rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2007

Mam wizę, mam bilet. Jutro rano ląduję w Birmie. Nowy etap. Podróży i chyba w życiu też. Przede mną cztery tygodnie bez bloga i maili. Kraj pozbawiony swobodnego dostępu do internetu to rzadkość. Mile widziana.
Do usłyszenia z Tajlandii.

W Kalkucie jest zaskakująco chłodno. Prysznic o 9ej rano jest torturą, a lodowata woda zmienia mnie w oskubaną gęś. Myje sie wiec raz dziennie i chodze z tlustym klakiem. W ciągu dnia przygrzewa słoneczko, akurat bym się nie spociła w tiszercie i bojówkach. Po zachodzie słońca robi się zimno. Śpię pod dwoma kocykami, ubrana w bluzę, spodnie i skarpetki. Na szyi wełniany szal. Jeszcze dwie noce temu spałam nago, przykryta prześcieradłem, w zimniejsze noce cienkim kocem.

Spędziłam w Indiach ponad dwa lata. Tysiące razy tłumaczyłam różnym ludziom jak bardzo zróżnicowany jest ten kraj geograficznie i klimatycznie. A wciąż jak debil się dziwię, że jest mi zimno.

Do pociągu ładuję się o świcie po nieprzespanej nocy. Przechodzę regularny detox. Śpię przez trzydzieści godzin z małą przerwą, w czasie której mam tylko siłę zeżreć 3 kanapki i paczkę orzeszków. Mycie zębów i papierosa zostawiam na następny dzień. Pociąg oczywiście dojeżdża z kilkugodzinnym opóźnieniem dzięki czemu kolejny raz mam przyjemność walić po bramach guesthousów na Sudder street o 3ej w nocy. Z większości dobiega albo cisza albo zaspane ‘house is full’. Kiedy powoli zaczynam żałować, że dałam się wypłoszyć kilku spasionym szczurom buszującym w ladies waiting room na stacji, przyjmują mnie w hotelu Maria. Walę się na łóżko w dormitory jak stoję, w ciuchach prześmiardłym pociągiem, z ryjem czarnym od brudu. Na dnie plecaka mam upchane trzy seksowne kiecki, tusz do rzęs, cień do powiek i puderniczkę. Kiedyś je wyciągnę na wierzch, a na razie porobię za smelly backpacker. Lubię kontrasty.

Ostatnia (już naprawdę) noc. Selekcjonuję graty, to dla Sary – fruit lady z Vagator beach, to do kartonu ‘na wszelki wypadek’, to do kartonu ‘jak nie wrócę to wyślij do Polski’.
– Niczego nie będę wysyłał – przytula mnie Pedro – będziesz musiała przyjechać.
Śpiewamy sto lat Piżmakowi, który zdmuchuje z tortu jedyną świeczkę jaką znaleźliśmy w domu. Cykam ostatnie foty, pakuję się.
Pożegnania, pełne długich uścisków i wymienianych ‘I`ll miss you’, ‘see you next year’ i ‘thank you’.
Wyjeżdżam pełna miłości, szczęścia i wspomnień. W moim plecaku do laptopa przytulony obraz z dedykacją, obok jeden z najpiękniejszych listów jaki w życiu dostałam, w bezpiecznym kejsie przepiękny naszyjnik z muszlą, na nadgarstkach bransoletki – talizmany ochronne. Jeden turecki od Jenae (miałam go przez pięć lat, teraz przekazuję tobie), drugi buddyjski od Hannah (nosiłam go przez półtora roku, teraz niech chroni ciebie), zrobiły to obie niezależnie od siebie w odstępie paru godzin. Zmartwiony Royce ostrzega przed poślizgiem na podjeździe gdzie rozbiła mu się butelka z olejkiem ajurwedycznym do masażu, czyli moim niedoszłym prezentem.
Było pięknie. Tak pięknie, że cynik we mnie szepcze, że może i lepiej, że nie mieliśmy okazji przejść próby czasu.

ostatki

1 komentarz

Ostatnie chwile. Za 12 godzin odjeżdża pierwsza dwójka. Za dwa dni ja, potem kolejni. Zawiązana na kilka tygodni paczka rozjeżdża się po świecie. Pewnie się jeszcze kiedyś spotkamy, choć mało prawdopodobne że w pełnym składzie. Pożegnalna impreza odbyła się już kilka razy, dzisiaj po raz ostatni. Na razie siedzimy na werandzie, ktoś czyta, ktoś pisze, ktoś gra na bębnach, ktoś rapuje razem z Everlastem. Jest pewna magia w powietrzu, masa pozytywnych wibracji, radość ze wspólnie spędzanego czasu, z bycia obok siebie, ze sobą. Hippisów już nie ma na Goa, ale ich duch żyje wśród takich jak my. Oglądamy zdjęcia z nocy na plaży, dnia pełnego wypadków, trans party w Curlies, wycieczki do Arambolu i innych.
Chwilami marzę, że tak mogłoby być zawsze.

Kiedyś

Brak komentarzy

W końcu, po wielokrotnym przekładaniu i zasypianiu udaje nam się pojechać na wycieczkę do Arambolu. Poupychani na bajkach po trzy osoby, bez praw jazdy i żółtych tablic jedziemy przez most w Siolim wyrzucając ręce w powietrze i drąc ryja, kiedy zatrzymuje nas policja. Panowie są niesympatyczni i bardzo napaleni na bakszisz. Przez pierwsze pięć minut. Jest coś w naszej grupie co wywołuje uśmiechy na ich twarzach i po dłuższej pogawędce jedziemy dalej machając im na pożegnanie. W Arambolu cofamy się w czasie oblepiając się zolta gliną od stóp do głów (potem czule się głaszczemy po skórkach jedwabistych w dotyku), grając na bębnach i tańcząc na kamieniach w strumieniu. Kolejny dzień razem, kolejny magiczny czas. W nocy rozpalamy ognisko na dachu i nie dajemy zasnąć całej wsi.
Cały czas czuję się jakbym wskrzesiła duchy z przeszłości. Feast of friends, circle of friends. Na chwilę, na kilka tygodni. To było tam. To jest teraz tu. Kiedyś będziemy znowu razem, kiedyś zamieszkamy tu wszyscy, kiedyś wrócimy, kiedyś…

- Duuuże spodnie i maaałe spodnie! Zobacz, jeszcze raz, duuuuże spodnie – Piżmak rozpuszcza swoje szarawary i potrząsa nimi trochę jak matador szmatę przed bykiem a trochę jak tancerka kankana– i maaaałe spodnie – teraz roluje je dookoła nóg i zaciąga w talii tak, że tworzą obcisłe spodenki.
- ja nie mogę, on to robi już trzeci raz – zwija się w chichocie Quinn.
- chcesz jeszcze raz? – cieszy się Piżmak i rozwija spodzień – duuuuże spodnie i…
- maaaałe spodnie – wrzeszczymy wszyscy chórem tarzając się ze śmiechu.

Jest jakaś trzecia czy czwarta w nocy, tuzin świrów zaległ na spaghetti beach zalanej księżycowym światłem. Jest nieziemsko pięknie, magicznie i mistycznie. Od kilkunastu godzin/dni szwendamy się w różnych przegrupowaniach po okolicach. Na przemian się szukamy, odnajdujemy, zmieniamy plany, a plany zmieniają nas. O wschodzie słońca zajedziemy do Munches na śniadanie i chai. Wyglądamy jak zombie, oprócz Quinna, który może nie spać trzy dni i wciąż wyglądać jak po tygodniu w spa. Nikt z nas nie zapomni tej nocy. Mam bilet do Kalkuty na 13ego lutego.

Nigdy nie miałam farta do sąsiadów. Ani tych w środkach lokomocji ani zza ściany.

Od lat szukając swej miejscówki w autobusie, samolocie czy pociągu nie łudzę się, że tym razem los w postaci kasjerki posadzi mnie obok mężczyzny mego życia, albo chociaż kogoś kto zagwarantuje miłe przeżycia natury estetycznej tudzież intelektualnej na czas podróży. Już tylko się modlę by mu nie śmierdziało ani z pyska ani spod pachy i by się mieścił w swoim siedzeniu.

Sąsiedzi zza ściany? Jakieś fajne towarzystwo? Wspólna kolacyjka co jakiś czas? Albo chociaż zapukać po sól, mąkę czy żarówkę w nagłej potrzebie? Zapomnij. W moim bloku królowali dresy i geriatria. Geriatria o tyle wredna, że z wyśmienitym słuchem, acz selektywnym. Jak dresy grały Ich Troje całą noc to geriatria siedziała cicho. Ale jak ja robiłam imprezę to policja pukała o 22:01. Wiadomo – ja nikomu kosy w brzuch nie wsadzę, to można sobie zrekompensować tchórzliwe nocy kiedy udajemy, że disco polo napierdalające całą parą wcale nam nie przeszkadza.

Nasz dom w Assagao jest podzielony na dwie połówki, ze wspólną werandą. W zeszłym roku robiłyśmy z Monią wiele by zniechęcić potencjalnych sąsiadów. Kiedy ktoś przychodził oblukać chatę burczałyśmy pod nosem ‘good morning’, które brzmiało jak ‘spierdalaj’ i ospale podnosiłyśmy się z krzeseł by zrobić przejście. Pewna brytyjska para w wieku średnim została porażona widokiem Moni w bikini, jak łatwo się domyślić, pan bardzo chciał zostać, a jego żona wręcz przeciwnie. Granie głośno muzy i pierdolnik na werandzie to kolejne jakże pomocne triki. I cały sezon chata, ogród, weranda i taras były nasze i tylko nasze. W tym roku taktykę zmieniłyśmy bo lubimy naszego landlorda. Zostajemy dużo krócej i byłoby mu ciężko wynająć dom po nas pod koniec sezonu. Więc jak zobaczyłam młodą parkę oglądającą drugą połówkę byłam miła i gościnna i parka następnego dnia się wprowadziła. W ten sposób pierwszy raz w życiu dorobiłam się zajebistych sąsiadów. Którzy stopniowo z sąsiadów stali się dobrymi znajomymi, a potem podwalinami pod przyjaźń amerykańsko-irańsko-angielsko-polską.

Kolejny element układanki, który sprawia, że będzie ciężko wyjechać z Goa.


  • RSS