rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2007

Kolejny miły, ciepły wieczór, jak codziennie w Pangandaran. Siedzę sobie w Bamboo Cafe i czekając na gado-gado staram się nie gapić zbyt ostentacyjnie na nową prostytutkę. Jest prześliczna, absolutnie piękna i to ją zdecydowanie wyróżnia na tle konkurencji, zwłaszcza głuchoniemej Sarah. Wydawało mi się, że znam już wszystkie mniej lub bardziej oficjalne dziwki kręcące się po westernerskich knajpach. Nie ma ich zbyt wiele, zwłaszcza tych oficjalnych, które gorzej płacącą ale za to liczniejszą klientelę mają w knajpach lokaleskich. Na białasów częściej czyhają te mniej oficjalne, które dobrze znają angielski i na ucho mi mówią, że mają męża zagranicą, jednocześnie trzymając rękę na kolanie aktualnego chłopaka-sponsora. Taka Ika za mojej obecności w Pangandaran zaliczyła już ich z dziesięciu, połowa była w niej regularnie zakochana i nie za bardzo zdawała sobie sprawę o co chodzi. Tak naprawdę, to właśnie wśród tych mniej oficjalnych znajdują się prawdziwe kurwy, które zrobią wszystko by wyciągnąć jak najwięcej kasy z białego jelenia i w tym celu posuną się do wszystkiego. One potrafią urodzić dziecko i ściągać kasę od trzech białych tatusiów. Nie ma ich wiele, ale zdarzają się. Współczesne, indonezyjskie femme fatale.

Jestem naprawdę zaskoczona obecnością nowej. Myślałam że dziewczyny mają swoje rewiry, ale nawet jeśli to chyba nie są one sztywne, bo nowa siedzi przy jednym stoliku z pozostałymi i wszystkie wydają się być w najlepszej komitywie. Dwie które lepiej znam zapraszają mnie bym się dosiadła, ale wykręcam się, jak zawsze odkąd Sarah prosiła mnie bym się z nią dosiadła do stolika pełnego Holendrów i pomogła jej się z nimi zakolegować i tłumaczyć. Bo na swoje nieszczęście opanowałam specyficzny język migowy którym się Sarah posługuje (każda litera alfabetu jest pokazywana innym układem palców). Lubię ją i jest mi jej cholernie szkoda, jako że Sarah ze względu na swoje kalectwo i biedę w której się urodziła, nigdy nie miała szansy na inne życie, ale współczucie to wciąż za mało bym robiła za alfonsa.

Co bardziej niedoświadczone białasy na początku nawet nie kumają, że mają do czynienia z dziwką. Myślą, że ta lokalna dziewczyna, która tak swobodnie się do nich dosiadła i nawiązuje znajomość, jest po prostu bardziej wyluzowana i nowoczesna niż jej rodaczki. Niektórzy z nich przeżywają regularny szok kiedy pod koniec wieczoru dostają propozycję wspólnej nocy za kasę. Niektórzy chętnie korzystają i cieszą się, że tanio. I później już wiedzą, że Indonezyjka siedząca przy barze, bynajmniej nie ostentacyjnie ubrana w dżinsy i podkoszulek, z nieodłącznym papierosem w dłoni, jest na bank prostytutką. No chyba, że jest żoną białasa. I wcale nie piję do tego, że część mieszanych małżeństw zaczęła się od płatnego seksu (acz i owszem, to niesamowite jak często zdarza się w rzeczywistości Pretty Woman). Najbardziej uczciwe i najlepiej się prowadzące Indonezyjki po ślubie z westernersem prędzej czy później zaczynają odsłaniać ramiona, a czasem i nawet dekolt, oraz pić alkohol i palić papierosy. I jedyne co je odróżnia od upadłych sióstr to biały właściciel przy boku. Acz czasem trudno powiedzieć czy to właściciel na zawsze, na dłużej czy tylko na jeden wieczór…

I’m beginning to think God doesn’t want me to surf. To kwestia Betty z „Walking on Water”, z którą jakiś czas temu zaczęłam się utożsamiać. Kwestią jedynie, nie Betty niestety. Betty jest profesjonalną serferką, której ostatnio nie wychodzi. A to jest wielki sztorm kiedy ona ma wakacje, a to zdiagnozowano u niej astmę. A atak astmy kiedy fala wciąga serfera w swe głębiny to hmm, nie chcę by wiało tu tanim melodramatem czy cuś, ale nie da się ukryć, że jest to pewna śmierć.

Ja astmy – jeszcze – nie mam, ale lista mych przypadłości i bez tego robi wrażenie.
Przypomnijmy, że już za pierwszym pobytem w Pangandaran, po 3 dniach na desce wywaliłam się na bajku i okrutnie poharatana zostałam wyłączona z gry na długie tygodnie. Po powrocie z wizowych wojaży, zamiast rzucić się natychmiast na deskę, rzucałam się i owszem ale do kibla. Kiedy ciężkie zatrucie przeobraziło się w zwykłą srakę (zwykłą, ale intensywną), postanowiłam ją zignorować i poszłam w tan, znaczy się w ocean. Dałam radę przez trzy dni, potem zmogło mnie ciężkie osłabienie organizmu, spowodowane jego odwodnieniem, spowodowanym wiadomo czym. Dostałam antybiotyk i po tygodniu osłabienie jak i jego powód minęły.

Za to wrócił ból w prawym barku, który upierdliwie się mnie trzyma od czasu wypadku. Niestety ramiona są zajebiście istotnym elementem w serfingu, jako że trzeba nimi mocno machać by się dostać w miejsce gdzie przychodzi dobra fala. A potem jeszcze mocniej by tę falę złapać. Mimo to poszłam w ocean ponownie (tak, też uważam że Linda to przy mnie mięczak). Wytrzymałam dwa dni. Z mego politowania godnego doświadczenia wiem, że takim urazom trzeba dać czas. Dużo czasu. Stopa której się dostało w jednym z goańskich wypadków, uspokoiła się dopiero po pięciu miesiącach. Postanowiłam więc przyspieszyć rekonwalescencję i oddałam się w ręce miejscowego magika. Do którego lokalesi chodzą kiedy nadwyrężą mięśnie, stawy itd, tudzież skręcą czy złamią kończynę.

Koleś znęcał się nad moim ramieniem prawie godzinę. Perfekcyjnie potrafił zlokalizować źródło bólu i uczynić je źródłem kurewskiego bólu. O co bardziej bolesnych ruchach uprzedzał mnie jęcząc chwilę wcześniej ‘Auu’. Po kilku minutach tworzyliśmy niezły chórek. Chrupały i przeskakiwały mi w ramieniu różne rzeczy i w połowie zabiegu moje ramię zaczęło się dużo lepiej sprawować. Nie idealnie, ale lepiej. Koleś zachęcony tym sukcesem podwoił wysiłki. Po kilkunastu minutach ramię zaczęło ponownie boleć, a chwilę później napierdalało na maksa. Koleś zapewnił mnie, że poprawa nastąpi bardzo szybko i się zawinął. Następnego dnia obudziwszy się zawyłam. Ramię bolało jak nigdy przedtem, a jego mobilność była wielce ograniczona. Do tego w masowanych miejscach wyskoczyły mi pryszcze. Przez trzy dni klęłam kolesia jak popadnie i całe szczęście, że mi się w tym czasie nie nawinął pod oczy bo bym siedziała w pierdlu za morderstwo (lewą ręką). Czwartego dnia było lepiej więc szydziłam sobie równo, że teraz już tylko pozostało mi pozbyć się pryszczy i będzie jak przed zabiegiem. A piątego dnia obudziłam się bez cienia bólu w prawym ramieniu, pierwszy raz od prawie dwóch miesięcy. Ogłaszając kolesia wszem i wobec cudotwórcą, umowiłam się kolejny raz z Johnem-kaznodzieją na lekcję na następny dzień.

Zapominając o obolałym od dwóch dni uchu. Ale ucho samo o sobie przypomniało kilka godzin później, świdrując czaszkę tak, że poszłam do lekarza. Który oświadczył, że mam zapalenie ucha, dał antybiotyk i zabronił (sic!) wchodzić do oceanu, przez uwaga – kurwa mać – TYDZIEŃ!!! Kiedy mu się prawie rozryczałam w gabinecie, powiedział ‘no dobrze, cztery dni’.

I to był ten moment, kiedy doszłam do wniosku, że kwestia Betty już tak bardzo mnie nie dotyczy. Bo ja nie zaczynam myśleć, ja wiem, że Bóg nie chce bym serfowała. A właściwie, idąc tropem rozumowania Betty, to nie Bóg, tylko moje własne ciało. Które ignoruje nieokiełznane pragnienie umysłu i kierując się instynktem przetrwania zrzuca na mnie te plagi egipskie, bym tylko dała se spokój z deską.

Ale, ale, ja się nie dam. Co prawda z planowanego miesiąca na desce, który miał mi zapewnić opanowanie podstaw, robi się nędzne kilka dni, które pewnie nawet nie wystarczą bym swobodnie wstawała na twardej desce, ale jutro idę na lekcję…

Nigdy wcześniej nie byłam w tak bliskim, tak silnym związku. Nigdy do nikogo nie przytulałam się tak mocno, z tak wielką wiarą i nadzieją, że mnie nie zawiedzie. Nigdy na nikim tak bezgranicznie nie polegałam. Nigdy nie miałam tak silnej potrzeby współpracy, prawdziwego partnerstwa i zespolenia. Nigdy tak łatwo nie wybaczałam podstępnych ciosów i ucieczek.

I tak wielką miłość bez zmrużenia oka zamieniłam na nową. Twardszą i mniejszą. Przez trzy godziny udało mi się na niej stanąć może pięć razy. Na dzień dobry prawie pozbawiła mnie przytomności lądując na mojej skroni. Za zdradę się płaci.

Bahasa Indonesia to język jak na azjatycki przedziwny. Mnóstwo słów wywodzi się wprost z łaciny – meditasi, komplikasi, determinasi, denominasi. No dobra, te dwa ostatnie to właśnie wymyśliłam, ale dam se łeb uciąć, że tak jest po indonezyjsku determinacja i denominacja.

Odkrywam też wiele słów brzmiących identycznie jak w hindi – garam, masala, madu, acz rzadko mają one te samo znaczenie. Z tych trzech tylko madu, czyli miód.

Moje niegdysiejsze bliskie spotkania trzeciego stopnia z narodem irańskim zaowocowały znajomością kilku słów w języku farsi i proszę, jedno z nich – ‘nafas’ oznacza w bahasa to samo, czyli oddech. (nota bene, Nafas to imię córki mojego przyjaciela)

Ale nic, absolutnie nic nie przebije tajemnych powiązań pomiędzy bahasa a polszczyzną.
Głupi ‘kran’, który tak samo pisany i wymawiany znaczy, a jakże – ‘kran’, możemy pominąć, bo tak samo jest w holenderskim i jest to raczej jedna z wielu postkolonialnych pozostałości. Prawdziwymi rarytasami za to są ‘suka’ i uwaga ‘dupa’ – taka sama pisownia i wymowa jak w naszym ojczystym języku. ‘Suka’ oznacza ‘lubić, podobać się’, a ‘dupa’ to ‘kadzidło’. Niemal się udławiłam nabożnie spożywaną pomarańczą, uświadomiwszy sobie, że w bahasa indonesia jeden z Trzech Króli ofiarował Dzieciątku dupę…

Choć pora sucha już w pełni i deszczu nie było od kilku tygodni, wczoraj od rana niebo było grafitowe i lało. Może nie jak z cebra, ale tak klasycznie tropikalnie-monsunowo. Dokładnie w pierwszą rocznicę tsunami.

Indonezyjczycy żartują ze wszystkiego, z tsunami też. Ze śmiechem opowiadają co robili tego dnia i jakim cudem przeżyli.

Taki Madja, rybak, na którego łodzi popłynęliśmy silną ekipą na bezludną wyspę, 17ego lipca 2006 roku po południu był właśnie na łodzi. Na pełnym morzu. Fala miała jakieś 10 metrów i złamała łódkę w pół. Było ich pięcioro. Mieli dwie kamizelki ratunkowe. Dzieląc się nimi i deskami z łodzi dryfowali całą noc. Było zimno, wściekle zimno, zimniej niż zazwyczaj o tej porze roku. Nie wiedzieli co się stało na lądzie, nie wiedzieli czy przeżyją. Wyłowiono ich następnego dnia o poranku. Madja śmieje się przez całą opowieść a mi przechodzą ciarki po plecach.
- Musieliście się strasznie bać co? – pytam głupio, nie umiejąc pogodzić treści z szerokim uśmiechem.
- No jasne, że się baliśmy! – Madja pierwszy raz poważnieje i patrzy na mnie jak na debila – w życiu się tak nie bałem.

Nani, żona mojego nowego brata w przedzień tsunami miała przeczucie. Zajebiście silne. Wzięła Bellę pod pachę, wsiadła do samochodu i pojechała do Yog-Yakarty, gdzie David był od kilku dni. Gdyby zostały w domu nie miałyby najmniejszych szans. Widziałam zdjęcia. Dom był w gruzach a jego części fale zaniosły kilkadziesiąt metrów w głąb lądu.

Każdy ma swoją tsunami story. Wszystkie są wstrząsające. Nikt nigdy nie mówi o tsunami nie pytany. To nie jest tak, że nie chcą o tym gadać. Jak zapytasz to odpowiedzą na każde pytanie. Ale sami z siebie traktują temat jak śmierdzącą kupę. Nie chcą o tym myśleć i nie chcą o tym pamiętać. I wcale im się nie dziwię.

8 lipca
Drogi pamiętniczku!
Dziś skończyłam drugi kurs Vipassany. Mam w sobie tony pozytywnej energii i kocham cały świat. Czuję, że tym razem udało mi się zrobić dużo większy postęp niż na pierwszym kursie. Tylko chwilami zastanawiam się czy ten nadmiar euforii nie jest spowodowany głownie końcem więziennego rygoru a zwłaszcza tych cholernych fałszów mojego guru. Mam dla niego ogromny szacunek, ale on naprawdę nie powinien kurwa śpiewać! Chciałam pójść na trzeci kurs pod koniec lipca lecz po alergii usznej jakiej teraz doznałam nie jestem już tego taka pewna. Może zamiast medytacji wybiorę serfing. Właśnie pamiętniczku – to jest najważniejszy nius – dziś wracam do Pangandaran i zaczynam się znowu uczyć serfingu! Hurra! A oświeceniem zajmę się w następnym życiu.

10 lipca
Drogi pamiętniczku!
Nie wiem czy ten serfing jest mi pisany. Chyba załapałam jakąś cholerną bakterię, bo wczoraj cały dzień srałam dalej niż widziałam (nie martw się, to tylko przenośnia, za każdym razem udało mi się dobiec do toalety). A wieczorem kiedy zaczęliśmy z Ozim (który miał być na Sumatrze, ale jakoś się hi hi zasiedział), Nani i młodszym bratem Feriego (taki ładny chłopak a ja wciąż nie pamiętam jego imienia!) opijać mój powrót, po pół godzinie zostawiłam towarzystwo na werandzie i poszłam dogorywać w wyrze. Acz tylko w tych krótkich przerwach kiedy nie musiałam w łazience dokonywać wielce trudnego wyboru czy najpierw rzygać czy srać. Kilka razy prawie straciłam przytomność i naprawdę doceniam troskę Oziego, który sprawdzał co jakiś czas czy nie udusiłam się własnymi rzygami. Dziś dochodzę powoli do siebie po tej koszmarnej nocy i serfuję tylko w marzeniach czytając biblię serferów ‘Walking on water’, którą dostałam od Oziego. Rany co ja zrobię jak ten cymbał wyjedzie za dwa dni?

11 lipca, popołudnie
Drogi pamiętniczku!
Wciąż nie czuję się najlepiej i coś też jest nie tak z moim prawym ramieniem od wypadku sprzed miesiąca, ale nie mogłam się oprzeć i poszłam w południe na lekcję. Byłam beznadziejna! Szło mi gorzej niż pierwszego dnia miesiąc temu. Jestem załamana, bo udało mi się stanąć na desce dopiero po pół godzinie. A dobrego długiego ślizgu nie miałam ani razu. Przy tym wypiłam jakieś sto litrów słonej wody i mam czerwone oczy jak szczur. Gębę też. Znaczy się nie jak szczur, tylko czerwoną. Nie zamierzam się jednak poddać i idę na kolejną lekcję przed zachodem słońca. Chłopaki pocieszają mnie, że to tylko osłabienie po chorobie i zaraz wrócę do formy. Oby…

11 lipca wieczorem
Drogi pamiętniczku!
To był mój najlepszy serfing jak na razie! Szło mi fantastycznie, stawałam prawie za każdym razem i miałam sporo fajnych ślizgów, a kilka razy udało mi się nawet wziąć dużą falę, czego początkujący na dużej desce z reguły nie dają rady zrobić. Hurrraaa! Mam też pierwszą ranę serfingową – przy jednej z większych wywrotek płetwa deski uderzyła mnie w kolano i rozcięła trochę mięcha. Oczywiście serfowałam z tym dalej i jak później wyszłam z oceanu ze strumieniem krwi cieknącym po łydce to wyglądałam naprawdę cool! David mówi, że przydałyby się szwy, ale wtedy byłabym wyłączona z lekcji na tydzień. Wolę mieć kolejną bliznę.

12 lipca południe
Drogi pamiętniczku!
Idzie mi naprawdę nieźle, choć Emma mówi, że przeginam próbując biegać zanim nauczę się chodzić. Chyba ma rację. Co prawda ona bierze tylko małe fale ale za to awansowała na prawdziwą, twardą deskę, a ja wciąż jestem na piankowej. Ale małe fale są nudne, duże to dopiero czad! Mam już znowu poobcieraną skórę na ramionach, brzuchu i kolanach. Piecze okrutnie. Ale najgorsza jest rana pomiędzy piersiami, od drutów w staniku w czasie wiosłowania na brzuchu. Boli cholernie ale najgorsze, że z tym się nie da mocno wiosłować, a wtedy nie mogę wziąć dużej fali! Na szczęście Nani dała mi stanik bez drutów, który został jej po karmieniu Belli i mam nadzieję, że będzie mniej boleć.

12 lipca wieczorem
Drogi pamiętniczku!
Dochodzę do wniosku, że każdy serfer ma coś nie tak z głową. Jeśli przy falach dla początkujących kilka razy dziennie jestem bliska utopienia się, złamania szczęki, szyi, że o małych obrażeniach nie wspomnę, to jakie ryzyko jest przy dużych falach? Bohater ‘Walking on Water’ mówił ‘Surf Hawaii or die’, a że był kiepski więc kumple się z niego nabijali, że w jego przypadku to będzie ‘Surf Hawaii AND die’. To byłby niezły obciach ‘Surf Pangandaran and die’ – przemknęło mi przez głowę, w czasie kolejnej śruby zaliczanej pod kłębowiskiem wody. Dobrze, że już nie palę, mogę dłużej wytrzymać bez oddechu!

13 lipca południe
Drogi pamiętniczku!
Każdej nocy śni mi się, że serfuję. Bez przerwy czuję nad prawą kostką opaskę od linki, choć oczywiście nie noszę jej poza oceanem. Powoli przestaje się liczyć cokolwiek innego. Cały mój dzień jest praktycznie podporządkowany falom i desce. Oni wszyscy mówią, że surfing to nie jest sport do uprawiania tylko life style. Zaczynam powoli rozumieć co mają na myśli.

- Uff, to chyba wszystko – wzdycham zapinając ostatnią klamerkę plecaka.
- Worków jeszcze nie masz! – mówi z naganą Meri.
- Eh, spoko, znalazłam jeden duży, akurat całe żarcie się zmieściło
- Nie worek na jedzenie, tylko wiesz… – podaje mi stosik złożonych w kostkę plastikowych torebek – myślisz że pięć ci wystarczy?
- Pięć? – patrzę na nią z rozpaczą – myślisz, że będę rzygać pięć razy?
- Co najmniej! – bezlitośnie zapewnia Meri. – I pamiętaj, by nigdy nie zostawiać bagażu jak idziesz do łazienki! Zawsze musisz brać plecak ze sobą, inaczej cię okradą. Tu masz jeszcze pomarańcze od mamy – podaje mi kolejny kilogram żarcia na drogę, bo to na statku jest ponoć a/ drogie, b/niejadalne, c/ czeka się na nie godzinami.

A podróż statkiem z Borneo na Jawę okazuje się być absolutnie zajebista. Oczywiście szwendam się po nim naokrągło nie tachając ze sobą kilkunastu kilogramów mego dobytku. To nie pierwszy raz kiedy mam (słusznie) dużo więcej wiary w uczciwość tubylców niż ich rodacy. Widok z głównego pokładu na przestrzeń dookoła jest uzależniający, zachód słońca bajeczny a księżycowa noc magiczna. Pluję sobie w brodę, że wcześniej brałam samoloty zamiast Pelni ships. O rzyganiu nie ma mowy, a jedzenie, choć rzeczywiście mało jadalne to przynajmniej okazuje się być w cenie biletu. Fotel jest wielki, miękki i rozkładany a w telewizorze cały dzień zapuszczają indonezyjskie seriale.

Które są mniej więcej takim samym szokiem dla organizmu jak pierwszy bollywoodzki film. Tylko jakość tego dużo gorsza, choć wiem, że brzmi to niewiarygodnie. Seriale miłosne ułatwiają zadanie aktorom, którzy zamiast okazywać uczucia lub ich brak grą, po prostu po każdej kluczowej scenie są zostawiani sami na ekranie i monologują przez kilka minut by widz nawet przez chwilę nie musiał się zastanawiać czy Czesiek tę Jadźkę to kocha czy nie. Oczywiście są wielkie emocje, dramatyczne gesty, zwalniane i potwarzane kilkakrotnie sceny pełne napięcia (na przykład kiedy ON znienacka złapał ją za przedramię) i tylko piosenek brakuje. Ale naprawdę uzależniający okazał się być serial horror. W pierwszym odcinku (który leciał przez jakieś 3 godziny bo przerwy reklamowe są uwaga – co 7 minut, słownie SIEDEM, z zegarkiem w ręku) pewna seksowna piękność okazała się być gigantyczną anakondą, która czerpała wielką przyjemność z wybijania przedstawicieli indonezyjskiej middle-class. Jak jej się znudziło duszenie ich jako wąż to przemieniła się w starą, szczerbatą wiedźmę i zaczęła zabijać swymi czarnymi pazurami. W tym celu najpierw wygrażała rękami, potem w powietrzu wirowała czarna chmura, a następnie pokazywano nieżywą ofiarę której twarz była naszpikowana czarnymi szponami. Jak jej się znudziło rzucanie pazurami to kusząc swymi wdziękami (w tym celu zmieniła się znów w seksowną piękność) otumaniła jednego z bohaterów tak, że zabił swego kilkuletniego brata za pomocą wręczonej mu laleczki woo-doo. Totalnie nieprzewidywalny ten serial. Wszyscy padali jak muchy, nawet główni bohaterowie, nie to co w kinie hollywoodzkim kiedy zawsze wiesz kto przeżyje.
Drugiego dnia w kolejnym odcinku wszystko odbywało się mniej więcej tak samo, tyle że indonezyjska middle-class była mordowana przez krokodyle, ukrywające się pod ludzką postacią, a przywódcą zła był tym razem mężczyzna, z zajebistą klatą i wielce przystojny, acz niestety głównie prezentowany w pozycji pół leżącej na brzuchu, jako że od pasa w dół był krokodylem.
Jako, że podróż z Pontianak do Jakarty trwała tylko 30 godzin, nie mogę państwu przekazać kto mordował w trzecim odcinku. Tak, mi też jest bardzo przykro z tego powodu.


  • RSS