rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2006

Pracuję sześć, czasem siedem dni w tygodniu. Codziennie wstaję o godzinie, o której ostatnio musiałam regularnie wstawać jakieś piętnaście lat temu, a i wtedy unikałam tego jak tylko się dało. Czyli przed siódmą. A każdy kto mnie choć trochę zna wie, że to jak dla przeciętnego człowieka wstawanie o 4 rano. Nauczyłam się obchodzić bez porannego prysznica by przedłużyć poranny sen. Ponieważ zaczynam rano i kończę w nocy więc nadrabiam zaległości w śnie w ciągu kilkugodzinnej przerwy którą mam w połowie dnia. Codziennie pracuję przeciętnie 10 godzin, na co się nie uskarżam bo mam płacone od godziny. Przez te kilka miesięcy nadrobię jak nic ostatnie dwa lata wakacji. A i tak w porównaniu do harówy w Londynie, w Szkocji jest shanti-shanti.

Wycierane stoły, myte gary czy donoszone na stół zamówienia przeliczam na miesiące wolności, która mnie czeka za parę miesięcy. I tylko nie mogę się jeszcze zdecydować którą wolność wybiorę. W ukochanym miejscu na świecie czy w drodze? Beztroską ‘a niech się później dzieje co chce’, czy choć trochę zapobiegliwą próbując zbudować coś na przyszłość. A jeśli zapobiegliwą to którą? Pomysły się ciągle mnożą, podobnie jak marzenia i wątpliwości. Ale wiem, że któregoś dnia będę wiedziała czego chcę. A jak na razie przynajmniej wiem czego nie chcę. Każdego dnia upewniam się, że teoria, że Europa da się lubić, mnie nie dotyczy.

Oni nazywają to latem, ale ja pierdolę takie lato. Temperatura w budynku nie przekracza 19 stopni. Na zewnątrz wolę nawet nie sprawdzać. Na okrągło leje, albo w najlepszym wypadku siąpi. Jest przejmująco zimno, a od czasu do czasu piździ jak na Uralu i wtedy naprawdę czuję się jak w okolicach koła podbiegunowego. W ciągu ostatniego tygodnia spędziłam w sumie na dworze jakieś 20 minut, z reguły przebiegając w dzikim pędzie do kuchni czy samochodu. Raz zdobyłam się na odwagę, ubrałam jak na Sybir i poszłam na spacer. Wróciłam po pięciu minutach bo znowu zaczęło lać.

A kiedy następuje cud, czyli wychodzi słońce i robi się cieplej (o dziwo takie były moje pierwsze dni tutaj, ale teraz już są tylko słodkim wspomnieniem, od jakiś dwóch tygodni) budzą się przeklęte midżysy. Midges żrą jak wściekłe. Setki odmian komarów, moskitów i pcheł piaskowych z jakimi miałam do czynienia przez ostatnie dwa lata w Azji, to łagodne baranki w porównaniu do tego ścierwa. Wyjdź tylko podziwiać romantyczny zachód słońca na tle zielonych wzgórz rozpościerających się po drugiej stronie srebrnego lochu. Otoczy cię rój milionów latającego drobiazgu, który wślizgnie się wszędzie, nie tylko pod ciuchy, ale również we włosy i do oczu. I będzie żarł i ssał twoją krew. Po czym pozostawi po sobie swędzące bąblo-guzki, które nie schodzą tygodniami. Nie odgoni go żaden repellent, ani najbardziej wiatrakopodobne ruch rąk. Dopóki nie chlaśniesz midżysa na śmierć to on nie odleci, zapomnij. A że w sekundę atakuje cię kilkadziesiąt sztuk więc jesteś w tej bitwie przegrany. No chyba, że darujesz sobie obcowanie z naturą i zostaniesz w czterech ścianach przy szczelnie zamkniętych oknach. Fajne lato co nie?

Dlatego mam ogromny szacunek i podziw dla Szkotów, że udało im się wykreować swój kraj jako wymarzone miejsce na wakacje dla milionów Europejczyków i nie tylko. Piarowcy i marketingowcy wszystkich krajów – uczcie się!

PS I żeby nie było, ja nie zaprzeczam, że Szkocja to piękny kraj. Subtelnie tylko sugeruję, że podziwianie tego piękna może być nieco utrudnione.

Konsumpcjonizm i materializm świata zachodniego budzą we mnie coraz większą odrazę. Jak i kiedy daliśmy sobie wmówić, że potrzebujemy do szczęścia nowego modelu komórki co pół roku, koszulki z jakąś znaną metką za 50 funtów i innych takich dupereli?

Kiedy chowając się przed londyńskim deszczem weszłam do H&M, który nie robi przecież za żadną wyrafinowaną markę do cholery i zobaczyłam letnią torebkę ze szmaty, ładną przyznaję i spojrzałam na jej cenę, która przekraczała przeciętną miesięczną pensję na Goa to zrobiło mi się niedobrze. Głównie dlatego, że kilka lat temu bym ją kupiła.

Ale najbardziej przerażają mnie ilości jedzenia, które beztrosko wyrzuca się każdego dnia w świecie zachodnim. Podejrzewam, że gdyby każdy z nas planował swoje zakupy żywieniowe rozważnie i zaoszczędzone pieniądze przekazywał na charity to nie byłoby głodu na świecie.

Moja przyjaciółka, która sprząta londyńskie mieszkania mówi o tonach jedzenia, które są niepotrzebnie kupowane i wyrzucane bo nie zdążyło się lub nie chciało się ich zjeść.

Król Omanu (i pewnie wielu innych możnych tego świata) ma w swej londyńskiej rezydencji lodówki wypełnione ulubionymi przysmakami. Jak minie data przydatności do spożycia, produkty się wyrzuca i kupuje następne. Tak by król zjechawszy bez uprzedzenia mógł otworzyć lodówkę i mieć co chce. Tylko że bywa on tam dwa razy w roku. Ilu ludzi na świecie mogłoby za zmarnowane na to żarcie pieniądze napełnić swe żołądki?

Ale najgorszą lekcję poglądową dostałam pracując w 5 gwiazdkowym hotelu w Lądku. Po każdym bankiecie czy weselu wyrzuca się tony jedzenia. Nie tylko resztki, ale również nietknięte porcje. Jeśli jeden z gości się nie zjawił to i tak po kolei na stole lądują dla niego przystawki, danie główne i deser, na wypadek gdyby raczył się spóźnić. Potem zabiera się takie wyszukane i smakowite żarcie ze stołu i wyrzuca do kosza. Nie tylko nie wolno pracownikom zabrać go do domu, ale nawet nie wolno im go na miejscu zjeść gdyby mieli taką ochotę. Takie są zasady 5 gwiazdkowych hoteli podobno wszędzie. A kiedy jest bufet to jest jeszcze gorzej. Ilości żarcia przygotowane na taki bankiet przekraczają kilkakrotnie możliwości jego uczestników. I wielkie tace i garnki zjeżdżają do kuchni nietknięte. I oczywiście lądują w koszu.
Kiedy widzę to i myślę o tysiącach niedożywionych ludzi w Indiach, o dzieciach które łapczywie wydzierały mi z ręki zaoferowanego banana, to robi mi się słabo. W Indiach nigdy nie wyrzuca się jedzenia. Kiedy knajpa czy stoisko z żarciem się zamyka, wszystko co zostało z dnia oddaje się pracownikom, jak oni nie chcą to biednym ludziom, a totalne resztki idą dla psów, a jak są wegetariańskie to dla krów. Robi się wszystko by nie wyrzucać jedzenia i to samo się tyczy wszystkich niechcianych rzeczy.

Najgorsze dla mnie jest to, że kiedy zdumiewałam się głośno nad tym potwornym marnowaniem jedzenia to widziałam w oczach takie totalne niezrozumienie, albo pobłażliwość dla mojej naiwności. I tylko raz, jedna młodziutka dziewczyna zaprotestowała gdy inna laska wyrzucała po kolei nietknięte desery do śmietnika. Była z Malezji. Została wyśmiana. Ze łzami w oczach odwróciła się do mnie pytając „Ale jak oni mogą to tak wyrzucać? Przecież to jest dobre jedzenie! Tyle osób tu zarabia takie grosze, na pewno chętnie by to zjedli. Ty mieszkasz w Indiach to mnie rozumiesz prawda?”.

Teraz pracuję w hotelu z 4ema gwiazdkami i jest trochę lepiej. Ale i tak wyrzucam codziennie kilka bochenków chleba. Bo na każdym stoliku ląduje koszyczek ze świeżym pieczywem. Jeśli gość nie miał ochoty na chlebek to koszyczek wraca do kuchni i chleb się wyrzuca. Nie wchodzi w grę uzupełnienie koszyczka i puszczenie go na następny stolik. I pewnie dla wielu ludzi jest to normalne i takie są standardy miejsc z kilkoma gwiazdkami, ale dla mnie jest to po prostu chore.

A jeśli do ciebie akurat trafił powyższy tekst i też uważasz, że to jest chore to zrób rachunek sumienia. Ile w ciągu ostatniego tygodnia wyrzuciłeś rzeczy z lodówki bo zapleśniały? Ile jedzenia marnujesz w skali roku? Ilu potrzebujących mógłbyś tym nakarmić?

I pierwsza przyznaję się do winy. Zanim nie doświadczyłam życia w Indiach nigdy się nawet nad tym nie zastanawiałam chodząc na kolacyjki do fajnych knajp, biorąc udział w bankietach czy też opróżniając moją kuchnię z artykułów spożywczych, które zaczęły żyć własnym życiem. Co najwyżej się wkurwiałam na siebie, że zmarnowałam kasę. Ale nigdy nie myślałam o tym, że są miliony ludzi na świecie, które by to jedzenie tak bardzo chciały zjeść…

Wierzę, że marzenia są nam dane wraz z mocą ich spełniania

Pod takim hasłem Kinga prowadziła bloga. A swym życiem pokazywała, że hasło jest prawdziwe. I tylko tak strasznie, przeraźliwie smutno, że to jej życie okazało się tak krótkie…
Bo Kinga umarła. Powtarzam sobie to zdanie od trzech dni i za każdym razem najpierw jest we mnie takie totalne niezrozumienie jego treści, a potem już tylko płacz. Bo choć Kingę spotkałam tylko raz w życiu, to jej śmierć wstrząsnęła mną jakby była mi kimś bardzo bliskim.

Wydaje mi się, że była niezwykle odważną i dobrą osobą. Podziwiałam ją za umiejętność podróżowania przez lata praktycznie bez pieniędzy. Prawdziwa podróż za jeden uśmiech. Przez 5 lat. A teraz przez rok. Wymarzona Afryka, gdzie gnały ją marzenia i przeznaczenie. Wejdźcie na jej bloga, poczytajcie. Nie czuję się upoważniona by o niej pisać. Ale myślę o niej, bardzo dużo. I chciałabym by jak najwięcej osób myślało.

Bierzmy z niej przykład. Bo niewiadomo ile czasu nam zostało na zrealizowanie naszych marzeń. A tak jak Kinga wierzę, że mamy moc ich spełniania.

Żegnaj Kinga. Powodzenia w łapaniu kolejnego stopa gdzieś tam na górze…

http://www.kingafreespirit.pl/kingapl/
kingafreespirit

Kinge poznalam ponad dwa lata temu. Ona wlasnie wrocila z kilkuletniej podrozy, a ja sie przymierzalam do swojej.
Jesli mozecie to pomozcie prosze.

http://www.kingafreespirit.pl/kingapl/
null

Pomoc dla Kingi
niedziela, 04 czerwiec 2006
Kochani,Jestesmy juz w Ghanie. Kiedy przyjechalismy lezala jeszcze w SSNIT Trust Hospital. Rozpoznala nasze glosy i reagowala na opowiadania choc sama nic nie mogla powiedziec czy nawet otworzyc oczu. Jej stan nie pozwalal na dalsze jej tam leczenie choc lekarze robili co mogli, mogli niewiele ze sprzetem ktorym dysponowali. Dzieki sprawnej pomocy Honorowego Konsula Polski w Ghanie przenieslismy Kinge do szpitala wojskowego. Lezy teraz na intensywnej terapii (niestety jej stan sie pogorszyl) podlaczona do respiratora i otrzymuje odpowiednie leki by zwalczyc malarie i inne infekcje ktore mogly sie pojawic. Niestety teraz nie mozemy byc przy niej caly czas ale jestesmy caly czas w szpitalu, staramy sie zapewnic wszystko czego potrzebuja by ratowac jej zdrowie. Niestety leki musimy kupowac sami a to poza tym, ze z dlugimi przejazdami do roznych aptek wiaze sie z wysokimi kosztami samych lekow, jednak dzieki temu kinga dostaje to co najlepsze i to co jej naprawde potrzebne.Lekarze wydaja sie kompetentni i obsluga pielegniarska rownie profesjonalna. Dzis wieczorem Kinga nie byla przytomna i w zaden sposob nie reagowala na moj glos, ale jestesmy dobrej mysli. Jest naprawde w dobrych rekach. Niektorzy z was pytali sie jak moga fizycznie – materialnie pomoc w tej ciezkiej sytuacji. Rzeczywiscie wasza pomoc napewno okarze sie niezbedna. Kosztow szpitala jeszcze nie znamy. Na lekarstwa i inne potrzebne rzeczy wydajemy ok 100 dolarow dziennie. Jutro wystawia rachunek za poprzaedni szpital wiec zdobedziemy pewne wyobrazenie. Wszystkim ktorzy chceliby pomoc nam materialnie w tej ciezkiej sytuacji podaje numer konta:Radoslaw SiudaKolowa 4/8103-536 WarszawaInteligo 50 1020 5558 1111 1349 6230 0009z tytulem przelewu: „Pomoc dla Kingi”Bardzo wam wszystkim dziekuje za wsparcie jakiego nam udzieliliscie do tej pory. Wlasnie wydrukowalismy wasze komentarze do poprzedniego postu i bede je Kindze czytal w porach odwiedzin.Jeszcze raz wielkie dzieki i piszcie dalej, myslcie slijcie dobre energie. To bardzo pomaga.Chopin


  • RSS