rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2007

W Kucie przeżywam regularny szok kulturowy. Dizajnerskie sklepy, makdonald pogania pizze hut, a ulice i deptaki robią za wybieg dla pięknych i bogatych. Czasem tylko pięknych, czasem tylko bogatych, a ci co się nie kwalifikują do żadnej z kategorii robią za użyteczne tło. Dzikie tłumy białych, wypasione resorty i tysiące sklepów z turystycznym śmieciem. Myślałam, że Kuta będzie takim indonezyjskim Calangute/Baga, ale Calangute przy Kucie robi za cichą rybacką wieś.

Kuta, głowny resort na Bali, nie ma absolutnie nic wspólnego z Indonezją i czuję się jakbym nielegalnie przekroczyła granicę. Kuta jest z jednej strony ohydnym resortem, a z drugiej tętni życiem i na pewno nie da się tu nudzić. I ma jeden wielce khem istotny plus. W ciągu pierwszej godziny zobaczyłam więcej przystojnych kolesi niż przez ostatnie pół roku. To zjawisko, jak każde, ma drugą stronę medalu hi hi. Szyja mnie boli i mam jakąś głupią potrzebę zakupienia nowych ciuchów. Jak tylko z Kaśką dojdziemy do formy trza będzie stąd spadać, bo mam poważne lęki że za chwilę ten imprezowy tłum nas wchłonie i nie będzie zadnych wulkanów, pustych plaż, smoków i innych atrakcji tylko chlanie, dzikie pląsy i udawanie osiemnastolatek-replay. Co oczywiście nie jest takim złym hy hy rozwiązaniem, ale na razie mam ambicję trzymania się planu podróżniczego. Tymczasem szlag mnie trafia bo mam po raz czwarty zapalenie ucha i znowu nie mogę serfować. Wrrrr…
Za to pobieranie przymusowych lekcji teoretycznych jest hy… baardzo zajmujące…
i ma zupełnie inny wymiar niż w Pangandaran…

do usłyszenia nie wiem kiedy
jakby co proszę się o nas nie martwić, my się na pewno dobrze bawimy;)

Dostaję właśnie kolejną nauczkę by nigdy nie mówić, że znam kogoś jak własną kieszeń. Moja przyjaciółka jest moją przyjaciółką od 18 lat (to chyba oznacza, ze my stare dupy jesteśmy niestety;). W grudniu ubiegłego roku przyprawiła mnie o stan szoku aklimatyzując się w Indiach w tempie jakiego nigdy wcześniej nie widziałam, a umówmy się, obserwowałam setki przypadków. Nie dość że Indie dla każdego są szokiem to w dodatku Kaśka była pierwszy raz w życiu poza Europą. Po dwóch dniach była brana za stałego goańskiego bywalca.
Za to teraz moja przyjaciółka prezentuje się od nieco innej hi hi strony. Po kilkakrotnym ogłoszeniu, że przyjedzie z minimalnym bagażem, (co w zeszłym roku oznaczało jakieś 13 kilo), wyszła z lotniska z walizą wielkości szafy trzydrzwiowej, o wadze kilkuletniego słonia (o ile waży on 21 kilo). Nie żebym narzekała, jako że prawie 4 kilo to ptasie mleczko, czekolady z truskawami i delicje (Kasi się na szczęście pomyliły spójniki, jako że pisałam ptasie mleczko ALBO czekolada) plus duża wódka, ale wciąż w głowę zachodzę po huj jej pięć par butów!
I żeby nie było – gdyby z tą walizką przyjechała jakakolwiek inna znana mi laska to bym nie pisnęła słowa, ba, nawet nie chciałoby mi się śmiać. Ale żeby Felwa???? No halo!

Kaśka na razie ewidentnie uważa moje beczki z jej bagażu za czepianie się. Natomiast ja się nie mogę doczekać aż będzie próbowała załadować tę szafę do bemo. Że o ojeku nie wspomnę. Na razie postanawiam się tym nie stresować, co ułatwia mi kolejna kostka ptasiego mleczka, enak!

Panga-Jogja

Brak komentarzy

Ostatni ranek w Pangandaran jest pochmurny i deszczowy. To tak jakby na Goa padało w Sylwestra, niemożliwe, niby.
Wsiadam na bajka i jadę luknąć czy ktoś serfuje. No jasne że tak. Kilkanaście minut później jestem z nimi. Ocean i niebo są w tym samym grafitowym kolorze, brzeg spowity mgłą. Mój ostatni serfing jest przesiąknięty nostalgią również pogodowo.
Śniadanie, pakowanie, pożegnania. Wszystkim mówię do zobaczenia w przyszłym roku.

W autobusach spędzam kolejne 11 godzin, przez większość czasu śpię i śnię o falach. Dochodzi północ kiedy w końcu znajduję pokój. Poranny serfing wydaje się być odległym wspomnieniem, marzeniem z innego życia, obejrzanym filmem. Rano odkrywam, że Yog-yakarta jest fajnym miastem, z wyluzowaną bekpakerską dzielnicą i pewnie można tu spędzić kilka ciekawych dni. O ile się nie zostało surf junkie. Za kilka godzin wsiadam w autobus do Bali, jutro odbieram Kaśkę na lotnisku i nie mogę się doczekać. Ale tylko spotkania z nią. Nasze plany podróżnicze nagle brzmią mega blado przy ‘walking on water’. Acz pewnie jutro po południu spojrzę na to zupełnie inaczej hi hi.

PS z ostatniej chwili: właśnie przeczytałam w Jakarta Post ze jest problem z alkoholem na Bali, jakieś zamówienia nie dotarły, zawirowania z akcyzami i przemytem i jest ogólny strach że turystyka znów ucierpi. Coś czuję, że będzie jechany arak…

Ostatni zachód słońca w Pangandaran jest piękny jak zawsze. Po czterech godzinach rano na desce jestem tak wykończona, że zamiast śmigać po falach tylko siedzę na murku i gapię się na moich serfujących kolegów. Z wieloma tak naprawdę się nie znam, po prostu widujemy się codziennie na falach i to wystarcza by wymieniać szerokie uśmiechy i wiwaty po co lepszym ślizgu. Będę za nimi tęsknić, za utlenionym nastolatkiem, który jest najlepszym serferem w Panga czy za drobniutkim ośmiolatkiem, który śmiga tak, że nie ma wątpliwości że za kilka lat tę pozycję mu odbierze. Obaj są maniakami i serfują dwa razy dziennie po kilka godzin. Będę też tęsknić za większością beach boys oficjalnie robiących za ratowników i instruktorów serfingu, chociaż tak wiele czasu im zajęło zaakceptowanie faktu, że w odróżnieniu od innych lasek wolę z nimi serfować niż sypiać. (głownie ponieważ żaden z nich nie łączy dobrego wyglądu z poczuciem humoru i przyzwoitą angielszczyzną. Jak robiłyśmy z Emmą ranking to wyszło nam, że dałybyśmy się skusić Yodze gdyby wyglądał jak Ki.).

I tak siedzę na tym murku, gapię się na zachód słońca, na rozciągające się kilometry kawowego piasku, na fale wielkie i pieniste, jak lustra skrzące się na pomarańczowo i różowo, na łodzie na horyzoncie, na białą plażę na cyplu dżunglowym, na dzieciaki babrające się w piachu, na młódź grającą w piłkę i oczywiście na młodych bogów na falach. Jeszcze nie wyjechałam a już wspominam wszystkie best of Pangandaran. Nostalgia mnie zżera. Postanawiam, że olewam Jogję, mogę tam zjechać późnym wieczorem, a rano pójdę ostatni raz na serfa. Od razu robi mi się lepiej.

Zamiast dorabiać się lepszego mieszkania, samochodu czy stanowiska, dorabiam się właściwych odruchów.

By w ostatnim ułamku sekundy, tuż przed nagłym, przymusowym zanurzeniem zaczerpnąć wielki łyk powietrza. By w trakcie podwodnej wirówki stopniowo, powoli i bez przerwy wypuszczać bąbelki ustami i nosem, aby powstrzymać napór pchającej się tam wody. By po wynurzeniu, kiedy płucom wydaje się, że były pozbawione oddechu z pół godziny a nie pół minuty, nie zachłystywać się od razu powietrzem lecz najpierw upewnić się wzrokowo czy nie grozi zachłyśnięcie falą. By w trakcie wirówki osłaniać głowę ramionami, zwłaszcza jeśli fala zdarła mnie z deski do przodu. By nawet stojąc w wodzie po kolana, nigdy nie trzymać deski przed sobą, by nie zostać nią znokautowaną przy udziale niewinnie wyglądającej fali. By nurkując pod pieniącym się potworem zatkać nos i naprężyć mięśnie prawej nogi, aby deska porwana z prądem nie wyrywała mi jej ze stawu.

A przede wszystkim by po co bardziej brutalnym zmyciu, wykrztusić i wysmarkać litry słonej wody, wziąć kilka głębokich oddechów by uspokoić walące serce i popłynąć znowu w dal.

Chociaż były chwile w ciągu ostatniego miesiąca kiedy poważnie się zastanawiałam i co ja kurwa robię najlepszego siedząc w Pangandaran zamiast podróżować po Sulawesi, to dzień przed wyjazdem miałabym załamkę, gdyby nie niezwykle cenna, ludzka przesyłka którą w środę odbieram na lotnisku na Bali. Bo kiedy jest czas rekonwalescencji po tygodniu biegunki czy zapaleniu ucha i nie mogę buszować na motorze po okolicy, ani pływać, ani przebywać na słońcu, ani nawet się napić bo antybiotyk, że o serfowaniu nie wspomnę, to wtedy Pangandaran traci sporo uroku. Jak zresztą każde miejsce na świecie kiedy szlachetne zdrowie się zepsuje. Ale gdy mogę już wziąć deskę pod pachę i udać się na podbój fal to wszystkie wątpliwości mijają i jakoś wcale mi nie szkoda tych wszystkich wspaniałych miejsc w Indonezji których nie zobaczyłam.

Bo powolutku idzie mi coraz lepiej. Bo twarda deska jest już opanowana i po cichu knuję plan przestawienia się na mniejszą. Bo czasami serfuję takie fale, jakie myślałam, że najwcześniej będą moje po kilku miesiącach. Bo Yoga, mój ulubiony instruktor nie chwali mnie już tylko za determinację, a Bua, który wcześniej patrzył na moje wyczyny z politowaniem i pewnym niesmakiem, teraz mijając mnie na falach pokazuje kciuki w górę i woła ze zdumieniem ‘dobrze ci idzie!’.

Bo te kilka, może czasem kilkanaście sekund na desce to magia. Czas kiedy nie istnieje przeszłość ani przyszłość, jest tylko tu i teraz i nic więcej nie ma znaczenia. To kilka sekund oświecenia, prawdziwej wolności, życia pełnią życia. To bycie dzieckiem natury, dzieckiem oceanu, bycie ich nierozerwalną cząstką. To kilka sekund kiedy puzzle mojego życia składa się w magiczną, skończoną całość. I pewnie to wszytko trąci okrutną grafomanią, ale tak właśnie wybrażam sobie nirwanę.

Co oznacza, że do Indonezji trzeba będzie wrócić…

Od razu na wejściu do Relax Restaurant natykam się na jej właścicielkę Lilou, Szwajcarkę mieszkającą w Pangandaran od prawie 20 lat.
- I co Kasia? – Lilou jest zazwyczaj bardzo stonowana, ale tym razem jej głos drga emocjami – Jak się czujesz? – pyta z naciskiem i wyzywającym uśmiechem
- Wiesz, ja nie wiem która z nas jest wiedźmą, ale już nigdy więcej nie wypowiem na głos żadnej mej głupiej zachcianki, to jest pewne! – wykrzykuję – Rozmawiłyśmy o tym zaledwie dwa dni temu prawda? – dodaję po cichu
- Aha – przytakuje Lilou – to była moja pierwsza myśl jak się zaczęło, że Kasia ma to co chciała…
- Moją pierwszą myślą było ‘Nie, to niemożliwe, to się nie dzieje naprawdę…’

…Kiedy TO się zaczyna, kilka minut po północy, siedzę na balkonie i piszę notkę na bloga. Najpierw rzeczywiście nie wierzę w to co czuję, że podłoga i ściany się ruszają, jakby falują. Lecz kiedy fotel pod moim tyłkiem i laptop przed mym nosem zaczynają się mocno trząść, szyby w oknach dzwonić, a meble stukotać podskakując na wykafelkowanej podłodze wiem, że ‘TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ!’ .

Trzęsienie ziemi.
/Następnego dnia się dowiem, że nietypowo długie – prawie 4 minuty i bardzo silne, choć oczywiście to co czuliśmy w Pangandaran to tylko popłuczyny po tym co się wydarzyło w epicentrum/.

Następnych kilku sekund nie zapomnę nigdy. Moje ciało dostaje totalnej paniki, serce wali jak wściekłe, ręce drżą a kolana są tak straszliwie miękkie. W ustach słodko-gorzki smak. Za to w głowie jestem przedziwnie spokojna i opanowana. Zdaję sobie sprawę, że to mogą być moje ostatnie chwile i ze zdziwieniem czuję, że choć zdecydowanie nie chcę umierać, to jeśli jest mi to pisane to jestem gotowa, ‘niech będzie co ma być’. Nie przebiega mi przez głowę całe moje życie, nie pojawiają się twarze ukochanych osób, nie ma wściekłego buntu, że czemu tak krótko. Jest świadomość, że rozwój wydarzeń nie zależy ode mnie i nie ma po co się buntować. I że może to będzie głupi koniec, ale za to fajnego życia.

Aczkolwiek, losowi można pomóc, a pozostanie w budynku byłoby głupotą. Podłoga wciąż się trzęsie pod moimi stopami, ale nic jak na razie się nie wali. Za to doskonale zdaję sobie sprawę, że trzęsienie ziemi to nie wszystko, że zaledwie rok temu Pangandaran było zniszczone przez tsunami i jeszcze wszystko się może zdarzyć. Więc zamiast rzucać się do ucieczki zastanawiam się przez kilka sekund czy brać laptopa, czy się cieplej ubrać. W końcu tylko wrzucam portfel i klucz od motoru do torebki, owijam się prześcieradłem i wychodzę. Odruchowo wyjmuję klucz z zamka od wewnętrznej strony drzwi i przez chwilę, zanim do mnie nie dotrze że to kompletny idiotyzm, chcę zakluczyć od zewnątrz.
Na wciąż trzęsących się schodach natykam się na część rodziny prowadzącej biznes. Są szarzy na twarzach, ale spokojnie wyprowadzają zaspane dzieci. Na drodze stoi nas spora grupka, kilka białych twarzy z Bamboo, kilka lokalnych rodzin z okolicznych domów. Nikt nic nie mówi, wszyscy czekają czy będzie kolejny wstrząs, wszyscy patrzą nerwowo w kierunku oceanu. Nie ma żadnej paniki, nerwowych okrzyków, ani płaczu. Nawet dzieci, choć wyrwane ze snu, są cicho. Każdy, podkreślam każdy, ma na twarzy zimny strach. W obliczu wielkiej niewiadomej każda twarz jest martwa jak maska. I tylko oczy są tak żywe, takie błyszczące i tak bardzo przerażone. My dorośli wiemy co nam grozi, dzieci tylko czują nasz strach, a jednak ich twarze są odzwierciedleniem naszych.

Nie wiem ile czasu tak stoimy, może 10 minut. Moje zboczenie dziennikarsko pisarskie każe mi notować w głowie wszystkie szczegóły, pojawiają się pierwsze zdania do notki, kiedy nagle sobie uświadamiam, że wciąż nie wiadomo jak to się skończy. Być może nigdy nie będę miała szansy napisać tej notki. Ktoś pojawia się z komórką w ręku i woła, że trzęsienie było w innej części Javy, w pobliżu Jakarty. Atmosfera natychmiast robi się luźniejsza bo to raczej oznacza, że tsunami nam nie grozi. Zaczynamy sobie opowiadać jak bardzo się baliśmy, jakie były nasze pierwsze reakcje (Nicola pokazuje jak brutalnie porwała z łóżka swego 3letniego synka, który nawet nie pisnął. Rozpłakał się dopiero po wszystkim), pojawiają się pierwsze żarty i wszyscy z ulgą zaczynają się śmiać. Wciąż walą nam serca, wciąż mamy miękkie kolana, ale twarze są znowu twarzami a nie maskami.

I dopiero wtedy mi się przypomina, że zaledwie dwa dni temu wyznałam Lilou, że zawsze chciałam przeżyć trzęsienie ziemi.
- Wiem, że brzmię jak kompletna idiotka, ale chciałabym wiedzieć, poczuć jak to jest.
- Och, w Indonezji na pewno prędzej czy później to przeżyjesz. – zapewniła mnie Lilou.

Zazwyczaj trzęsienie ziemi trwa kilka sekund. To trwało prawie 4 minuty. Było tak silne, że poczuła je cała Jawa, pół Sumatry i Bali. Mówimy o tysiącach kilometrów… Było dziwne, ponoć zdarzyło się tak głęboko, że nie powinniśmy tego w ogóle czuć. Zdarzyło się w pobliżu miejsca gdzie wydobywa się ropę. Ze Stanów przylecieli specjaliści od trzęsień, którzy mają wyjaśnić co się stało. Oraz specjaliści od oil platforms, którzy mają sprawdzić, czy rury i cała reszta nie uległy uszkodzeniu.

Zapytałam się Lilou czy jest w stanie załatwić mi też Christiana Bale`a i wygraną w totka.

Dziś rano przy śniadaniu obserwowałam kolejne grupy białasów opuszczające miasteczko. ‘Boją się zostać, ale to bez sensu, przecież teraz już nic nie grozi, a trzęsienie było odczuwalne i tak wszędzie’ – wzruszyła ramionami Maya. Przytaknęłam i poszłam na serfa.

Nigdy nie zapomnę tej nocy. Wiem, że zabrzmię jak idiotka, ale cieszę się, że przeżyłam trzęsienie ziemi. Jedno z najintensywniejszych i najbardziej pouczających doświadczeń w moim życiu. Poza tym jak się zastanowić, to to całkiem rozsądne cieszyć się, że się przeżyło…


  • RSS