rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2007

Zacząłeś przedwcześnie łysieć? Masz szarą cerę z rozszerzonymi porami? Tępy wyraz twarzy, obwisłe lekko policzki i małe szczurze oczka? Twój jedyny mięsień, który imponuje rozmiarem to piwny? Jesteś nudny, niezbyt inteligenty, ostatni ksiazke przeczytales w szkole, a poczucie humoru jest ci obce? W skrócie – jesteś beznadziejnym pasztetem którego nikt nie chce? A marzysz o szczupłej, długonogiej, młodziutkiej piękności, która będzie cię czule głaskała po łysinie, wpatrywała z zachwytem i podziwem w twoje oczy, wyprawiała w łóżku co tylko sobie zażyczysz i śmiała się rozkosznie z najbardziej beznadziejnych dowcipów?
Mam dobrą wiadomość – twoje marzenie może się spełnić.
Bangkok, raj dla kolesi, którzy nic nie mają fajnej kobiecie do zaoferowania, a prychają nosem na wszystko co wygląda gorzej niż Angelina Jolie. (To taka reguła, którą zauważyłam wieki temu – im brzydszy koleś tym bardziej krytyczny i obelżywy w ocenie wyglądu kobiet)
Wystarczy trochę kasy. Nie mówię o prostytutkach. Są tabuny mniej lub bardziej porządnych Tajek, które z radością zwiążą się na tydzień lub całe życie z białasem, który zapewni im miły poziom życia. Finansowy, reszte da się przełknąć. Jasne, że zdarzają się fajne pary. Ale wybitna większość białych kolesi których widuję z Tajkami to panowie, którzy w konkursie na Monciaku (taka niewinna zabawa z dawnych lat, punktacja za walory fizyczne od 1 do 10) dostawali chóralne ‘out of competition!’. Pary takie wyglądają ciut niesmacznie, ale dopóki obie strony są zadowolone z układu, a chyba w większości są, to nie ma co się czepiać. Tylko odradzam białym singielkom mieszkanie w BKK. To chyba musi być frustrujące na dłuższą metę.

Dentysta w Bangkoku wita cię w stroju chirurga. Czepek na lbie i fejs zakryty maska, znad której widać tylko oczy. Fotel rozłożą pod tobą na płasko, być może z płonną nadzieją, że na leżąco się bardziej zrelaksujesz. Twarz zakryją ci gustowną szmatką z otworem na usta, oszczędzając widoku straszliwych wiertel, acz podatni na klaustrofobie mogą dostać świra. Poza tym jak w Polsce, tylko trochę taniej. A najlepszym dentystą na świecie jest nadal Maciek.

pytanko

5 komentarzy

Czy ktos moglby mi doradzic jak I gdzie moge zalozyc jakies statystyki do tego bloga? Tak zeby mniej wiecej wiedziec ile ludzi to czyta itd. Statystyki za darmo oczywiscie hi hi. Najmilej widziane lopatologiczne instrukcje na jaka strone wejsc I co dokladnie zrobic bo jestem debilem komputerowym. Z gory pieknie dziekuje.

- Cześć, tu rudazazji, czy to ty?- drę ryja by przebić się przez kakofonię dźwięków na Khao San road.
- ok, to będę za jakieś pół godziny, tylko jak ja cię rozpoznam?
Bez problemu. Wyławiamy się natychmiast spośród tłumu krążącego wokół McDonalda. Fast foody są bardzo przydatne jako punkty orientacyjne.
Kiedyś minęłyśmy się o dwie godziny w hotelu Maria na Sudder street. Potem był krótki komentarz z zaproszeniem kiedy wydawało się, że świat się wali. Minęło półtora roku i jestem u niej. Nie spodziewałam się, że jest tak piękna. Pytlujemy tak jak Polki na obczyźnie, spragnione bratniej duszy mówiącej w ojczystym języku potrafią. I nagle w pół słowa zrywam się z krzesła i drę się na całą ulicę:
- Monikaaaa!
Kilka tygodni temu przytulałyśmy się na pożegnanie, mówiąc sobie, że nie wiemy kiedy się znowu spotkamy (‘może za rok, może za dwa, może pojedziemy razem do Ameryki Południowej co?’), ale spotkamy się na pewno.
Wieczorem w tym samym miejscu wyławia mnie Kari, którą spotkałam pół roku wcześniej w indyjskiej ambasadzie w Warszawie. W kilka minut zapada decyzja o jej przeprowadzce z hotelu do domu Gekoniastej.
Ja wiem, że w świecie podróżniczym wszystkie drogi prowadzą na Khao San road. Wiem, że spotkać tam znajomych to w sumie nic oryginalnego jeśli się dłużej podróżuje. Ale żadna z nas nie mieszka w travelerskim getcie, a ja jestem pierwszy dzień w Bangkoku. I niech mi ktoś powie, że to nie jest przeznaczenie…

To by było na tyle. Kilka notek poniżej to tylko fragment tego co pisałam w Birmie, ale więcej nie będzie bo mi się nie chce tego opracowywać. Może kiedyś, może w innym miejscu, w innej formie. A na podsumowanie Birmy lista tego o czym notek NIE BĘDZIE hi hi:

- o przepięknym i ogromnym jeziorze Inle, otoczonym zamglonymi górami. O wioskach unoszących się na jeziorze, do których mieszkańcy mogą się dostać tylko łodzią, o setkach kanałów, po których bosko się pływa łodziami motorowymi lub bardziej romantycznie kanoe. I rybakach wiosłujących nogą. Tak, tak i proszę mnie nie pytać jak oni to robią. Choć to widziałam to wciąż nie wierzę, że to możliwe. I skaczących przez obręcz kotach, które wytrenowane przez nudzących się mnichów są jedną z głównych atrakcji Inle. Po bliższych oględzinach uznałyśmy z Kati i Stephanie, że koty są faszerowane dragami, które najwyraźniej są im podawane w prażonym ryżu. Dowody – absolutnie naćpany wzrok oraz łapczywe rzucanie się na okruchy pop-rice po każdym skoku. Do tego dwa koty miały okropne rany na pyszczkach. Sugeruję bojkot Jumping Cats Monastery.
- O pięknym i bardzo postkolonialnym Rangunie, który jest moją ukochaną azjatycką metropolią i jedyną w której bardzo chętnie bym zamieszkała. Z mnóstwem zieleni, z rzeką, która staje się różowa o zachodzie słońca, z dwoma jeziorami, praktycznie bez korków, to miasto w ogóle nie daje odczuć, że jest zamieszkane przez pięć milionów ludzi. Do tego ogromna, złota Shwedagon Paya królująca na wzgórzu pośrodku miasta. I równie złota, acz mniejsza Sula Paya, jako cudowny punkt orientacyjny w zajebistym downtown, po którego ulicach szwendałam się godzinami i nie miałam dosyć. Rangun – miłość od pierwszego wejrzenia.
- O chodnikach pełnych kafejek i knajpek, ze stolikami i krzesełkami w rozmiarze dziecięcym, na których o dziwo udaje się usadowić duży biały tyłek bez szkody dla sprzętu.
- o muzyce rozrywkowej, którą głownie jest rock (rządzą covery zachodnich hitów śpiewane w języku lokalnym i zostałam absolutną fanką artysty, którego imienia nie umiem wymówić, a który cudnie skowerował min U2, Coldplay i uwaga – KORNA!), oraz coś co tu nazywają rapem, a boleśnie przypomina hip- hopolo. Niezwykle popularne zwłaszcza są dziewczynki rzewnie rapujące o złamanym sercu.
- o prawostronnym ruchu drogowym, który został wprowadzony w Birmie jakieś 30 lat temu i samochodach – gratach, których ponad połowa wciąż ma kierownice po prawej stronie.
- o skuterach i motorach, których jak na Azję jest zaskakująco mało, których nikt nie chce lub nie może (są różne wersje) wynajmować obcokrajowcom, co zmusiło mnie do poruszania się po Baganie na rowerze, przy którym komunistyczny Romet to wypas. Po trzydniowym obijaniu sobie dupy uzależniłam się i potem w każdej miejscowości pedałowałam jak głupia.
- O lokaleskim żarciu, które okazało się bardzo smaczne, acz mało ostre. I zajebiście na początku trudne do zamówienia jako, że po angielsku nie mówi się prawie wcale, a moje żałosne próby odczytywania nazw potraw z przewodnika owocowały kompletnym zdumieniem u tubylców a czasami chichotem. Pokazywanie palcem było ryzykowane, bo jak na buddyjski kraj Birmańczycy są zadziwiająco mięsożerni. Pomimo tego utyłam, fok!
- o thanace, czyli startej na proszek korze rośliny, której nazwy po polsku nie znam, którą po wymieszaniu z wodą nakłada się na policzki, nos, czoło i brodę. Zaschnięte, żółte plamy, kropki i paski robią za makijaż i ochronę przed słońcem. Przećwiczyłam kilkakrotnie i oprócz entuzjastycznej aprobaty tubylców miałam dodatkowy bonus w postaci aksamitnej skóry.
- O podróżujących w Birmie, którzy są zupełnie inni niż w Indiach czy Tajlandii. Zero Izraelis i bardzo mało Angoli, których jest najwięcej w Indiach. Głównie Francuzi i Niemcy. Częściej na wakacjach niż w długiej podróży i przeciętnie kilka lat starsi niż w innych częściach Azji. Do tego straszliwa ilość zorganizowanych wycieczek dzięki sklonowanym emerytom z Francji i Niemiec. Narzekających jak brudno i biednie i jaki niewygodny jest transport (w klimatyzowanych autokarach i taksówkach kurwa mać). I dopiero w Inle natknęłam się na prawdziwie podróżniczy klimat. Duża w tym zasługa jednego z najlepszych gesthausów w jakim byłam w życiu. Queen Inn, przy kanale, nie ma go w przewodniku, ale wszyscy taksówkarze wiedzą gdzie to jest, jakby co.
- O przestronnej zabudowie miast, ulicach nieproporcjonalnie szerokich w stosunku do wielkości miasta, co prawie na pewno jest tylko moim wrażeniem po zatłoczonych indyjskich ulicach. I tak, wydały one mi się niezwykle czyste hi hi.
- o zakładaniu lewej dłoni na prawy łokieć przy wręczaniu lub przyjmowaniu przedmiotów tudzież kasy. Po dwóch dniach zaczęłam to robić odruchowo nawet wobec innych westernersów, a dodatkowo wciąż kiwam wahadłowo głową jak w Indiach. Jeszcze kilka krajów i będą mnie brali za przygłupa.
- O znajomości języka angielskiego wśród tubylców, która prawie nie istnieje (wyjątek – Kalaw i Inle dzięki niegdysiejszym szkołom misyjnym). Najbardziej powszechnie znanym słowem nie jest o dziwo ‘school-pen’ ani ‘money please’, ale ‘beautiful’, co słyszy na okrągło każda właścicielka białej skóry, bez względu na pozostałe walory cielesne. Dzieci na przywitanie wołają ‘bye-bye’.
- O ulicznej demonstracji którą widziałam w Rangunie, o której kompletnie nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Polityka, rząd, wojskowy reżim to tematy tabu.
- o mnichu szpiegu, a przynajmniej tak mi się wydaje, który jako jedyny lokales w całym kraju chciał rozmawiać o polityce i przez dwie godziny krytykował głośno wojskowy rząd na całe Mandalay Hill.
- O innym mnichu, który nie znał ani jednego słowa po angielsku, ale późną nocą, na promie z Mandalay do Bhamo, przy świetle świeczki pokazywał mi zdjęcia swojej rodziny. Na koniec, po obejrzeniu się dwukrotnie za siebie, wyciągnął bardzo starą fotkę dwuletniej Aung San Suu Kyi z jej ojcem Bogyoki, który w Birmie jest uważany za jeszcze większego bohatera, niż jego nagrodzona pokojowym Noblem córka. Szeptem powiedział kto jest na zdjęciu po czym szybko schował fotkę za pazuchę.
- O tym jak piękne są tubylcze dziewczyny, które jak na azjatki, przy swej drobnej i szczupłej budowie mają zaskakująco seksownie krągłe biusty i biodra. I jak śliczni (mmmm….) są niektórzy tubylcy, acz raczej tylko w młodym (zbyt młodym) wieku. I jak różne rysy twarzy i koloryty miewają. Nie są tak oczywiści do rozpoznania jak Tajowie czy Wietnamczycy.
- O narodowym obuwiu, którym są aksamitne laczki typu japonki.
- O ślicznych, prostych, piętrowych domach z brązowego drewna, które powoli są wypierane zamożnymi, świecącymi, kafelkowymi i obleśnymi a la China.
- O wykarczowanych i wypalonych lasach w okolicach Kalaw, które robi za najlepsze miejsce do trekingów. Bolesny widok. Jak komuś się marzy birmańska dżungla to niech jedzie do Tajlandii. Chyba, że chce zapłacić kilka tysięcy dolców juncie za zorganizowaną wyprawę na daleką północ kraju.
- O setkach, a raczej tysiącach złotych pagód, które błyszczą i migoczą pośrodku miast, wsi i pól. I dzwoneczkach na ich czubkach (pagód nie miast), które robią magiczną atmosferę z najmniejszym powiewem wiatru.
- O Tracy Chapman (…right words in the right time…), której płyta okazała się być ostatnią jakiej słuchałam na moim ipodzie, który zniknął gdzieś pomiędzy Thazi a Kalaw, w kompletnie niezrozumiały dla mnie sposób. I huj.
- O tysiącach pay rozrzuconych w Bagan, które choć zachwyciły baaardzo, to nie powaliły na kolana tak jak inne ruiny dawnych imperiów. I winą za to obarczam Angkor i Hampi.
- O lungach (czyli sarongowych kieckach), które nosi większość facetów w Birmie, tyle, że tutaj nazywają je longyi.
- O tym jak zajebiście, każdego dnia tęskniłam za Indiami. Na początku głównie za Goa i ekipą. A później coraz bardziej za Indiami i za Hindusami.
- o rikszach rowerowych w kompletnie nowym dla mnie stylu. Pedałujący ma siedziska dla pasażerów po swej prawej stronie, jeden siedzi przodem a drugi tyłem do kierunku jazdy. Riksz motorowych nie widziałam. Za to w paru miejscach za jej odpowiednik robił traktor z małą przyczepką.
- o bryczkach konnych, które bynajmniej nie są środkiem transportu tylko dla turystów. Jeszcze kilka lat temu ponoć wielce popularne były bryczki ciągnięte przez byki, ale zostały wyparte przez koniki. Co by ulice nie były obsrane, podwiązuje się im worek pod dupę. Kultura proszę państwa! I gdzie te krowy wałęsające się beztrosko po ulicach… i równie beztrosko srające gdzie popadnie.
– o birmańskiej płci brzydkiej, kóra wydaje się nigdy nie siwieć. Dopóki spotkany w drodze na Mount Popa pielgrzymujący 70latek nie wyznaje mi po cichu, że farbuje włosy. A mówią, że to kobiety są próżne.
- o gesthausach, które co prawda jakieś dwa razy droższe niż w Indiach, ale za to o bez porównania wyższym standardzie. Śniadanko wliczone w cenę (co za motywacja by wcześniej wstać), czysta pościel, ręcznik, mydło, czasem nawet szampon. Luksusy proszę państwa!
- o kawie, którą dostajesz w jednorazowym opakowaniu, które zawiera głównie cukier i zabielacz z niewielkim dodatkim rozpuszczalnej kawy, do tego filiżanka gorącej wody i robisz sobie sam swój ‘coffee-mix’. Współczuję serdecznie uzależnionym od esspresso.
- o ekonomicznym bojkocie, który praktykują wobec Birmy zachodnie kraje, co niestety nie ma chyba większego sensu, jako że w ten sposób junta jeszcze bardziej zacieśnia kontakty z Chinami. Chińczyków jest wielu w Birmie, mają bardzo ułatwione wszelkie formalności z zakładaniem biznesu i tubylcy są lekko przestraszeni chińską falą, która ich powoli zalewa.
- I last but not least o Birmańczykach, którzy są najmilszym narodem na świecie. To przede wszystkim oni powodują, że zakochujesz się w tym kraju. Idealny balans pomiędzy byciem miłym a zbyt miłym, uprzejmym i pomocnym a nachalnym i natarczywym, ciekawością białasem a taktem w tej ciekawości okazywaniu. Wielkie, szczere uśmiechy i totalna uczciwość. Co prawda moim ukochanym narodem i tak są Hindusi, ale to tylko dlatego, że nie jestem do końca normalna.

Ostatnie godziny w Rangunie. Czeka mnie pakowanie, urwane kilka godzin snu, ostatnie wypasione śniadanie w White House i koniec. Kusiłam się już od dwóch tygodni przedłużeniem pobytu, ale budżet powiedział stanowcze NIE i trzem dolcom, które trzeba płacić za każdy dzień pobytu poza termin wyznaczony przez wizę jak i nowemu biletowi do Bangkoku. Nic to, wrócę tu jeszcze. By pooddychać małomiasteczkową atmosferą w Bhamo i Katcie. By jeszcze raz popływać w Inle Lake. By poszwendać się po Rangunie. By pojechać do wielu miejsc, których nie zdążyłam zobaczyć tym razem. Ech, żal dupę ściska, że trzeba wyjeżdżać. Niby cztery tygodnie, ale to tak mało. Dopiero co się zaczęłam przywiązywać do kraju, do ludzi, przestałam się czuć tak totalnie jak turystka, gość na chwilę a tu już koniec. Z tymi podróżami to przejebane. Nie dość, że ciągle się tęskni za takimi Indiami i chce się tam wrócić teraz zaraz i natychmiast, jednocześnie chce się zostać dłużej w takiej Birmie, a do tego nie można się doczekać Indonezji czy Filipin. I do większości miejsc chce się wrócić. W większości miejsc chce się pomieszkać dłużej, by wsiąknąć, by poczuć w sobie to co dookoła. I kiedy myślę o kolejnej wyprawie (jak już skończę tą i odbębnię traumę zarabiania kasy) to już widzę jak mnie zżera. Ameryka Południowa? Środkowa? Afryka? A co z Azją? Co z Indiami? Kiedy to wszystko? Życia nie starczy, nawet jeśli opracuję w końcu sztukę multiplikowania się.

Bhamo mnie oczarowało. Nie ma tu niczego do zwiedzania, najprawdopodobniej miasteczko jakich w Birmie wiele. Choć ktoś na promie nazwał to ‘big city’ to Bhamo jest miasteczkiem, które tuż za rogiem przeistacza się w sielską wieś. Jest pełne zieleni, kiedy wspinam się na dach hotelu (który już niedługo, sądząc po budowach będzie dzierżyć miano najwyższego budynku w mieście) nie widzę ulic i dachów. Widzę korony drzew, zieloniutkie. Wszędzie dookoła, a na horyzoncie rzeka.
Bhamo ma nieproporcjonalnie do swej wielkości szerokie ulice (jak każde miasto w Birmie, albo to moje skrzywienie po Indiach i przyzwyczajenie się do ciągłego tłoku). Są pełne prostych, piętrowych domków z ciemnobrązowego drewna. Czy muszę dodawać, że jestem w nich totalnie zakochana? O 21ej zamykają się powoli ostatnie sklepy i restauracje. W Birmie chodzi się wcześnie spać. A ja pedałuję do późna po ciemnych ulicach, wdycham zapachy drzew i kwiatów. I szlag mnie trafia, że tylko jeden dzień. Kiedy chciałabym tydzień, dwa. Bhamo to takie miejsce gdzie po dwóch dniach w okolicznych sklepach znają twoje imię, a po trzech wołają do ciebie ‘hello Kasia’. Po tygodniu wymieniasz już małe ploteczki kupują chleb czy mleko. I, choć strasznie mi się podobał i Rangun i Mandalay i wiadomo, że powalił Bagan, to dopiero w Bhamo czuję, że jeszcze wrócę do Birmy.

Po trzech nocach przespanych na blaszanej podłodze promu, wśród milionów trupów ciem, które zaatakowały nas pierwszego wieczora, po trzech dniach kiedy konsekwentnie uprawiałam dzień dziecka i myłam tylko gębę i zęby, jestem brudna, śmierdzę i generalnie wyglądam jak kompletny lump. W foyer hotelu Friendship wita mnie elegancki kontuar i napis ‘merry christmas’. W sali śniadaniowej stoi sztuczna choinka obwieszona świecidełkami i tabliczkami oznajmiającymi, a jakże ‘merry christmas’ (to tyle a propos zawodów kto dłużej utrzymał choinkę w tym roku). Hotel robi za luksusy w Bhamo i teoretycznie powinien też za takie luksusy robić dla mnie. W końcu kiedy ostatnio spałam w pokoju z telewizorem, minibarem i fachowo zaścielonym łóżkiem, że o wannie w łazience nie wspomnę. Tyle, że w łazience capi spieprzoną kanalizacją, wanna zapycha się po pięciu minutach, a seledynowe kotary w oknach są koszmarne. Wolę pokój-graciarnię w którym spałam w Rangunie, czy drewniany pokoik nieco większy od szafy w Bagan. Były też dużo, dużo czystsze. A z imponującego z daleka bufetu śniadaniowego, który ma w sumie ze 100 potraw smakują mi tylko pomarańcze. I znowu łezka się kręci w oku kiedy wspominam bufet na dachu White House w Rangunie, gdzie potrafiłam rąbać sobie repety przez godzinę by przez dwie następne nie móc się ruszyć.
Nie żebym jakoś strasznie narzekała na Friendship hotel. Obsługa jest absolutnie zajebista, łóżko wygodne i complimentary tea i coffee w pokoju też mi się podobają. Nie podoba mi się tylko cena. 20 dolców. Tyle ostatnio za nocleg płaciłam… well, w poprzednim życiu, na jakimś wypadzie wakacyjnym czy nartowym. Wieki (mentalne) temu.

- Kasia, mamy z bratem jakieś 20 minut przerwy bo łódź ma wyładunek. Idziemy się przejść po mieście. Chcesz iść z nami?
- Jasne! Tylko muszę coś zjeść, jestem strasznie głodna.
- Spoko, zabierzemy cię do fajnego miejsca z noodlami, które tak lubisz.

To niesamowite jak wiele można sobie powiedzieć za pomocą gestów i min. Bo chłopcy mówią do mnie w swoim języku, ja w swoim i jedyne z powyższej konwersacji co zostało wypowiedziane po angielsku to ‘twenty minutes’. Które okazały się i tak być czterdziestoma, jako że braciom mylą się liczebniki.
Po trzech dniach i trzech nocach na promie Mandalay – Bhamo wychodzę brudna jak nieboskie stworzenie, lekko połamana po spanku na blaszanej podłodze i z podstawową znajomością języka bamar tudzież birmańskiego. Potrafię powiedzieć jak mam na imię i ile mam lat, zapytać ile coś kosztuje, zamówić jedzenie i filiżankę kawy. Potrafię też liczyć co z upodobaniem sprawdzali przez ostatni dzień wszyscy pasażerowie statku. Moi nauczyciele Shan Gy i Yyi Lee Shwen, lat 20 i 22 nie mówią po angielsku ani w ząb, ale z pomocą języka migowego i wynalezionego małego słownika pomagają mi odnaleźć się w zawiłościach ich języka. Który jest absolutnie koszmarny do wymowy dla europejczyka. Jedyną osobą na statku mówiącą trochę po angielsku jest wielce zajęty nawigacją kapitan, który szalenie mi się podoba, nawet kiedy po wstaniu okazuje się być niższy ode mnie o pół głowy. Zaznaczmy, że mam raptem metr sześćdziesiąt…
Jako, że biali rzadko pływają na tej trasie jestem absolutną ulubienicą załogi. Robią specjalnie dla mnie wegetariański żarcie, kiedy chcę płacić próbują mi wmówić, że miałam tylko jedną kawę choć miałam trzy, mam wstęp na mostek kapitański, z którego jest najlepszy widok i delikatnie spławiają podążający za mną wszędzie tłumek dzieci. Bracia nawet gotowi są oddać mi swoją kajutę, ale udaje mi się ich przekonać, że naprawdę dam sobie radę na pokładzie razem z innymi pasażerami.
Kiedy wracam tą samą trasą do Mandalay i okazuje się, że płynę promem z inną załogą mam regularnie złamane serce.

Poruszanie się po pokładzie jest dość utrudnione. Kosze pełne awokado i pomarańczy. Wory ziemniaków. Wielgachne puszki, z których ustawione są gigantyczne wieże, pełne dżemu, sądząc po nalepkach. Setki kartonów pełnych huj wie czego. Kilkadziesiąt wielkich zwojów kolczastego drutu na dziobie dolnego pokładu zaraz obok kilku koszyków z kurami i kurczętami. Do tego kilka lodówek samsunga i kolorowe (jak dumnie podkreśla napis na opakowaniu) telewizory. Plus ludzie, w zależności od etapu podróży od 150 do może nawet 300. Kilkanaście osób w kabinach, których cena jest dla mnie zaporowa, cała reszta ma miejscówki na podłodze. Wszyscy przygotowani do zajęć, z matami, workami platsikowymi na podściółkę i kocami, bo w nocy w huj zimno.
Przyznaję, nie byłam przygotowana na taki ścisk. Wiedziałam, że czeka mnie camping na glebie i traktowałam to jako element przygody, ale kiedy raz przebiegła mi przez głowę wizja pokotu ludzkich ciał pokrywających całą powierzchnię statku i gnieżdżących się na kupie to ze śmiechem ją natychmiast odrzuciłam. Po czym wkroczyłam na pokład, na którym nie było skrawka wolnego miejsca. Tubylcy przybyli odpowiednio wcześniej. Na szczęście ktoś z załogi przymusza jakąś rodzinę do podzielenia się ze mną miejscem. Na początku ostro protestują ale na widok mego przepraszającego uśmiechu zaczynają się uśmiechać i robić mi miejsce. Kiedy się budzę częstują mnie swym lanczem. A gdy następnego dnia na którymś postoju zwalniają się lepsze miejsca, po powrocie z baru odkrywam, że mam nową miejscówkę. Moje sąsiadki dały mi najlepszą, gdzie kawałek ściany ochrania przed wiatrem w nocy i przeniosły skrupulatnie moje wszystkie rzeczy. Co więcej, poskładały moje koce w kostkę. Jestem jedynym białasem na pokładzie i gapią się na mnie wszyscy, bez przerwy. Gdzie się nie ruszę podąża za mną tłumek dzieci, a po jakimś czasie dorośli też przestają się krępować. Kilkadziesiąt par oczu obserwuje każdy mój krok, kiedy piję kawę, idę do kibla, myję zęby. Jak nie możesz zwalczyć wroga to zaprzyjaźniasz się z nim. Kiedy kilkanaście kobiet gapi się z namaszczeniem jak wklepuję sobie krem pod oczy, podaję im pudełko i instruuję, że się wciera od wewnętrznego kącika do zewnętrznego. W zamian one dla mnie ucierają thanakę i robią żółte kółka na moich policzkach. Wszyscy ciągle mnie czymś częstują. I uśmiechają się, wielkimi, promiennymi uśmiechami. Kiedy drugiej nocy łódź zostaje zakotwiczona pośrodku rzeki bo robi się za wąsko i zbyt płytko by płynąć po ciemku, wymykam się na górny pokład. Pełnia księżyca i absolutna magia ciszy oddechów śpiących dwustu ludzi. I już wiem, że ta podróż łodzią będzie moim naj naj przeżyciem w Birmie.


  • RSS