rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008


Wymiękłyśmy. Festiwal zajebisty ale ile można oglądać tańczącą kukłę byka??? W sumie to nawet długo, festiwal jest naprawdę super, ale upały w mieście ohydne więc dziś z rana wykonałyśmy szybki skok do Lençois Maharenses, które jest jednym z absolutnie najbardziej obłędnych miejsc w jakim kiedykolwiek byłam. Jutro z rana, jak sie wyrobimy na lodke spadamy na jakieś totalne zadupie gdzie prąd jest tylko z generatora i czasami, więc opiszę te cuda kiedy indziej. Tchau!


Po nocnych festiwalowych szaleństwach São Luís jest miastem wymarłym. Ulice, jeszcze kilka godzin temu tętniące muzą i życiem, rankiem świecą pustkami, nie licząc brygady sprzątającej. A ponieważ jest łikend więc w ciągu dnia nie będzie lepiej. Wszyscy uciekają przed skwarem na podmiejskie plaże i my też. Słuchając zaleceń pani z informacji turystycznej lądujemy w Açaragy gdzie po raz pierwszy w życiu mam okazję być na plaży na którą się wjeżdża samochodem (jak się go ma), parkuje przy upatrzonym stoliku z krzeslami i łóżkami, po czym zapodaje się z samochodowego stereo własną muzę. Ponieważ bryczki stoją przy prawie każdym stoliku więc kakofonia dźwięków jest straszliwa i ogłuszająca. Jedyne osoby którym to przeszkadza to Katarzyna i ja. I jeszcze wyścigi quadów,  śmigających tam i z powrotem z potwornym rykiem. Idealne miejsce na łikendowy relaks a la Brazylejros.


Zupełnym przypadkiem choć raz mamy perfekcyjny tajming, jako że przybyłyśmy do São Luís dokładnie w szczycie festiwalu, z którego to miasto i stan którego jest stolicą, słyną na całą Brazylię. Przez ponad 2 tygodnie każdej nocy odbywa się w mieście kilkadziesiąt różnych imprez, a wszystko pod szyldem Bumba Meu Boi. Festiwal ma korzenie afrykańskie, indiańskie i portugalskie, które miksując się w czasach kolonialnych utworzyły wybuchową mieszankę. Teoretycznie główną ideą Bumba Meu Boi jest opowiedzenie w formie muzycznej, tanecznej i teatralnej historii śmierci i zmartwychwstania pewnego byka, ale jako że uważam to za jedynie wyśmienitą ściemę by móc balangować pół miesiąca, więc oszczędzę państwu szczegółow kto go zabił i dlaczego musiał ponownie ożyć.

Przedstawienia trwają po kilka godzin, a niektóre dudnią całą noc. Co roku są inne kostiumy, choreografia i piosenki, a grupy (których w samym São Luís jest ok. 400) tradycyjnie zaczynają próby w Niedzielę Wielkanocną. Po czym 13ego czerwca zaczyna się zbiorowe szaleństwo. Codziennie wieczorem w różnych punktach miasta przy placach i postawionych scenach zbierają się tłumy. Wodzireje zabawiają drąc ryja, kapele przygrywają, czasami dość ohydnie zawodząc, bębniarze na tyłach ogrzewają swe instrumenty przy ognisku, aż w końcu tanecznym krokiem na plac wbiega zespół:

Pióra, cekiny i brokat. Wstążki, frędzle i inne farfocle w  kolorach tęczy. W ilościach zyliardowych. Na tony.  W występach biorą udział wszyscy. I śliczne młode dziewczęta ozdobione jedynie piórami, spod których wystają ich kształtne i jędrne pupy i uda (co za zdziry, komentujemy nieustannie z Katarzyną), jak i stare dziady, po których widać wieloletnie nadużywanie cachaçy i generalnie wyglądają jakby ich właśnie odciągnięto od pługa. Wszyscy żwawo podskakują i przebierają nóżkami w rytmie i tempie, któremu nawet nie śmiałabym próbować sprostać. Wszystkie stroje mają za zadanie przyciągnąć uwagę, co im się udaje, acz za cenę kompletnego braku smaku i gustu. Królują gigantyczne nakrycia głowy, czasami a la sombrero, czasami a la turecka pufa z obramowaniem z półmetrowej długości piór. Niektóre kapelusiki mają różne napisy i mym ulubionym jest Beleza Tropical, dopóki nie dostrzegam, że rzekoma piękność tropików jest starym dziadygą z bebzolem. (Innym faworytem był pan z świecącą kapliczką na głowie, w której główne miejsce zajmowały fotografie Georga Busha i Osamy Bin Ladena!). Generalnie zasada jest prosta – starzy i brzydcy mają kostiumy zasłaniające, a młodzi i piękni odsłaniające. Zasada sensowna i estetyczna a jednocześnie demokratycznie pozwalająca bawić się w występy artystyczne każdemu kto tylko ma ochotę. Taka grupa daje czadu przez godzinę, a potem zmienia ją następna. Później trochę pogra i pośpiewa lokalna klezmerska kapela i znowu jakiś występ. Totalna kakofonia kolorów, odurzające dźwięki, maksymalne szaleństwo. Próbuję sobie wyobrazić coś podobnego w Polsce i ogarnia mnie lekki smutek. Przypominam sobie większość potańcówek, gdzie płeć męska wychodzi na parkiet głównie w ramach odbębnienia obowiązkowego i wielce nieprzyjemnego elementu tańca godowego. Co z tego że tutejsi chłopcy występują w bluzce z białej firanki i pumpach z błękitnej podszewki skoro ruszają się tak że Justin Timberlake może iść na emeryturę. A u nas te smętne kłody albo elektryczni narciarze, ech…

Wcale nie jestem pewna czy Brazylejros będą wśród moich ulubionych nacji, ale na pewno uwielbiam w nich to że potrafią się bawić, tańczą od kołyski do grobu i że kochają i szanują swoje tradycje. W Brazylii rzadko się słyszy amerykańskie tudzież europejskie hity-szity. Króluje ichnia muza której mają tysiące odmian, od dzieciaka grają na bębnach, ćwiczą capoeirę i tańczą sambę albo chociaż forro. Brazylejros są autentycznie dumni ze swojej różnorodnej kultury i z faktu bycia Brazylejro. A ja pamiętam moje straszliwe męki jak kiedyś na W-Fie nauczycielka uparła się by poćwiczyć krakowiaka…


Uff jak gorąco…
Nie żeby do tej pory Brazylia była jakaś zimna hy hy, ale w São Luís upały zaczynają mnie rozkładać i przywoływać namiętną miłość do zimnego prysznica. Kilka godzin szwendania się po dość dużej i bardzo naturalnie wyglądającej (czytaj mocno zaniedbanej) postkolonialnej starówce właśnie przyprawiło mnie o stan zombie i jedyne na co mnie stać to leżenie na łóżku w pokoju w którym wiatrak non stop miele to samo wściekle gorące i wilgotne powietrze. Niech już zapadnie noc, por favor… (A jeszcze kilka dni temu, na innym południku dziwiłam się, że mają tak głupio ustawiony czas, że słońce zaczyna zachodzić o 17ej…)

Historia zatacza kolo. Dzis znowu potancowki forro w Xinxinie, pieszczotliwie zwanym przez nas szynszylem.Ostatni raz. Jutro ostatecznie opuszczamy Olinde, robiac juz tak daleki skok, ze nie bedzie wymowki by wrocic.
przynajmniej nie w tym roku;)

Praia da Pipa, wychwalana przez wszystkich, global village, najbardziej hip place to be w północnej Brazylii, ma jedne z najpiękniejszych plaż jakie widziałam w życiu. Krajobrazy że mucha nie siada. Zatoczkę w której pływałam z delfinami przez bodajże pół godziny (absolutny czaaaddd!!!!!). A jednak nie. To nie jest miejsce do zakochania się. Upewniam się co do tego trzeciego dnia i czwartego chcę już wyjeżdżać. Kiedy analizujemy z Kaśką dlaczego nam to miejsce mimo wszystko nie leży, dochodzimy do wniosku, że to ludzie. Mili, uśmiechnięci, ale gdzieś za bardzo zmanierowani i skorumpowani żądzą pieniądza. Od chyba zbyt wielu lat przyjeżdżają tu możni tego świata by było inaczej. Szóstego dnia wyjeżdżamy, nie dobiwszy nawet standardowego tygodnia. Ale i tak mam swoje best of Pipa, kolejność przypadkowa:

- nasz pokój zawieszony na skarpie

- zatoka pełna delfinów, z wdziękiem skaczących 3 metry obok pływającej żabką Rudej. No dobra te 3 metry tylko chwilami, głównie się trzymały na odległość 5-10 metrów. Juuppi!


- różowe klify i pomarańczowe gigantyczne wydmy jak z Diuny. Piękno nie do napatrzenia się i opisania.


- zawsze surfing, nawet kiedy okazuje się, że muszę się praktycznie uczyć od początku, a w dodatku mam lęki.

- last but not least. Buggy. Dizajnem przypomina odkrytą terenówkę, rozmiarem mini morrisa, a pierdzi jak garbus bo też i jego ma silnik. Maleństwo mieści w sobie cztery osoby, z czego dwie mogą siedzieć na tylnej masce z nogami na siedzeniach i rozwiewać włosy na wietrze. Główną zaletą buggy (oprócz oczywiście okrywania mega cool imidżem tych co w nim siedzą) jest umiejętność pokonywania wcześniej wspomnianych, wielkich wydm. Takim cudem z dobrym kierowcą można przejechać prawie 1000 kilometrów wybrzeża w kłębach piachu, w górę i w dół, wydma za wydmą. Przyjemność trwa 4 dni a kosztuje tyle co miesiąc podróży więc z bólem serca odmawiam jej sobie, ale żal dupę ściska. Przez chwilę wyobrażam sobie jak fajnie by było mieszkać w jednej z odosobnionych wydmami plażowych wsi i jeździć na zakupy po piaskowych górach pierdzącym buggy. Dopóki nie przypominam sobie ile to ścierwo pali na godzinę i jak wielkie ekologiczne wyrzuty sumienia bym miała. Ale buggy rulez enyłej.


Jak Olinda, do której wróciłyśmy z Pipy.

W Pipie

1 komentarz

Po przydługich rozważaniach podejmujemy decyzję, że do Pipy trzeba jednak pojechać. Bynajmniej nie za względu na nazwę. (Choć przyznaję, że możliwość publicznego odmieniania na wszelkie sposoby słowa, którego nie użyłabym w obecności mojej babci jest niezwykle kusząca. Kiedyś tak samo nęciło mnie miasto Bhuj w Gujarcie. Dopóki nie dowiedziałam się, że wymawia się je ‘Budź’, Za to Pipę brazylijską czyta się tak samo jak polską…)

- Ale maks trzy dni – przyjmuję na chwilę rolę bekpakerskiego ssmana – musimy wreszcie przyspieszyć bo za chwilę przewalimy całą kasę na samą Brazylię!
- Tak, tak – przytakuje mi bez przekonania Katarzynka – trzy dni.

Po porannym, filmowym pożegnaniu w Olindzie i kilku godzinach w autobusie, wczesnym popołudniem lądujemy w Praia da Pipa. Negocjuję cenę noclegu, ile zostaniemy, nie wiem, może kilka dni. Pokój jest zajebisty, zawieszony wysoko na skarpie, z boskim widokiem na plażę i morze, z otwartą werandą tak, że praktycznie mieszkamy w niebie, w przenośni i dosłownie. O takim mieszkaniu marzyłam całe życie. Do głównej plaży kilkanaście sekund po schodkach. Tuż obok obłędnie piękne, prawie całkiem opustoszałe plaże obramowane różowymi klifami, na których szczytach piętrzą się albo zielone kępy albo pomarańczowe wydmy. Sama wioska na tyle mała i wyluzowana, że nawet nie przeszkadzają pseudo dizajnerskie sklepy i knajpy.

- Rany jak zajebiście pięknie – wzdycham zapatrzona w zieleń oceanu i rozciągające się po lewej wybrzeże.
- Chyba tu zakisimy ogóra co? – bąka od niechcenia moja przyjaciółka.

A ja szybciutko sobie wyliczam, że jeśli w Pipie znajdę dobre miejsce na serfa to mogę odpuścić Natal i Jericoacoarę (do której łatwo się dostać z południa ale dużo trudniej i drożej wydostać się na wschód), a wydmy dookoła są na tyle duże i fajne, że możemy sobie darować Lençóis de Maranhenses (na które i tak właściwie nas nie stać) i jeśli z Natal jedzie bezpośredni autobus do São Luis (który wyjdzie taniej niż 3 autobusy rozbite na kawałki no i zaoszczędzimy na noclegu), to właściwie dłuższy pobyt  w Pipie nagle okazuje się być bardzo rozsądnym rozwiązaniem.

- To co? Tradycyjnie tydzień? – pytam i odpowiadam. Z rezygnacją i zadowoleniem.

Ta notka miała się zacząć „jest 7 czerwca a my ciągle w polu”. Tyle że po załączeniu laptopa okazało się, że jest 9ty…
Plan zakładał, że po miesiącu podróży będziemy w Kolumbii. W wersji optymistycznej. W wersji realistycznej liczyłam na ‘gdzieś na Amazonce’. Tymczasem jesteśmy w Olindzie. To nawet nie jest w połowie pomiędzy Salvadorem a ujściem Amazonki…

Olinda to kolejne miejsce gdzie zamiast 3 dni siedzimy równo tydzień, a co gorsze mam poważne obawy, że pomimo obiecywania sobie ‘ale jutro już na pewno jedziemy, z samego rana’, to well… jutro będzie znowu futro.
Bo Olinda, zlana z nowoczesnym Recife mniej więcej jak Gdańsk, Sopot i Gdynia, jest boska. Zupełnie inaczej niż Salvador, ale nie mniej kusząco. Około 10% miasta to świetnie zakonserwowana postkolonialna starówka, pełna kolorowych ślicznych budynków, białych kościołów i brukowanych uliczek prowadzących na Alta da Sé. Czyli wzgórze w samym centrum miasta, gdzie pod głównym kościołem namiętnie obściskują się parki, na drzewach rosną haftowane obrusy, a zkilkudziesięciu metalowych wózków sprzedają tapioki, drinki i biżuterię. Droga pod górę pnie się stromo, ale pomimo zadyszki i siódmych potów wspinam się nią przynajmniej dwa razy dziennie by podziwiać widoki na czerwone dachówki Olindy pomiędzy bujną zielonością palm i kwiecistych krzewów, na szmaragdowy ocean i Recife na horyzoncie, do złudzenia przypominające Manhattan. Co drugi dzień jest jakaś impreza, parady bębnów, forro czy inne maracatu, a jak się nie ma kaski na wjazd do klubu to zawsze będzie pod nim stało kilka samochodów załadowanych gigantycznymi głośnikami i za friko można dołączyć do ulicznej imprezki. Tyle że ci ludzie tak tańczą, że na trzeźwo mam zbyt duże poczucie obciachu. Na szczęście caipiroska na ulicznym stallu pyszna i po taniości.

Brazylia bez wątpienia rujnuje zarówno budżet jak i wątrobę, ale jest absolutnie boska i cholera wie kiedy uda nam się stąd wreszcie wyjechać…

Kiedy po bezskutecznych acz całkiem przyjemnych próbach znalezienia perfekcyjnego miejsca do serfa ląduję ponownie w Salvadorze, jestem szczęsliwa jak nawalony eukaliptusem miś koala. Pod nosem nucę ‘…I got you under my skin’, poruszam się tanecznym krokiem i podejrzanie błyszczą mi się oczy. (Czy to nie zabawne, że miasto może wywołać taką samą rekację co odpowiedni mężczyzna?)

Przez pół nocy tańczymy z Manon forro na przypadkiem odkrytej imprezie, która trąciłaby remizą strażacką gdyby nie umiejętności i wyczucie rytmu tańczących. Napisałabym że nie wiem jak oni to robią że się tak ruszają, tyle że wiem jak to robią. Perfekcyjną synchronizację z muzyką wyssali z mlekiem matki, a gibkość bioder ćwiczą od urodzenia. Na ich tle ruszam się jak kłoda ale i tak wychodzę z imprezy zakochana w forro. (Gekoniasta zwracam honor!!!).

Rano przy śniadaniu Cedric mówi, że gadał z Francuzem, który jest właścicielem hotelu w którym mieszkamy. Po 15 latach prowadzenia interesu jest tym kompletnie znudzony a kasy ma dość do końca życia. Sprzeda całość za całkiem atrakcyjną, rozważywszy potencjał miejsca, cenę. Gdyby było mnie stać to wzięłabym natychmiast. Cedric wylicza że koszt zakupu zwróci się w 7 lat. Umawiamy się że jakby co bierzemy to na spółkę. Doskonale wiemy że nic w tym kierunku nie zrobimy. On nie jest przekonany do mieszkania w Salvadorze, a ja mam wrodzony i potęgujący się z wiekiem wstręt do kredytów, ale pomarzyć można. Nie pierwszy raz wyobrażam sobie jakby to było oglądać ten widok codziennie (7e piętro, hotel Arthemis na Praça da Sé, nie ma lepszego widoku w całym Salvadorze) i wzdycham z żalem. Żeby jeszcze Jean Paul chciał to wynająć… Żeby w Brazylii mówili po hiszpańsku który jest językiem dużo przyjaźniejszym niż portugalski… Żeby… właściwie to nie ma innych żeby…

Po ostatnim spacerze po Pelô, zaraz po zachodzie słońca, w ostatniej chwili dojeżdżam w gigantycznych korkach na Rodoviarię gdzie Katarzyna czeka na mnie od dwóch godzin i w pośpiechu ładujemy się w autobus do Maceio. Mogłabym zostać w Salvadorze miesiąc i dwa, a może nawet do końca kasy. Chodzić na kurs portugalskiego, na lekcje capoeiry i dojeżdżać na serfa na jedną z podmiejskich plaż. Mogłabym.

Real, wymawiany w brazylijskiej wersji portugalskiego „heai”, a pieszczotliwie zwany przez nas rupieciem (© Katarzyna) bądź rysiem lub prostu rupią tudzież rublem (© ja),  stoi niestety mocno. Na tyle mocno że na ceny narzekają przyjezdni z tak uprzywilejowanych finansowo krajów jak Francja czy Kanada.  I to jest chyba ten jedyny minus podróżowania po Brazylii. Ceny poszły niebotycznie w górę w ciągu ostatnich kilku lat i nawet ci co byli w Brazylii rok czy dwa lata temu widzą dużą różnicę.  Dokonując dużego uogólnienia przy porównywaniu cen transportu i żywności (zarówno w sklepach jak i restauracjach) to ceny moim zdaniem wahają się pomiędzy Polską (i to raczej tą warszawską) a Europą Zachodnią. Generalnie więc nie stać nas praktycznie na nic poza noclegiem i najtańszym jedzeniem skrupulatnie wyszukiwanym na stoiskach z lokaleskimi przekąskami (tapiokowe naleśniki-muyto bom, acaraje z glutowatym nadzieniem już niekoniecznie) tudzież w ulubionych restauracjach  typu comida por kilo. To ostatnie to bardzo użyteczny wynalazek, gdzie żarcie kupuje się na wagę, a do wyboru jest kilkanaście potraw. Co prawda większość niestety z mięsem, ale Brazylia nie słynie jako kraj przyjazny wegetarianom więc cieszę się że w wersji budget w ogóle jest do jedzenia coś innego niż ryż i fasola. Prognozy na przyszłość są bardzo niemiłe z punktu widzenia backpackera i wieść gminna niesie, że lepiej przyjeżdżać tu jak najszybciej bo później będzie jeszcze drożej. Co w sumie jest idiotycznym argumentem by zachęcać do przyjazdu do take zajebistego kraju, ale dla niektórych może być to dobra wymówka, więc przytaczam. A sama cieszę się że jest poza sezonem bo gdybyśmy tu przybyły w czasie karnawału to nie byłoby nas stać nawet na rozbicie namiotu;). 


  • RSS