rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2006

city of cold

6 komentarzy

Patrzę w lustro i dostaję ataku śmiechu. Wyjemy z Monią jak opętane. Mam na sobie dwie pary spodni, dwie pary skarpetek, tiszerta i dwie bluzy. Dodatkowo owinęłam sobie na głowie i dookoła tułowia mój urodzinowy wełniany szal. I w tym stroju idę do łóżka gdzie zwinę się w kłębek pod trzema kocami i dwoma prześcieradłami.
Jestem w Delhi. I jest w huj zimno.
- Monia- kwiczę jak zarzynany wieprzek – musisz mi zrobić zdjęcie. Wyślę je do Polski i od razu przestaną mi zazdrościć tej ‘fantastycznej’ pogody i słońca.

Taaaak… to wszystko prawda. Tyle, że jutro jadę na Goa proszę państwa:)

It`s my life

Brak komentarzy

Moje życie, jak zawsze w tej części świata, niebezpiecznie przypomina bollywoodzki film. Z jego intensywnymi, przesadzonymi emocjami. Nie mającą większego sensu akcją, pełną nagłych zwrotów i napięć. Z pojawiającymi się co i rusz nowymi głównymi bohaterami i od czapy wchodzącymi piosenkami.
Ale ja kocham Bollywood. Choć wiem, że dobre kino jest gdzie indziej.

zdrada

Brak komentarzy

Zdradziłam Jaisalmer. Tak mi przykro moje Złote Miasto, ale maleńkie Bundi położone w podłużnej kotlinie, z pałacem wrośniętym w połowie wzgórza, odbijającym się w wodach tanku to była prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Która tylko później się pogłębiała. Jaipur do którego pojechałam po trzech dniach był już tylko rozczarowaniem. To nie jego wina. To wina Bundi.

Puszkar, miasteczko tak święte, że nie tylko alkohol i mięso, ale nawet jajka nie mają tu wstępu. Teoretycznie. Jest ileś restauracyjek które bez żenady serwują turystom jaja, bezczelnie ukryte w menu pod nazwą eggless ommelettes.
Puszkar, mekka bekpakerów, turystów, tysięcy pielgrzymów, jak i celebrities – tydzień przede mną byli tu ponoć Angelina i Brad.
Puszkar najpierw mnie oczarował. Kiedy czekałam na wschód słońca, który powoli przywoływał miasto do życia. Kiedy wszystkie drzewa tańczyły pod ciężarem skaczących małp, kiedy wszystkie dachy pełne były człekokształtnych z długimi ogonami. Przez jakieś pół godziny było to małpie miasto, by nagle ustąpić pola ludziom.
Potem rozczarował. Naciągaczami i fałszywymi, agresywnymi kapłanami na ghatach świętego jeziorka i w templach. Klimatem bekpakerskiego ghetta a la Khaosan Road czy Paharganj. Przesiadującym tam tygodniami tłumem w oparach chillum.
A potem i tak polubiłam Puszkar, ostatniego dnia, po powrocie z wyprawy do Bundi i Jaipuru. Pomarańczowo złoty zachód słońca i trzepoczące na wietrze latawce puszczane przez dzieciaki na każdym okolicznym dachu.
Ale hitem Puszkaru jak dla mnie jest sąsiedni Ajmer i grobowiec muzułmańskiego sufiego przesiąknięty gorącą wonią różanych płatków sypanych stosami przez wiernych w ofierze.

Myślałam, że się już nasyciłam Jaisalmerem. Że jestem już tak głodna nowych miejsc, nowych wrażeń, i byłam tu już tak długo, że naprawdę wyjadę bez żalu. Nie da się. Jakieś dwie godziny przed autobusem do Ajmer ogarnia mnie nostalgia i smutek. Bo nie zobaczę zachodu słońca nad pustynią, bo nie dla mnie już złocistość prześlicznych haveli, czy starodawny urok fortowych uliczek.

Właściciel guesthousu, w którym mieszkam proponuje mi stanowisko menadżera. Wie, że zaliczyłam porażkę na Goa i przekonuje mnie – słuchaj, tu nie będziesz miała żadnych inwestycji, ja już wszystkie zrobiłem. Organizacyjnymi sprawami też się zajmę. Biznes się dobrze kręci i tak, ale z Tobą byłoby jeszcze lepiej. Wszyscy turyści cię słuchają, mi i moim pracownikom nie zawsze chcą uwierzyć, bo jesteśmy Hindusami. Nie będziesz miała dużo pracy. Tylko rozmawianie z turystami, namówisz ich na hotel czy camel safari. Zobaczysz, razem będziemy drużyną nie do pokonania! Przecież lubisz Jaisalmer, nie chciałabyś tu zamieszkać?

Eee, jednak nie. Uwielbiam Jaisalmer. Jest pierwszym miastem w Indiach, w którym wiem, że mogłabym mieszkać przez jakiś czas. Ale dom moich marzeń jest na wsi, pomiędzy tysiącem palm, rzut beretem od morza i białych plaż. To wcale nie musi być Goa, ale jak na razie jest.

Ale do Jaisalmeru wrócę. Może za tydzień, może w styczniu, może za rok czy dwa. Ale wrócę.

Jaisalmer, wyrosły na pustyni Thar, położony na jedwabnym szlaku, przez wieki był ważnym kupieckim centrum, przez który non stop przewijały się wielbłądzie karawany wiozące opium, kość słoniową, przyprawy itd na wschód i zachód. Ale kiedy upadło Mughalskie imperium i nastały rządy brytyjskie, stopniowo drogi lądowe zaczęły tracić na znaczeniu. Centrami handlowymi stały się porty w Bombaju i Kalkucie. Brytyjczycy pobudowali siatkę kolejową, która stała się najważniejszą formą transportu po kraju. Jaisalmer opustoszał. Jego mieszkańcy, w pogoni za chlebem opuścili swoje domy, w tym okazałe, pięknie rzeźbione rezydencje (haveli). Do dziś niektóre z nich stoją zrujnowane i opustoszałe, nie licząc zamieszkujących je stad gołębi i nietoperzy. Spis ludności zrobiony w 1891 roku wykazywał prawie 116 tysięcy mieszkańców w mieście i okolicach. Czterdzieści lat później już tylko 67 tysięcy. Spadek populacji szedł dalej, zwłaszcza w latach 50tych kiedy miasto, zamieszkałe przez raptem 8 tysięcy ludzi było na granicy zostania wymarłym muzealnym zabytkiem. Aż wybuchła wojna z Pakistanem i nagle Jaisalmer znów okazał się niezwykle strategicznie położonym miastem, jakieś 100 km od granicy z wrogiem. Pobudowano bazy wojskowe, świetne drogi, pociągnięto kolej. Ówczesna premier Indira Ghandi dołożyła osobistych starań by historyczne miasto poddano renowacji. W latach 80tych zaczęła się powoli rozwijać turystyka, która od początku lat 90tych jest niemal jedynym źródłem utrzymania dla lokalesów. Miasto, którego miało nie być rozwija się i tętni życiem. To tętno jest bardzo powolne, ale już nie z powodu braku ludzi.

Pustynia, po długich obserwacjach z wysokości fortu została podbita dwa razy. Pobliskie okolice z tradycyjnymi punktami do zwiedzania (Bada Bargh, Lodhruva, Amar Sagar itd) na skuterze (absolutny czad! Polecam!). Dalsze na wielbłądzie.

Camel safari to poważny biznes w Jaisalmerze. Wiele hoteli nagania ludzi już w pociągach i autobusach z Jodhpuru, oferując śmiesznie tanie pokoje (60 rupii za pokój z wykafelkowaną łazienką i balkonem!), by potem molestować cię tak długo, aż w końcu wykupisz u nich camel safari za dwa razy tyle ile wynosi normalna stawka.

Camel safari śmierdziało mi na sto kilometrów turystyczną konfekcją a la trekking po dżungli w Chiang Mai w Tajlandii. I dobrze, że pomna tamtego doświadczenia nie nastawiałam się na awanturniczą przygodę hi hi. Ale okazuje się, że można trafić na fajne safari. Pojechać dżipem kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Potem przesiadka by bujać się przez dwa dni na wielbłądzie (i podskakiwać, boleśnie obijając sobie dupę, kiedy bydlun zaczyna kłusować) i nie spotkać nikogo poza tubylcami zamieszkującymi wyludnione wioski.

Bo Thar desert nie jest pustynią jaką większość z nas sobie wyobraża. Jest zaskakująco (jak na pustynię!) zielona – pojedynczymi akacjami, wypalonymi resztkami traw i ostów, kępami kaktusów i innych krzewów. W maleńkich wioskach, z trzema pokrytymi strzechą chatami na krzyż, mieszkają tubylcy, różnych kast i religii. Jeśli wybierzesz tzw ‘non-touristic’ safari to nikt z nich nie będzie cię molestował ani o pieniądze ani o tradycyjny school pen. Są nieśmiali, wręcz zawstydzeni twoją obecnością, nie znają angielskiego i chichoczą jak opętani kiedy zagadasz ich w hindi. Czasem mijasz ich na drodze, kiedy popędzają stada kóz czy krów.

Noc na piaskowych wydmach (nie za dużych, bo te największe są główną atrakcją turystyczną i tam na zachód słońca zjeżdża się autokarami) jest absolutnie magiczna. Z wysokości wydm nie widać żadnego światełka zdradzającego inne ludzkie istnienie. Niebo obłędnie rozgwieżdżone, z prawdziwą mleczną drogą. Płomienie ogniska i tradycyjne pieśni tęsknie nucone falsetem przez panów wielbłądziarzy robią nieziemski klimat. Budzisz się naturalnie (tak! Nawet ja!) na wschód słońca, które rzuca ciepłe światło na wydmy. Bajka.

Nie do końca doskonała hi hi. Bo o myciu się można zapomnieć. Bo w środku dnia jest upiornie gorąco. Bo dupa wymięka od wielbłądziego siodła. I wielbłądy, przurocze i przekomiczne stworzenia capią na maksa, a ty po dwóch dniach z nimi też. A mój wielbłąd Parauti bezczelnie zeżarł przepiękne, wielkie pawie pióro, które znalazłam na pustyni.
Ech, polecam proszę państwa, gorąco polecam.

W centrum Jaisalmeru, na górze wydającej się być usypanej z piachu i żwiru, piętrzy się jedyny w Indiach ciągle zamieszkany fort. Plątanina wąziutkich, kamiennych uliczek. Prześlicznie wyrzeźbione haveli stoją obok zrujnowanych budynków. W samym centrum złoci się pałac maharadży. I nie tylko. Po 15ej, kiedy słońce schodzi ciut niżej, złoci się cały Jaisalmer. Zbudowany z pięknego piaskowego kamienia, wydobywanego nieopodal (oprócz turystyki to właściwie jedyny sposób zarobkowania tutaj), jest prawdziwym Golden City.
W forcie mieszka się obłędnie. Coś co normalnie jest zabytkiem do zwiedzania, nagle jest miejscem do życia. Dla kilku tysięcy lokalesów, turystów, miliona gołębi, których gruchanie będzie mi się już zawsze kojarzyć z tym miastem, a także dla wielu krów i kóz. Krowy są wybitnie spasione (zieloności żadnej do podżerania na ulicach nie ma, śmieci właściwie też nie, więc właściciele muszą je karmić sami. W ten sposób jaisalmerskie krowy są najtłustszymi krowami w Indiach), szwendają się znudzone uliczkami, co chwilę tarasując drogę i powodując jedyne możliwe w forcie korki, jako że motoryzacja nie ma wstępu. Mieszkając w forcie czujesz się jak po przejażdżce wehikułem czasu. Tylko kafejki internetowe przywracają cię trochę do rzeczywistości. Ale tylko trochę.

Jaisalmer, złote miasto pośrodku pustyni to jak dla mnie total. Siedzę tu już piąty dzień i wciąż korzystam z każdej wymówki by przedłużyć pobyt. Uwierzyłam na słowo znajomym Francuzom i Austriakom, że Bikaner jest beznadziejny i szkoda czasu. Jeszcze dwa dni temu chciałam tam skoczyć choć na jeden dzień by zrobić wycieczkę do świątyni gdzie tysiące spasionych szczurów dostaje mega wyżerkę i boskie traktowanie każdego dnia, ale też już sobie odpuściłam. Para z Australii wspomniała, że Jaipur jest ciut męczący i od razu postawiłam przy nim znak zapytania. I tak po kolei odpada każdy punkt radżastanowego programu. Za jakieś dwa tygodnie chcę być w Delhi i jak w tym czasie zobaczę jedynie Pushkar to… hmm, nic się nie stanie:).
Bo Jaisalmer proszę państwa to miejsce magiczne. To miasto, które powinno nie istnieć i prawie tak się stało. Ale istnieje. I tylko czas ma tu inny wymiar.

Za kilka godzin mam pociąg do Jaisalmeru. I błagam wszystkie hinduskie bóstwa by pomogły mi znaleźć guesthouse, w którym będzie w miarę ładnie, czysto, miło i tanio. Jak dotychczas cały czas w takich lądowałam, przy czym w niektórych przypadkach ‘w miarę’ zastępowało ‘bardzo’. Ale teraz mam jeszcze jedną prośbę do Shiwy, Brahmy i innych Vishnu. Niech to będzie guesthouse, w którym nikt na mnie nie będzie zwracał uwagi, w którym będę mogła wreszcie pobyć sama. Czy ja nie proszę o zbyt wiele? A może to jedno z życzeń o których mówi chińskie przysłowie, że należy uważać o co się prosi bo można to dostać?
Nie chcę być niewdzięczna, ale…

W Sao Tome na Diu było bosko i niebiańsko jak na miejsce święte przystało. Acz trochu zbyt tłocznie i imprezowo by zostać tam dłużej. W hotelu Lake Star na Hanuman Ghat w Udajpurze (gorąco polecam) dzięki niezwykłej gościnności Faridy i Azada wreszcie udało mi się więcej dowiedzieć o społeczności muzułmańskiej w Indiach. Że o obłędnych wycieczkach po okolicy na bajku z Azadem nie wspomnę (ale muszę, no muszę, nie tyle polecić co ZALECIĆ wizytę w Ranakpur temple, jednej z najpiękniejszych świątyń jakie w życiu widziałam. Cała z białego marmuru, o koronkowych sklepieniach, z 1444 kolumnami, każda inaczej wyrzeźbiona. Ponoć by zachęcić rzeźbiarzy do większego wysiłku płacono im od ilości pyłu jaki zostawał po ich ciężkiej pracy). Farida gotowała jak anioł, z ruftopu, podobnie jak z mego pokoju, roztaczał się powalający widok na jezioro i rozpościerający się nad nim pałacowy kompleks, no bajka. Tyle tylko, że jak raz się weszło do rodziny to się było w niej na maksa. A rodzina w Indiach to instytucja która nie daje ci ani chwili sam na sam ze sobą. Wliczając mój pokój, w którym co chwilę ktoś siedział na plotkach.

To samo prawo wydaje się obowiązywać w Sunrise guesthouse w Jodhpurze. Prowadzący go bracia są przeuroczy. Na wejściu przyklejają świecące bindi na czoło, tysiące uśmiechów, a hasło tego miejsca (podobnie jak co drugiego guesthousu w Rajhastanie) to – come as a tourist, leave as a family. Wszystko pięknie, tylko po intensywnie rodzinnych i zwiedzaniowych dniach w Udajpurze chciałam zjeść w spokoju kolację, pogapić się z ruftopu na majestatyczny fort i przerobić sobie w głowie wydarzenia z ostatniego tygodnia. Zapomnij. Musiałabym się wykazać szczytem chamstwa by wykręcić się od towarzystwa hinduskich braci i koreańskich sióstr. Które razem ze swoją japońską koleżanką powtarzały śpiewnie co drugie moje słowo, kiwając głowami, uśmiechając się szeroko i wydając z siebie pełne zachwytu i zdumienia (niezależnie od tematu rozmowy) ‘ooooooooo!’, „aaaaaaaaaaaaaa!”. Próbując dotrzymać im kroku w uśmiechach nadwyrężyłam mięśnie twarzy i rozbolała mnie szczęka. I jak zawsze w kontakcie z tamtą częścią Azji, miałam spory problem by nie wybuchnąć śmiechem przy kolejnym chóralnym „ooooooo!”. Sprytnie postanowiłam wypytać Japonkę jak wygląda znalezienie pracy w jej ojczyźnie (to od paru miesięcy jeden z moich luźnych pomysłów na czas kiedy skończy się kasa). Japonka słucha w skupieniu mojego pytania, potakuje głową. Daje mi do zrozumienia bym powtórzyła, więc powtarzam, wolno i wyraźnie. Kiedy nadchodzi czas by odpowiedzieć przez chwilę milczy zakłopotana, po czym mówi ‘aj… noł inglisz’. Arigato!

Więc błagam, przez kilka najbliższych dni chcę być niewidzialna. Poza tymi krótkimi chwilami kiedy kelner bierze moje zamówienie.

PS Kilka dni później nie mam żadnych wątpliwości, że w łaskach u Shiwy to ja nie jestem. Samotność w Jaisalmerze to oksymoron. Ale za to jak tu pięknie…


  • RSS