Po dwóch godzinach zdychania z głodu, gospodarze w końcu zapraszają nas do stołu. Ostatni obiad w tym roku. Świąteczna atmosfera, wszyscy odpicowani, w tym siódemka dzieci, które na szczęście przez większość czasu bawią się w piwnicy. Matka dwójki z nich (to te najładniejsze i najgłośniejsze), moja najstarsza (choć o miesiąc młodsza) przyjaciółka siedzi obok mnie. Wykorzystując sytuację, że nikt dookoła nie rozumie naszego ojczystego języka, w najlepsze obrabiamy dupę rodzinie jej męża, w każdym razie tej części która na to zasługuje. Już lekko nabuzowane, ale jeszcze daleko do stanu w którym zasnęłam, a którego nie pamiętam, zaczynamy się bawić błyszczącymi gwiazdkami z papieru, którymi obsypany jest stół.

- Chodź ułożymy napis.

- Jaki napis?

- Nie wiem jaki…

- Może coś o nich?

- O dobry pomysł, to ty ułóż pierwsze słowo, a ja drugie

- Drugie jest krótsze

- Siedzisz po lewej i jak ułożymy odwrotnie to będzie głupio

- No dobra

Pieczołowicie układamy gwiazdki w literki

- Ty a co zrobisz jak się zapytają co to znaczy?

- Powiem że to znaczy ‘Wesołych świąt’ – uśmiecha się rozkosznie Mała

- Hy hy –zaczynam się głośno śmiać czym zwracam na nas uwagę reszty towarzystwa.

- O układacie napis? – odkrywa amerykę szwagierka Małej, której nie lubimy, nie tylko za trzymanie nas o suchym pysku przez dwie godziny.

- A co to znaczy? – pyta się teściowa, która jest fajną babką i naprawdę szkoda, że trafiło na nią.

- God Jul – uśmiech Małej jest kwintesencją niewinności. Sięgam szybko po kieliszek z winem by udawać, że się zakrztusiłam.

Teściowa zaczyna sylabizować napis na głos, a ja odkrywam, że jednak dojrzałam. Kilka lat temu nie utrzymałabym poker fejs słysząc jak Brit głośno życzy wszystkim wesołych świąt mówiąc:

- GUU-PIE HUI-JE