Moje podejrzenia z Goa sprawdziły się w stu procentach. Jeśli podróżować z kimś to właśnie z Nią. Kaśka jest absolutnie idealnym kompanem do podróży i nawet walizkę zmieniła na mniejszą hi hi. Jedyne co na połączeniu naszych sił cierpi (pomijając reputację) to tenże nieszczęsny blog tudzież jakakolwiek korespondencja. O włos a bym zapomniała zabukować bilet do Polski…

No właśnie, bilet do Polski, ehem. Nie do końca wiem jak to się stało ale gdzieś w ostatnich miesiącach plan australijski zamienił się w plan norweski. Tak, norweski. Proszę się głupio nie śmiać. Plan jest wielce chytry i jak się powiedzie to w styczniu będę z powrotem w Azji. Jak się nie powiedzie to trochę później (tfu tfu). I choć Flores jest wyspą wielce internetowi nieprzyjazną (aktualnie działa dokładnie w dwóch miejscowościach – Ruteng i Maumere, a w Labuanbajo czekają od 4 miechów aż naprawią im broadband) to w końcu udało się zabukować i opłacić konieczne przeloty. Jak tak wszystko leci na wariackich papierach to nawet do mnie nie dociera, że zaraz opuszczam Indonezję a za tydzień będę w Polsce. Ostatnie trzy dni w Kucie (serfing!!!), potem jeszcze trzy w BKK i koniec. Liczę kilka razy czy to na pewno aż jedenaście miesięcy bo jakoś szybko zleciało. Jedenaście bez czterech dni. Poooszło…

I gwoli formalności, bo nie wiem czy kiedyś w końcu znajdę czas by to porządnie opisać, to tylko trasa którą zrobiłyśmy z Katarzyną:

Kuta (ta balijska niestety tylko) – Lombok – Gili Trawangan – 4 dni łodzią z Lombok na Flores po drodze odwiedzając smoki na wyspach Komodo i Rinca – Labuanbajo – Ruteng – Bajawa – Maumere – dwa dni statkiem na Jawę (Surabaya) – Kuta.

Było dużo araku, tańców do rana, zajebistego towarzystwa, snorkowania w pogoni za wielkimi żółwiami i rybami o tysiącach kształtów i kolorów, upierdliwych lokaleskich żigolaków ochrzczonych przez Johna ‘kowbojami’, powalającej przyrody i cudów natury, wspinaczek w poszukiwaniu zapierających dech widoków, leniwego podziwiania równie obłędnych widoków z pokładu łodzi, zza okna autobusu, a także z jego dachu, ale najwięcej było dzikiego, opętańczego chichotu. Na Gili T. ciągle podejrzewano nas o zażywanie grzybów (niesłusznie) a moje mięśnie brzucha dawno nie były w takiej formie. I choć przez lata twierdziłam że wolę podróżować sama to jakoś nie jestem tego już taka pewna… Oczywiście zawsze jeszcze jest szansa że się pożremy ostatniego dnia, tudzież że Katarzyna mnie udusi kiedy spłodzę notkę o jej przygodach hi hi.
Felwiszon chcę ci oficjalnie i publicznie podziękować za te cztery tygodnie razem. To był czad i tylko nikomu nie opowiadaj ze szczegółami dlaczego;). Czekam na następny raz, yo!