rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2007

Lubię chińskie temple w Malezji. Wyglądają identycznie, czy w odległym Penang czy w Sarawak. Wewnętrzne ściano-płaskorzeźby, miejscami ażurowe, z grafitowego kamienia, podbijają intensywność czerwonych zewnętrznych ścian, a także krągłych lampionów i wściekle kolorowych smoków na dachu. I kadzidła, w wielu kształtach i rozmiarach. Już przy pierwszym węchu atakuje mnie fala wspomnień i tęsknoty.

W Kuching prawie nie ma Hindusów niestety. Widuje się ich na ulicach, ale są turystami z Penisular Malesia. Więc prawie padłam jak szwendając się po wąskich uliczkach pełnych sklepików z chińskimi napisami i lampionami zawieszonymi rzędami w poprzek ulicy nad głowami, znienacka wleciałam na Bollywood Cafe.
– Co? Stęskniłaś się za samosą? – śmieje się właścicielka na widok mej ogłupiałej miny. Urodzona w Pakistanie, dwa lata później jej rodzina uciekła przed zamieszkami do Bombaju, a w wieku 20 lat wydano ją za mąż za malezyjskiego Hindusa i od 40 lat mieszka w Kuching.
Szczerze mówiąc nie do końca pamięta jak się robi samosy czy dhal hihi, ale i tak całkiem niezły substytut. Okraszony bollywoodzkim hitem w telewizorze. Bo Bollywood rządzi – i w Malezji i Indonezji.

Mail od Tiny – będzie w Goa od października do stycznia. A kiedy ja będę?

No właśnie… kiedy?

Malezja

Brak komentarzy

Jest śliczna i zadbana, ale to nie mój klimat. Nie lubię kiedy wszystko podaje mi się gotowe na talerzu. Za wyjątkiem jedzenia oczywiście;).

To tak jak z widokami górskimi. Zawsze zrobią większe wrażenie po długiej i mozolnej wspinaczce niż po wjeździe kolejką.

Malezja jest świetnym rozwiązaniem dla tych, którzy marzą o egzotyce, ale nie chcą lub nie mogą zrezygnować z wygód. Dla tych którzy chcą przygodę odpakować z kolorowego celofanu, siedząc w wygodnym fotelu. I pewnie dlatego widzę w Kuching tylu białych emerytów i rodziców z dziećmi. Bekpakerów, takich przybrudzonych i wymiętych nie ma w ogóle, ale to być może dlatego, że transport tu jest czyściutki i wychuchany jak w Europie.

W ogóle dużo rzeczy jest tu jak w Europie. Za dużo.

Cywilizacja zachodnia i jej demony na każdym kroku. Wypasione centra handlowe z tysiącem kremów na cellulitis i zmarszczki. Reklamy dóbr wszelakich jasno pokazują jak wygląda malezyjski idealny lajfstajl – zapierdalaj jak osiołek i za ciężko zarobioną kasę kupuj iluzje szczęścia. Znajome, co nie?

Ale, ale, ja dojrzałam i doceniam różnorodność naszego świata. Zwłaszcza kiedy wreszcie udało mi się kupić pumeks i tampony hi hi. W końcu nikt mnie tu nie trzyma i wciąż jest gdzie uciec przed konsumpcjonizmem. Jutro wracam do Indonezji iihhhha!!!

Borneo

Brak komentarzy

Mówisz ‘Borneo’ i widzisz nieprzebytą dżunglę, dzikie zwierzaki i łowców głów. Nazwa ‘Borneo’ naprawdę pachnie przygodą.

Dopóki na Borneo nie pojedziesz.

Teraz jak myślę ‘Borneo’ to widzę setki sklepów z lokalną cepelią, szwendające się po nich wycieczki okropnie biało-różowych ludzi, zdjęcia kolorowych kajaków, które wydają się być największą atrakcją tzw wyprawy do dżungli i ropę, której wydobyciem Borneo stoi. Zwłaszcza indonezyjska część wyspy jest straszliwie przetrzebiona. Jasne, wciąż są dzikie miejsca, prawdziwa dżungla i rdzenni tubylcy nie pracujący dla przemiału turystycznego. Ale by do nich dotrzeć potrzebujesz tygodni i kupy kasy.

Co nie zmienia faktu, że myślę, że można spędzić zajebiste wakacje w malezyjskiej części Borneo. To może być idealne miejsce na pierwszy raz w Azji czy wyjazd rodzinny. Serwis na poziomie zachodnim, wycieczki zorganizowane gdzie tylko chcesz, będzie ślicznie, bezpiecznie i wygodnie, a po wszystkim jeszcze będzie gdzie pójść na zakupy. Drożej niż w Tajlandii, ale za Malezyjczycy są dużo sympatyczniejsi i mówią po angielsku.

A osobom z zacięciem bekpakerskim zdecydowanie doradzam Sumatrę.

PS Ech i to wcale nie znaczy, że podbijając Sumatrę nie jesteś turystą. Jesteś. Trochę bardziej brudnym i zjebanym ale wciąż tak naprawdę turystą. Setki tysięcy osób były w tych miejscach przed tobą. Ale wciąż jest to zupełnie inny wymiar.
Same, same but different;)

Wszystko było tak jak powinno być.
Rzędami ustawione butelki i pudełka z profesjonalnymi kosmetykami do włosów firmy L`Oreal.
Wielkie fotografie ściemniające jakie to cuda tymi kosmetykami można na głowie wyczarować.
Pracownicy salonu modnie ubrani i świetnie uczesani.
Wielce profesjonalnie wyglądający główny stylista. (W sensie po prostu wyglądający na geja. Mój ulubiony fryzjer w Sopocie przez lata udawał, że woli chłopców by sobie wyrobić klientelę).
Ba, w tym cholernym salonie było nawet masujące łóżko na czas mycia głowy.

I tylko dlaczego, kurwa dlaczego zamiast misternie utkanych cieniuchnych pasemek, które nawet przez kolejne 4 miesiące świetnie się komponują z odrostami, mam na czubku głowy ryżą jajecznicę? Albo omlet, jeszcze się nie zdecydowałam co mi to bardziej przypomina.

Goenkaji byłby dumny gdyby zobaczył mnie płacącą grzecznie rachunek (ceny europejskie, niech ich szlag) i wychodzącą z salonu bez uprzedniego poćwiartowania stylisty, zakończonego podpaleniem całego przybytku.
‘Good Vipassana girl’ powiedziałby guru.
A tymczasem good Vipassana girl kupi sobie kurwa kapelusz.

Visa run

1 komentarz

Czasami mam ochotę walnąć się w łeb za moje cholerne upodobanie do robienia wszystkiego inaczej niż inni.

Zamiast zrobić visa run (rząd Indonezji daje turystyczne wizy na maks 2 miesiące i nie można ich przedłużyć) do Singapuru lub Kuala Lumpur, wymyśliłam sobie cholerne Borneo. Miesiąc temu, zanim zostałam surf junkie in spe i marzyłam o podbijaniu Sulawesi to jeszcze miało pewne logistyczne uzasadnienie. Gdzieś po drodze plany się zmieniły, ale bilet już był zabukowany i uznałam, że to wciąż dobry pomysł by liznąć trochę Borneo zamiast siedzieć pięć dni w Singapurze, którego największą atrakcją turystyczną jest shopping.

W Kutching z rana udałam się na poszukiwania konsulatu, którego adresu nie znał nikt w okolicy a mój cholerny gajdbuk dał tylko małą strzałkę „to Indonesian Consulat” wskazującą część miasta nie uwzględnioną na mapce. Po godzinie znalazłam byłą siedzibę konsulatu i dostałam adres nowej na drugim końcu miasta. Jak do niej dotarłam to na dzień dobry zobaczyłam kłębiący się w poczekalni dziki tłum a po odstaniu w kolejce dowiedziałam się, że ten konsulat daje wizę jedynie na miesiąc (czyli na tyle na ile się z reguły dostaje na granicy), kosztuje ona tyle samo co dwumiesięczna (50$ kurwa mać!), a na przejściu granicznym Etikong (przez chwilę rozważałam rezygnację z siedzenia czterech dni w Kutching i powrotu na Jawę) w ogóle już nie dają wizy.

Oczywiście trafił mnie lekki szlag, ale po chwili okazało się, że na szczęście kwalifikuję się na social visa (tu procentuje zawarta znajomość z Davidem, którego indonezyjska małżonka wystawiła mi tzw sponsor letter), którą co prawda w tym jebanym konsulacie też dają tylko na miesiąc (co jest totalną paranoją, ten rodzaj wizy wszędzie indziej jest z buta dawany na dwa miechy!), ale w odróżnieniu od turystycznej, social visa jest extendable (co miesiąc, do maks 6 miesięcy) na terenie kraju. Każde przedłużenie kosztuje trochę więcej niż nowa, ale zamiast tłuc się do innego kraju (i płacić za cholerny samolot, plus pobyt w KL lub S, a to nie jest tania (nie)przyjemność) daję kasę kolesiom z jednej agencji w Pangandaran i oni załatwiają za mnie extension.

Więc choć cała akcja nie skończyła się dla mnie (tylko dzięki D&N) cholerną katastrofą finansową to myślę, że to był pierwszy i ostatni raz kiedy zrobiłam visa run na Borneo.

/Czy mi się wydaje, czy to ostatnie zdanie sugeruje, że rozważam w przyszłości kolejne visa runs? Czy ja o czymś nie wiem?/

Powoli zaczyna świtać. Wyrwana podle ze snu i wyproszona z autobusu stoję w kolejce do odprawy. Kolejka się wlecze, gapię się smętnie na piękną zieloność dookoła, jako że przejście graniczne pomiędzy Indonezją a Malezją, jak na Borneo przystało jest gdzieś pomiędzy porośniętymi dżunglą (albo jej resztkami) górami. W końcu podaję panu w mundurze mój paszport, naprawdę ciekawa jaką metodą obliczają termin ważności wizy. Bo w odróżnieniu od innych krajów, przy wjeździe do Indonezji nie wbijają ci daty do kiedy jest ważna wiza, lecz jedynie ilość dni na które jest ważna oraz datę przekroczenia granicy. A ty potem jak debil siedzisz i odliczasz skrupulatnie te cholerne 60 dni, przy okazji głowiąc się czy pierwszy dzień wizy to już dzień przekroczenia granicy czy może naliczanie jest dopiero od następnego, a czy dzień wyjazdu z kraju to powinien być 60ty czy może być dopiero 61y dzień. (bo na przykład wyjeżdżając z Birmy dowiedziałam się, że mogłam zostać jeden dzień dłużej. Jakby co to Indonezja jest skąpa i z twoich 60 dni pierwszy to dzień wjazdu do kraju a 60y wyjazdu.). Więc teraz z wredną radochą obserwowałam sobie poczynania pana, który wyjął komórkę i zaczął coś na niej obliczać. Potem podrapał się po głowie, sięgnął po drugą komórkę i coś mu cały czas nie pasowało. Moje zapewnienia, że nie musi się męczyć bo już to za niego odwaliłam i mieszczę się w limicie, zostały nagrodzone wysłaniem mnie do przełożonych. Czterech urzędników zasiadło z kalkulatorami i zaczęło liczyć dni które spędziłam w ich ojczyźnie. Po mniej więcej kwadransie gorącej dyskusji (nie muszę znać bahasa by domyślić się że kłócili się kto jest lepszym matematykiem) jeden z panów z szerokim uśmiechem wbił pieczątkę do mego paszportu:
- You are so lucky miss! – wykrzyknął z entuzjazmem jakbym wygrała w totka – Gdybyś wyjechała jeden, zaledwie jeden dzień później, to byś przekroczyła termin wizy!

Dzień w Pontianak, pomiędzy dwiema nocami w autobusie, miał z założenia być dniem jak papier toaletowy z czasów komuny.

Na lotnisku okazało się, że lokalnego transportu brak i w grę wchodzą jedynie wściekle drogie taksówki do centrum. Po kilkunastu minutach kopania się w tyłek w końcu podeszłam do sympatycznie wyglądającej rodziny ładującej się do samochodu. Jasne, oczywiście, że mnie podwiozą. Nie, nie do autobusu, zawiozą mnie tam gdzie potrzebuję. A w ogóle to dlaczego nie pojadę do nich do domu, wykąpię się, zjem lancz i odpocznę, a potem zawiozą mnie do agencji gdzie kupię bilet na nocny autobus do Kuching. No przecież oczywiście, że to nie będzie dla nich żaden problem! A nie chciałabym zostać na noc?
Kiedy po kilku minutach rozmowy okazuje się, że są Batakami, przypomina mi się Binsar zapewniający, że Bataków zawsze intuicyjnie rozpoznam po dobrej energii.

Budzę spory entuzjazm mymi żałosnymi zasobami bahasa indonesia, wspomaganymi językiem migowym, jako że po angielsku mówi tylko najmłodsza latorośl, Meri, lat 24, która wygląda na skromną, nieśmiałą pannę. Kiedy zabiera mnie motocyklowe tournee po mieście, sram po gaciach ze strachu, bo z niewinnej Meri robi się demon prędkości. Przez zatłoczone ulice śmiga jak opętana, kładąc się prawie na płasko na boku na każdym zakręcie. Wcale nie pomaga mi świadomość, że dużo trudniej prowadzi się z pasażerem, zwłaszcza cięższym od kierowcy, a drobna Meri na oko waży ze 20 kilo mniej ode mnie. Po obejrzeniu połowy miasta, pomnika równikowego, kawalkady świeżo upieczonych absolwentów pomalowanych na ciele i ciuchach kolorowymi farbami (taki coroczny obyczaj) oraz zachodu słońca skrzącego się na rzece i ciepło oświetlającego codzienne życie tych co nad nią mieszkają (znaczy się wieczorna kąpiel, pranie, mycie garów i inne takie), wracamy do domu. Mama Meri pociesza mnie, że ona też się boi z nią jeździć. W naturalny, totalnie rozwalający mnie sposób wysyła mnie pod prysznic, mówiąc, że mam się pospieszyć, bo kolacja prawie gotowa. Znam ich od kilku godzin, czuję się jak część rodziny. Zanim zawiozą mnie na autobus umawiamy się, że jak wrócę z nową wizą to jedziemy odwiedzić ich rodzinną wieś, gdzie zobaczę rdzenną tubylczą ludność Dayak i dżunglę.

To jeden z tych dni, który z nawiązką rekompensuje mi wieczne szczypanie się z kasą i szukanie najtańszych opcji.

Po spożyciu wściekle drogiego i kiepskiego śniadania (jak na lotniskową restaurację przystało) i przeczytaniu od deski do deski ‘Jakarta Post’, w końcu wymiękam i jak żul śpię przez trzy godziny z głową na stole. Zapominając o tym, co dopiero co było najbliższą mi rzeczywistością, nie myśląc o tym co będzie nią za chwilę.

Żyję w czasie teraźniejszym, gdzie Ophrah Winfrey jest najbardziej wpływową celebrity, Aishwarya Rai zmieni swe sławne nazwisko na równie, jeśli nie bardziej sławne mężowskie Bachchan, a premier Nowej Zelandii urywa się na kilkuminutowe spotkanie z Dalaj Lamą na lotnisku by nie wkurwić za bardzo Chińczyków, ale też nie zrazić wyborców.

We śnie odwiedzam światy alternatywne.
Kelner budzi mnie tylko raz, by się upewnić, że nie zaspałam na samolot.

Praktyka nie zawsze czyni mistrza. Pożegnania wychodzą mi coraz gorzej, a nie da się zaprzeczyć, że ćwiczę je dość często.

Najbardziej chciałabym znikać po angielsku, ale to prawie zawsze jest albo niemożliwe albo byłoby odebrane jako chamstwo.

Tak naprawdę to mam coraz większy uraz. Jeśli w ogóle mówię ‘good-bye’ to tylko w połączeniu z ‘see you’, nawet kiedy oczywiste jest, że na żadne siju nie ma szansy. A najczęściej nie mówię ani ‘good bye’, ani ‘see you’, tylko ‘thank you’ i ‘good luck’.

Tak naprawdę to pożegnania wychodzą mi coraz sprawniej. Na zewnątrz. Tylko w środku są coraz trudniejsze. /Za to coraz krócej./

Ułatwiam je sobie mówiąc, że wrócę. Za miesiąc lub dwa, a może za rok, ale wrócę. I kiedy to mówię to naprawdę w to wierzę. Potem mijają dni, tygodnie, wspomnienia wietrzeją i pojawiają się nowe miejsca i nowi ludzie.

Kiedyś się przeciwko tej niestałości buntowałam, kiedyś budziła we mnie smutek i żal. Już nie.

W Pangandaran wszyscy przyjęli za totalną oczywistość, że wrócę jak obiecuję na początku lipca. Wszyscy oprócz Oziego – ‘It`s bullshit Polandia, you`re not gonna come back, you know it’. ‘I guess you`re right’ – mówię, uświadamiając sobie po raz pierwszy w jak wielu miejscach w ciągu ostatnich miesięcy mówiłam, że wrócę.

Najzabawniejsze, że Pangandaran chyba jednak będzie tym pierwszym miejscem gdzie wrócę. Jeśli tylko dostanę social wizę. Taka umowa z losem, niech zdecyduje za mnie. I tylko mojego najlepszego (przez kilku tygodniową chwilę) kolegi już nie będzie. Bad timing. Od pierwszego wejrzenia.

Nie chce mi się. Wcale mi się nie chce wyjeżdżać. Nawet kiedy okazało się, że domek nad oceanem już nie jest do wynajęcia za 60 funtów rocznie. (tak, sześćdziesiąt funtów za cały rok…).
Po tygodniach nic-nie-robienia jeżdżę po okolicy i odkrywam na nowo jaka jest piękna i różnorodna. Rano przetrzepywałam przewodnik w poszukiwaniu motywacji by z Borneo płynąć na Sulawesi (a nie z powrotem na Javę jak po cichu knuję), zamarzyły mi się tamtejsze pola goździkowe (przyprawa a nie kwiaty, jakby co), a po południu jadąc na Karappyak beach (dżizas jak tam pięknie!) odkryłam, że są one i tutaj. Co chwilę wjeżdża się w kolejną falę zapachową goździków, a od czasu do czasu wytłaczanego chałupniczo oleju kokosowego. Przed domami wystawione płaskie kosze i plastikowe płachty na których goździki biorą kąpiel słoneczną i z zielonych zmieniają się w ciemnoczerwone. Rany jak ja stąd nie chcę wyjeżdżać! A już był moment, że cieszyłam się na bycie w drodze, na plecak, zmęczenie i oswajanie nowych miejsc i czułam, że nie wrócę do Pangandaran. A teraz znowu nie wiem. Zobaczymy co przyniesie Borneo. A na razie noc w autobusie do Jakarty, rano lot na Kalimantan i znowu noc w autobusie by przekroczyć granicę z Malezją ostatniego dnia wizy. Uff…


  • RSS