rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

wstawiam te notke po raz trzeci i mam nadziej ze ostatni. w ogole nie udalo mi sie wejsc w mejle ani inne ulubione. dlatego nikt nie dostal mejla jakny co. a ze jutro jest dzien Mam a ja nie wiem kiedy bedzie nastepna okazja by sie dorwac do mejla bo za chwile wyjezdzamy na kolejne zadupe wiec Mamus wybacz ze taka droga ale to jedyna mozliwa – wszystkeigo najlepszego z okazji Dnia Mamy!!! oidezwe sie jak tylko bed emiala okazje. calusy

Lençois

1 komentarz

Lençois, malutkie i śliczne miasteczko nad rzeką pośrodku pięknych gór i lasów jest kolejnym miejscem, w którym siedzimy dłużej niż powinnyśmy. Nie my pierwsze i nie my ostatnie. Wielu zasiedziało się na całe życie, dzięki czemu jest spory wybór fajnych knajpek i agencji turystycznych. W odróżnieniu od większości  miejsc w Brazylii tutaj gringo może się wszędzie beztrosko szwendać z wypchanym portfelem i wielkim Nikonem dyndającym na szyi o każdej porze dnia i nocy i nikt mu nic nie zrobi. Postkolonialne budyneczki poupychane przy wąskich uliczkach biegnących po wzgórzu wyglądają jak z obrazka a życie toczy się leniwie i spokojnie. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów są tysiące szlaków, którymi dochodzi się do pięknych wodospadów, basenów naturalnie utworzonych przez wielkie kamulce i skały, grot, jaskiń, dolin, przełęczy i warstwowych wzniesień do złudzenia przypominających fortece. Wszystkie rzeczki i oczka wodne są przejrzyste i w kolorze coca coli. Niemal co krok można znaleźć dobrą miejscówkę do kąpieli a te najlepsze oferują głębiny pozwalające na skoki ze skał, albo ekspresowy zjazd na dupie po kilkunastometrowej naturalnej zjeżdżalni wodnej. Z pewnym zażenowaniem hy hy wyznam, że to ostatnie to moje Best of Lençois. Zaraz po śniadaniu jakie nam codziennie serwuje nasza gospodyni Lordinia, po którym musimy ucinać sobie dwugodzinną sjestę. Trzeba się stąd wynosić, bo pomimo tych wszystkich trekkingów do wodospadów i tak tyjemy w tempie niepokojącym. Dziś w nocy dajemy na Praia do Forte gdzie czeka na nas zaprzyjaźniony duet kanadyjsko francuski i mam nadzieję wreszcie dobre warunki do serfa! Tchau!

Mieszkańcy Brazylii robią sobie ponoć najwięcej operacji plastycznych na świecie. Zamiast kredytu na samochód raczej się bierze pożyczkę na usunięcie oponki tłuszczowej. O przebytych operacjach mówi się głośno, wręcz się nimi chwali, bo przecież dbanie o ładny wygląd to powód do dumy. Tyle przynajmniej głosi teoria. Która w Salvadorze na pierwszy rzut oka wydaje się mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. Chyba że mówimy o operacjach wszczepiania sobie gigantycznego sadła na tyłkach, udach czy brzuchach.

Tubylki w Salvadorze nie należą do przesadnie szczupłych, przy czym to zdanie jest szkolnym przykładem eufemizmu. Ale ciuszki które noszą nie mają na celu zakrywania hojności natury tudzież skutków obżerania się. Wręcz przeciwnie, wszystkie krągłości,wałeczki czy wręcz zwały tłuszczu będą albo obnażone, albo ciasno owinięte cienką lycrą. I to jest jeden z powodów by Salvador uwielbiać. Tutaj kobiece ciało nigdy nie występuje w nadmiarze. Duże jest piękne, a jak wołają na twój widok „bela” to jest to zupełnie inna bela niż w Polsce choć identycznie wymawiana.

Nie mam pojęcia jak to jest możliwe w kraju ponoć ogarniętym obsesją perfekcyjnego ciała, być może to tylko kwestia rasy jako że Salvador jest praktycznie czarnym miastem, ale zdecydowanie polecam wszystkim laskom z jakąkolwiek nadwagą wizytę w tym pięknym mieście hy hy. Zwłaszcza że płeć męska zupełnie naturalnie obnasza ciała które w Polsce widać jedynie na reklamach perfum. I przyrzekam że w ostatnim zdaniu nie kryje się nawet cień przesady…

Salvador de Bahia, miasto do zakochania się. Od pierwszego wejrzenia i może na zawsze. Rozpostarte na wzgórzach wzdłuż malowniczo poszarpanego wybrzeża, z widokami zapierającymi dech o każdej porze dnia i nocy. Na niebieskość morza, na białość budynków i czerwone dachówki Cidade Alta (Miasto Powyżej) oraz na Cidade Baixa (Miasto Poniżej),  do którego zjeżdża się windami lub wąskotorowymi kolejkami by spacerować po porcie i pomiędzy wieżowcami-finansowcami poupychanymi wśród rozwalających się ze starości kamienicach zarośniętych bujną roślinnością. Acz w tamtych okolicach lepiej szwendać się tylko za dnia i to powszedniego. Po zachodzie słońca i w łikendy Baixa pustoszeje i zapuszczający się w nią turyści z reguły tracą nieopatrznie zabrane ze sobą dobra. W centrum Salvadoru jest spory posterunek policyjny, przeznaczony wyłącznie dla napadniętych turystów. Nigdy nie świeci pustkami.

Bo Salvador, zabytkowy, malowniczy, piękny, tętniący życiem i afrykańskimi rytmami, ma swoje ciemne strony i nie da się o nich zapomnieć. Nawet jeśli nie przypomni o nich banda kolesi strasząca nożem w zaułku to zagwarantuje to żebrzący chudy i brudny kilkuletni chłopiec z oczami pełnymi cracku i obłędu. 

Bo w Salvadorze znajdziesz wszystko. Favele, czyli dzielnice nędzy w których ani turyści ani tubylcy z dobrych dzielnic nie postawią stopy. Dzielnice podmiejskie z szerokimi i długimi piaszczystymi plażami by udawać że się jest daleko za miastem. Barra, nadmorska dzielnica, prawie w samym centrum, a zrelaksowana jak mały kurort po sezonie. Ma trzy małe forty i trzy małe plaże, z czego dwie opanowane przez serferów. (Tam zaliczam te jedyne pięć minut w Brazylii kiedy żałuję, że jednak nie wybrałam Indonezji.) Półwysep Itapagipe z Igreja do Bonfim gdzie setki przyklejonych do ścian zdjęć oraz atrap różnych części ciała robią za podziękowania lub prośby o cudowne wyzdrowienie do Chrystusa zsynkretyzowanego z Oxala, najważniejszym bóstwem Candomblistów. Półwysep zawiera dwie totalnie wyluzowane dzielnice, gdzie forro i samba dobiegają z co drugiego domu, knajpki w łikendy pełne są lokalesów objadających się owocami morza, a z XVIwiecznego fortu rozpościerają się zabójcze widoki na zatokę, wzgórza Salvadoru oraz kolejną plażę. I perełka Salvadoru, starówka Pelourinho, na liście skarbów Unesco, zabytkowe cacko, częściowo odnowione, częściowo rozsypujące się, pełne imponujących kościołów, przestrzennych placów, wąskich uliczek, turystów, żebraków, komiwojażerów cepeliowego śmiecia, naganiaczy wycieczkowych, naciągaczy seksualnych obu płci, dziwek (też obu, a nawet trzech), podglądaczy, artystów utalentowanych i nie, czyli pełen przekrój mniej lub bardziej zagubionych  przedstawicieli gatunku ludzkiego oraz tych zupełnie normalnych co po prostu sobie tam mieszkają. Kilka razy w tygodniu na głównym skwerze rozkładają scenę i do późnej nocy starówka tętni afrykańsko-brazylijskimi rytmami.  Około 10letnie dziewczynki prezentują układ taneczny, w którym wyginają swe płaskie klatki piersiowe w sposób, który do tej pory uważałam za zarezerwowany dla węży. Pod sceną stoi grupka adoratorów w ich wieku, którzy wpatrują się w nie rozmaślonym wzrokiem. Pół godziny później podobne tańce wykonują dziewczęta już całkiem dorosłe i by nie skonać z zazdrości idziemy oglądać konkurencję czyli capoeristas. Bosko umięśnieni, pomiędzy kolejnymi popisami robią rozpoznanie wśród zgromadzonej dookoła płci pięknej. Jeszcze dalej uliczkami krąży pochód bębniarzy i otaczający ich tłum poddaje się wybijanemu rytmowi. I tak do późnej nocy tłum ludzi tańczy i śpiewa pomiędzy zabytkowymi kościołami i palmami.

To może być tylko tygodniowe złudzenie, ale Salvador wydaje się być miastem które opanowało sztukę życia. Które jest na permanentnych wakacjach.  Za którym tęsknię i w którym chciałabym kiedyś pomieszkać.
 

I na nowo zaczynam zabawe z netem co go nie ma, a jak jest to nie chodzi, a jak chodzi to wolno, z komputerami ktore sluzyly jako pozywienie dinozaurom i z tlumaczeniem sie dlaczego rzadko pisze itd. Pomimo bardzo rozrywkowego pierwszego tygodnia w Brazylii udalo mi sie nawet wysmazyc ze dwie notki ale wlasnie sie okazalo ze przestarzala wersja windows na gracie przy ktorym siedze nie czyta tego co zapisalam na swoim lapie. ktorego nie da sie podlaczyc. wiec niniejszym melduje jedynie ze Brazylia jest fantasyczna, Salvador zostal jednym z najukochanszych miast (a miast generalnie nie lubie), tubylcy sa przystojni, czyli zyc nie umierac! Obie z Katarzynka miewamy sie fantastycznie, a mejle do najblizszych powysylam kiedy tylko dorwe sie do nowoczesniejszego sprzetu. Obrigada!

Jak ktoś mi zazdrości Brazylii, palącego słońca, pierzastych palm i bosko umięśnionych capoeiras to może przestać.  Zwłaszcza tego słońca bo w Madrycie jest zimno jak w psiarni i tyle, że chociaż płeć brzydka niczego sobie. A co ja robię w Madrycie? A to dłuuuga historia… Nie na trzy akty (jeszcze), ale blisko.  I nawet nie kopnęłam żadnego słupka…
Z Katarzynką spotkałyśmy  się na lotnisku Barajas w Madrycie. Ona wcześniej odebrała nasze bilety do Salvadoru, liniami Air Europa. Bileciki w bardzo miłej cenie i w jedną stronę.  One way tickets są często źle widziane przez niektóre kraje i Brazylia jest jednym z nich. Ponieważ nie chciało mi się bukować ściemnionego biletu potwierdzającego plan opuszczenia Brazylii a potem bujać  się z odzyskiwaniem za niego kaski więc wysłałam mejla do ambasady tego pięknego kraju, na którego po miesiącu dostałam odpowiedź. Odpowiedź była napisana bardzo łamaną angielszczyzną ale jasno z niej wynikało że mając odpowiednią ilość kasy na pobyt nie będziemy mieć problemu z wjazdem do kraju słońca i operacji plastycznych bez biletu return tudzież onward. Kropka. Co wczoraj o godz 16ej okazało się nieprawdą.  Po długotrwałych negocjacjach zostałyśmy spacyfikowane obietnicami nowych biletów, dobrego hotelu i transferu do niego. Po czym przez następne dwie godziny przemierzałyśmy połacie lotniska, nieustannie odsyłane w kolejne miejsce, a kiedy zaliczyłyśmy każdy zakątek terminali  1 i 2 przynajmniej po pięc razy  to w nagrodę odzyskałyśmy nasze plecaki.  Z dalszą częścią zadań które nam dali nasi pacyfiaktorzy było już tylko gorzej.  Następny lot nie w sobotę a w niedzielę, a hotelu nie dostaniemy (w tej sytuacji temat transferu umarł śmiercią naturalną). Rezerwacji na powrót też nie, a w ogóle to jak będziemy podskakiwać to nam biletów nawet nie przełożą.
I w ten sposób późnym wieczorem wylądowałyśmy w centrum Madrytu gdzie znalazłyśmy guesthouse prowadzony przez starą wiedźmę której ignorancja języka szekspira zmusiła mnie do mówienia pierwszy raz w życiu po hiszpańsku, co było dużym przeżyciem i dla mnie i dla staruchy. Wieczór zakończyłyśmy wspólnie z nowym kolegą z krainy Kangurów przy wyjątkowo okropnym jedzeniu podanym przez przemiłego acz nawalonego w cztery dupy kelnera. Que bonito es Madrid!
A dziś wraz z zachmurzonym niebem i temperaturą do złudzenia przypominającą  tę z tegorocznej Majówki w Trójmieście nastał nowy dzień.  Groźby wiedźmy z poprzedniego wieczoru, że od rana ma wszystko porezerwowane i nie możemy zostać dłużej zostały odwołane, podpięłam się na lewo do czyjegoś netu i nawet znalazłyśmy sklep z jedzeniem co wczoraj było absolutnie poza zasięgiem naszych mocy. A punktem kulminacyjnym tego pięknego dnia okazało się posiedzenie na skajpie z Anią, która rozwiązała nasz problem z return ticket z Brazylii. Na wszelki wypadek szczegóły pominę milczeniem i jedyne co upubliczniam to nasze wielkie podziękowania i dozgonną wdzięcznośc. Aniu jesteś wspaniała!!!
Więc w niedzielę ponownie przypuszczamy atak na Salvador, a tymczasem zamierzamy szampańsko się bawić w Madrycie, który pomimo panujących mrozów i przyprawiających o niemały wkurw cen jest fantastico. Hasta la proxima!


Rany ile można? Co i rusz kogoś nachodzi z tymi zdjęciami, a tyle razy pisałam, że zdjęć nie ma i nie będzie. Teraz sprawdzę czy umiem boldować ZDJĘĆ NIE MA I NIE BĘDZIE. Hmm chyba umiem, trening u Jego Cezarskości daje efekty.
Więc jeszcze raz, po raz ostatni wyjaśniam:
A/ nie robię dobrych zdjęć i nie mam najmniejszej potrzebu tego stanu zmieniać. Jest wiele blogów z obłędnymi zdjęciami z podróży i linki do niektórych z nich można znaleźć z prawej strony (Kari, Bart, Mela)
B/ jestem dumna, że przyciągam na tego bloga pewną, może nie wielką, ale przyzwoitą ilość osób, które wchodzą tu by CZYTAĆ, a nie oglądać. I tego stanu też nie zamierzam zmieniać.

A już zupełnie na pocieszenie –  w czasie podróży po Ameryce Południwoej będzie mi towarzyszyć Katarzynka F. (kilkakrotnie na tym blogu wspominana przy okazji rozrywkowego pożycia na Goa i w Indonezji). Katarzynka cyka fotki jak opętana, bardzo fajne i obiecuje że będzie je zamieszczać na swoim blogu do którego link znajduje się p prawej. W przyszłości o zdjęcia proszę więc molestować .  Na marginesie – zdjęcie powyżej, jedyne zresztą na tym blogu;), zostało zrobione właśnie przez Kaśkę podczas naszego rejsu w zeszłym roku z Lombok na Flores. Ona jeszcze o tym nie wie jako że zmiany blogowe zostały dokonane w dość dużym pośpiechu i czasu na konsultację zdjęciową nie było. Felwa mam nadzieję że to ci starczy za copyrights i podziękowania:)

halo, co jest? nikt nie dostrzegł renowacji jaką przeszedł tenże blog? niebieski kolorek przemknął niezauważony? daltoniści? ale już proszę komentować nowe szaty cesarza i mają to być komentarze konstruktywne i rzeczowe więc składające się z samych pochwał! a jak doznam przypływu łaskawości (chyba mi się rzuca na mózg od mieszkania z Jego Cezarskością…) to opiszę jak do tych zmian doszło i dlaczego się udało pod tym adresem. na razie nie mam czasu bo na tysiąc rzeczy do zrobienia (wliczając pakowanie) zostały mi niecałe 24 h. uff uff…


  • RSS