rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2006

Diu zawiodło moje wszystkie oczekiwania. Za to dało mi to czego się w ogóle nie spodziewałam:
- przedziwne palmy z rozgałęziającymi się pniami jakie rosną tylko na Diu ponoć, nazwy oczywiście nie pamiętam
- zajebiste Naida caves, czyli ogromne dziury i korytarze poryte w górkach przez Portugalczyków w celu wydobycia surowca na fort.
- tenże fort, zachowany w dużo lepszym stanie niż wszystkie goańskie forty razem wzięte
- intrygujący cmentarz, a może to była kolonia kapliczek, cholera wie, położone na pustym wzgórzu z pięknym widokiem na Gompata beach. Wściekle kolorowe, z daleka wyglądało jak bungalowy dla krasnoludków. Zapomniałam wypytać Georga, właściciela guesthousu co to za dziwo.
- i sam Sao Tome guesthouse. Absolutnie zajebiste miejsce. Nocleg w cieniu kościelnej dzwonnicy, najpiękniejsze wschody i zachody słońca. Magia przestrzeni i świetny punkt obserwacyjny. Acz wciąż nie jestem pewna co to za ptactwo obsadzało pewien dach. Na 99% pawie.

Kiedyś trzeba będzie wrócić na Diu by to wszystko sprawdzić. No i by zakosztować tego ‘prawdziwego’ Diu. Jeśli jego kwintesencją był klimat na dachu kościoła to na pewno warto.

Dochodzi północ. Siedzę na dachu kościoła. Który robi za sypialnię i living room dla kilkunastu backpackerów.
Brzmi idiotycznie, ale to święta (nomen omen) prawda. Everything possible in India, sir!

Diu, oddzielona mostem od południowego wybrzeża Gujaratu, niegdyś portugalska kolonia, nie ostała się tak katolicka jak Goa. I choć kościołów na tej maleńkiej wysepce jest od groma, to zgodnie ze swym przeznaczeniem działa już tylko jeden. A reszta została przerobiona. Na szpital, urząd, szkołę lub na guesthouse właśnie.
W kościele jest nas sporo. Nieszczęśników zwabionych famą głoszącą, że jest takie Diu, zaginiony raj, urokliwa wysepka, puste plaże, idealne miejsce by wybyczyć się i zapomnieć, że istnieją inne światy. I tak podobno z reguły tu jest.

Ale teraz jest szczyt sezonu dla mieszkańców Gujaratu. Bo dopiero co było Diwali, a teraz są wakacje szkolne i to jest czas kiedy Gujaratis zjeżdżają dzikim tłumem na Diu. I jest to totalna masakra. Wszystkie hotele pełne. Jest kilka pojedynczych miejsc, ale najniższa cena to 1400 rupii. Najtańsze (zazwyczaj) guesthousy, które za swe spartańskie, żeby nie powiedzieć syfiaste pokoiki normalnie biorą 150 rupii, teraz śpiewają 1000 i nie mają wolnych miejsc.
Zabawne, że taką kasę bez zmrużenia oka wyłożą Hindusi, a białasy zdegustowane pokręcą się po miasteczku aż dotrą do kościoła. Co prawda pokoje wszystkie zajęte, ale materac na dachu kosztuje 100 rupii za noc. Chętnych nie brakuje. Łazienka jedna na jakieś 30 osób. Maleńka kanciapa gdzie można upchać bagaż, ale i tak większość trzyma go na wierzchu. Życie towarzyskie kwitnie. Niby każdy powinien być wkurzony. Nie ma gdzie spać. Ta laska z Polski siedzi pod prysznicem od godziny. Cała wysepka jest pełna hinduskich tłumów, które podekscytowane widokiem białych twarzy rzucają się robić zdjęcia, albo chociaż przybić piątkę. Na głównej plaży kłębi się tłum a la nadbałtycki kurort w szczycie sezonu. Diu jest totalnym zaprzeczeniem naszych oczekiwań. A każdy uśmiechnięty, ze spokojem akceptuje sytuację. Chociaż tłukliśmy się szmat drogi do tego raju.
Bo wysepka, choć nie umywa się do Goa, ma swój urok. Bo Indie ćwiczą nieźle białaską cierpliwość, a raczej jej brak. Bo miasteczko, pomijając główny trakt pełen hinduskich turystów jest senne i pełne wąskich, krętych uliczek. Bo z sypialni na dachu roztacza się absolutnie obłędny, zapierający dech w piersiach widok. Na pół wyspy, na miasteczko i na ogrom morza. Co prawda spać tu się chyba za bardzo nie da, bo impreza się dopiero rozkręca, a o 7ej będzie już grzało słońce, ale wciąż jest to najlepsza noclegownia na Diu. Bynajmniej nie dlatego, że najtańsza;)

Jakby ktos sie zastanawial jak spedzilam ostatni wieczor w polsce to prosze sobie poczytac: www.heliogabal.blog.pl
Wbrew pozorom to wszystko swieta prawda. Przymierzalam sie do opisania tego wiekopomnego wydarzenia, kiedy to moje ciuchy wraz ze mna w srodku wytarly do czysta warszawskie bruki, ploty I inne takie. Ale Jego Cezarkosc mnie ubiegl I dobrze. Bo mi by sie jeszcze wymknely jakies nieladne komentarze na temat czarnych kotow, a przeciez naprawde mi zalezy by Pepe zachowal o mnie dobre wspomnienia

Cofee heaven

1 komentarz

Biję się piersi i przyznaję do winy. Szwendając się po Ahmedabadzie, przepychając się przez malownicze bazarowe uliczki, podziwiając przepiękny Jain temple, schodząc w dół przedziwnej budowli Dada Hari Wav (schody prowadzą cię przez kolejne poziomy aż do studni), spontaniczny pisk radości wydałam dopiero na widok Cafe Coffee Day…
Coffee chains zawsze były moim ulubionym miejscem w indyjskich metropoliach;)

Tyle już razy nocowałam w sąsiedztwie meczetu, że wypadałoby zapamiętać jak to się kończy. A ja wciąż z uporem maniaka napalam się na piękny widok z okna.
Jak, no jak mogłam znowu zapomnieć, że o 5ej rano mój słodki sen trafi szlag. Ktoś mógłby wreszcie opatentować sposób by nawoływania muezzina trafiały tylko do zainteresowanych. Pozostawiając uśpioną rzeszę niewiernych w świętym spokoju…

Kiedy roztaczam świetlaną wizję podróżowania po Indiach, robię to całkiem szczerze. Mam jakiś tam dar wymowy i przekonywania i wychodzi mi to chyba całkiem nieźle skoro mam na koncie ileś osób, które zainspirowałam do podbicia subkontynentu. Jak na razie księga skarg i zażaleń jest pusta, ale w taki dzień jak dziś nie mogę się przestać zastanawiać jak długo jeszcze. Kto pierwszy powie „Ruda, kurwa mać, w coś ty nas wrobiła?”. Bo z dystansu czasu zapominam o takich szczegółach jak:
- totalnie zarwane dwie noce w podróży i rosnący z godziny na godzinę ból głowy
- spuchnięte do rozmiarów beczułek stopy i łydki po 24ech godzinach podróży, które nie mieszczą się w sandałach, nawet po przepięciu pasków na najodleglejsze pozycje.
- wyjąca z bólu kość ogonowa od jedynej pozycji jaką dawało się przyjąć w czasie 10 godzin podróży pociągiem na trasie Mumbai-Ahmedabad.
- lepiące się do ciała, mokre od potu ciuchy.
- Indyjskie metropolie, pełne syfu, spalin, smrodków kanałowych i żebraków.
- nadany każdej białoskórej postaci status celebrity, na którą nabożnie się gapi oblegający ją coraz ściślej tłum. I jeszcze młodzi chłopcy zalotnie puszczający straszliwą muzę z komórki prosto do ucha nieszczęsnej celebrity.
- zasyfiały plecak, uwalany w stuletnim kurzu oraz różnych rodzajach okruszków ciastek, czipsów i innych lokaleskich wynalazków. Hindusi uwielbiają chrupać i to widać, zwłaszcza na podłodze pociągu.
- mokra i śliska zawartość plecaka, bo rozlała się moja ulubiona odżywka do włosów. Do ostatniej kropli.
- szczury biegające pod nogami na stacji kolejowej
- bucket system zamiast prysznica w łazience, z małym, wąsatym przyjacielem do towarzystwa (na szczęście szybko zniknął w otchłaniach systemu kanalizacyjnego)
- śmiesznie tani pokój w guesthousie Natraj, którego ściany jakieś 20 lat temu były liliowe a teraz wyglądają jakby ktoś je pieczołowicie mazał gównem. I skrobał. I znowu mazał.
- rikszarz, który wioząc mnie z dworca do hotelu łamaną angielszczyzną zapewnia, że hotel do którego jadę jest strasznie drogi, niebezpieczny i brzydki, a tak w ogóle to jest zamknięty. I żebyśmy pojechali do hoteliku jego znajomego, bo tam mi będzie lepiej. Przez całą rozmowę tytułuje mnie ‘sir’.

Bo ja jakoś zawsze lepiej pamiętam:
- boski smak dosy podanej z sześcioma rodzajami chutney i sambaru.
- widok na kopuły Ahmed Shah Mosque i otaczający go ogród, który mogę podziwiać z balkonu mojego pokoju
- przemiłego sąsiada w pociągu, który jak się przez sen rozwaliłam na dwa siedzenia, zamiast mnie szturchnąć, cierpliwie czekał stojąc aż się obudzę i dopiero wtedy zajął swoje miejsce.
- panów czekających na Mumbai Central train station aż zacznie działać okienko „one hour before departure tickets”, którzy na mój widok natychmiast puścili mnie pierwszą do okienka.
- zaskakująco uczciwych rikszarzy w Ahmedabad, którzy bez zmrużenia oka włączają meter i jadą najkrótszą trasą do celu
- most Ellis w stolicy stanu Gujarat (ciągle Ahmedabad znaczy się), obsadzony przez puszące się małpy.
- chłopca na posyłki w hotelu, który z odległej knajpy przynosi mi chai i próbuje wcisnąc 2 rupie reszty
- i last but not least nocny market przy Low Garden. Każde stoisko z tym samym zestawem pięknych narzut na łóżko, błyszczących kiecek czy prześlicznych salwar kameez. I tłum lokalesów, z okazji jakiegoś święta odwalonych w najlepsze ciuchy, kobiety piękne jak rajskie ptaki, przy każdym ruchu pobrzękujące bransoletkami na nogach. Park skąpo oświetlony, do którego w Europie bałabym się wejść po zmroku, tutaj pełen rodzin z dziećmi i par trzymających się za ręce. A na uliczce obsadzonej food stallami, pomiędzy nowoczesnymi brykami przechadza się wielbłąd. I jeszcze strzelające w niebo fajerwerki.

Jest gorąco. Szczerze mówiąc ZA gorąco. Ale na pogodę już nie narzekam;)

gościnnie

Brak komentarzy

Chciałabym się w nim zamknąc na tydzień. Przekopac się przez pudła z różnymi szpargałami i duchami. Odnaleźc tysiące zapomnianych pierdół, bez których już dawno nauczyłam się życ. Zatonąc w przypadkowo wybranej książce. Zmieniac płytę za płytą.

Moje mieszkanie, moje i już nie moje. Pełne wspomnień i marzeń. Wyzierają spomiędzy stosów książek i płyt, czają się w każdym kącie, meblu i na ścianach.
Jest takie samo jak kiedyś. Choc tak bardzo się zmieniło.

Nie mogę się zebrac by pojśc wreszcie spac.

2 komentarzy

bezwzględnie i kategorycznie zalecam wejście na stronę

www.epiekacz.republika.pl

Chleb razowy, najchętniej foremkowy, ze słonecznikiem lub innymi ziarnami, nigdy krojony, w paczce. I właściwie niewiele mi do szczęścia (dietetycznego) potrzeba. Ale jeszcze naleśniki z serem, placki z jabłkami i to co najpiękniejsze:
Ciasto z malinami (dzień pierwszy), ciasto ze śliwkami (dzień drugi), jabłecznik (dzień trzeci). Tak pobyć u mamy z miesiąc i opłata za ludzki nadbagaż jak nic przy odlocie by była.

Jęzor mi z gadulstwa odpada, a jeszcze nie dojechałam do Wwy.

Kiedyś kolejne etapy w życiu miały bardziej subtelne przejścia. Czasem tak subtelne, że zauważałam je dopiero z pewnej perspektywy i dystansu – miesięcy czy lat. Od ponad dwóch lat są dosłowne jak w amerykańskim filmie, którego reżyser nie posądza widza o zbyt dużą inteligencję. Bohaterka wsiada do autobusu, przez okno podziwia piękne widoki, na które nakładają się przebitki z etapu który się właśnie skończył. Poznani ludzie, oswojone nowe miejsca, trudne początki, wzruszające pożegnania itd. Przebitki są na początku wyraźne, ale powoli stają się zamglone i odjeżdżają w dal, podobnie jak widoki za oknem. Zostaje odbicie twarzy bohaterki w szybie. Tym razem wyrażające radość, acz przyznaję, z całkiem sporą dawką nostalgii. Kilkanaście godzin później, w Londynie, jem śniadanie przyrządzone przez Kasię i czuję się jakbym stąd nie wyjeżdżała. Co jest bzdurą, bo Szkocja, jak każdy etap dokonała swoich zmian.
Czas który przez kilka miesięcy wydawał się stać w miejscu, jakieś dwa tygodnie temu przyspieszył, a kilka dni temu zaczął znowu gnać. I wiem, że teraz znowu będzie pędził jak szalony. Zanim się obudzę będę znowu w Indiach.


  • RSS