rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2008

Ok., to już ostatnie chwile w raju. Za 48 godzin będziemy cierpieć męki na dworcu w São Luís, po zarwanej nocy, dzikiej przejażdżce toytą i cywilizowanej autobusem, czekając na kolejny autobus do Belem. Zaczyna się wyścig z czasem by zdążyć na granicę z Kolumbią zanim wygasną nam wizy. Trzymiesięczne. Z politowaniem myślę, że zamierzałyśmy wykorzystać tylko miesiąc.

Z zazdrością obserwuję zmagania z zagranicznymi przelewami dwóch Hiszpanów, którzy już drugiego dnia w Atins podjęli decyzję, że kupują tu ziemię. Obiecuję sobie, że następna wyprawa po kasę pójdzie na taki sam zbożny cel. Jeśli tylko utrzymają się rozsądne ceny. Jeśli nie znajdę innego raju. Jeśli.

W pełnię księżyca rozbijamy obozowisko na wydmach. Krótko po zachodzie słońca za górką widzimy oranżową łunę. Ktoś rozpalił ognisko? Wbiegamy na stromą wydmę i wydajemy z siebie okrzyki zachwytu widząc płonący na pomarańczowo księżyc. A potem długo wznosimy toasty murtą za Chewie’s Camp i wszystkie Chewie’s moments. Za spotkanie Alejo w São Luís i za prześladującego nas Roberto przed którym uciekłyśmy do Atins. Za miesiąc, którego o włos by nie było. Burza, która zafundowała nam super przedstawienie światło i dźwięk, mija nas bokiem. Rano wymęczeni i wściekle głodni wracamy do pousady. ‘So how was it?’ pyta mnie ten Chewie który musiał zostać pilnować biznesu. ‘Perfect’ odpowiadam bez zastanowienia i dopiero jak widzę żal w jego oczach gryzę się w język. Za późno. ‘Perfect?’ – upewnia się ze smutkiem. Nie pierwszy raz spływa na mnie jak objawienie myśl, że bywają sytuacje w życiu, które naprawdę są perfekcyjne. Nawet  jeśli teoretycznie tak wiele brakuje im do ideału. Nawet jeśli są inne niż sobie wymarzyłam.

Jesteśmy tu na tyle długo by poznać niektóre historie i sekrety. Za krótko by stać się ich częścią. (?)

Kocham to miejsce i kocham ludzi których tu poznałam. Będę tęsknić i ten miesiąc będzie na szczycie listy ‘the best of my life’. Ale już od kilku dni jestem gotowa ruszyć. Swędzą mnie podeszwy stóp.

Atins spełnia prawie każdy z warunków, które postawiłam miejscu w którym kiedyś chciałabym osiąść. Gdyby tylko jeszcze było w Indiach albo chociaż w Indonezji;).

Pierwszy raz w życiu zakochałam się po uszy w miejscu, którego ludność tubylcza jest mi przeraźliwie obojętna. Czynnik ludzki w Atins jest całkowicie zaspokojony przez małą choć szybko rozrastającą się społeczność ekspatów. To jeszcze tak mała ilość ludzi, że nie tylko nie ma zgrzytów, ale wszyscy się przyjaźnią. Ci którzy decydują się tu zamieszkać zostali w niepisany i niewypowiedziany sposób zaakceptowani i zaproszeni do wspólnoty. Różne osobowości ale wspólne ciekawe życiorysy i wola na tyle silna, by wybrać sobie samemu życie a nie pozwolić decydować o nim innym.

To taka prosta wieś, tak proste warunki do życia, cywilizacyjne dwie dekady do tyłu. Takie odludzie, wydaje się być na innej planecie. Przemysł turystyczny kwitnie zaledwie 30 km stąd i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zaatakuje Atins szybciej niż się spodziewamy. Tyle razy byłam w rajach utraconych. W miejscach których blask i chwała przekwitły lub rozrosły się do monstrualnych rozmiarów, na które nabierają się tylko ci co jeżdżą na wycieczki zorganizowane. Po raz pierwszy czuję, że jestem w raju zanim usłyszał o nim świat. Zanim stał się popularny i zanim pożarła go stonka. Zanim przestał być rajem.

To może być jeszcze 5 a może 20 lat. Mam cichą, choć dość głupią nadzieję że bardziej 20, bo Atins spełnia prawie każdy z warunków, które postawiłam miejscu wktórym kiedyś chciałabym osiąść. I może przymknę oko na fakt, że nie jest Indiach ani nawet w Indonezji;).

Budzik dzwoni o morderczej 3:20. Szybki prysznic i lecimy na górę do baru czekać na transport. Jedziemy do miasta i z tej okazji pierwszy raz od ponad dwóch tygodni zakładam buty. Znaczy się klapki bo moje ukochane sandały trekingowe padły ofiarą albo ząbków Atomówki, albo jednego z trzech okolicznych złodziei, którzy kradną jedynie hamaki, pompy wodne i obuwie, bo to jedyne co uda im się odsprzedać dalej lub bezpośrednio wymienić na keszasę. Wszyscy trzymają swe domy otwarte, a my nawet nie mamy klucza do naszej chatki, jako że laptopy, aparaty fotograficzne i iPody to dobra niezbywalne w tym miejscu bo komjunity ekspatów składa się z pięciu osób na krzyż, a komjunity lokalesów dopiero niedawno odkryła telewizję i komputer jest dla nich jak statek kosmiczny. Mało użyteczny.

Więc wdziewam na moje coraz bardziej przypominające hobbicie stopy klapki i czuję się dziwnie. Jakby uwierały czy co. Po Atins nie da się chodzić w obuwiu bo ciągle się brnie w grząskim sypkim piasku albo w gigantycznych kałużach i bajorach. Na bosaka najwygodniej. Ale jadąc do miasta trzeba się odchamić, czy nie?

Toyta czyli coś w rodzaju furgonetki przerobionej na otwarty bus pasażerski, z napędem na 4 koła miała przyjechać o 3:30, ale godzinę później wciąż czekamy. Huanchi zabawia nas ucząc co barwniejszych przekleństw z Cordoby. Concha de la lorra! Tłumacząc niektóre chowa twarz za hamakiem ze wstydu. Kiedy jesteśmy na etapie darcia ryja na pół wsi ‘Hijo de puta!’ oraz ‘Hijo de toyta!’, które po zarwanej nocy wydaje nam się najzabawniejszym tekstem na świecie, w końcu przyjeżdża krogulec (czyli kierowca z dużym nosem) i ładujemy się na ławeczkę. Kwestia półtoragodzinnego opóźnienia nawet się nie pojawia, bo to nic nowego i dobrze że w ogóle przyjechał. Zanim zdążymy się nacieszyć jak dużo mamy miejsca, zatrzymujemy się przy oczekującej grupce lokalesów i po kilku kolejnych przystankach samochód pęka w szwach. Przez następne 3 godziny pokonujemy jakieś 30 kilometrów nie tyle drogi, co przestrzeni pełnej krzaków, dziur, trzęsawisk, wądołów, podejrzanych zbiorników wodnych, wydm i błota. O dziwo, grzęźniemy w nim tylko raz i zgodnie z powiedzeniem ‘dziadu z wozu – koniom lżej’, po zejściu płci męskiej z bryczki bez problemu wyjeżdżamy. (Gorzej będzie z powrotem.) Kurczowo zaciskając dłonie na barierkach by nie wylecieć jak z katapulty, stosując nerwowe uniki przed gałęziami próbującymi pozbawić nas oczu lub przynajmniej resztek urody i podnosząc nogi za każdym razem gdy woda zalewa pokład, podziwiamy rozlewający się na malinowo wschód słońca i w końcu dojeżdżamy do Barierrinhas.

Miasto tak naprawdę jest nędzną mieściną, ale w porównaniu do okolicznych wsi robi za metropolię. To stąd można dojechać do São Luís, to stąd jeździ się na ohydne turystyczne wycieczki na wydmy, to tutaj przyjeżdża się po tak poważne zakupy jak szampon czy ziemniaki, to tutaj jest wedle Lonely Planet najlepsza baza wypadowa na Lençois Maranhenses (ktoś wziął za to niezłą łapówkę) i, najważniejsze, to tutaj jest źródło życia czyli bankomat. Który niestety w naszym wypadku okazuje się ścianą płaczu.

W Banco do Brazil o 7:30 rano jest jakieś dwieście osób. A może trzysta. Trafiłyśmy dokładnie na dzień wypłat pensji i emerytur. Przed każdym z ośmiu bankomatów stoi gigantyczna kolejka. Grzecznie ustawiamy się do tego nad którym wisi kartka „International withdrawals’ (Bankomaty nie obsługujące zagranicznych kart to absolutna norma w Brazylii). Wszystkie kolejki praktycznie stoją w miejscu jako że większość ludzi ewidentnie pierwszy raz w życiu widzi bankomat. Tłumy stareńkich ludzi wielokrotnie wkładają i wyjmują swoje karty, machając papierkami z zapisanym wielkimi wołami pinkodem, tak by nikt w kolejce nie miał szansy go nie zapamiętać. Przy niektórych bankomatach kolejka zaczyna iść szybciej bo uprzejmi lub po prostu zniecierpliwieni młodsi obywatele przejmują od starszych ich karty i kody i wypłacają im kasę. Nasza kolejka też nagle gwałtownie przyspiesza, co wzbudza w nas głupawe szczęście dopóki nie okazuje się, że w bankomacie po prostu skończyła się kasa. Strażnik mówi, że mamy przyjść o 9ej, wtedy otworzą bank. Mówi coś jeszcze ale moja znajomość portugalskiego już się skończyła. O 9ej jesteśmy z powrotem i odkrywamy, że liczba tubylców z trzystu wzrosła do pięciuset, a do tego padły resztki klimatyzacji. Stoimy a raczej słaniamy się w kolejce przez następne pół godziny. W końcu nadchodzi wiekopomny moment kiedy udaje nam się włożyć karty w czeluści bankomatowe. Nie zajmujemy dużo czasu bo od razu pojawia się informacja, że bankomat nie obsługuje naszych kart. Po przedarciu się przez kordony strażników i detektory metali, co idzie mi jak z płatka bo z wkurwu dostałam niezłego kopa adrenaliny, dowiaduję się, że jedyną opcją uzyskania kasy będzie cash advance z karty kredytowej, za co mój bank sczardżuje mnie jak za zboże, a Banco do Brasil jeszcze więcej. Poza tym operacja zajmie jakieś dwie godziny bo pan musi zadzwonić do mojego banku po akceptację operacji (ciekawe ilu pracowników polskiego oddziału citibanku mówi po portugalsku),  a ostatni transport tego dnia do Atins odjeżdża za 40 minut. Na pocieszenie kupujemy sobie za ostatnie pieniądze luksusy typu pomidory, ser i krem przeciwsłoneczny po czym wpychamy się na ostatnie wolne siedzenia w Toyocie. Przynajmniej tak nam się wydaje dopóki nie dopycha się jeszcze z dziesięć osób. Wszyscy objuczeni wielkimi zakupami więc w drodze powrotnej grzęźniemy kilkakrotnie, a raz nawet wyciągamy z błocka konkurencyjny wózek. I tak mamy szczęście, bo nie pierwszej młodości i mocno zajeżdżone Toyoty mają zwyczaj rozkraczać się kilka razy w tygodniu i postoje naprawcze tudzież czekanie na ekpię ratunkową potrafią trwać kilka godzin. 

Nie było nas raptem dziesięć godzin ale witamy się z chłopcami wylewnie jakby nas nie było tydzień. Wszyscy zgadzamy się, ze Toyota experience jest ciężki ale interesujący, a Barierinhas absolutnie obrzydliwe i że kochamy Atins. To że nie mamy jak zapłacić u nich rachunku to żaden problem, któryś pojedzie z nami do São Luís jak już będziemy wyjeżdżać, dogadamy się.

Nie chcę w ogóle myśleć o tym, że kiedyś rzeczywiście stąd wyjedziemy.

Wydmy są wielkie i oślepiająco białe. Rozpostarte wzdłuż oceanu na kilkadziesiąt kilometrów i na kolejne kilkadziesiąt wżerające się w głąb lądu, wyglądają jak pustynia. (Poza jednym, istotnym szczegółem). Można się po nich szwendać całymi dniami i nie zobaczyć żywej duszy poza kilkoma zbłąkanymi mewami. Można się po nich szwendać dniami i nie zobaczyć nic poza białością piasku i niebieskością krystalicznych jezior przecinających pasma wydm. Pustynia na której można pływać i na której nie da się umrzeć z pragnienia.

Najbardziej niezwykły krajobraz jaki w życiu widziałam. Powalający na kolana księżycową egzotyką. Przestrzeń pełna świszczącego nieprzerwanie wiatru. Tańczącego piasku. Biel przechodząca w wanilię gdy słońce schodzi niżej, a potem w delikatny róż przy samym zachodzie.  Można oszaleć.

Odkąd pamiętam, zawsze miałam uraz do instytucji małżeństwa. Nigdy nie rozumiałam skąd się bierze w ludziach potrzeba legalizowania związku, składania oficjalnych przysiąg przy świadkach, że o torturowaniu się sukienką bezą nie wspomnę. Ale ludzie zmieniają się, dojrzewają i ja też.

To już prawie dwa tygodnie odkąd czekamy z Katarzyną na odpowiedni moment by oświadczyć się mężczyznom naszego życia. Nie jesteśmy o siebie bynajmniej zazdrosne, co więcej, małżeństwo którego pragniemy składałoby się z pięciu osób. My dwie i ich trzech. Kolejność alfabetyczna: Alejo, Huanchi i Pancho. Argentyńczycy którzy porzucili prawniczo-administracyjne kariery by prowadzić maleńką pousadę w brazylijskiej wsi zabitej dechami, gdzie dojeżdża się terenówką przez wądoły i trzęsawiska lub płynie kilka godzin łodzią. Chłopcy są przystojni, inteligentni, wykształceni, dowcipni, uczciwi, bez nałogów, perfekcyjnie się uzupełniają, no po prostu idealny materiał na mężów. Wszyscy mówimy do siebie na okrągło ‘Chewie’ (od Chubaki ze Star Wars…) co do szczętu odziera nasz związek z romantyzmu, ale jakoś nikomu to nie przeszkadza bo nasza miłość jest zdecydowanie platoniczna. Życie z nimi w Atins to kolejne wymarzone wcielenie.  Może… nie daj boże z magikiem się dziś złożę… a tymczasem jednak ruszamy dalej. Z mężami jesteśmy umówione jesienią w Argentynie.


  • RSS