rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2007

/pierwsza część deportation story w poprzedniej notce/

Budzę się. Przez szpary w posklejanych snem powiekach wlewa się jasne światło. Musi być już późno, środek dnia jak nic. Nikt mnie nie obudził? Dlaczego? Mówili że przyjdą rano. Zaraz, zaraz… skąd się wzięło słońce? Przecież nie było żadnych okien? A może mi się śniło? Może śpię wedle planu u Gekoniastej na pięterku? Otwieram z nadzieją oczy i to by było na tyle. Z sufitu wali jarzeniówka, a ja leżę na skajowym materacu, jednym z kilku ściśniętych jeden przy drugim na piętrowej, wieloosobowej pryczy, która zajmuje większą część małego pokoiku. Jestem w nim sama, dwie laski z Birmy zniknęły w czasie gdy spałam. Sprawdzam godzinę, jest przed szóstą, raczej rano niż po południu, nie sądzę bym spała czternaście godzin. Pomieszczenie jest dołujące i klaustrofobiczne. Jestem w nim od kilku godzin i nie wiem ile jeszcze będę. Jestem pierwszy raz w życiu pozbawiona wolności. W taki najbardziej podstawowy sposób, bez żadnych przenośni. W dodatku zgodnie z literą prawa. Jest mi zajebiście źle i czuję się samotna jak chyba nigdy w życiu.

24 godziny wcześniej, w innym życiu, po zamknięciu drugiego z kolei klubu, szwendaliśmy się po Kucie by w końcu zobaczyć wschód słońca na plaży. Powtarzam to sobie kilka razy, ale równie dobrze mogłabym sobie mówić ‘Nazywasz się Angelina Jolie a obok ciebie leży Brad Pitt’. Tak samo realne.

Do środka wchodzi jeden ze strażników. Patrzy na mnie jak na kupę gówna i pokazuje machnięciem ręki, że mam się przesunąć. Po czym kładzie się na moim miejscu i po chwili zaczyna chrapać. Tyle a propos Brada przy boku.

Kilka godzin później budzi mnie inny strażnik. Podrywam się z nadzieją, że mnie stąd wreszcie wypuszczą, ale koleś tylko daje mi styropianową tackę z jedzeniem i małą butelkę wody. Wypijam wodę natychmiast, jestem totalnie odwodniona, żarcie odkładam na później. Co prawda ostatni raz jadłam jakieś 20 godzin temu, ale zamiast żołądka mam supeł i myśl o przełknięciu czegokolwiek mnie odrzuca. Próbuję się dowiedzieć kiedy przyjdzie obiecywany wcześniej pracownik Air Asia, ale panowie mundurowi machają na mnie jak natrętną muchę: ‘Wait!’. Przez uchylone drzwi z ciekawością zaglądają koledzy z sąsiedniej ‘celi’, na szczęście Brad Pitt się budzi i ich wygania. Niektórzy z nich są mili i pomocni o czym się przekonałam na wejściu, ale nie mam siły na żadne pogawędki. Idę spać, to jedyny sposób na ucieczkę z tego miejsca. Zanim zasnę, setny raz przewijam w głowie te pół godziny które zdeterminowało mój pobyt w Bangkoku. Ze szczególnym naciskiem na kilka sekund. Kilka sekund które może nie zmieniły mego życia, ale na pewno kilka jego dni…

Słyszałem, że cię deportowano z Tajlandii? Ha ha, nic dziwnego, z twoim temperamentem!
od J.

Zupełnie nie rozumiem jak to możliwe że cię deportowano z Tajlandii? Moją kochaną, słodką Kasię? To musiała być kompletna pomyłka?
od Q.

/Podkreślam, że drugi email nie był ironiczny./

Bez względu na wszystkie reakcje, które jak widać powyżej były hihi różne, myślę, że najbardziej zaskoczną mą deportacją osobą byłam ja sama. W trakcie wydawało mi się, że to jest zły sen, a teraz po fakcie, również że sen, tyle że głupi. Im więcej czasu mija od całego wydarzenia tym bardziej wydaje mi się ono idiotyczne. Bo w skrócie wygląda to następująco: Kopnęłam słupek, za co pozbawiono mnie wolności na 35 godzin po czym deportowano. I choć kopanie słupka na lotnisku, przed formalnościami imigracyjnymi, w kraju azjatyckim jest na pewno i brakiem kultury i rozumu, to mimo wszystko jakoś konsekwencje wydają się być niewspółmierne. Przynajmniej mnie się tak wydaje. A jak ktoś ma inne zdanie to widocznie nigdy nie był pozbawiony wolności.

No dobra, długą historię, która ma na celu trochę usprawiedliwić ww chamstwo i głupotę również skrócę, a najlepiej wypunktuję:
- szalona i długa noc poprzedzająca mój wylot z Bali
- czyli ohydny kaczor plus majaki spowodowane brakiem snu (nie licząc nędznych dwóch godzin przed południem)
- kulminacyjna faza zapalenia uszu. (obawiam się, że to cena spożywania niecenzuralnych ilości alkoholu podczas brania antybiotyków, zdecydowanie odradzam;)
- wyziębienie organizmu bliskie śmierci bo się wajcha od klimatyzacji zjebała podczas drugiego tego dnia lotu (kocham tanie linie).

W Bangkoku wylądowałam więc w stanie straszliwym. Zapalenie uszu jest wystarczająco bolesne na ziemi. Dziesięć kilometrów powyżej robi się z tego koszmar. Szczęki i skronie wydają się zasysać do środka, wszystkie kanały powietrzne są zatkane, przestaje się słyszeć a całość jest bliska eksplozji. Hard core, przyrzekam. Przeżyłam tylko dzięki faszerowaniu się proszkami przeciwbólowymi. W jeden dzień spożyłam ich tyle co normalnie wychodzi mi w rok.

No dobra, koniec usprawiedliwiania się. (Na razie).

Teraz fragment dla osób które Tajlandii do tej pory nie nawiedzały.
Jest to kraj, który jeszcze nie zauważył, że Polska jest w UE. Zamiast więc jak każdy Europejczyk (zachodni of course) dostać od niechcenia wbitą pieczątkę gwarantującą pobyt w krainie uśmiechów przez miesiąc bez granicznych opłat, musimy się wylegitymować wizą. Zdobytą uprzednio w ambasadzie (polecane jeśli się planuje pobyt dłuższy niż dwa tygodnie), lub na granicy. Z tą drugą opcją jest sporo użerania się i większość podróżników z Europy wschodniej ma swoją historię. Głównym problemem jest z reguły brak biletu return lub onward. Co jest o tyle kretyńskie, że Tajlandia jest krajem wypadowym i tranzytowym do podróży po Birmie, Laosie, Wietnamie czy Kambodży i normalne jest że się go opuszcza drogą lądową, a bilet na autobus czy pociąg kupi się dopiero na terenie kraju. Ponieważ słyszałam wiele tajskich wersji syndromu Toma Hanksa w Terminalu więc by uniknąć własnej, do zajęć przygotowałam się poprawnie. Zawczasu wydrukowałam sobie bilet na trasie Bangkok-Istambuł-Warszawa z datą wylotu za 3 doby (a jakie były piękne plany na te 3 doby to nawet nie chcę myśleć, bo mnie szlag ciągle trafia), do portfela włożyłam zapas zdjęć paszportowych, a po wyjściu z samolotu przykleiłam do gęby uśmiech i zaczęłam szukać punktu wydawania wiz.

Przez dwa lata w Indiach dorobiłam się pewnego natręctwa, które polega na upierdliwym upewnianiu się czy idę w dobrym kierunku. (jak wie każdy kto był, Hindusi są przemiłymi ludźmi, którym serce krwawi gdy mają powiedzieć komuś ‘nie’, ‘nie wiem’, czy ‘nie rozumiem’. Co daje pewną gwarancję, że zawsze pokażą ci drogę do miejsca o które pytasz. Niekoniecznie pokażą dobrze. Niekoniecznie w ogóle będą wiedzieli o jakim miejscu mówisz. Zanim nauczysz się poprawnie rozszyfrowywać to milisekundowe zawahanie przed odpowiedzią, subtelne umknięcie wzrokiem lub przymknięcie powiek, i nie dasz się zwieść malującej się na pysku tępocie która jakże często jest odwrotnie proporcjonalna do zawartości czaszki, jesteś skazany na upewnianie się co kilkadziesiąt metrów czy dobrze idziesz i wyciąganie średniej. Co jest natręctwem całkiem przydatnym nie tylko w Indiach, jako że większość Azjatów to mili ludzi, którzy używanie słowa ‘nie’ uważają za nieuprzejme. Tym razem jednak, me natręctwo stało się początkiem mej zguby.

Po kilkukrotnym upewnieniu się gdzie mam iść po wizę trafiłam do kolejki. Po odstaniu w niej kwadransa (przypomnijmy że jestem chora jak pies, padam na ryj i oddałabym królestwo za łóżko), towarzysząca mi Lori dostaje swój stempel (niech żyje Uncle Sam) a mnie pan odsyła po wizę. Zaczynam tłumaczyć, że właśnie tu mnie kierowano w tym celu, a Lori, przy której nawet w stanie furiatki ciągle jestem miluchnym barankiem, zaczyna głośno krytykować tajskie formalności imigracyjne, więc ją delikatnie pacyfikuję i chcę się pożegnać, żeby nie musiała na mnie czekać. Ale Lori, która ma na lotnisku spędzić noc przed następnym lotem mówi, że na mnie poczeka przy odbiorze bagażu. ‘ok, to trzaśniemy kawę przed rozstaniem, mam nadzieję że szybko wrócę’- mówię i zawracam. Wtedy widziałam ją ostatni raz.

Ciag dalszy nastąpi

PS ja naprawdę nie robię tego specjalnie, dla efektu itd. Zwykły brak czasu, sorka!


  • RSS