rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2008

Viernes, na dworcu w Popayan (Kolumbia)

Jedną z najlepszych rzeczy w długodystansowym podróżowaniu jest totalna swoboda zmiany planów. Z Katarzyną dogadujemy się w tej kwestii tak idealnie, niemal czytając sobie w myślach, że powinno być to ogłoszone oficjalnym cudem. Jeszcze w połowie drogi z San Agustin do Popayan (120 km przez sześć bolesnych godzin w rozklekotanym rzęchu typu ‘ogórek’, po drodze bez cienia asfaltu, za to z ogromnym wyborem kamlotów w różnych rozmiarach. Do tego zimnica jak w psiarni i piździawka jak na Uralu przez rozwalone okna. Za to jakie boskie widoki ha!) upewniałyśmy się, że nie damy się niesprzyjającym okolicznościom i wieczorem wychodzimy na salsę. Dwie godziny później, na dworcu, kiedy Katarzynka poszła szukać bankomatu, gapiąc się na różne destynacje wypisane dookoła, wpadłam na szatański pomysł, co by olać Popayan i pojechać prosto do Ekwadoru. Po wszystkich przesiadkach i formalnościach akurat zjedziemy w południe do Otovala, na największy etniczny market Południowej Ameryki, gdzie musimy zakupić ciepłą odzież (niestety), a potem szybko Quito i jak się uda to zdążymy dojechać na czas na wybrzeże by zobaczyć bzykające się wieloryby, które wedle jednych informacji robią to tylko do końca września, a wedle innych nawet do połowy października. Od tygodnia się spinamy jak zaplanować trasę by bez sensu nie wracać do Quito, ale też nie przegapić walących się waleni (to na odpowiedzialność Katarzyny, która twierdzi, że humback whales to walenie), więc przyspieszenie trasy jest wielce pożądane.

Sabado, Otovalo (Ekwador)

Jakiejś szajby dostałyśmy. Najpierw kisimy ogóra po tydzień w Salento i w San Agustin, a teraz mamy spida jak ci biedacy co się na dwa tygodnie wyrwali z korporacji i umrą jak nie zaliczą wszystkich hajlajtów danego kraju. O 22ej załadowałyśmy się do autobusu do granicy i 14 godzin później, po kilku przesiadkach wylądowałyśmy w Otovala. Po drodze odjechałyśmy totalnie na punkcie And (Andów???), na których cześć odśpiewałyśmy na dwa głosy ‘w wysokich Andach kondor jajo znióóóósł’, budząc tym dużą radość u przyglądającej się nam lokalnej ludności, która z kolei budzi naszą dużą radość swoimi fikuśnymi strojami, więc wszyscy zadowoleni. Zrobiłyśmy zakupy pt. poncza, rękawiczki, skarpetki i przygotowane na lodowe temperatury spadamy jutro do Quito. Gdzie mam nadzieję dorwę się do neta i zamieszczę tę notkę. Na pierwszy rzut Ekwador kręci egzotyką i kolorami i raczej nie będę tęsknić za Kolumbią.

Domingo, Quito

Wczoraj zaczęłam mieć przebłyski, a dziś zrozumiałam, dlaczego ludzie pałętają się po tych zimnych rejonach zamiast byczyć się w tropikalnych klimatach. Takich gór jak Andy to jeszcze nie widziałam, a na razie i tak podziwiałam je głównie z autobusu. Do tego Indianie, ich stroje, niepowtarzalna atmosfera, czad! Po kilku miesiącach narzekania na czekające mnie mrozy, nagle w kilka godzin pogodziłam się z koniecznością przestawienia się na kurtkę i pełne buty. Damy radę, dla And warto. A Quito zajebiste i o dziwo cieplejsze niż Bogota, choć nieco wyżej. A może już się zahartowałyśmy po prostu.

Carte blanche

1 komentarz


Któregoś dnia, w San Agustin, idziemy sobie ulicą do centrum wiochy w celu spożycia posiłku. W naszym kierunku idzie osobnik płci męskiej, który z daleka szczerzy zęby jak głupi do sera. Ponieważ wygląda na lokalnego nerda, więc udaję że go nie widzę. Katarzyna też.
- A ja was znam z Tyrony dziewczyny! – oznajmia po angielsku koleś, który z bliska daje się rozpoznać jako przedstawiciel Narodu Wybranego, acz dałabym se łeb uciąć że go nie znam.
- yyy???
- Poznaliśmy się w morzu, gdy robiłyście zawody w pluciu na odległość.

A człowiekowi się wydaje, że w podróży może liczyć na totalną anonimowość i czystą kartkę w każdym nowym miejscu…

Władze Kolumbii powinny mocno zainwestować w dobrych PiaRowców. A dopóki tego nie zrobią, podróżowanie po tym pięknym kraju dla tysięcy bekpakerów będzie samą przyjemnością. Przemili tubylcy, przyzwoite ceny, ogromny wybór hosteli na wysokim poziomie i wszystkich innych turystyczno podróżniczych usług, wypielęgnowane i zadbane zabytki, i to wszystko bez hord turystów, bo tacy do Kolumbii się jeździć boją. Żyć nie umierać. Oczywiście znajdą się tacy, którzy będą rozczarowani, bo Kolumbia miała być taka dzika i niedorozwinięta i pewnie się czuli tacy odważni i cool, że jadą do takiego niebezpiecznego kraju, łaaauł!, a tu cholera, pełna kultura i nowoczesność. Bo Kolumbii fatalny imidż jest mocno przestarzały. Czasy Pablo Escobara należą do przeszłości, guerillas zepchnięci do dżungli, i w większości kraju jest banalnie bezpiecznie. Największym a właściwie jedynym szokiem kulturowym dla mnie była całkowita nieobecność Shakiry (przez 7 tygodni nie słyszałam ani jednego jej kawałka!). Tubylcy są mega uprzejmi, przyjacielscy, pomocni, dumni ze swej ojczyzny i zależy im by obcokrajowcy się tu dobrze czuli. Miasta nowoczesne, czyste, zadbane, z bardzo dobrą komunikacją, mnóstwem turystycznych atrakcji, tysiącem knajp i klubów i trzeba trochę odbić z trasy by znaleźć klimacik jak w Salento. Jak dla mnie, Kolumbia jest najłatwiejszym znanym mi krajem do podróżowania (nie liczę Europy), gdzie wszystko jest zawsze dostępne i możliwe, z nikim nie trzeba się nigdy użerać i tylko jakieś podstawy hiszpańskiego są konieczne, ale Colombianos mówią tak wyraźnie i ładnie, że debil by je podłapał.

I o ile gorąco życzę Kolumbijczykom by świat się wreszcie obudził i odkrył fakt, że sytuacja polityczna mocno się zmieniła, to wszystkim, którzy nie lubią oddechu stonki turystycznej na plecach życzę, by zdążyli ten kraj nawiedzić póki świat śni swój pełen stereotypów sen.

mini ordung

3 komentarzy

Im dłużej prowadzę tego bloga, tym bardziej mi szkoda tych, co na niego wchodzą po raz pierwszy. Zwłaszcza tych co z różnych azjatyckich linków trafiają na notki z Kolumbii. Nie ma przy mnie mojego ukochanego Heliogabala, który spędził kilka nocy nad nowymi szatami cesarza kilka miesięcy temu, a ja sama nawet nie wiem czy można w tym szablonie wprowadzić jakieś tagi. (Nawet jak można to pewnie z mymi wybitnymi komputerowymi talentami przez pomyłkę bym skasowała całe archiwum). Nie stać mnie też ani psychicznie ani umysłowo na pieczołowite segregowanie notek jakie widuję na cudzych blogach (niektórym, nie powiem, nieco zazdroszczę), ale spróbuję choć trochę opisać moje dotychczasowe poczynania, by ułatwić brnięcie przez tę rzekę tym, co zaczynają lub chcieliby poczytać tylko o wybranym kraju. Efekty widać po prawej, pod tytułem MINI PRZEWODNIK PO BLOGU RUDAWAZJI. Ewentualne uwagi, porady oraz wyrazy zachwytu poproszę w komentarzach bądź na mejla.

Z Salento wyjeżdżamy z fasonem, z rumem pulsującym w żyłach i po partyjce bilarda w lokalnym saloonie, żywcem wyjętym ze starych filmów. Sami faceci, w kowbojskich kapeluszach i czarnych kaloszach okupują stoły, głównie te z bilardem w lokalnej wersji, gdzie bil się nie wbija do dołków, choćby dlatego że ich nie ma, a gra polega na jakiejś skomplikowanej kolejności w jakiej należy trafić w jedną z trzech nakrapianych bil, którymi się gra. Krawędzie stołu są podgrzewane dla lepszych odbić  a punkty przesuwa się na zawieszonych powyżej liczydłach. Zasady tłumaczono mi ze trzy razy, ale ich pojęcie przekraczało moje siły i grałam w tradycyjnego. Saloon ma duży bar, z wysokim na metr, srebrnym samowarem do kawy, wyborem alkoholi, i jeszcze większym starych winyli, z których łysy barman obwiązany fartuchem zapodaje mjuzik. Miejsce magiczne, jak prawie wszystkie w Salento.

Na autobus odprowadzają nas Gabriele, nieco rozgoryczony po nieudanej randce z lokaleską, która pojawiła się na niej z koleżanką, oraz Andreas,  miejscowy żul o złotym sercu, zajebistym poczuciu humoru i wybitnych zdolnościach nauczycielsko-lingwistycznych. Czekając na autobus przypomina mi się pożegnanie sprzed dokładnie 48 godzin, kiedy to ja byłam stroną odprowadzającą i czuję że saudade ciągle się mnie trzyma. /Ta podróż jest taka inna od poprzednich, i dobrze, rutyna zabija./

Godzinę później dojeżdżamy do Armenii, gdzie w ostatniej chwili ładujemy się do nocnego autobusu do Pitu Pitu, który odjeżdża pół godziny wcześniej niż nam mówiono. Nawet dostajemy zniżkę na bilety zakupione po godzinie odjazdu. Pitu Pitu tak naprawdę nazywa się Pitalino albo może Pitalito i jest dobrym miejscem na przesiadkę do San Agustin, jadąc z Salento. Szybciej i sprawniej niż przez Popayan.  Informacja nieobecna w przewodnikach, a wielce przydatna acz tylko dla tych co planują tu wpaść. /Już teraz im nieco zazdroszczę./

W San Agustin lądujemy w hostelu prowadzonym przez Szwajcara, który po 15 latach w Kolumbii i pomimo intensywnych prób wyluzowania się, wciąż ma przywary charakterystyczne dla nacji posługujących się z urodzenia językiem niemieckim (W kwestii niemieckiej mam dużo wspólnego z księżniczką Wandą i Maleńczukiem. Z wiekiem coraz więcej;). Tyle dobrego, że jak u każdego Szwajcara expata można kupić dobry, domowy jogurt. W domku stylizowanym na tipi zalegamy już trzeci dzień, Katarzyna ma anginę a ja to wykorzystuję by robić  to co lubię najbardziej. Czyli mas o menos nic. Po gigantycznej samomobilizacji przerabiam kolejną lekcję hiszpańskiego, a ulubionym punktem dnia jest curry amarello, które jest najlepszym jakie jadłam poza Tajlandią. Archeologiczne skarby za miedzą wciąż czekają na nasze przybycie, a ja namiętnie oglądam zdjęcia z Salento. Moje TOP3 of Colombia jest  już w całości zabukowane.

Gdzieś po drodze, po jednym ze snów (i nie był to ten o latających anakondach) zaczynam znowu tęsknić za Brazylią.


Choć moim ulubionym stylem podróżowania jest ‘na pałę’, czyli jak-już-będę-na-miejscu-to-poczytam przewodnik-i-pogadam-z-ludźmi-i-wtedy-zdecyduję-gdzie-jechać, to z reguły mam kilka wymarzonych miejsc. W Kolumbii były to Ciudade Perdida aka Lost City aka Zaginione Miasto oraz Cartagena. Ciudade Perdida spełniło moje wszystkie oczekiwania, a nawet więcej. Cartagena, postkolonialny klejnot Ameryki Południowej, którym wszyscy się tak zachwycają, jakoś nie bardzo. W sumie cholera wie czemu. Miasto jest piękne bez dwóch zdań. Ma wypasioną, mega zadbaną, prześliczną starówkę, odgrodzoną od morza wysokim murem, idealnym na romantyczne spacery. Różnokolorowe kamienice, z wielkimi, drewnianymi balkonami, często porośniętymi bluszczami i kwiatami, wąskie uliczki, skwery, parczki, wszystko wychuchane, wypielęgnowane, może właśnie za bardzo. Nie powiem tego żadnemu mieszkańcowi Cartageny, ale osobiście wolę zaniedbaną część starówki Getsemani, która obdrapana i miejscami nieco obskurna ma klimat i tętni życiem. A ta piękna turystyczna zamiast mieszkań ma już chyba tylko drogie restauracje i luskusowe sklepy.

Co nie zmienia faktu, że w Cartagenie bawiłam się przednio.

Wieczory namiętnie spędzane w lokaleskiej spelunce, na skraju Getsemani, z dwoma wielkimi telewizorami, na których nieustannie zapodawano kolumbijskie teledyski sprzed tysiąca lat, tandeta tak ohydna że aż cool, panowie nie mogący oderwać od nas wzroku i podsyłający nam przez barmana drinki, pomimo towarzyszących nam mężczyzn (sic!), taki kolumbijski odpowiednik Karczmy Warszawskiej z Placu 3 Krzyży, tyle tylko że w Kolumbii w takich miejscach oprócz zalewania się w trupa, uprawia się również tańce (i to na zawsze pozostanie dla mnie gigantyczną przewagą tej kultury nad naszą).

Impreza w luksusowym penthousie w najbogatszej dzielnicy przy plaży, wynajętym przez bandę Izraelis odreagowywujących 3 lata w woju w najbardziej hedonistyczny sposób, jeden z obowiązkowych dla nich punktów w Cartagenie. Przez mieszkającego tam na stałe współplemieńca dobierają się w grupy i wynajmują takie penthousy lub apartamenty za ciężki pieniądz (co jest o tyle szokujące, że Naród Wybrany naprawdę nie lubi szastać kasą hihi) na kilka dni by kusić w ten sposób lokalne dziewczęta, z reguły zawodowo parające się usługami seksualnymi.  Na takich imprezach dragi idą na kilogramy, sypialnie szybko zostają zajęte, a nad ranem lista strat i zniszczeń potrafi sięgnąć tysiąca dolarów. W tego typu miejscach westernerskie laski raczej nie bywają i choć czułam co najmniej niezręcznie, to jestem bardzo wdzięczna koledze, który mnie tam zabrał, bo nie uwierzyłabym w ten hardkore, gdybym nie widziała na własne oczy. Największego ataku śmiechu dostałam gdy później pokazał mi film z tego samego penthousu, tym razem wypucowanego na błysk, z tymi samymi kolesiami grzecznie słuchającymi swojego rabina ufff…
Powoli zostaję regularną fanką Narodu Wybranego, mają talent do zapewniania różnorodnych atrakcji i na pewno będą się przewijać w tych notkach, bo jak mnie zapewnił inny kolega z NW, ‘jeśli myślisz że w Kolumbii podróżuje nas dużo, to dopiero się zdziwisz w Peru, Boliwii i Argentynie’.

I last but not least, the best of Cartagena czyli wizyta w oddalonym o 50 km od niej wulkanie. Gdybyśmy dokładniej z Katarzyną czytały przewodnik to nie dostałybyśmy mało eleganckiego ataku śmiechu na jego widok. Wulkan okazał się być 15metrową górką, najeżoną prowadzącymi na jego szczyt schodami, z których schodziło się do czeluści wulkanu czyli bajora pełnego błota, jakieś 3 metry na 3 metry. Błoto akurat nie było zaskoczeniem, bo z tego wulkan słynie, ma ono zresztą mieć lecznicze i upiększające właściwości, z czym nawet się zgadzam bo zabrałyśmy na pamiątkę butelkę tego specyfiku i używamy namiętnie jako maseczkę do twarzy. Kąpiel w błocie była boska, ponieważ ze względu na gęstość nie można się w nim normalnie poruszać. Panowie pracujący w błocie zajmują się przesuwaniem turystów po kątach bajora, masowaniem ich, a poźniej ścieraniem z nich błocka. Wziąwszy pod uwagę ilość odwiedzających bajoro lasek, myślę, że jest to wymarzony dżob dla większości znanych mi kolesi hy hy. Nasza wycieczka potrzebowała kwadransa by się wyluzować, natomiast my z Katarzyną dostałyśmy natychmiast autentycznej głupawki, bawiąc  tym błotnym stanem nieważkości, ćwicząc wszystkie ulubione zwolnione ruchy z Matriksa (zwłaszcza skok-kop Trinity) i inne takie. Pobyt w błocie został dokładnie obcykany i sfilmowany i pozostanie jedną z cenniejszych pamiątek na nudną i odległą starość;).

PS Pro forma, Cartagena ma ponoć fantastyczny night life, niestety nie pomiędzy poniedziałkiem a środą.

Psychiczny Kapelusznik wyjechał i cały hostel odetchnął z ulgą.  Siedzimy w Salento już chyba tydzień i w końcu jutro ostatecznie ruszamy dupę dalej.

Wczoraj drugi i ostatni wspólny trek, Valley of Cocora, sploty dżungli przechodzące w iglasty gęsty las, skaliste góry wymieszane z zielonymi pagórkami, stada różnokolorowych koliberków przy poidełkach w Acaime, tabuny żołnierzy biegających w te i we w te z ciężkimi plecakami i magiczne widoki z góry, na dolinę spowitą kłębami wiecznej mgły, i królujące nad nią pióropusze palm. Najwyższych i najchudszych jakie w życiu widziałam, palm wax, narodowe drzewo Kolumbii, obłędny widok. Wracamy ostatnim tego dnia dżipem, teoretycznie na 7 osób, tyle że jest nas na nim 15 sztuk, siedzących i stojących, tudzież zawieszonych na zapasowym kole.
 
Fajny dzień, spinający klamrą czas od treku do Ciudade Perdida, o którym kiedyś powinnam więcej napisać, bo to jeden z najlepszych na jakim byłam. La Proxima estacion: esperanza.

Saudade

Brak komentarzy


Czasami łamanie własnych zasad bywa zaskakująco przyjemne i inspirujące. Czasami nawet nie płaci się za to żadnej ceny. Prawie żadnej.

Pożegnania to moja nowa specjalność i coraz rzadziej zdarzają się takie, przy których łatwiej o łzy niż uśmiech.

Czasami, bez najmniejszych wątpliwości, po prostu wiem, że widzę kogoś ostatni raz. Nieważne jak bliscy się sobie staliśmy, jak ważny był czas razem, czy że zostaniemy w kontakcie. Nasze drogi się rozchodzą, raz na zawsze.

Nie dlatego, bo mieszkamy na innych końcach świata, nie dlatego bo mamy inne życia i inne światy. Przeżyłam już tyle dziwnych spotkań, że wiem, że wszystko jest możliwe.

Czasami czuję, że relacja zatoczyła pełen krąg. Że wszystko, co w jej ramach było możliwe, już się stało. A nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

I to, co czuję teraz, to nie jest smutek, ani żal.
To saudade.

Nie będzie trwało długo, ale jest.


Są miejsca, które jak magnes przyciągają nerdów.  Najczęściej są to urokliwe, maleńkie miejscowości zagubione gdzieś w cichej zatoczce nad oceanem tudzież w dolince pomiędzy szczytami gór. W takiej wiosce czas stoi w miejscu od stu czy dwustu lat, życie płynie mucho tranquilo, nieliczne zabudowania będą żywcem przeniesione z dawnej epoki, lokalesi przemili, natura dookoła piękna i nieskalana, ceny o połowę niższe niż w oddalonej o godzinę metropolii, nic tylko zakisić ogóra na tydzień, poupajać się spokojem i widokami, może nawet wziąć kilka lekcji hiszpańskiego.

I tylko ten nerd…

Tacy kolesie na pewno nie uświadamiają sobie, że wszyscy robią miny i wywracają oczami za ich plecami, ale podświadomość musi im czasem coś szeptać i kierować ich kroki do takich miejsc jak Salento, gdzie jest jeden hostel i zero życia nocnego więc wszyscy bekpakerzy będą się zabawiać w domowych pieleszach. I wtedy dopada ich nerd. W dużym mieście, w większym hostelu gdzie jest dużo ludzi, zawsze można zmienić miejsce. Tutaj się nie da. Nerd dopada swe ofiary jak pająk i ciasno owija w pajęczynę swych nerdowych opowieści.

Nerd który prześladuje nas w Salento jest Holendrem ok. 40stki, ma blisko dwa metry wzrostu i chudy tyłek, którym wściekle kręci w trakcie chodzenia. Na łysej glacy nieustannie nosi kowbojski kapelusz w którym wygląda jak skończony idiota. Ma wyłupiaste oczy przypominające skrzyżowanie sowy i kobry, a głowa mu się kiwa na szyi jak u żółwia, zwłaszcza kiedy nachyla się do ciebie by coś powiedzieć. (Jest to jeden z najbardziej traumatycznych widoków jakich doświadczyłam i za pierwszym razem prawie zeszłam na zawał). Jest najwyraźniej bardzo z siebie i swego stylu zadowolony i wydaje mu się że jest mega cool. Mówi z nieco szwabskim akcentem i ma modulację głosu kojarzącą mi się z SSmanem. Jest wściekle przemądrzały i wszystko zawsze wie lepiej. Jeśli czegoś nie rozumie to na pewno dlatego że ta druga osoba jest głupia i będzie się wrednie natrząsał jak dziś z jednej Austriaczki, która z uprzejmości polecała mu whale watching w Ekwadorze. Dziewczyna jest miła ale ma kiepski akcent  a siły przebicia nie ma za grosz więc koleś zaczął po niej jeździć jak po łysej kobyle, z jadowitą intonacją wielokrotnie się pytając co to jest ‘whale’, pomimo dokładnych tłumaczeń, aż trafił mnie szlag i warknęłam wściekle ‘it is a fucking whale man, looks like a huge fish but it is actually a mammal’, mówiąc dokładnie to samo co wcześniej Austriaczka. ‘Ah, whale!’ – przestraszył się nerd i nagle przestał udawać że nie rozumie.

Nerd zaskarbił sobie moją dozgonną antypatię opowiadając mi jak to mu się strasznie podoba Warszawa bo jest takim komunistycznym miastem oraz informując mnie że my Polacy nienawidzimy ‘Tower Of Freedom’, ale wszyscy obcokrajowcy ją bardzo lubią. Po dłuższej wymianie zdań okazało się, że wieżą wolności ma być pałac kultury i nauki.

Nerd ma skłonności do opowiadania ludziom różnych idiotycznych historii w formie wielkiego odkrycia historycznego. Na przykład zapewniając koleżankę z Belgii o wyższości Holendrów nad innymi nacjami, przejawiającej się w kupowaniu tytoniu i kręceniu sobie papierosów bo tak jest taniej. Katarzyna, która podobnie jak połowa europejczyków uwielbia tytoń, słysząc to oświadczyła z mordem w oczach, że własnie otworzyły jej się wszystkie noże w kieszeni.

Nerd jest bardzo towarzyski i lubi mówić, w ogóle nie przejmując się tym, że nikt go nie chce słuchać. ‘Słyszysz jaką mam chrypkę?’ – zapytał się dziś Gabriela – ‘ Wczoraj bardzo dużo mówiłem, cały dzień!’

Nerd ma też zmysł organizacyjny i dwa dni temu rozpoczął akcję pt ‘wynajmijmy razem dżipa do Corrory, żeby nie wstawać zbyt wcześnie’. Rezolutnie oświadczyłyśmy z Katarzyną, że my się nie spieszymy i pojedziemy pojutrze. Nerd niestety podjął tę samą decyzję. Wczoraj wieczorem wrócił do akcji i nagle cały hostel zaczął ponownie zmienić swe plany wycieczkowe. I tylko nieszczęsne Irlandki które jutro są umówione ze znajomymi w Cali, nie miały wyjścia i musiały dziś pojechać z nerdem.

Generalnie Salento jest boskie. Dookoła zielone piękne góry, rośnie kawa, królują stare haciendy i plantacje, lokalesi zasuwają w nieodzownych kaloszach, kapeluszach i ścierkopodobnych ponczach, i obie czujemy że wreszcie jesteśmy w takiej prawdziwej, starej i wiejskiej Kolumbii. Plantation House w którym mieszkamy też jest zajebistą miejscówą na skraju miasteczka z jednej i skraju doliny z drugiej strony, nic tylko zostać tu na tydzień. Pod warunkiem, że nerd wyjedzie. Najlepiej jeszcze dzisiaj proszę…

Tyrona rasa

1 komentarz

Kolumbia to jeden z najbardziej bekpakerskich krajów w jakim byłam. Praktycznie nie ma turystów, za to są setki tysięcy travelersów robiących tzw. South America Loop. Na ich potrzeby funkcjonuje mnóstwo hosteli z dormitoriami, kuchniami, stołami pingpongowymi oraz innymi udogodnieniami pozwalającymi miło spędzać czas za psie pieniądze. Wszyscy się na okrągło ze sobą bratają i wpadają na siebie kilka dni później w kolejnym miejscu. Każdy porusza się po niemal identycznej trasie i ponieważ gadka zapoznawcza zawsze zawiera krótkie streszczenie tego co się ostatnio robiło, więc otwieranie przewodnika właściwie nie ma sensu.

Jednym z takich obowiązkowych punktów pobytu nad morzem Karaibskim jest wizyta w Tyrona National Park i obie z Katarzyną ten punkt odpękałyśmy z wielką przyjemnością, nadgorliwie przedłużając go z planowanych dwóch dni do sześciu.

Wyprawa zaczęła się dość niefortunnie i oczywiście przez mnie. Ponieważ poprzedzającą ją noc spędziłam na intensywnych naukach salsy w ramionach 10 lat młodszego kolegi z NW (czytaj z Narodu Wybranego) więc po pójściu spać o 4ej rano odmówiłam porannej pobudki.  Katarzyna, która ma lepszą formę ode mnie, pomimo równie upojnej zabawy wstała rano, poszła na przystań i powiadomiła czekającą na nas Tinę, że jeszcze mi się zejdzie z godzina. Tina zupełnie nierozsądnie postanowiła na nas poczekać zamiast zabrać się z odpływającą chwilę później poranną łodzią. Kiedy w końcu półprzytomna i w pośpiechu spakowana (W Tyronie nie ma normalnej bazy noclegowej tylko coś w rodzaju kempingu więc mało kto tacha cały bagaż bo nie ma gdzie go bezpiecznie przechować) dotarłam na miejsce zbiórki, dowiedziałyśmy się od rybaków, że mamy czekać na następną łódkę do 13ej. Dziewczyny były uprzejme i nawet mnie nie sklęły, w każdym razie nie na głos. Również nie sklęły mnie kiedy o 13ej okazało się, że łódka nie popłynie bo kilka umówionych osób zrezygnowało. Mając opcję dotarcia do Tyrony dwoma autobusami a następnie z buta półtorej godziny przez dżunglę i plaże (dzierżąc 10 litrów wody na osobę i zapasy żarcia) zdecydowałyśmy przepłacić ohydnie za łódź wynajętą tylko na nas trzy i ruszyłyśmy. Podróż była absolutnie fantastyczna, morze jak soczysta akwamaryna, skałki artystycznie poszarpane, wzgórza wiosennie zielone a bryza rozwiewała nam włosy. Przez jakiś kwadrans. Po którym na horyzoncie zaczęły się kłębić czarne chmury, które wkrótce zaczęły nas zalewać tonami deszczu (to ta huraganoburza wspomniana w innej notce). Deszcz był bardzo mokry, zimny, a do tego bolesny. Natychmiast założyłam na siebie dla ochrony przed zimnem kapok, którego ze wzgardą odmówiłam wcześniej. Przez jakieś pół godziny panowie rybacy dzielnie sterowali łódką pomimo absolutnie nie istniejącej widoczności, aż się poddali i zacumowali na dzikiej plaży by przeczekać. Przemoczeni do suchej nitki zaczęłyśmy się raczyć rumem wiezionym na nudne wieczory w Tyronie, a kiedy niewiele to pomogło na ciepłotę ciał, poszłyśmy w mokrych ciuchach do morza w którym było dużo cieplej niż na zewnątrz. Panowie w tym czasie wydudlali pół butelki i chyba bardzo im się podobał nasz widok w mokrych ciuszkach bo tydzień później w Tagandze bardzo chcieli nas zabrać na piwo (zważywszy ich podeszły wiek, braki w uzębieniu i kilka innych przywar, zaproszenie nie zostało przyjęte). Podróż do Tyrony zamiast godziny-półtorej trwała w sumie trzy i na miejsce dotarłyśmy w charakterze mokrych i zziębniętych kur.

Po tych traumatycznych i awanturniczych przejściach nastąpiło pięć dni typu tabula rasa. Pływanie, snorkowanie, plażowanie, boskie okoliczności przyrody, kompletnie nie zniszczona i nie zeszpecona natura w pełnej swej krasie i tak od rana do wieczora. Po zachodzie słońca nie było kompletnie co robić. Wszyscy przesiadywali w jedynej jadłodajni, gdzie nawet nie grano żadnej muzy i dogorywali po wypaleniu słonecznym za dnia. O 21ej szło się spać, by wstać o wschodzie słońca i ponownie upajać się przez cały dzień ptakami przyrody. Dla przyzwoitości zrobiłyśmy ze dwa kursy na inne plaże by się upewnić, że jesteśmy w najlepszym (Cabo) miejscu i więcej się nie przemęczałyśmy.

Bodajże trzeciego dnia Katarzyna, leżąc na plaży jak z turystycznego folderu, pozwalając krystalicznie przejrzystym falom o niespotykanej zieleni zalewać delikatnie swe brązowe od słońca ciałko, w otoczeniu wysokich palm, malowniczych skałek oraz porośniętych bujną dżunglą gór, wygłosiła pamiętną kwestię:
- Ten nieustanny szum morza zaczyna mnie trochę wkurwiać…

Chociaż jestem beach bum że hej, to jeszcze nigdy nie przeżyłam tak wykańczającego lenistwa plażowego. W Tyronie nie ma nic innego do roboty (no chyba że ktoś chce łazić po dżungli i górach, ale my byłyśmy świeżo po treku do Ciudade Perdida i tolerowałyśmy chodzenie jedynie po płaskim) i ileś godzin dziennie słońca i słonej wody robi z człowieka muminka i nawet z młodych mężczyzn wysysa wszelkie siły życiowe. Przynajmniej tak nam się wydawało do ostatniego dnia, kiedy dowiedziałyśmy się od pewnego uroczo świrniętego Włocha, że cały kemping obstawia że jesteśmy lesbami i dlatego wszyscy kolesie się tylko na nas smętnie gapią. Na nieszczęście naszych adoratorów zabrałyśmy się do Tagangi popołudniową łódką. Wcześniej usmażyłyśmy się ostatecznie na pożyczonych od kolegów z naszej sypialni (czyli prowizorycznego daszku okrywającego jakieś dziesięć hamaków) nadmuchiwanym kółku i materacu (to niesamowite z jakimi gadżetami podróżują chłopaki z NW, których nota bene w Kolumbii jest chyba więcej niż w Indiach), dzięki czemu ja jestem teraz wściekle brązowa jak bylam wcześniej tylko raz w życiu po serfingu i kilku dniach na łodzi w Indonezji, a Katarzyna jest po prostu czarna.

A jak kiedyś zrobię wreszcie moją osobistą listę 5 favorite beach destination to Tyrona jak na razie ma na niej miejsce zapewnione.


  • RSS