rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2006

tapeta

10 komentarzy

Mały Vagator, moja laptopowa tapeta cyknięta w lutym przez Agę i Artiego, nagle jest tu, przede mną, rozpościera się na lewo ze wzgórza, a naprzeciw ogrom morza i płonące na różowo niebo. Tyle razy wgapiałam się w kompa z dziką tęsknotą. A teraz na żywca, wreszcie. W moim szczęściu nie przeszkadza mi ani pani sprzedająca sari, ani koleś wciskający mi koraliki, ani – nawet! – grupka kolesi z Bombaju otaczających kręgiem ławkę na której siedzę podczas gdy kumpel cyka fotkę za fotką. Spoko, mogę robić za białego (nomen omen) niedźwiedzia, dziś kocham cały świat i wybaczam mu wszystkie ułomności.

na werandzie

1 komentarz

Siedzę na werandzie, gapię się na palmy, słoneczko bosko przygrzewa, piję kawkę. Nic się nie zmieniło, może tylko roślinek w ogrodzie więcej – Jeszcze dwa tygodnie temu padało przez dwa dni, duży monsun w tym roku – wyjaśnia Mahesh. Który nawet się nie spytał jak mi podróż minęła tylko od razu chciał wiedzieć jak się ma mój Tata. W Happy Barze na mój widok wielkie uśmiechy – Kashia! Welcome back! A Tata przyjechał z Tobą? Od razu widać hi hi kto był czyim ulubieńcem.

Po dwóch dobach w pociągu, dwóch autobusach z Margao, przez Panjim do Mapusy, lepiąca się od brudu i głodna jak wilk idę prosto do Walke Diary na bazarze. Lassi, kremowe i pyszne jak zawsze. Wpieprzam aż uszy mi się trzęsą ulubione bhaji pav. Potem ruszam do Assagao, Mahesh już czeka, podłoga w domu jeszcze mokra, koleś maluje bramę – Powiedziałem mu, że dziś ma ostatni dzień by to zrobić – mówi mój landlord – więcej żadnych robót nie będzie, nie martw się. Pytam się go, czy mogłabym mu teraz zapłacić połowę, a drugą za dwa dni jak moja przyjaciółka przywiezie z Londynu zapas funtów, bym nie musiała płacić haraczu bankowego. – No problem, możesz zapłacić za dwa dni, możesz za tydzień, jak ci wygodnie – Mahesz nie chce nawet przyjąć połowy teraz – będziesz wynajmowała skuter czy inne wydatki, lepiej byś miała zapas, a mi się nie spieszy.

Jadę do Chapory oddać rzeczy do prania i wynająć skuter. Czekam na autobus obok mojego domu i sąsiedztwo mechanika kolejny raz okazuje się przydatne. Zwłaszcza gdy jest to jedyny mechanik w okolicy, który specjalizuje się w Enfieldach i potrafi reperować archaiczne terenówki i podróżnicze vany. Spotykam znajomego z zeszłego sezonu, który właśnie w Szwajcarii zrobił jakiś biznes i teraz ma ponad dwa lata wolnego, a u mechanika doprowadza do porządku swój dom na kółkach, który chwilowo bardziej zasługuje na miano baraku niż domu. Jak słyszy, że czekam na autobus natychmiast bierze mnie na bajka i wiezie do Chapory – No przecież nie będziesz tak czekać, a ja i tak się tu nudzę.

W Chaporze syn pani u której oddaję, za przykładem Moni pranie pomaga mi załatwić skuter – jego wszystkie już są wynajęte. To jedna rzecz jaka się na Goa zmieniła. Rząd się wziął za wynajmowane nielegalnie dwa kółka i teraz każdy legalny ma żółte tablice. Białas na białych tablicach jest do odstrzału, aczkolwiek każdy z kim gadam ma na ten temat inną opinię. Oczywiście legalny bajk kosztuje więcej, ale po namyśle postanawiam dopłacić i z Chapory wracam już na swoim skuterze.

I tak mija dzień, na odwiedzinach znajomych miejsc, uśmiechach, uściskach i obcałowywanych policzkach na przywitanie. Wszyscy nie do końca chcą uwierzyć, że przyjechałam tylko na miesiąc, że nie będę pracować, że wyjadę.
Zakupy na bazarze, piątek więc wydanie specjalne, moje ukochane, wracam obładowana, sprzątam, pucuję, szykuję dom dla dwóch Kaś. Mija drugi dzień a ja wciąż nie byłam na plaży.

W odróżnieniu od innych, ja wiem, że wyjadę. Ale pewnie wrócę. Niedługo lub później. Czuję się jakbym wróciła do domu. Dokładnie tak.

Przez pierwszych kilka godzin nie mogę uwierzyć, że znowu, wreszcie tu jestem.
Potem nie mogę uwierzyć, że nie było mnie pół roku. Bo czuję się jakbym wcale nie wyjeżdżała.

Biznes, którego kilka miesięcy temu byłam współwłaścicielką rozrósł się do przerażających rozmiarów. Słucham tylko i już się robię zmęczona. Mój ex biznes-partner jest wychudzony, przemęczony i zestresowany. Nie pytam się go po co mu to wszystko i czemu łapie tyle srok za ogon, bo to chyba pytanie na które on sam sobie nie chce szczerze odpowiedzieć. Mój były pracownik mówi mi, że Diana coraz częściej płacze, że są ciągłe kłótnie i pretensje. Ale kafejka wygląda pięknie, stoiska w dziesięciu różnych miejscach, druga knajpa w Anjunie itd, perspektywy na sukces finansowy są duże, bardzo duże. Za cenę, której nie chciałam i nie chcę płacić. Nie po to wyjechałam z Europy, nie po to szukam swego miejsca daleko od kultury w której się urodziłam i wychowałam.

Ale, ale, choć już z daleka od tego to życzę dobrze moim ex, więc jeśli państwo marzą o dobrej, prawdziwej kawie (cappuccino, latte available:) lub śniadanku w zachodnim, zwłaszcza mięsożernym stylu to polecam – Coffee Heaven w Arporze, w połowie drogi pomiędzy Calangute-Baga a Anjuną. Uprzedzam lojalnie, że ceny mało bekapakerskie hi hi, ale wciąż dużo taniej niż w Polsce;)

Dwie doby w pociągu, przemierzam pół kraju i strefy klimatyczne. Pierwszy dzień – wszyscy w bluzach, ja dodatkowo owinięta szalem. Pierwsza noc, wszystkie kuszetki zapełnione kocowo-ludzkimi kłębkami, większość Hindusów ma wełniane czapki i rękawiczki. Ja we wszystkich ciepłych ciuchach opatulona dwoma kocami. Rano zaczynamy się rozbierać. Powoli, stopniowo odwijamy kolejne warstwy. Po południu śmiejemy się z sąsiadami, że za chwilę zaczniemy narzekać, że nam za gorąco. Druga noc pod kontrolnie narzuconym prześcieradłem. Nad ranem podziwiamy wschód słońca na Goa i jest nam naprawdę ciepło.


  • RSS