rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2007

Niby decyzję podjęłam kilka tygodni temu, ale wciąż do końca nie wierzę w to co mnie czeka już za chwilę. Dziesięć dni bez mówienia, papierosów, czytania, pisania i innych rozrywek. Dziesięć dni z pobudką o godzinie o której wolałabym chodzić spać (4a rano), z ostatnim posiłkiem (o ile można tak nazwać jeden owoc tudzież sok) o 16ej. Dziesięć dni, a każdego dziesięć godzin medytacji. Vipassana (link obok). Długo byłam sceptykiem, trochę jestem nim nadal, ale w końcu uznałam, że trzeba przetestować na własnej skórze. Więc znikam, do usłyszenia po 20ym maja.

Indonezja to raj dla palaczy. Jara się absolunie wszędzie. W autobusach też, również klimatyzowanych. Nieważne, że tłok, nieważne że dookoła tłumek dzieci, siwy dym spowija wszystkich. To już nawet dla mnie, nałogowego palacza przegięcie. Jak na razie zakaz palenia widziałam dw razy. Raz w klimatyzowanym autobusie jeżdżącym z Padang na lotnisko, oraz na samym lotnisku. Ale proszę się nie stresować, na lotnisku jest wydzielone spore miejsce dla palaczy i właśnie siedzę sobie tam i pisząc te słowa radośnie jaram szluga…

Zasady są po to by je łamać. Między innymi rzecz jasna;). Dzięki tak elastycznemu podejściu do życia zamiast tłuc się po wertepach i gibać na wszystkie strony na serpentynach przez 30 godzin, kulturalnie se polecę przez połtorej godzinki do Jakarty. Bo moja zasada w odróżnieniu od ukochanego Heligabala (który, nie łudzę się, pewnie nigdy nie odwiedzi przyjaciółki w Azji) nie ma podłoża fobicznego tylko czysto finansowe. A bilet na samolot okazał się niewiele droższy od autobusu – huurrraaa! Więc jutro żegnaj Sumatro. Mam nadzieję, że nie na długo. Sumatra jest piękna i jeszcze wiele mam tutaj do zobaczenia. Za miesiąc, może dwa, zobaczymy. Plany są po to by je zmieniać, ale wstępnie czaję się na wykończenie kasy w tych okolicach. Czyli jeszcze trzy, a może cztery miechy. A potem Australia, chyba, jako miejsce do zarobienia kasy i wydania jej na jego poznanie. Wszelkie porady na temat życia emigranta (zwłaszcza nielegalnego) w krainie kangurów mile widziane. A jeszcze milej oferty noclegowe hi hi. rudaruda@op.pl

Padang, największe miasto na zachodnim wybrzeżu Sumatry jest chaotyczny, głośny i brudny. W sumie jedyne dobre co można o nim powiedzieć to że leży nad morzem. Najgorsze miasto da się przełknąć a czasem nawet polubić jeśli ma dostęp do morza, albo chociaż przepływa przez nie rzeka. Padang ma jedno i drugie. I podoba mi się. Promenada nad morzem pełna stoisk z seledynowymi jajkami, napojami i nasi goreng. O zachodzie słońca wylegają na plaże rodziny, grupy młodzieńców z gitarami (to jakaś narodowa obsesja, fajna, nie powiem) i zakochane pary. Niby kraj muzułmański ale z punktu widzenia turysty mało restrykcyjny. Pary trzymają się za ręce, chłopcy głaszczą swe wybranki po włosach, jak mam porównać publiczne okazywanie uczuć do Indii, to w Indonezji są zdecydowanie odważniejsi.
Fajnie jest zobaczyć morze, palmy ocieniające plażę i młódź czekającą na wielkie fale by poserfować, ale tak zasyfiałej plaży jeszcze w życiu nie widziałam. Hardkor. Nawet mnie nie kusiło by popływać, a przecież mnie ZAWSZE kusi.
A najbardziej w Padang podobają mi się dachy. Wcześniej widziałam je w Bukittinggi, ale w Padang jest ich na tony. Trochę jak pirogi (nie mylić z łodziami na dachach batakowych domów). Smukłe, wygięte i spiczaste, nakładane warstwowo na siebie. Najczęściej wyrastają na szczytach totalnie nowoczsnych budynków. Piękne.

Bukittinggi okazało się całkiem miłym, nie za dużym miastem, rozłożonym na wzgórkach z widokami na góry i wulkany. Och i na zajebisty kanion, w dół którego poprowadził mnie młody i przystojny tubylec, któremu mniej więcej w połowie drogi złamałam serce mówiąc, że mam męża i jestem mu wierna. Mąż powinien docenić moją cnotę, bo chłopiec był prześliczny a do tego oferował trzydniowy treking do Danau Maninjau za darmo. Dżizas, młodzież w tym mieście jest wybitnie bezczelna i cierpi na nadmiar hormonów. Na szczęście ich zaloty nie są wulgarne ani zbyt nachalne (patrz Sri Lanka) więc daję radę. Za to wykończyła mnie nieco młodsza młodzież, nasłana przez swych nauczycieli angielskiego do napastowania turystów w celu praktykowania języka Szekspira. Najpierw pozuje się do zdjęć, z każdym z osobna, potem się odpowiada na stertę pytań, za każdym razem tę samą, następnie wypełnia się formularz z tymi samymi pytaniami i choć za którymś razem trafia szlag to jak go nie wypełnić kiedy na dole jest wydrukowane że uczeń dostanie lepszy stopień jeśli turysta się poświęci. To samo było w Lake Toba. Problem pojawia się tylko w niedziele, kiedy dzieciaki mają wolne i są wysyłane na wycieczki do turystycznych miejsc. Pomysł jest dobry, ale turystów dużo dużo za mało więc pod koniec dnia przemykałam opłotkami na zachód słońca. Piękny był, podobnie jak poprzedniego dnia. Tak więc Bukittinggi ok, ale żal dupę ściska, że nie mam czasu by skoczyć do Danau Maninjau i pokręcić się po okolicy. Następną razą…

Batakowie stanowią raptem 1%-ową mniejszość Indonezji, ale jeśli się zaczyna podbój Sumatry od Medan to głównie ma się z nimi do czynienia. Najwięcej jest ich przy jeziorze Toba, skąd się wywodzą, stanowią też większość w Bukit Lawang, ale spotyka się ich ponoć w całym kraju. Batakowie są chrześcijanami, acz misjonarze przekonwertowali ich mało skutecznie, bo wiara w Chrystusa jest mocno podszyta ich wcześniejszym animizmem. Nie dam sobie głowy uciąć za te informacje, ale znajomi Batakowie twierdzą, że etnicznie różnią się od reszty Indonezyjczyków. Ponoć mają więcej wspólnego z Filipińczykami. Ja tam ich specjalnie nie odróżniam od reszty jak na razie, ale oni siebie nawzajem natychmiast rozpoznają w tłumie. Mieszkają w charakterystycznych, drewnianych, piętrowych domach, których dachy są jak łodzie, a wejście takie, że trzeba się mocno skulić by nie przywalić łbem. Usłyszałam dwie teorie co do rozmiaru drzwi. Pierwsze wyjaśnia, że wejście wymaga od wchodzącego pochylenia się by okazać szacunek gospodarzowi, drugie zdecydowanie ciekawsze wywodzi się z dawnych czasów kiedy Batakowie uprawiali magię. Niektórzy czarną, ale tracili swą moc pochylając się w drzwiach. Obawiam się, że ta fajniejsza wersja jest ściemą bo usłyszałam ją od kolesia, który albo ciągle ćpał albo po prostu był niedorozwinięty. (albo z białasów wyszedł cynizm nie pozwalający na zaakceptowanie faktu, że można się jarzyć jak żarówka 24h/dobę bez wspomagaczy). A propos ćpania to niby Indonezja słynie jako kraj wybitnie restrykcyjny wobec dragów (za przemyt grozi kara śmierci i bywa ona wykonywana, również na westernersach), ale w Toba wszędzie reklamują magic mushrooms. Podobno można je wpierdalać na oczach policji i luzik bo są w pełni legalne.
Batakowie są fantastycznymi ludźmi i bardzo dumnymi ze swego pochodzenia więc lepiej uważać z komentarzami na temat ich lokalnych tańców. Które głównie polegają na rytmicznym uginaniu jednej nogi, stojąc w miejscu i wykonywaniu łódkowych ruchów złożonymi jak do modlitwy dłońmi. I tak przez dwie godziny. Każdy kolejny taniec jest zapowiadany wyjaśnieniem jakie jest jego znaczenie, ale zapewniam, że nie widać żadnej różnicy. Jedyny ciekawszy moment to chóralnie wznoszone okrzyki ‘Horas’. Za diabła nie pamiętam co to znaczy, ale napis taki widać na co drugim domu. Uch a najciekawszym zwyczajem Bataków jest praktykowany zakaz rozmowy z teściową (dla męża) i z teściem (dla żony). Od zawarcia małżeństwa do końca życia. Jedynie w wyjątkowych sytuacjach mogą do siebie coś powiedzieć przez szybę, a normalnie przekazują sobie informacje przez współmałżonków. Po namyśle uznałam zwyczaj za bardzo użyteczny acz na pewno Batakowie nie mają dowcipów o teściowych. Gwoli formalności – ta tradycja istnieje tylko wśród niektórych Karo-Batak. Batakowie z Toby albo o tym nie wiedzą, albo uważają to za szczyt chamstwa. Horas!

w drodze

1 komentarz

Z Danau Toba do Bukkitingi jest jakieś 270 kilometrów. Tak sobie przynajmniej wyliczyłam przykładając tubkę balsamu do ust do skali a później do mapy. Bo przewodnik nawet nie trudzi się podawaniem odległości w kilometrach na Sumatrze. Bardzo rozsądnie dystans jest podawany w czasie i cenie. W ten sposób te pi razy oko 270 kilometrów to 165 tysięcy rupii (niecałe 10 funtów, pod warunkiem, że się zakolegowało z lokalesami, otherwise buli się 200-230 tysi) i 17 (słownie SIEDEMNAŚCIE!) godzin w autobusie. Całkiem wygodnym, nie powiem i z atrakcjami. Takimi na przykład jak strzaskanie kolan nieszczęsnej kobiety co za mną siedziała kiedy radośnie rozłożyłam siedzenie na maksa czyli prawie na płasko. A gdy już uśpiłam spowodowane tym wydarzeniem wyrzuty sumienia, około 2ej w nocy wywalono nas z autobusu pośrodku niczego. Droga prowadziła stromo pod górę i składała się z piachu, kamieni i wielkich dziur. Luksusów typu asfalt czy beton brak. Za to na szczycie wzgórza stał spychacz, przystosowany do wciągania pojazdów pod górę. Operacja zajęła jakieś pół godziny i pojechaliśmy dalej. Żeby nie było wątpliwości – mowa o jednej z głownych dróg na wyspie. O ile upieramy się by nazywać to drogą. I wreszcie pojawiła się kategoria w której Indie zostały zdecydowanie przebite. 1:0 dla Sumatry!

A nieco wcześniej, gdzieś po drodze wyrzucono nas na postój żywieniowy, który trwał półtorej godziny bo złapaliśmy gumę. Wyrwana ze snu i lekko półprzytomna wchodzę do restauracji.
-Hello! – wita mnie radośnie tubylka. – Do you want to have breakfast?
Na chwilę zaniemówiłam bo była 23:00.
-Breakfast! Do you want to have breakfast? – dziewczę patrzy się na mnie z lekkim zniecierpliwieniem. Kiedy zastanawiam się jak jej kulturalnie powiedzieć, że i owszem jestem wściekle głodna, ale nie jadam śniadania o tej porze, dziewczyna uśmiecha się wyrozumiale:
- Oh! You don`t speak English, do you?

Danau Toba i Pulau Samosir to chyba najbardziej popularna atrakcja Sumatry. Ogromne (największe w Południowo-Wschodniej Azji) jezioro (danau) powstałe w wyniku wybuchu wulkanu jakieś 100 tysięcy lat temu, a pośrodku niego duża wyspa (pulau). Wyspa jest długa na jakieś 30 kilometrów i szeroka na 15. Tak naprawdę to jest wyspą umownie, bo jest połączona ze stałym lądem wąziutkim przesmykiem. Samosir ma maleńki półwysep (Tuk Tuk) i tam jest centrum turystyczne. Kilkadziesiąt hoteli, resortów i restauracji i kilkunastu turystów. Pierwszy krach nastąpił pod koniec lat 90tych, kiedy Indonezja zasłynęła krwawymi konfliktami. Później było tsunami i wszystko padło. Niektóre części wyspy wyglądają jak regularne miasto duchów. Coś co jest tragedią dla lokalesów jest rajem dla bekpakerów, szukających idyllicznych, cichych miejsc za psie pieniądze. To był chyba mój najpiękniejszy nocleg w Azji, za jakieś 7 złotych. Cała piętro domku w stylu Batak, o powierzchni niewiele mniejszej od mego warszawskiego mieszkania, z zajebistą łazienką 3 razy większą niż w domu. Balkon z widokiem na ogród i trochę dalej jezioro otoczone górami. Do tego zajebista ekipa międzynarodowa i lokaleska i zamiast dwóch dni zostałam siedem. W czasie których miałam pisać, uczyć się hiszpańskiego i ćwiczyć jogę. Z planów udało mi się zrealizować dwa razy jogę. Bo były wycieczki skuterowe po wyspie, z widokami zapierającymi dech w piersiach, kiedy droga prowadziła prosto w stromą ścianę zielonych gór, kiedy się na nie w końcu wjeżdżało po tragicznych wybojach by zobaczyć panoramę gór jakby wyrastającą prosto z tafli niebieskiego jeziora, kiedy się przejeżdżało przez lokalne wioski pełne tradycyjnych Batakowych domów, z dachami jak łodzie, wygiętymi łukowo do góry z przodu i tyłu. Bajka. Do tego za dnia kąpiele w jeziorze, a w nocy kobiety, wino i śpiew do białego rana, jako że lokalesi są wybitnie muzykalni, a białasy się nieźle rozkręcają pod ich i alkoholu wpływem. Piękne miejsce, z którego bardzo, bardzo się nie chce wyjeżdżać. Dobre towarzystwo zawiązane podczas pokazu tradycyjnych tańców i pieśni batakowych kiedy wszyscy dusiliśmy się ze śmiechu (sorki, tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć). I tak znowu moje plany się poprzestawiały, aż nadszedł czas kiedy już trzeba było wymienić się adresami mailowymi, wyściskać się, ucałować i wyjechać. Bagus Bay na pulau Samosir. Kolejne miejce gdzie chciałabym wrócić i to pomimo umiarkownych temperatur i sporych opadach deszczu, co pod równikiem i w porze suchej jest niemile widziane he he.

Droga prowadziła pod górę przez dżunglowy las. Widoki, jak zawsze w górach piękne, zajebiście piękne. Gdzieś w połowie drogi pojawił się smród zgniłych jaj i już wiedziałyśmy, że zmierzamy w dobrym kierunku. Potem do akcji wszedł syfon (dżwiękowo), który powoli przekształcał się w parowóz. Aż zobaczyłyśmy. Strugi dymy pod ciśnieniem tryskające z gór. Ich źródła otoczone neonowo żółtymi kręgami. Smród coraz większy, ale takie są uroki wspinania się na aktywny wulkan. Krótko mówiąc – czad! Skaliste szczyty wychodzące z dżunglowych gór. Kłęby chmur na zmianę te szczyty spowijające i odsłaniające. Mleczność dookoła na przemian z zabójczymi widokami na miasteczko Berastagi daleko w dole. I wulkan nie dający o sobie zapomnieć syczącym hałasem i fetorem siarki. Lekkie rozczarowanie Marion, kiedy obiecywany przez jej guidbook krater zamiast ‘moony landscape’ prezentuje kilkadziesiąt wielkich napisów ułożonych z kamieni. W Bahasa Indonesia więc proszę się nie pytać o ich znaczenie. Kiedy wybieramy sobie zajebisty widokowo punkt i przymierzamy się do zakupionego kilka godzin wcześniej w mieście lanczu zaczyna wiać wicher, który przynosi kłęby chmur. Jedyne co widzimy to siebie nawzajem. I zaczyna padać. Kasia, niestrudzona optymistka mówi by przeczekać pod pałatką, zaraz minie. Ale po 20 minutach leje coraz bardziej. I jest w huj zimno. Schodzimy w dół, bez większego pośpiechu bo zejście strome i pełne zdradliwie ruszających się kamieni, a i tak do najbliższego dachu jest conajmniej godzina drogi. W końcu nieźle przemoczone dochodzimy do dżungli, gdzie pod palmowym dachem pałaszujemy zimny ryż. Ciągle leje. Ruszamy dalej i wtedy następuje prawdziwe oberwanie chmury. Deszcz napierdala tak, że uderzenia kropli są bolesne i przypominają grad. Nie ma kompletnie gdzie się schować więc idziemy dalej drogą, która zamieniła się w rwącą rzeczkę. Po kwadransie mam mokre wszystko, łącznie z bielizną. Jest skurwysyńsko zimno i rozważam zlanie się w gacie dla odrobiny ciepła. Godzinę później Marion zrobi mi zdjęcie w oplecie jak sobie smętnie siedzę skulona na ławeczce i wreszcie wiem co to znaczy wyglądać jak zmokła kura. Kiedy wysiadamy pozostaje po mnie kałuża wody. Resztę dnia spędzamy w łóżku, owinięte w koce popijając herbatę z cytryną. I tak wygląda podbijanie wulkanu pod równikiem, fok!

Siedzę sobie na werandzie mojego bungalowu, na skraju dżungli i żal dupę ściska. Bo jutro już w końcu trzeba wyjechać. A dżungla mnie uwiodła. Co chwilę zamykam oczy i widzę zieloną gęstwinę dookoła, wielkie drzewa z korzeniami ciągnącymi się chyba na kilometr i zapierające dech w piersiach widoki z góry na którą się właśnie wczołgałam. Kolorowe motyle na pół dłoni obsiadujące nasze śmierdzące ciuchy, które rozłożyliśmy na kamieniach przy strumieniu by wyschły z potu. Cykadę wielkości dłoni, z gulką na środku przypominającą szlachetny kamień, która okazuje się być sprawcą buczącego hałasu, którego nigdy nie potrafiłam zidentyfikować. Orangutany popisujące się metr ode mnie jak zgrabnie potrafią zawisnąć na lianie głową w dół, małego orangutanika ciągnącego Jessikę za kucyka kiedy pozuje obok niego do zdjęcia. Czarne małpy próbujące porwać mój talerz zupy. Czarno-białe małpy z irokezem wpatrujące się zachłannie w szamany przeze mnie owoc. Wszystkie małpy są dzikie a podchodzą do człowieka bez większego strachu na pół metra. To raczej my zaczynamy srać po gaciach kiedy wielki orangutan nagle zaczyna zmierzać szybko w naszym kierunku.
W dżungli oszalałam, co tu kryć. Wszystkie marzenia o obcowaniu z dziką i powalająco piękną naturą spełnione. I jak zakosztowałam tego wreszcie raz to chciałabym więcej i więcej. Zamarzył mi się 10dniowy trek do serca dżungli, gdzie ponoć roślinność jest jeszcze gęstsza, gdzie mech pokrywający drzewa można odciskać z wody, tak jest wilgotno, gdzie spotyka się więcej ptaków. Niestety nie znalazłam chętnych, ekipa z tego trekingu rozjezdża się, kończą się wizy itd. Ale ale, jeszcze nic straconego. Może zostanę dłużej w Indonezji, może nie pojadę na Filipiny, może skoczę po nową wizę i wrócę na Sumatrę. A w międzyczasie skołuję ekipę bo samej absolutnie mnie nie stać na opłacenie trekingu. Są chętni?


  • RSS