rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2007

ruda i rude

2 komentarzy

Orangutany są rude jak wiewiórki. Tak naprawdę to jak wiewiórki z dodatkiem sporej ilości marchewki. Do twarzy im z zielonością dżungli. Bo wreszcie udało mi się trafić do prawdziwej dżungli. Gdzie gęstwina dwustuletnich drzew wysokich jak wieżowce na manhatanie odsiewa światło słoneczne tak, że cyfrówki głupieją i wszystkie zdjęcia wychodzą rozmazane. Gdybym miała wybrać jeden powód dla ktorego warto było ruszyć dupę z Goa to byłby to właśnie ten treking. Nie ma wydeptanych szerokich ścieżek. Tylko wąskie przesmyki, co chwilę zatarasowane zmurszałymi pniami drzew czy świeżo wyrośniętymi krzaczorami. A to i tak najwygodniejsza droga. Większość trasy to była wspinaczka i złażenie w dół po stopniach utworzonych z korzeni drzew którymi przeryte są wszystkie wzgórza. To nie jest łagodne wejście pod górkę. Wspinasz się niemalże w pionie, na czworaka. Chwytasz się wszystkiego, pni, gałęzi i lian. Po każdej górce przerwa, serca walą jak oszalałe, pot cieknie strumieniami, wyżymamy z niego koszulki i to nie jest żadna przenośnia. Tyle wody lejącej się z ciucha do tej pory widziałam tylko przy praniu. Wysiłek swoją drogą, ale do tego wilgotność powietrza i temperatura robią swoje. Przejścia przez i obok strumieni, wszystko oślizgłe i mokre, każdy krok wyważony i ostrożny, ciągła asekuracja rękami. Kiedy mamy ruszać dalej, dżungla dookoła nas jest tak gęsta, że nie wiem jakim cudem nasi przewodnicy znajdują wśród niej drogę. Niektórzy czasami nie znajdują, w Bukit Lawang słynna jest historia o przewodniku który wziął na treking parkę, która chciała w dżungli spędzić miesiąc miodowy. W wersji krótkiej, dwudniowej. Przewodnik się zgubił i spędzili w dżungli tydzień, prawie bez jedzenia. Krążą też mniej sprawdzone historie o takich co nigdy nie wrócili. Nocujemy przy wodospadzie, widoki takie, że nie mogę się napatrzeć. Na ognisku gotują się różne warzywa, w dymie wędzą się rybki. Łaźnia w strumieniu i wodospadzie, nocleg na karimacie pod prowizorycznym daszkiem z plastikowej płachty, który przydaje się i owszem bo w rain forest jak nazwa wskazuje deszcz pada często.

Wieczorem gramy w dziecinne gry, wymyślone przez naszych guidów („a co my mamy w tej dżungli wieczorami robić, trzeba sobie zorganizować jakąś rozrywkę”). Białasy na początku gubią się w rytmie i zwijamy się ze śmiechu, ale po godzinie wszyscy sprawnie przekazujemy sobie kolejne przedmioty skandując ‘this is a cup- a what? – a cup – a what? – a cup – oh a cup! – this is a box – a what?…’.

A następnego dnia jest jeszcze więcej łażenia po dżungli. Lancz przy strumieniu gdzie atakują nas duże, czarne małpy, których nazwy nie pamiętam. Chłopaki dzielnie stają z kijami na straży poganiając nas byśmy szybciej kończyli naszą zupkę. Przełykamy w pośpiechu, a małpy zostają przekupione zapasem passion fruits, którymi tego dnia nie będziemy sobie urozmaicać postojów. I znowu się wspinamy i schodzimy w dół, w górę i w dół. Ostatnie zejście jest tak strome i śliskie, że chwilami naprawdę wymiękam. Nieustannie napięte mięśnie i nóg i rąk, co chwilę ktoś się wypierdala, czasami zwisamy na lianach. Kiedy później na dole przewodnik pokazuje górę z której zeszliśmy to robi mi się słabo. Ale w końcu dochodzimy do rzeki. Jeszcze tylko przeprawa na drugi brzeg (panowie pokazują że są twardzi i robią to sami, panie sadowią tyłki w dętkach i dają się przeciągnąć) i rozbijamy obozowisko. Kąpiel w rzece i zmagania z silnym prądem, tubing po jej zawirowaniach, takie tam rozrywki popołudniowe. Dookoła jest tak pięknie, że chce mi się wyć na myśl, że jestem tu tylko gościem. Że jutro trzeba wrócić do cywilizacji. Pociesza mnie wielka jaszczura, ponad metrowej długości, która tuż obok mnie czai się na resztki z naszej kolacji. Jest piękna i gapię się na nią przez pół godziny, aż się robi ciemno. Wieczorem robimy rundkę ‘this is a cup’ i parę innych głupot, po czym przedstawiam towarzystwu grę w mafię i mamy z głowy pół nocy. Następnego dnia śniadanie, kąpiele i rafting w dół rzeki do wsi. Usadowieni w dętkach podskakujemy co chwilę, zalewa nas woda, odbijamy się o skały, a dookoła nas majestatyczna dżungla. Patrzę na tę gęstwinę i wierzyć mi się nie chce, że dopiero co tam byłam. Z daleka jest piękna, ale wydaje się być tak obca człowiekowi, tak nieprzebyta dla niego. A jednak…

Orang-utan

1 komentarz

Orang to w Bahasa Indonesia człowiek. Utan – dżungla. Albo odwrotnie, nie pamiętam. W każdym razie orang-utan na pewno znaczy ‘człowiek dżungli’. Orangutany są piękne, niesamowicie ludzkie w gestach i mimice twarzy. Można się gapić na nie godzinami i nie ma się dosyć. Mały orangutan jest pod opieką mamy do 5ego roku życia, które w sumie będzie trwało, jak nic się złego zdarzy, ponad 40 lat. Ich gęste, rude futro jest najlepszym płaszczem przeciwdeszczowym więc kiedy leje to orangutany tylko zasłaniają dłońmi twarze. Wbrew powszechnej opinii nie są pełnymi wegetarianami i dietę liściowo-owocową lubią sobie urozmaicać insektami. W tym celu sprytnie podstawiają patyk pod gniazdo termitów i kiedy te robią sobie z niego autostradę to orangutan łapie kijek i wpierdala termity. Poruszają się szybko i z gracją na drzewach. Trochę wolniej i mniej zgrabnie na ziemi. Potrafią wisieć zaczepione jedną ręką o gałąź pół godziny. Na stopach mają kciuki co ułatwia zwis również na jednej nodze. Lubią przybierać akrobatyczne pozycje. Samce są dużo większe od samic i mają szerokie, płaskie pyski. Wyglądają groźnie i budzą duuuuży respekt kiedy zbliżają do ciebie w nieodgadnionych zamiarach. Orangutany są zajebiste i do tego mają szczęście mieszkać w dżungli. I chociaż to niby krok wstecz to chciałabym w następnym wcieleniu być orangutanem. Poważnie.

Tak mniej więcej godzinę po wyjeździe z Medan zaczęłam kwiczeć ze szczęścia. Nic to, że od wyjścia z hotelu minęło 5 godzin a ja oddaliłam się od miasta jakieś 20 kilometrów. Nieważne, że oblepiona upiornie śmierdzącą mieszanką brudu miasta i własnego potu. Co z tego, że upchnięta na cholernie niewygodnym siedzeniu w rozklekotanym autobusie podskakującym co sekundę na wybojach z lokalną wariatką za sąsiadkę. Przez brudne okna roztaczał się widok niebiański, a raczej zieleński. Najpierw były gęste lasy palmowe. (Następnego dnia się dowiem, że palmy zostały zasadzone dla oleju, a wcześniej wykarczowano dla nich połacie dżungli). Palmy wysokie, z wielgachnymi piuropuszami i pniami porośniętymi na całej długości paprociami i inną roślinnością. I tak przez kilkanaście kilometrów (czytaj kolejną godzinę), po obu stronach. Zanim zdążyłam się znudzić krajobraz zmienił się w mieszankę dżungli, lasów palmowych i pól ryżowych. Wszystko soczyście zielone, w tysiącu odcieni i powietrze wpadające do autobusu rześkie i leśne. Spaliny miasta gdzieś daleko za nami.
Jak poucza przewodnik, do Indonezji przyjeżdża się by podziwiać cuda natury a nie zabytki i jak na razie przybijam piątkę LP.
Dojechałam do Bukit Lawang przypominając zbuka na pierwszy rzut nosa i szczęśliwa. Przez wieś płynie rzeka, o korycie szerokim, z niewielką ilością wody pośrodku. Trudno uwierzyć, że ta mała rzeczka cztery lata temu zalała wieś i uśmierciła 300 osób. Ale można uwierzyć patrząc na baraki które robią za nowe domy. Gesthausy i resorty częściowo się odbudowały i czekają na klientów. Gdziekolwiek nie zamieszkasz to praktycznie będziesz w dżungli. Dookoła pachnie kwiatami i lasem, owady 24 godziny na dobę cykają, świerszczą, ćwiergolą i bzyczą, w dole huczy rzeka. Jest tak pięknie, że już prawie zrezygnowałam z Pulau Weh na rzecz zostania tu ze dwa dni dłużej. A na razie jutro mykam na treking. Orangutany czekają!

Jak na razie lekuchno opadła mi szczęka dwa razy. Po raz pierwszy gdy zobaczyłam wielkie logo McDonaldsa z pięknie wkomponowaną w nie informacją ‘halal’. I jak się nie dziwić makdonaldyzacji świata jeśli ta firma tak pięknie potrafi się dostosować do zwyczajów podbijanej fastfoodem kultury.

Po raz drugi gdy wychodząc z internetu zobaczyłam lekcję aerobiku w sąsiedniej siłowni. Pań było sztuk trzy wliczając instruktorkę. Była ona śliczna, fenomenalnie zgrabna, ubrana w obcisłe, skąpe i seksowne wdzianko. Za nią powtarzała ruchy laska odziana w szorty i tiszerta oraz dziewczyna ubrana jak na Sybir, w długich, workowatych spodniach, bluzie z długim rękawem i skrzętnie zamotanej na głowie muzułmańskiej chuście.

Indonezja od pierwszego kopa robi dobre wrażenie. Rzekłabym zajebiste, ale boję się zapeszyć. Jest swojska dzięki kolorom flagi. Jak smętnie wisi to nawet nie widać, że jest czerwono-biała a nie biało-czerwona. No i skojarzenie z Indiami, nie tylko z nazwy. Ogólny chaos na ulicach, uśmiechnięte twarze, zero anonimowości, brzmi znajomo czy nie? Do tego tubylcy, nie wiem jak etnicznie, ale wizualnie wyglądają jak miks Hindusko-Azjatycki. Ehem, przystojny miks dodajmy. Miks ewidentnie jest wielce zainteresowany właścicielkami białej skóry i jasnych włosów więc, cytując Kari, włączam filtr antypasożytowy, tak na wszelki wypadek;).

Indonezyjska wersja Islamu wydaje się być bardzo przyjazna tubylczym kobietom, ale temat rozwinę gdy spędzę tu trochę więcej czasu.

Zbierając informacje i ciesząc się na orangutany, dżungle, wulkany, jeziora i rajskie plaże na razie drugi dzień zalegam na kanapie na balkono-tarasie w hotelu Zadia w Medan, podziwiając zajebisty meczet vis a vis. Po dwóch dniach w Penang gdzie według moich stóp i łydek pokonałam jakieś tysiąc kilometrów pieszo, poruszam się z gracją worka z kartoflami złożonego lumbago, więc dałam se na luz. Mam świetne warunki do korzystania z laptopa (prąd 24h na dobę we własnym pokoju to luksus), więc jeśli tylko uda mi się wreszcie uniknąć towarzystwa doświadczonych mężczyzn pouczających mnie jak beznadziejne jest podróżowanie z Lonely Planet (po tym jak pokazałam im gdzie jest hotel, którego sami nie mogli znaleźć od dwóch godzin, że o skserowaniu całej sekcji o Sumatrze nie wspomnę) to i sobie popiszę i filmy pooglądam i pogapię się na panoramę miasta. Jutro ruszamy w drogę (czy słyszysz to cholerna lewa łydko???).

Nagle wszystko przyspiesza. Kilka dni pełnych intensywnego przemieszczania się i wyjątkowo ciekawych nowych znajomości. Jak śmiesznie brzmią moje trzy lata w podróży przy Hiszpanie, który mówi „Jak zacząłem moją podróż osiemnaście lat temu…”. Droga przez Tajlandię, przypadkiem zabukowałam dobry pociąg, który nie został zatrzymany dwie godziny przed granicą z powodu jakiejś strzelaniny. Rach ciach i jestem w Malezji, niezwykle jak na Azję kulturalnej i czystej. Z totalnym miksem etnicznym i kulturowym. Bielsi ode mnie Chińczycy i prawie czarni Hindusi. Wszyscy przemili, pomocni i mówiący po angielsku co bardzo docenia się po Tajlandii. Ciekawe, że w Malezji, w której pogawędkę po angielsku utniesz sobie z panem zamiatającym ulicę, praktycznie nie ma białasów uczących tego języka, a w Tajlandii gdzie większość kraju ani be ani me są setki tysięcy westernersów bawiących się w pana nauczyciela. Jakość nauczycieli czy uczniów?
Ech Malezjo, jesteś piękna i ciekawa i na pewno do Ciebie wrócę. Ale na razie Indonezja. Wiza na dwa miechy odebrana (uznałam, że 30dniowa, którą dają na granicy nie wystarczy), a kiedy godzinę temu pan mi wystawiał bilet na prom na Sumatrę, patrząc na datę uświadomiłam sobie, że wyląduję w Indonezji dokładnie w trzecią rocznicę mojego wyjazdu w tzw roczną podróż. Sądząc po Miguelu wszystko jeszcze przede mną hi hi.

W tej podróży omijam wszystkie miejsca w których należy być we właściwym czasie. Zaczęło się od Puszkaru do którego miałam jechać, ale w końcu nie pojechałam prosto z Udajpuru, by zobaczyć jeden z najsłynniejszych festwali w Indiach czyli Camel Fair. Z Goa wyjechałam kilka dni przed Karnawałem. W Rangunie nie uniknęłam widoku smoka z okazji Chińskiego Nowego Roku, ale umówmy się, największe celebracje ominęłam. Gdzieś w Birmie był inny festiwal, na który też nie dojechałam. W Tajlandii pojechałam na południe dokładnie wtedy kiedy cały tłum ruszał na Ko Pagnan, na słynne Full Moon party. Tyle, że ja popłynęłam na Ko Payam. A teraz siedzę na tym zadupiu kiedy w Bangkoku odbywa się szał pod tytułem Tajski Nowy Rok. Wszystko zamknięte, tłumy na ulicach oblewają się wodą (brzmi znajomo?), jedna wielka impreza przez kilka dni. Ponoć nie do zapomnienia. Tymczasem tu na wyspie raptem jeden dzieciak z nabozenstwem w oczach wylal na mnie pol butelki wody.Po raz pierwszy od kilku miesięcy żałuję, że nie jestem we właściwym miejscu o właściwym czasie. Ale wiza się kończy i czas ruszać dupę do Malezji.

Im dłużej siedzę w Tajlandii tym bardziej mnie gnębi skąd się wziął ten mit o ‘krainie uśmiechów’. Owszem często uśmiechają się szeroko, pochylają się w małym ukłonie i składają ręce w wyrazie szacunku. Na okrasę do wyrazu oczu, które mówią ‘daj mi święty spokój głupi farangu’. Na przykład kiedy prosisz by w wynajętym rowerze (marne 200 bhatów za dzień) podwyższono ci siodełko. Och nie, to takie trudne, pracownik który ma klucze, którymi trzeba odkręcić śrubkę jest tak bardzo zajęty (tu pani pokazuje na szwendającego się leniwie po podwórku kolesia). Kiedy odchodzę bez roweru jestem żegnana wielkimi uśmiechami oczywiście. I tak jest ze wszystkim. Tajowie mają cię głęboko w dupie, co można w sumie zrozumieć, ale oni mają cię w dupie również kiedy płacisz, co jest wkurwiające. Ich uśmiechy jak dla mnie są często sztuczne i fałszywe, a czasem nie uświadczysz i w odpowiedzi na pytanie ‘gdzie jest punkt x?’ zobaczysz szybko odwrócone plecy. I pierdolę tłumaczenie o ‘zachowaniu twarzy’ bo osobnik nie znał angielskiego.
Jasne, że generalizuję, jasne, że wielu Tajów, zwłaszcza tych co nie robią w turystyce są mili i starają się pomóc zagubionemu białasowi. Ale powszechna opinia o niezwykłej gościnności Tajów jest jak dla mnie bzdurą. Wymyślił ją ktoś kto nigdy nie był w sąsiednich Birmie czy Kambodży, że o Indiach w ogóle nie wspomnę.

PS i tak jakos wyszlo ze wlasnie opuszczam tajlandie hi hi. Za kilkanascie godzin bede spawdzac goscinnosc malezyjczykow (czy tak sie tlumaczy ‘malesians’?)

Przy pełni widać wszystko, każdy zakątek plaży. Również to co pod wodą, tak do dwóch metrów. W zimnym świetle księżyca wszytko jawi się magiczne i mistyczne. Kiedy księżyc się kurczy pojawia się ileś innych świateł. Niebo jarzy się milionem gwiazd, morze na horyzoncie fluorescencyjnymi światłami łodzi rybackich, które w ten sposób nęcą squidy (jak pysznie później przyrządzone u Mr. Gao, mniam!), ale największy czad jest dookoła ciebie. O ile wleziesz do wody. Każdy ruch twych dłoni czy stóp przywoła do życia miliony fosforyzujących iskierek, pojawiających się z głębi i znikających w ułamku sekundy. A na ich miejsce natychmiast pojawiają się następne migoczące strumienie. Im szybciej się ruszasz tym bardziej zwariowany ich taniec. Teraz już wyluzowałam, ale na początku jak psychol godzinami podrygiwałam w wodzie nie mogąc się nasycić tym widokiem. Wszystkim uzależnionym od shooting stars po kwasie czy grzybkach polecam Tajlandię. Piękniej, za darmo i bez efektów ubocznych. Odjazd w pełni naturalny. Dzięki planktonowi hi hi.

Kilka kilometrów po betonowym chodniku, który robi za ulice dla skuterów, jedynym obliczu motoryzacji na wyspie. Potem regularny crossride po wertepach, jakieś dwa kilosy. Parkuję bajka na skrzyżowaniu i idę prosto, drogą, której prawie nie widać. Wąska ścieżka prowadzi przez dżunglę, ocieram się o liście i gałęzie, jaszczurki uciekają spod stóp, totalna cisza. Kilkanaście minut i jestem na mojej ulubionej plaży na Ko Payam. Tym razem sama (ech Gekoniasta, naprawdę musiałaś do tej Turcji? Miau!). Akurat zaczyna się burza i leje jak z cebra więc chowam się w morzu. Krople deszczu walą z taką siłą, że odskakują wysoko w górę od powierzchni wody i wyglądają jak tysiące przezroczystych czułek wychylających się z morskiej toni. Zachmurzenie maksymalne, ledwo widać krańce zatoczki, a po wyspie na horyzoncie zostały wspomnienia. Pół godziny później praży wściekłe słońce i wszystko wraca do normy. Na horyzoncie widać odległy ląd, łodzie rybackie ruszają do ataku na ryby, a dżunglowe cykadła zaczynają ponownie swój koncert. Jeśli zignorować łodzie to jest jak na bezludnej wyspie. Maska zreperowana (chwała ci super glue!) i odkrywam podwodny świat. A tylu ludzi łyknęło ściemę, że życie to nie bajka;)


  • RSS