rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2008


Powinnam się chyba zamknąć na dwa dni w pokoju i wklepać w lapa te wszystkie notki które mi się czają od tygodni po głowie. Tyle mam jeszcze do napisania o Brazylii a tymczasem dorobiłam się  zaległości w Kolumbii, uff…

Może więc skrótem…

Taganga, mała wiocha rozłożona na górkach wyrastających prosto z morza Karaibskiego ,do złudzenia przypomina mi niektóre miejsca na Goa czy inne azjatyckie nadmorskie atrakcje. Jest zaniedbana, brudna i jej pozycja magnesu turystycznego jest kompletnie z dupy. Żeby nie było wątpliwości, mnie się tu bardzo podoba i jestem bardzo zadowolona, tylko jak patrzę na lokalnych turystów, ubranych w eleganckie stroje i spacerowym krokiem przedzierających się przez śmieci na drodze robiącej za nadmorską promenadę, to czuję się trochę jakbym oglądała Rejs.

Pomijając walające się śmieci, sterty gruzu efektownie ozdabiające uliczki oraz obskurne knajpy przy plaży, to okolice są piękne. Góry są wyjątkowo malownicze, w formie falujących warstwami stożkow i pokryte różną zieleniną, w tym pękami kaktusów, przypominających wielkie miotły do góry nogami. Morze oczywiście Wielki Błękit i krystalicznie przejrzyste, plaże co prawda wyjątkowo nędzne (ja bym tego nawet nie nazywała plażami, ale będę się trzymała lokalnego nazewnictwa), za to widoki dookoła rekompensują to z nawiązką. Zajebiście się łazi po górkach, pływa we wściekle słonym morzu, a po nocy tańczy salsę, która o dziwo jest dużo łatwiejsza od forro. I spokojnie mogłabym tu z lenistwa zakisić ogóra na jeszcze tydzień, ale skoro mamy być w listopadzie w Argentynie to trzeba się streszczać i jutro zamierzamy stąd spadać. Poza tym strasznie mnie ciągnie na Ciudad Perdida, chyba potrzebuję się trochę zmęczyć inną aktywnością niż tańce;)

Bliskość Karaibów wywołuje u mnie różne niezdrowe ciągoty i pomysłu typu ‘a może by tak uderzyć na północ a nie południe?’. Pomijam że jestem beach bum, ale też odstręcza ohydna bladość powlekająca bekpakerów przybywających z Peru i okolic, a jeszcze bardziej ich podejrzane zahartowanie w lodowniach typu Bogota. Góry są piękne i w ogóle, ale ja nie cierpię jak mi zimno. Gdyby nie słona pustynia w Boliwii, Titicaca, Amazonia i przyszli mężowie w Cordobie to cholera wie gdzie bym stąd ruszyła… A tak to tylko można mieć nadzieję, że styknie kasy by zakończyć kółko w Brazylii i wygrzać kości zanim zrobię kolejny skok po kasę.

post ABC

Brak komentarzy

Te strugi deszczu napierdalające z nieba, ogłuszające grzmoty i oślepiające błyskawice przypominają mi ABC. Tam też co jakiś czas zalewał nas potop, a srebrne i fiołkowe strzały przeszywały niebo każdej nocy. Ech Amazonka, uma louca paixão…

Ale to było, minęło i nie wróci. (Tzn. pewnie wróci, ale jak zawsze w innym wymiarze;)

Tymczasem od ABC prowadzimy z Katarzyną życie wyjątkowo cnotliwe i abstynenckie. Nie żebyśmy się od razu zmieniły w nudne zgredówy, to nam raczej nigdy nie grozi (w odróżnieniu od alkoholizmu i kompletnego zidiocenia), ale nie da się ukryć, że wyczerpane Amazonian Booze C ruise organizmy potrzebowały kilku dni odpoczynku, a Bogota… coż, a Bogota nie sprzyjała.
Bogota nie sprzyjała bo było kurewsko zimno. I niby z jednej strony to dobry powód do napicia się, ale z drugiej, jak tu uprawiać clubbing do cholery? Wymknęłyśmy się na strita raz, o północy, czyli tak jak w Bogocie się wychodzi na imprezy, kiedy temperatura spada w bliskie okolice zera (acz przyznaję, że w setkach knajp i klubów życie nocne wrze przy plus 100) i z zimna wylądowałyśmy w pierwszej knajpie z brzegu. W której było całkiem fajnie tyle że średnia wiekowa była 20. (Nie zamierzam nikogo tu uświadamiać o ile ją zawyżałyśmy.) Pogibałyśmy się przy eklektycznej mieszance hitów jaką lubi wczesnostudencka młodzież, wypiłyśmy alk wliczony w cenę biletu i poszłyśmy spać pod ciężką warstwą pięciu koców.

Z Bogoty przeniosłyśmy się do San Gil. Stamtąd udałyśmy się na wycieczkę do przeuroczej, postkolonialnej Barrichary z której starym, hiszpańskim traktem doszłyśmy do prześlicznej, maleńkiej, zagubionej w górach (no prawie) miejscowości Guane (nie należy brać z nas przykładu i nazywać jej guano). Tam, drogą zakupu, nabyłyśmy miejsowe specjały.

Ludność lokalna ma najwyraźniej ciągoty alkoholowe ponieważ miejscowe specjały miały procenty. Generalnie miałyśmy nic nie kupować, ale przewrotnie dano nam spróbować i sabajon i chichy. Chicha, na bazie kukurydzy, była gęsta, pożywna, odrobinę musująca i po wypiciu połowy plastikowej butelki, do której mi napój nalano, śmierdziałam jak gorzelnia i byłam podejrzanie wesolutka. Katarzyna odmówiła spożywania chichy pod pretekstem że jest obrzydliwa, do którego to wniosku też doszłam, ale po wspomnianym zlikwidowaniu połowy butelki. Z kolei sabajon (a może sajabon?) był gęsty, żółty i słodki. Taki likierek domowej roboty, dostępny w wersji naturalnej, kawowej oraz ananasowej. Przy pierwszym łyku wydałyśmy z siebie ryki zachwytu i zakupiłyśmy po butelczynie. Kasia swoją wieczorem opędzlowała bez żadnego wpływu na morale (buteleczka mała, a zawartość nie za mocna) a ja swoją porzuciłam bo mi na ciepło za bardzo waliło jajami.

Tak więc życie imprezowe chwilowo zarzuciłyśmy na rzecz uczciwego zwiedzania i zachwycania się ptakami przyrody. Kolumbijskiej. Taki stan zamierzałyśmy co więcej utrzymać przez najbliższych kilka dni w ramach przygotowywania organizmów do treku do Ciudad Perdida, który trwa 6 dni i wymaga od uczestników jakiejś tam formy fizycznej. Ponieważ jednak  leje jak z cebra, a jak każdy podróżnik wie, kiedy leje jak z cebra głównym zajęciem bekpakerów jest spożywanie alkoholu, więc właśnie raczymy się rumem  Rin Viejo De Caldas by za jakiś czas udać się na przetestowanie opcji rozrywkowych Tagangi. Które ograniczają się do miejsca zwanego El Garaje. Tak gdyby ktoś chciał nas dziś znaleźć. Hasta la vista bejbe!



Wyziębione bogocką wiosną, dziewczynki dotarły nad morze Karaibskie. Wielce z siebie zadowolone rozesłały mejle i ponadawały sobie statusy na fejsbuku informując wszystkich co tego chcą i nie chcą jak to zajebiście jest, Pirates Of The Carribean, nurkowanie, plaża i piękne widoki z tarasu. Po czym dwie godziny po ich przyjeździe zaczęło lać jak z cebra i jak na razie nie przestało.

Następnym razem nie będę się chwalić, tylko narzekać jak jest zimno i hujowo.

PS Na wszelki wypadek nie pytam się tubylców czy to normalne o tej porze roku. Po huj se psuć humor?

Co prawda nikt tym razem mi nie przypomina o zajawionym wcześniej temacie (w ogóle czytelnictwo tego bloga jakoś spadło na psy, ale ponoć się liczy jakość  a nie ilość;), ale jak już wspomniałam, na starość porządnieję (acz w sensie organizacyjnym only) i  sama z siebie, bez molestowania powracam do tematu brazylijskich burdeli.

Love hotels są zjawiskiem kompletnie mi nie znanym z innych krajów. Nazywamy je z lubością burdelami, ale szczerze mówiąc niezbyt słusznie. Jedyne co mają wspólnego ze swojskimi kurwidołkami to cel w jakim się do nich udaje oraz możliwość wynajęcia pokoju na godziny. Natomiast zdecydowaną różnicą jest osoba towarzysząca, którą tutaj należy przyprowadzić ze sobą (chyba że się chce spędzić tę noc samotnie). Zdarza się że taka osoba towarzysząca (obu a nawet trzech płci) będzie  zawodowcem, ale rzadko. Generalnie love hotels przeznaczone są dla cywili.

Większość Brazylejros z powodów finansowych mieszka z rodzicami dopóki nie założy własnej rodziny. A nawet jak założy, to często nadal mieszka z rodzicami z powodów co powyżej. Przy jednoczesnym totalnym, czasami wręcz niewiarygodnym i pewnie dla wielu szokującym wyzwoleniu seksualnym (mogę się założyć, że w brazylijskiej wersji portugalskiego nie istnieje określenie dziewczyny ‘łatwa’)  problem mieszkaniowy staje się poważnym problemem. Publiczne miętolenie się jest w pełni akceptowanym zachowaniem i przy każdym co bardziej romantycznym miejscu, w porze zachodu słońca będzie się obściskiwać ileś parek jedna przy drugiej. Nie mówię o subtelnych pocałunkach tylko o całkiem zaawansowanych akcjach owocujących wydatnymi namiotami u panów.  Za takie romantyczne miejsca wyjątkowo często robią skwerki pod kościołami, zwłaszcza w trakcie trwającej mszy. W tym mega katolickim kraju nikogo to nie gorszy. Na dyskotekach czasami nie wiadomo czy dana para rzeczywiście tylko tańczy i nikt się specjalnie nie wysila by znaleźć ustronne miejsce. Publiczne okazywanie sobie uczuć  (bez porównania bardziej namiętnie i ostentacyjnie niż na przykład w Polsce) jest po prostu na porządku dziennym. 

Ale na pewnym etapie nawet Brazylejros udają się  w odosobnienie.

Love hotels znajdziesz w każdym miasteczku. W dużych miastach będą całe dzielnice z uliczkami  przy których drzwi w drzwi są instytucje ogłaszające wielkimi wołami promocje typu ’10 rupieci za 3 godziny’. Takie hotele funkcjonują na wszystkich poziomach, od najdroższych aż po taniutkie dziuple dla najbiedniejszych. Ci ostatni częściej korzystają z promocji na godziny, ale wśród odrobinę zamożniejszych Brazylejros istnieje zwyczaj udawania się do Love hotels li tylko by urozmaicić swe pożycie seksualne  ze stałym partnerem, niezależnie od ilości posiadanych w domu sypialni.

Hotele takie mają z reguły recepcję i korytarze o dyskretnie przyćmionym świetle oraz małe pokoje, w których akurat mieści się wielkie łóżko i lodówka. I dużo wielkich luster. Z reguły wszędzie gdzie się da, acz bywają wersje dla wstydliwych, na przykład bez lustra nad łóżkiem. Oświetlenie bywa ciepłe i romantyczne, ale zdarzają się kwiatki typu fluorescencyjna zieleń i fosforyzujące malunki na ścianach o tematyce akwarystycznej. (W hotelach z wyższej półki należy oczekiwać bardziej wyrafinowanych dekoracji, np. a la starożytna Grecja czy Egipt). W pokoju może nie być okna, ale nie obędzie bez klimatyzacji. W tych nieco lepszych dostępny jest pełen room service, ze wszystkimi posiłkami, czasem na całkiem wysokim poziomie. Śniadanie często wliczone w cenę. O dziwo, prezerwatywy z reguły nie, w odróżnieniu od przedmiotów użytku osobistego potrzebnych by doprowadzić się do porządku po nocnych ekscesach. Full service proszę państwa.

Do takich przybytków wchodzi się ostentacyjnie i bez krępacji prosto z ulicy. Wszyscy z nich korzystają i nie uchodzi to za nic wstydliwego. (Pewnie na zawsze pozostanie dla mnie zagadką jak Brazylijczykom udaje się być tak religijnymi katolikami i jednocześnie tak kompletnie ignorować wszystkie grzeszne konotacje związane z seksem. Być może w odróżnieniu od trącącej dulszczyzną Europy, po prostu bardzo dosłownie traktują najważniejsze z przykazań – o miłości;). Ale istnieje tez cała seria hoteli miłosnych gwarantujących pełną anonimowość, tym którzy jej potrzebują. A jest ich wielu, jako że wierność nie wydaje się być przesadnie ceniona przez Brazylejros. I nie tylko w wieloletnich, zeżartych rutyną stadłach, ale również wśród młodych, kontrolnie ze sobą chodzących par. Zdradzanie swych partnerów jest ponoć normalne dla obu płci, przy jednoczesnej intensywnie okazywanej wściekłej zazdrości. (Oni chyba lubią tak dramatycznie wszystko przeżywać i okazywać, a chwilę później klik i spokojnie rozchodzą się do swoich zajęć.). I tutaj takie anonimowe hotele są jak znalazł. Wjeżdża się prosto na podziemny parking i jedyna osoba która cię widzi to recepcjonista. Wszystko co chcesz zamawiasz przez telefon, po czym po dłuższej lub krótszej chwili słyszysz dyskretny dzwonek, otwierasz małe drzwiczki w ścianie i proszę, wszystko już jest. Jeśli do tego na parking wjedziesz w kasku tudzież bryczką z przyciemnianymi szybami to dyskrecja zapewniona.

Wielu Brazylejros twierdzi, że pobyt w ich kraju bez wizyty w hotel do amor (często też nazywanym po prostu motelem) nie jest kompletny. Często hihi zdarza się to przypadkiem gdy mały hotelik dla turystów dorabia sobie wynajmowaniem na godziny kilku pokoi, acz z reguły umieszczonych w innej części budynku. Hotel amor potrafią też mieć bardzo konkurencyjne ceny, które nas mocno kilka razy kusiły, ale lokalizacja takich miejsc jest z reguły nędzna, wiec  polecam je tylko w celach w których korzystają z nich tubylcy. Miłej zabawy;)


Wysyłanie pocztówek to nie moja specjalność. Robię to dokładnie raz na rok i z reguły dopiero pod koniec podróży, tak że dochodzą po moim powrocie. Na starość robię się jednak jakaś podejrzanie porządna i w Brazylii zachciało mi się wysłać kartki w pierwszym tygodniu. Kupiłam ładne widokówki w Salvadorze, częściowo je wypisałam po czym odkryłam że zgubiłam adresy. Rozesłałam mejle po potencjalnych ofiarach a kartki schowałam. Miesiąc później miałam część adresów i w końcu kupiłam znaczki. I schowałam je pieczołowicie by nie zginęły. Znalazłam je dwa miesiące później. Przykleiłam do kartek. Przypomniałam sobie że nadal nie mam części adresów. Nerwowe posiedzenie na necie. Gotowe. Ale już wyjeżdżamy z Manaus a nigdzie nie ma poczty po drodze. Ok, ale jeszcze będzie Tabatinga, pocieszamy się z Katarzyną która zaraziła się ode mnie fobią pocztówkową i też wozi swoje od trzech miechów. Tyle że w Tabatindze jest jedna jedyna poczta, zamknięta na cztery spusty z informacją, że urząd jest otwarty dla obywateli w drugi piątek miesiąca. Przez chwilę zwątpiłam w moją znajomość portugalskiego, jak również w umiejętność czytania, ale zupełnie o dziwo niesłusznie. Ponieważ następnego dnia wylatywałyśmy do Bogoty a kartki miały brazylijskie znaczki więc wrzuciłam je do skrzynki przymocowanej do krat, a Katarzyna uwieczniła tę czynność na swym wspaniałym aparacie fotograficznym bym miała dowód, ze te kartki istniały i ja naprawdę chciałam je wysłać…

Zaraz po śniadaniu, na chwilę przed odlotem, ostatni raz udaję się do Brazylii. Odbieram zamówioną poprzedniego dnia składankę ze wszystkimi ukochanymi śmieciami muzycznymi (podróże rozwijają i otwierają umysł, również na  szitową muzę niestety;), spotykam już pewnie ostatniego znajomego z łódki, kupuję kilka niezbędników do pielęgnowania wczorajszego nabytku, ‘bepanthen?’ aptekarz pokazuje pytająco na moje ramię, ‘sim, para tatuaje’, ‘isso!’ wykrzykuje zadowolony, a ja nagle mam prawie łzę w oku, bo uświadamiam sobie, że z ‘isso!’ i ‘justo!’ trzeba ostatecznie przestawić się na ‘claro!’, a jeszcze smutniej mi się robi kiedy po raz ostatni odpowiadam ‘obrigada a você’.

I choć Kolumbia i Colombianos sprawiają od pierwszego kopa zajebiste wrażenie, i hiszpański tak spontanicznie i łatwo wchodzi na język, i to przecież na Kolumbię napalałam się najbardziej ze wszystkich planowanych sudamericańskich krajów, to jednak pożegananie z Brazylią to muito saudade i minha galera i mnóstwo cudownych poznanych ludzi, przystojni mężczyźni, przetańczone z nimi noce i miliony wspomnień i na pewno tu jeszcze wrócę, ale agora não posso ficar com você…

PS. A tu sorpresa, na lotnisku natykamy się na kolejnego żulika z łódki, który też leci do Bogoty. Po radosnym przywitaniu, z opóźnieniem przypomina mi się nasze pierwsze spotkanie na łodzi kiedy nawalony w cztery dupy bujał mnie w hamaku i zapewniał bełkotliwie że jestem gostoza i bonita, budząc we mnie lekkie przerażenie i dużą chęć przewieszenia namiotu (nabrałyśmy z Katarzyną dziwnego zwyczaju mówienia o naszych hamakach per namiot, którego, na marginesie, nie było gdzie przewiesić). I kto by przypuszczał że półtora tygodnia później to właśnie ta zakazana gęba przekaże mi pewną bardzo miłą wiadomość. Ech Brasil… Brasileiros… będę za wami tęsknić…

Triple frontier

1 komentarz


Niby od kilku dni jesteśmy w Kolumbii ale do Brazylii zachodzimy codziennie. Właśnie za chwilę się tam udaję by w końcu wysłać kartki które wożę ze sobą od trzech miesięcy. Kartki mają znaczki brazylijskie więc to już ich ostatnia szansa jako że jutro lecimy do Bogoty. A stamtąd nie da się przejść z buta do kraju cachaçy i bosko tańczących mężczyzn. Z tym chodzeniem na piechotę do Brazylii to jest beczka codziennie, a wszystko dzięki subtelnemu zmieszaniu się Tabatingi (miasteczka brazylijskiego) z Leticią (po stronie kolumbijskiej). Granicy między nimi nie ma, po prostu na głównym skrzyżowaniu na małym stoisku siedzi policjant (Kasia myślała że sprzedaje pamiątki), wiszą obie flagi i stoi słupek wzrostu człowieka na którym z jednej strony jest napisane Colombia a z drugiej Brasil. To miejsce najbardziej się wyróżnia ilością moto-taxi, jako że cywile mogą jeździć bez okazywania żadnych papierów tam i z powrotem, ale zawodowcy mogą zarabiać na życie tylko we własnej ojczyźnie. A w ogóle to granica jest potrójna tyle że wioska peruwiańska jest po drugiej stronie rzeki na wyspie i tam już musiałybyśmy odwalać papierkowe sprawy więc z przekroczeniem tej granicy poczekamy jeszcze kilka miesięcy.

By przekroczyć oficjalnie granicę brazylijsko-kolumbijską musiałyśmy udać się do budynku Polizii Federal w centrum Tabatingi gdzie trzej mili panowie (jeden chyba na ohydnym kacu bo w ciemnym pomieszczeniu nie zdejmował okularów przeciwsłonecznych, a sądząc z kształtu oprawek raczej nie był niewidomy) pobajerowali nas przez kwadrans, oświadczyli że mamy szczęście bo wyjeżdżamy dokładnie ostatniego dnia naszych wiz po czym dali po stempelku i pomachali na drogę. Później probowałyśmy odwalić podobną procedurę w centrum Leticii ale powiedziano nam że jest późno i kazano jechać na lotnisko następnego dnia. Spędziłyśmy więc jakieś dwadzieścia godzin w niebycie geopolitycznym a next day dostałyśmy pieczątki na 90 dni do Kolumbii (od czterech miesięcy nie potrzebujemy już wiz). Ponieważ Kolumbijczycy ewidentnie lubią gadać (oni nawet na pytanie zamknięte potrafią odpowiadać kilkunastoma zdaniami) więc bajerowanie nas trwało dwa razy dłużej niż w Brazylii.  Generalnie chwała ci panie za europejski typ urody, ewidentnie nadal robimy za boginie, nawet na tle tych cholernych lokalnych piękności. Mi laaajk!!!!

Leticia jest przemiłym miastem, mamy w nim mnóstwo znajomych, oczywiście wszyscy z łodzi i co chwilę ktoś za nami woła na ulicy. Rozdziera nam serca okrutna saudade za tygodniem na Amazonce i witamy się serdecznie nawet z Blekotą i Megagodzillą, którzy dopiero trzeciego dnia zarzucili podrywanie nas na kabinę i skitrane w niej litry cachaçy. Blekota ma potworną gębę zrytą wieloletnim bliskim pożyciem z napojami wyskokowymi oraz bliznami potrądzikowymi. Megagodżilla z kolei na trzeźwo wygląda jak słodki i niewinny, acz nieco przerosniety wnuczek, którego babunia podtuczyła domowymi wypiekami, za to po pijaku zmienia się w wielkiego potwora z nalanym pyskiem, który kompletnie nie kontroluje swego zachowania, na przykład rzucając w czasie kolacji kosteczkami od kurczaka we współbiesiadników. Następnego dnia na kacu znowu stąpa subtelnie po pokładzie z przepraszającą miną zakłopotanego chłopczyka który zrobił siusiu w majtki. Zaznaczmy że obaj panowie choć wyglądali na najgorszych żuli byli ponoć wielkimi szychami, a Megagodzilla jest właścicielem jakiejś fabryki więc Katarzyna która była faworytą Godzilli odrzuciła najlepszą partię na statku he he. Obaj panowie są na jednym ze zdjęć które Kaśka będzie zamieszczać u siebie więc polecam;).
Spotykamy też naszego ukochanego, zwariowanego synalka Junio i mamę Penelopy i motorniczego vel kapitana który zaprasza nas serdecznie na powrotny rejs do Manaus obiecujac calonocne tance, ale nie, dziękujemy, chwilowo chyba nam wystarczy, niektórych doświadczeń lepiej nie powtarzać. Przynajmniej przez jakiś czas;).


…A nawet tydzień.
Na Amazonce.
Ale po kolei.

Myślałyśmy że wszystko wiemy. Gdzie i jak rozwiesić hamak by w nocy nie mieć cudzego tyłka na twarzy, ani nie spać na scyzoryk (nogi pod kątem prostym do tułowia bo hamak nie dość naciągnięty). Kiedy stanąć w kolejce po żarcie by nie zaślinić się z głodu, czy nie daj boże, nie wyrwać komuś łapczywie michy z ryżem i zimnym makaronem polanymi wczorajszą fasolką. Jak się zapakować pod prysznic by nie zamoczyć ciuchów na zmianę, w łazience z koszmaru klaustrofobika. Gdzie usiąść na górnym pokładzie by nie stracić słuchu, ale też mieć światło do czytania po zachodzie słońca. Plus kilka innych podobnie cennych doświadczeń. Ale wspomniany w poprzedniej notce tydzień na łodzi z Belem do Manaus, absolutnie nie przygotował nas na podróż do Tabatingi, czyli źródeł Amazonki. (No dobra, brazylijskich źródeł only, ale nie mogłam się oprzeć, zbyt kocham Tomka Wilmowskiego).

Łodzie pasażerskie pływające po Amazonce słyną z przeładowania nie od dziś. Historie o pięciuset osobach na łodzi przeznaczonej dla dwustu, czy o kamizelkach ratunkowych wystarczających dla 10% pasażerów, to absolutna norma. I na poprzedniej łodzi rzeczywiście gnieździliśmy się strasznie do trzeciego dnia, gdy na szczęście jedna trzecia wysiadła. Ale tym razem przegięcie było okrutne chyba nawet dla Brazylejros, bo nawiedziła nas inspekcja z kapitanatu portu. Przepychanki trwały prawie sześć godzin (takie malutkie opóźnienie od razu na starcie), wielu osobom kazano ściągnąć hamaki i usunąć bagaże z przejść (większość ludzi miała chabetów jakby uciekała przed zarazą z całym życiowym dorobkiem, a z drugiej strony nie ma co się dziwić że nakupili w takim Manaus dóbr na następny rok, które u nich są niedostępne), ale ostatecznie w tym samym składzie co na początku ruszyliśmy. Jak kilka osób sugerowało dzięki sążnistej łapówie.

Ludziska były poupychane w hamakach jak sardynki w puszce, również w miejscach normalnie do tego nieprzeznaczonych, więc poruszanie się po mieszkalnym pokładzie przypominało nieco przebijanie się przez gęstą dżunglę, tyle że nie można było nikogo napierdalać maczetą. Na jakieś 200 kobiet i dzieci przypadały dwie toaleto-prysznice (faceci też mieli dwie, ale oni przynajmniej dzieci nie myją, za to w odróżnieniu od polskich mężczyzn myją kilka razy dziennie siebie samych). Wszystko jasne? W awaryjnych sytuacjach niektórzy wkręcali się do nielicznych łazienek dla załogi i kabinowców, ale generalnie z kiblem był hardcore.  Z całą resztą też. Przy tak pościskanych hamakach nie było praktycznie żadnej bryzy i w ciągu dnia była regularna sauna. Po jedzenie czekało się godzinami i czasami nie stykało dla wszystkich. Kończyła się też od czasu do czasu woda pitna, a górny pokład, który mógłby służyć do rozrzedzenia tłumu z dołu nie miał prawie żadnego zadaszenia, więc w ciągu dnia mało kto na trzeźwo na nim wytrzymywał.

Czy jeśli teraz oświadczę, że była to (wodna) podróż mego życia (a przeżyłam kilka zajebistych!) to zostanę uznana za czubka?

Przez osiem dni (łódź popsuła się przynajmniej pięć razy po drodze, więc dzięki wielogodzinnym postojom na skraju dżungli lub pośrodku rzeki, dopłynęliśmy do Tabatingi z dobowym opóźnieniem) miałam prawdziwsze i intensywniejsze Brazylejros experience niż przez całe trzy miesiące wcześniej razem wzięte. Nagle zaczęłam mówić po portugalsku jakbym uczyła się go od roku i zaczęłam tańczyć forro bez liczenia kroków.

A wszystko przez ABC. Amazonian Booze Cruise.

Pomimo zakazu spożywania alkoholu innego niż piwo, cachaça pod stołami i w zaułkach lała się strumieniami, a tubylcy choć wymęczeni ciężkimi warunkami, byli cali chętni do zabawy. Po zachodzie słońca na górny pokład po wąskich schodkach wspinał się tłum odwalonych w najlepsze ciuchy lasek i wypachnionych kolesi, gamblerzy obsiadali stoliki z domino i kartami, a zespół zaczynał przygrywać do tańca. Si, kurwa, si. Może nie być żarcia, kibla ani miejsca do spania, ale jeśli Brazylejro ma napierdalającą na pół dżungli muzę oraz telewizor z telenowelą i futbolem to todo bem i beleza. I jak ich nie kochać?

Zespół muzyczny składał się z organków typu hammond oraz dwóch kolesi, którzy na przemian na nich grali (idiotycznie przy tym podskakując) oraz wyli. Nie da się bowiem ukryć, że talenty wokalne obu performerów pozostawiały sobie wiele do życzenia. Na początku podróży. Z czasem było tylko gorzej i pod koniec kolesie głównie ryczeli jak osły w Atins lub skrzeczeli jak zarzynane sępy. Co absolutnie nikomu nie przeszkadzało. Muzycznie, jak na hammondy przystało, poruszaliśmy się na poziomie wesela w remizie strażackiej czyli brazylijskiego disco polo, na szczęście wymieszanego z forro. Zestaw utworów był dość skąpy i był on prezentowany kilkakrotnie każdego wieczoru. (to ramach wyjaśnienia dlaczego ciągle nucę ‘es pescadooora’ albo ‘ah ah ah mi amor’ i kilka innych hitów).

Ponieważ budziłyśmy z Katarzyną jakąś wyjątkową jak na Brazylię sensację i wszyscy się na nas ciągle gapili (chyba na tym odcinku Amazonki rzadziej pojawiają się bekpakerzy, poza tym sami tubylcy byli inni, w wybitnej większości z korzeniami indiańskimi i raczej nie mieli okazji widzieć innych części swej ojczyzny), więc na początku głównie zajęłam się spaniem i czytaniem. Jak już jednak zaczęła się integracja to na całego. Zostałyśmy porwane w wir tańców, hulanek i swawoli, oraz podejrzanie długich konwersacji w językach teoretycznie nam za bardzo nieznanych (co głównie było spowodowane faktem, że jedyną osobą mówiącą po angielsku była żeńska połowa zajebistego włoskiego rodzeństwa, która w dodatku w tym języku mówić nie lubiła. A tubylcy nawet nie umieli wykrzesać z siebie ‘hello’ dla przyzwoitości.)  Zarwane noce przetańczone do białego rana właśnie okupuję już trzeci dzień totalnym wycieńczeniem organizmu połączonym ze straszliwymi zakwasami w łydkach. Ale jak zapewniał mnie mój łódkowy narzeczony Alexandro, tańczę już jak Brasilejra, justo! (kiedyś powinnam zapisać wszystkie pierdoły, jakie mi w życiu opowiadali mężczyźni, byłaby niezła beczka). 

I tylko gdzieś czwartego dnia, kiedy ciemną nocą w oddali zobaczyłam inną rzęsiście oświetloną łódź, która zacumowała do naszej, i przez kilkanaście minut załogi obu łodzi wymieniały towary a nawaleni pasażerowie opinie i komentarze, z pewnym szokiem przypomniałam sobie, że właśnie płynę przez Amazonkę, wielką rzekę pośrodku dzikiej dżungli, a pijackie ryki z naszych łodzi wypłaszają nieszczęsne kajmany i anakondy oraz nie dają spać tubylczej ludności skrytej w krzakach.  Wystarczyło przejść na dziób łodzi gdzie, gdy płynęliśmy pod wiatr nie dochodziły dźwięki muzy, odetchnąć głęboko pachnącym dżunglą i kwiatami powietrzem i zapatrzeć się na odbicie złotego księżyca w głębinach Amazonki. Zupełnie inny świat. 
Zawsze kochałam kontrasty.

Już myślałam, że lista mych brazylijskich miłości zakończy się na trzech pozycjach (S., A., i jeszcze raz A.), a tu, que surpresa, będę chyba miała złamane serce po raz czwarty. Znowu A., ale tym razem nie miasto, nie mężczyzna i nie całokształt, tylko rzeka. Amazonka. Po setkach przestróg jakim to hardcorem jest tydzień na łodzi, jak się czeka godzinami na posiłki i do kibla, jak obija się o cudze hamaki w nocy, jak nudny jest krajobraz i jak ogłusza ohydna muza zapuszczana na górnym decku, pomimo mej ogromnej miłości do transportu wodnego, nastawiałam się na tzw. ‘interesting experience’ (piekło w trakcie, zajebista anegdota po fakcie). Tymczasem choć większość przestróg okazała się być zgodna z prawdą (poza krajobrazem, jako że w górę rzeki płynie się blisko brzegu i widoki są zajebiste) to podróż łodzią była tak fantastyczna, że zamiast wysiąść trzeciego dnia w Santarem, postanowiłyśmy jednym rzutem dawać kolejne trzy dni do Manaus. Przy okazji sprawdzając czy można płynąć trzy dni na gapę. Można:).

W Manaus, który jest turystyczną mekką dla marzących o amazońskiej dżungli, my zajmujemy się głównie łechtaniem naszych kubków smakowych (jedzenie na łodzi było bardzo monotonne) lokalnymi przysmakami typu koktail guaranowy czy obierki z tukacośtam, oraz doprowadzaniem się do ludzkiego wyglądu (czyli shoping oraz salao de beleza, next time pochwalę się państwu mymi zdolnościami lingwistycznymi oraz nową fryzurą). Odmawiamy wszystkim naganiaczom wycieczkowo trekingowym bo po pierwsze nie mamy czasu (wizy), po drugie kasy (ceny dla turystów nie backpackerów), po trzecie ochoty bo i lepiej i ciekawiej i taniej można podbić dżunglę w Leticii, i w Peru i na pewno w Boliwii. A poza tym nie lubimy naganiaczy.

Za trzy godziny ładujemy się na łódź do Tabatingi czyli miejsca gdzie pośrodku dżungli stykają się granice Brazylii, Peru i Kolumbii. My udajemy się do tej ostatniej i nawet mamy sporą szansę nie płacić haraczu za przekroczenie wizy (choć nie jestem tego jakoś zajebiście pewna bo nie chce mi się odliczać 90 dni od 11ego maja włącznie). Tym razem czeka nas bity tydzień na łodzi i tylko mamy pewne obawy czy będzie on równie udany co poprzedni, jako że podczas wieszania hamaków (co należy uczynić kilka godzin przed odpłynięciem by zarezerwować sobie miejsce, no chyba że jest się kompletnym wieśniakiem i kupiło się miejscówkę w kabinie) Katarzyna przyuważyła potworną ilość głośników na górnym pokładzie, a muza już napierdalała na pół portu (a port w Manus jest dużym portem). Niestety muzyka grana na łodziach to nie jest bossa nova, ani samba czy nasze ukochane forro, ale brazylijska odmiana disco polo, która nad naszą rodzimą sztuką ma tylko jedną przewagę – na szczęście nie rozumiem tekstów.

Mam nadzieję, ze uda mi się tę notkę zamieścić przed podróżą, a za tydzień, jak się uda, postaram się zapodać serię brazylijskich rozrachunków, na podsumowanie upojnych trzech miesięcy spędzonych w tym kraju. W ramach ćwiczenia strategicznego budowania napięcia wśród czytelników hy hy, zapowiadam temat pt BB czyli Brazylijskie Burdele. Pieczołowicie zreserczowany of korz;). Hasta la proxima semana czy jakoś tak.

PS Zamiast udać się wczoraj na imprezę Katarzyna spędziła pół nocy tworząc album z fotami z Atins, który właśnie próbuje zamieścić na swym blogu, więc proszę koniecznie wchodzić na linka obok i zazdrościć nam na maksa jakich będziemy mieć fantastycznych mężów i w jakim pięknym miejscu będziemy mieszkać. Tchau!


  • RSS