I shot the sheriff.

A ja wracam z greckiego wesela. Tydzień temu zaliczyłam ghańskie. Roboty zlecane przez agencję dają niepowtarzalną okazję do zapoznawania się z innymi kulturami i tradycjami. Kto by pomyślał he he.
Tajniki zawodu wine waitress powoli przestają mi być obce. Jeszcze trochę i znajdę stałą pracę, z której być może mnie nie wyrzucą. Bo proszę państwa moje podbicie Londynu zaczęło się od próbnego tygodnia w posh winiarni i restauracji. A skończyło się trzeciego dnia, kiedy menadżer uprzejmie mnie pożegnał. Naprawdę uprzejmie. Każdemu życzę, że jak już musi być wylany z roboty to właśnie w taki sposób hi hi. A teraz poszukam sobie mniej wyrafinowej knajpy do pracy;)

A sam Londyn? Nie taki zły jak się spodziewałam, ale głównie dzięki Kasi i mantrowaniu ‘to tylko 3-4 miesiące’. I tylko trzęsę się cały czas z zimna. Nie wiem jak przy tej pogodzie wybuchła ta cała wiosenna zieloność i zakwitły bzy i kasztany. A powąchanie kwitnącego bzu po trzech latach było naprawdę przeżyciem…

Ostatnie dni na Goa były hedonizmem do utraty tchu. Nasycanie wszystkich zmysłów. Widoki, zachody słońca, nowe miejsca, szalone przejażdżki, rozmowy i inne takie. Magiczny czas.
A także (niestety) ciężka harówa z pakowaniem, przeprowadzką itd. I nieubłaganie pędzący czas. I pożegnania.
Tyle było tego wszystkiego, że nawet nie miałam chwili by sobie uzmysłowić, że naprawdę i nieodwołalnie wyjeżdżam. I dopiero kiedy samolot startował, brutalna prawda trafiła mnie prosto między oczy i rękawem bluzy ocierałam łzy.

A w Londynie jest zimno, ponuro i deszczowo. Próbuję znaleźć pociechę w małych rzeczach typu gorąca kąpiel w wannie czy pranie w pralce.
Ale czas kiedy zdobycze cywilizacji były wyznacznikiem jakości życia, dla mnie już minął;)

No, w każdym razie wylądowałam bezpiecznie, Kasia odebrała mnie z lotniska, zabrała do siebie i nawet dostałam swój pokój. Szukam pracy i za jakiś czas postaram się nadrobić zaległości mailowe.
I jakoś przeżyję te miesiące.

a by czytelnicy bloga mieli jakąś uciechę zamierzam odkurzyć archwium x i zamieszczać różne stare notki ktore mi sie zapomniały. i jakoś wspólnie dotrwamy do tego pięknego momentu kiedy będę mogła wykorzystać mój bilet powrotny;)

No dobra, to się już prawie stało. Za tydzień będę w Londynie choć wciąż nie mogę w to tak naprawdę uwierzyć. To pewnie instynkt samozachowawczy, bo jak chwilami dociera do mnie ta niemiła prawda to mam ochotę zanieść się dzikim szlochem i wyrywać sobie włosy kłębami (akurat by mi stykło tego co mam na głowie na jakieś 3 kłębki) na znak żałoby. Szat postanowiłam na sobie nie drzeć, co by nie budzić zbyt wielu emocji u ludności tubylczej. Poza tym mam mało ciuchów.

I w ogóle postanowiłam, że będę twarda, zacisnę zęby i dam radę. To tylko kilka miesięcy.

Ale dlaczego, kurwa dlaczego nie jestem rentierem? Albo nie wygrałam w totka? Albo nie znalazłam zakopanego skarbu? Albo…

No dobra, więc:
szukam pracy.

W Londynie, najlepiej od 8ego maja. Jakiejkolwiek byle jak najlepiej płatnej. Kelnerka, barmanka, zmywak, krajacz warzyw, wydawacz sandwiczy, recepcjonistka, pokojówka, dżizas biorę wszystko, mogę nawet się dziećmi opiekować acz wolałabym wyprowadzać psy na spacery jakby co;)
Jak ktoś ma jakieś oferty to bardzo proszę – rudaruda@op.pl

Jakby co oferuję też swe usługi znajomym z mediów, firm fonograficznych i filmowych – jak nie macie kasy by wysłać dziennikarza na wywiad a macie miejsce na jakiejś konferencji czy przy round table w Lądku to się polecam. Myślę, że przez te dwa lata jeszcze nie zapomniałam jak to się robi (choć bardzo się starałam hi hi).

A Goa jest takie piękne teraz. Takie puste. Takie spokojnie. Takie leniwe, beztroskie i powolne. I monsun się zbliża a ja go w tym roku nie zobaczę…
Ech… Life sucks. Czasami…

Ale…
…and when you leave you take it with you…


  • RSS