rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2008

W drode do Peru

1 komentarz


Cuenca, trzecie co do wielkości miasto Ekwadoru, jest prześliczna. A przynajmniej jej starówka. Ponoć porównuje się ją z Quito, ale to jakiś idiotyzm, to zupełnie inne miasta. W ciągu dnia życie wre, uliczki pełne ludzi, samochodów i setek straganów. Po zachodzie słońca wszystko zamiera i nie widać cienia człowieka, raz na pół godziny przejedzie jakaś bryka. Miasto duchów.

Na zabytkowym placu pod moim hostelem cały dzień rozgrywają się mecze futbolowe (na bruku), głównie pomiędzy damskimi drużynami. Dziewczyny są wyjątkowo duże jak na lokaleski i wyglądają na twarde sztuki. Nie przerywają nawet gdy zaczyna lać. Kibice też się nie poddają.

Kamienice jasne ze ślicznymi czerwonymi dachówkami, piękne kościoły, zwłaszcza ten z niebieskimi kopułami, które znienacka skojarzyły mi się z błękitnym meczetem w Istambule. W dole rzeka, w oddali góry, Cuenca jest naprawdę śliczna i aż mi głupio, że tak mało czasu w niej spędziłam ale…

…padał deszcz, prawie cały czas.Poza tym w hostelu zabroniono mi korzystać z kuchni, po tym jak nalałam bezdomnemu kotu mleka (swojego) na hostelowy talerz, och co za przestępstwo! Właściciel od początku wyglądał mi na psychola, a to że wszyscy pracownicy ze strachem tytułują go ‘doktorem’, również za jego plecami, tylko to wrażenie pogłębiło. Więc się obraziłam i wyjechałam. Po drodze zmieniając kilka razy zdanie gdzie właściwie chcę jechać, aż w końcu odpuściłam sobie i Saraguro i Vilcabambę i z Loja jadę prosto do Peru. Ekwador jest absolutnie genialny i na pewno tu wrócę, ale mam coraz mniej czasu. Poza tym nie mogę się doczekać Huaraz i ponoć najpiękniejszych gór na południowej półkuli. (Co się do cholery stało z moim plażowym wcieleniem????)

Baños, turystyczne do bólu niczym Zakopane czy Sopot, jest zaskakująco wyluzowanym i przyjemnym miejscem. (Acz wyjątkowo głośnym w październiku, kiedy trwa wieczna balanga, co chwilę daje koncert kolejny zespół instrumentów dętych, ogłusza pokaz fajerwerków, a wieczorami blokują uliczki procesje w stylu naszego Bożego Ciała, tyle że tutaj, napędzane motorkami jeżdżą całkiem spore kościoły!). Maleńkie miasteczko, wciśnięte pomiędzy zbocza pionowych niemal gór, tuż pod aktywnym wulkanem, który co jakiś czas funduje mieszkańcom i turystom przymusową ewakuację. Prawie każdy budynek w miasteczku jest hotelem, restauracją, sklepem z turystycznym śmieciem lub agencją podróży, oferującą zorganizowane wycieczki do miejsc gdzie się samemu dochodzi w pięć minut lub podjeżdża autobusem. Na ulicach stoją setki rowerów, quadów i innych pojazdów do wynajęcia. Co jakiś czas przejeżdża pojazd z wagonikami stylizowany na cętkowanego jak żyrafa nosorożca, z napisem na przedniej szybie ‘Duma Izraela’, co przyprawia mnie o nagły atak kaszlu, przy okazji przywołując kilka miłych wspomnień.

Zjeżdżają tu tabunami zarówno gringos jak i lokalesi. Dookoła góry oferują wspinaczki i piękne widoki. Czasami nawet wyjrzy zza chmur ośnieżony wulkan. Klimat przyjemny i umiarkowany. Łaźnie z leczniczą wodą. Ileś przyzwoitych miejsc do potańcówek i karaoke (Backstreet Boys all right! No co ja mogę że na karaoke najlepiej wychodzą największe szity???), nic tylko zostać na kilka dni dłużej niż się planowało, co właśnie zrobiłam, choć okoliczne góry po Quilotoa nie robią jakiegoś gigantycznego wrażenia (za to są szokująco jednostajnie zielone). Ale największym czadem w Baños, jak dla mnie jest zjazd rowerem aż do Amazonii. Si, si. Ekwador jest malutkim krajem, ale za to bardzo zróżnicowanym. I dokładnie przez 60 kilometrów kurczowego zaciskania hamulców i z rzadka pedałowania, z całkiem wysokich gór zjeżdża się w totalną płaskość dżungli z wijącą się w szerokim korycie rzeką. Niesamowity widok. Po drodze różne treki do zabójczych wodospadów, przejażdżki wagonikami na linie oraz chwila strachu i jazdy na ślepo w nieoświetlonym tunelu jak się zapomniało zdjąć okulary przeciwsłoneczne. Genialny dzień, z piknikiem pod huczącym i wściekle pieniącym się wodospadem (rozbijającym się z siłą powodującą nieustanny prysznic w promieniu kilkunastu metrów), co jakiś czas atakującymi deszczami i powrotem na pace złapanego na stopa pickupa. Zakończony wymoczeniem zziębniętych cielsk w gorących basenach. Que bonita es mi vida!

(Rzadko, ale czasami pojawia się myśl, że kiedyś mogłam stchórzyć i teraz siedziałabym pewnie ósmy rok za biurkiem w WB i słodko się uśmiechała do słuchawki mówiąc ‘Panie Pawle’ do największego chama i prostaka wśród dziennikarzy filmowych. Brrrr!)

Łaźnie z gorącą wodą termalną to jeden z magnesów Baños. Jeden z tych co mnie akurat nie przyciągał. Oczywiście jak już tam wylądowałam to się uzależniłam i nie tylko chodziłam codziennie, ale zostałam dzień dłużej właściwie tylko dla łaźni.

W ciągu dnia, zwłaszcza w łikend, jest to klimat jak z horroru o rodzinnych wakacjach. Setki ludzi kłębią się w basenach o różnej temperaturze, bachory drą się ohydnie i wykonują skoki do basenu, z lubością ochlapując tych co się w nich moczą, do przebieralni wiją się gigantyczne kolejki, a jak tylko zejdziesz ze swego leżaka na sekundę, to natychmiast ktoś ci go zakosi. Jest to absolutnie genialne doświadczenie i można godzinami obserwować taplający się tłum bez cienia nudy. Kompleks basenowy jest na świeżym powietrzu, na skraju miasteczka, tuż u stóp pionowej, zarośniętej bujną roślinnością góry, z której spada zjawiskowy wodospad. Absolutny czad, pomijając oczywiście dzieciaki, które bez wątpienia szczają na okrągło do basenu. (I być może nie tylko one, bo jak skomentował Jaime – You are not a real Ecuadorian if you don`t piss in the pool – i mam niejasne podejrzenia, że nie do końca żartował…)

Późnym popołudniem łaźnie są zamykane i woda w basenach zostaje wymieniona. Po zachodzie słońca kompleks ponownie zostaje otwarty, tym razem z dodatkowym basenem, z wyjątkowo gorącą wodą, a atmosfera z filmu familijnego zmienia się na wyrafinowy klimacik ze starożytnego Rzymu (przy odrobinie wyobraźni of korz). Baños jest na wysokości 1 800 mnpm i wieczory bywają raczej chłodne, takie na kurtkę i pełne buty, więc bieganie na dworzu w kostiumie kąpielowym, po nocy, pomiędzy gorącym basenem a lodowatym prysznicem, jest dość nieoczekiwanym, acz jakże przyjemnym doświadczeniem towarzyskim. I owszem, towarzyskim, bo do łaźni się chodzi nie tylko wygrzać czy wypluskać, ale przede wszystkim by spotkać ze znajomymi i w tak miłych okolicznościach przyrody, siedząc sobie na kamiennym parapecie lub stojąc w kręgu pośrodku basenu, w kłębach parującej wody, wymienić się najnowszymi ploteczkami, czy też jak dżentelmeni o poranku, pokomentować ostatnie wydarzenia polityczne.

Aha, a co chodzi z tymi dziewicami? Ano, główny kompleks kąpielowy w Banos nazywa się Piscina de La Virgen i daje jako numerek na twoje rzeczy opaskę z napisem ‘virgen’, którą z dumą bądź nie nosi się na nadgarstku…

Mniejsze góry, większe góry, wybrzeże czy Amazonia, wszędzie to samo. Przynajmniej jeśli chodzi o pogodę. Nigdy nie wiadomo czy będzie za chwilę lało i przewieje szpik kości wicher czy zacznie prażyć słońce. Jednej nocy przeciągasz się leniwie w koszulce na ramiączkach, a drugiej robisz z siebie kłębek pod wełnianym ponczo. W tym samym miejscu. Nawet indigenas, którzy są przecież takim odpowiednikiem naszych góroli, zapytani o pogodę na następny ranek, mówią: ‘Jaka będzie jutro pogoda? Zobaczymy jutro!’.
 Podobno w Ekwadorze nie ma czegoś takiego jak zapowiedź pogody (podaję na odpowiedzialność Natury, której to powiedziała lokalna rodzina u której mieszka). Jak można przewidywać coś co jest totalnie nieprzewidywalne?

Siedzę sobie w basenie wypełnionym zajebiście gorącą, ponoć leczniczą wodą i wkładam dużo wysiłku by nie jęczeć z błogości ogarniającej każdy zakamarek mego ciała. Dookoła otaczają mnie zielone góry i setki drących ryja i chlapiących wodą bachorów. Sobota w Baños. Tłumy tubylczych turystów zaatakowały jedną z największych tutejszych atrakcji. Część z nich mnie ignoruje, część się czai i dyskretnie gapi. W końcu nadchodzi nieuchronne i jeden z pluskających się obok kolesi  zagaduje. Habla español? Si, un poco. A skąd jestem? A jak mam na imię? A to jest mój wujek – uprzejmie się uśmiecham i ściskam wyciągniętą dłoń mokrego faceta w slipkach- przyjechaliśmy z Guayaquil, Baños to nasze ulubione miejsce na łikendy, czy mi się podoba? Tak, oczywiście że mi się podoba. A ile czasu już jestem w Ekwadorze? O, to długo, a co mi się najbardziej podobało? Quilotoa, rzucam bez zastanowienia. Quilotoa? Koleś jest zaskoczony mym wyborem, a dlaczego? Po raz pierwszy się ożywiam i mówię że to najpiękniejsze góry jakie w życiu widziałam, niesamowite widoki, indigenas  i szmaragdowe jezioro w kraterze wulkanu i no po prostu inny wymiar, czad (choć to ostatnie wyrażam już tylko mimiką twarzy i gestami bo zabrakło mi słownictwa). Koleś się na mnie dziwnie patrzy, po czym pyta wujka czy wie gdzie jest Quilota. Nie do końca wierzę, że dobrze zrozumiałam i upewniam się, ale tak, on naprawdę nie zna tego miejsca. Opisuję dokładnie gdzie, co i jak, i w końcu koleś patrzy na mnie jak na debila i oświadcza ‘Ale przecież tam jest strasznie zimno!’. 

A ja ciągle marzę i często śnię o tej przestrzeni, o krajobrazach rozwalających mnie na kawałki swym pięknem, o zapachu eukaliptusowych lasków i o rozrzedzonym powietrzu, którego zawsze za mało w płucach i od byle wysiłku serce wali jak oszalałe. Bardziej niż na niespodziewany widok miłości mego życia.

cuy

2 komentarzy


Ja nawet nie jestem wegetarianką, bo jem ryby i owoce morza. I w ogóle jestem wyluzowana i nie prawię ludziom kazań na temat tego co jedzą, wychodząc z założenia, że to prywatny wybór każdego z nas i nic nikomu do tego.

Ale robi mi się słabo kiedy widzę prażące się na grilu świnki morskie (cuy to narodowy przysmak, jeszcze z czasów Inków) i nie chciałabym nigdy zobaczyć nikogo kogo lubię zabierającego się do ich pałaszowania.

Co nie zmienia faktu, że jednym z najzabawniejszych wspomnień z Baños będzie Michael pokazujący pozę i minę świnki na grillu. Zastanawiające, jak bardzo dwumetrowy koleś może przypominać małe zwierzątko z rozpaczliwie wystającymi ząbkami i rozczapierzonymi kończynami…


No dobra, przyznałam się do tego sama przed sobą to i reszcie świata czas wyznać, że Kolumbia fajna, ale… nie taka fajna jak Ekwador. I zamiast tych siedmiu czy ośmiu tygodni, w zupełności stykłoby cztery czy pięć. A teraz dostaję szaleju i oczopląsu czytając i słuchając o atrakcjach czekających w Peru czy Boliwii. Ale spoko, ja tu jeszcze wrócę.

A na razie od dwóch tygodni mam taki natłok wrażeń, że brakuje czasu by spokojnie to wchłonąć, a co dopiero opisać. Znad zimnego morza (acz Katarzynka która zakisiła tam ogóra na dłużej, daje mi znaki że się ociepliło i nawet pływać się ponoć da, choć pamietając ten jesienny klimacik nie do końca jej wierzę:) myknęłam prosto na Quilotoa Loop, czyli grubo ponad 3200 mnpm, w najwyższym miejscu 4000. I odjechałam totalnie, bo takich gór jeszcze w życiu nie widziałam. Wcześniej zakładałam że panujące tam mrozy wygonią mnie po trzech dniach, ale wymiękłam dopiero po tygodniu i bardziej ze zmęczenia niż z zimna. Każdego dnia odwalałam od 5 do 8 godzin łażenia po górach, co zwłaszcza przez pierwsze dni nie było łatwe, bo na tej wysokości dostaje się żenującej zadyszki po wejściu po schodach na pierwsze piętro, a co dopiero po wspięciu się po stromym zboczu gigantycznej przepaści.

Quilotoa Loop uchodzi za najciekawszą górską destynejszyn w Ekwadorze , jak i za najzimniejszą, dzięki czemu turystów prawie nie ma i te boskie góry ma się całkiem dla siebie. Główną atrakcją jest jezioro Quilotoa (a jakże;), które powstało trochę ponad 200 lat temu, po wybuchu wulkanu. Jest to najpiękniejsze jezioro jakie w życiu widziałam i czekają mnie długie godziny robienia selekcji w tysiącu fotek, które jak debil ciachałam, próbując uchwycić piękno szmaragdowej zieleni, obramowanej poszarpanymi zboczami krateru. Po zrobieniu treku z Quilotoa do Chugchilan (absolutnie genialny i piękny!), obejściu jeziora dookoła po krawędzi krateru (zajęło nam to z Georgie sześć godzin zamiast pięciu, ale i tak jesteśmy zajebiste przy kolegach z Czech, którzy wymiękli i zawrócili he he), oraz zejściu na dno krateru i zbadaniu plaży (si si!) uważam się za domorosłego speca od Quilotoa. Znam je od każdej strony i fizycznej i klimatycznej, jako że nie brakowało i słońca i deszczu i ogarniających nas białych chmur, które potrafiły ograniczyć widoczność do dwóch metrów, by znienacka dać na kilkanaście sekund widok na kilkadziesiąt kilometrów dookoła. Dookoła Andy są tak powalająco piękne i różnorodne, że co chwilę każdemu wyrywają się ochy i achy. Ośnieżone szczyty wulkanów na horyzoncie, nieskończenie długie pasma górskie, wysokie pojedyncze góry wykończone skałami, krągłe pagórki jak patchwork usiane polami, dramatyczne przepaści, wąskie szczeliny z falbankowymi brzegami jak wybrakowane puzzle, no niemal każdy górski krajobraz w jednym. Roślinność równie różnorodna. Obłędnie pachnące laski eukaliptusowe. Iglaste, ciemnozielone za życia, z rudoczerwonymi obciętymi gałęziami dookoła. Cloud forest, jak nazwa wskazuje, spowity niemal wieczną mgłą, z drzewami porośniętymi długowłosym mchem, przypominającymi dżunglę, ponad trzy kilometry nad poziomem morza, czad! Wielokolorowe pola uprawne, z zielonymi ziemniakami, fioletowymi kwiatami groszku, żółcią kukurydzy, czernią wypalonej ziemi. Rzeki huczące w dolinach i przepaściach. Białe i świetliste chmury, niebo absolutnie błękitne, tylko tak wysoko w górach kolory mogą być tak ostre i piękne. Po raz pierwszy w życiu zaczęłam się poważnie zastanawiać czy jednak nie wolę gór niż morza…

Do tego Andy są usiane małymi wioskami i samotnymi domostwami, zamieszkałymi tylko przez pełnokrwistych Indian (W Ekwadorze zwanymi indigenas, jako że los indios uchodzi za niepoprawne politycznie czy jakoś tak). Którzy i owszem są mili, ale trzymają się od gringo na dystans, absolutnie wrogo odnoszą się do aparatów fotograficznych (niestety!) i ewidentnie nie chcą dopuścić do rozpuszczenia swej kultury i tradycji w tyglu zachodniej cywilizacji. Robią wrażenie strojami, pięknymi włosami i wybitnie mikrym (by nie powiedzieć psim) wzrostem oraz  tempem w jakim potrafią przebierać swymi krotkimi nóżkami, skacząc po górach jak kozice i wpędzając w kompleksy dyszących ze zmęczenia turystów.  Szybko się starzeją i podobno 60tka to przeciętny wiek na umieranie. Trudny klimat i ostre słońce dają krwisto rumiane policzki dzieciom, oraz kilkanaście lat więcej z wyglądu dorosłym. Większość już po 20tce prezentuje albo szczerbate uśmiechy albo złote zęby. Nie wiem skąd znajdują w swych małych ciałach tyle sił by uprawiać często niemal w pionie położone pola, a potem dźwigać ich plony na odległe bazary. (Trafia mnie szlag, że prawie za każdym razem kiedy widzę zgiętą w pół postać pod ciężarem wielkiego wora, to jest to kobieta.). Mieszkają w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi, ale to na pewno nie jest lekkie życie. Choć na pewno jest łatwiejsze od 8 lat, odkąd podciągnięto elektryczność.

Buciki – czarne czółenka na od dwu do pięciocentymetrowych obcasach (si si!). Wełniane podkolanówki w jasnym kolorze lub takowe rajstopy, opinające mocno umięśnione choć szczupłe łydki (nie dziwota, przy łażeniu non stop po takich górach). Spódnica z reguły czarna, kończąca się tuż za kolanami, prosto opadająca dookoła bioder, trochę w stylu lat 50tych. Czasami noszona chyba z bardzo falbaniastymi halkami bo przypomina mały robron. W wersji eleganckiej aksamitna, czasem z haftami. Bluzeczka jeśli widoczna to biała, koronkowa z bufiastymi rękawami. Obcisłe, małe, kolorowe, rozpinane sweterki. Ramiona owinięte intensywnie różowymi, kończącymi się za pasem chustami, wykończonymi długimi frędzlami. Na plecach umiejętnie zamotane dziecko. Na szyi wełniany szalik, często służący do osłaniania twarzy przed wichrem, a pod nim kilkanaście rzędów drobnych złotych koralików. Włosy ściągnięte na karku własnoręcznie utkaną kolorową taśmą, która owija je ciasno niemal na całej długości. Na głowie męski, czarny kapelusz z wąskim rondem, taki jak noszą detektywi na starych filmach, czasem wykończony pawim piórkiem a la wielki łowczy i jest. Klasyczny strój Indianki z okolic Quilotoa.

W takich ciuszkach laski idą zarówno do kościoła jak i do obory. Różnica tylko taka że od święta zakłada się wersję czystą i w miarę nową, a na co dzień tę mniej. Tradycyjne stroje zaczynają nosić już kilkuletnie dziewczynki i najwyraźniej są z nich bardzo dumne.

Może nie od razu co wieś to obyczaj, ale na pewno co jakieś 100 km zmieniają się stroje. Na przykład w Otavalo do kapelusza i białej bluzeczki laski nosiły coś co mocno przypominało indyjskie sari , tyle że z grubego płótna i w granatowym kolorze. Za to w Cuenca i zdaje się, że na południe od niej też (ale to sprawdzę jutro), kapelusze nosi się białe i bynajmniej nie są to te, które znamy jako panamy, czyli tak naprawdę montecristi, które nota bene są chlubą Ekwadoru a nie Panamy he he.

A wielkie, wełniane, ciepłe poncza noszą tylko faceci, którzy w każdym zakątku świata urządzą się lepiej. Korzystając z przywileju bycia gringa nabyłam takowe drogą kupna i po przejściu etapu nienawiści ( – Jak mogłaś pozwolić mi to kupić?!? Przecież jesteś moją przyjaciółką!!!-  do Katarzyny, gapiąc się z niesmakiem w lustro), uważam to jeden z najlepszych zakupów na tym kontynencie, który uratował mnie kilkakrotnie od śmierci z zimna i sprawdza się zarówno jako odzież jak i kocyk…

PS Męskie kapelusze zdaje się że są obowiązkowym elementem damskiego stroju u wszystkich indigenas w Andach, również w Peru jak i Boliwii. Nie mogę się doczekać meloników w okolicach jeziora Titicaca. Ponoć kapelusze zostały przejęte od Hiszpanów. Przerażeni palącym słońcem zamówili z Europy dostawę nakryć głowy, ale ktoś bardzo wredny załadował statek kapeluszami odpowiednimi dla osób z niższego stanu i wkurwieni kolonizatorzy wystawili je na sprzedaż za bezcen. Indianie się nimi zachwycili i w ten sposób dziś mamy jeden z barwniejszych elementów w Andach.

PS2 Na wspomnianych obcasach, na których ja bym się zabiła na płaskim, Indianki pomykają po stromych zboczach niczym kozice…

La Ruta Del Sol

3 komentarzy


Kiedyś się dziwiłam dlaczego ludzie mówiąc o podróżach po Ekwadorze czy Peru, niemal nigdy nie wspominają plaż, tylko ciągle te góry i góry. Już się nie dziwię.

Wybrzeże Ekwadoru ma całkiem przyzwoitą ilość plaż, jest też spektakularnie obramowane klifami, z których rozpościerają się jeszcze bardziej spektakularne widoki. Pacyfik zapewnia niezłe fale na serfa, a w niektórych miejscach są to nawet fale klasy światowej. Nazwa kraju Ekwador pochodzi od equator, znaczy się równik, więc wyobraźnia podsuwa pod oczy tropikalną przyrodę, promienne słońce i upalne temperatury. Dlaczego więc, do kurwy nędzy, ostatniej nocy spałam w norweskiej ocieplanej bieliźnie, skarpetach i rękawiczkach,  skulona pod wełnianym ponczo?!?

Ponieważ w przewodniku czasami niezłe bzdury piszą, więc i owszem korzystam z niego, ale nie traktuję go jak pismo święte. Jak mi się coś nie podoba to zawsze zakładam, że to właśnie te bzdury i trzeba samej sprawdzić. Dlatego ignorowałam ostrzeżenia, że plaże w Ekwadorze pomiędzy majem a grudniem potrafią być bardzo chłodne, że serfing i owszem ale raczej w piance, a tubylcy mają sezon plażowy w porze deszczowej bo wtedy jest nacieplej i najwięcej słońca (sic!). Zwłaszcza opinia o porze deszczowej wywołała u mnie głupi chichot i założenie, że znowu jakiemuś autorowi Lonely Planet  płaciło tak mało, że napisał tekst z domu.
Ponieważ do pory deszczowej mamy jeszcze kilka miesięcy więc nie wiem na 100% jak ona tu wygląda, ale teraz rzeczywiście jest hmmm… zimno. Na tyle zimno, że popływać poszłam raz i więcej nie zamierzam (a serfing nagle w ogóle przestał mnie interesować), a dziś ze zgrozą obserwowałam grupę lokalesów, którzy przez godzinę taplali się w tej lodowatej wodzie. Przypuszczam że to ten sam rodzaj zgrozy, który widać w oczach zagranicznych turystów (nie licząc Niemców i Skandynawów) nad Bałtykiem. Ja kiedyś też potrafiłam w Bałtyku dużo czasu spędzać, ale odkąd mam nader częsty dostęp do wód morskich o bardziej tropikalnych temperaturach, zrobiłam się wybredna i pierdolę zabawę w morsa.

Najgorszy jest jednak brak słońca. Tutaj też niestety przewodnik nie ściemniał, od czerwca do grudnia wybrzeże spowija mgła. Jest to zaiste bardzo gęsta mgła (często połączona z mżawką) i słońca przechodzi przez nią akurat tyle by dać naturalne oświetlenie wymarzone do remake’u  „Ptaków”, czy setnej części Freddy’ego Krugera. Zamglone plaże, góry czy klify na horyzoncie, przyznaję, mają swój urok i pewne posępne piękno, ale ja się takim rodzajem piękna nasycam w kilka godzin, a potem zwyczajnie łapię doła.
Miejscowości wypoczynkowe na tzw. Ruta Del Sol (niby że słoneczny trakt hyhy) wołają o pomstę do nieba, a wyśmiewana przeze mnie kiedyś Taganga robi przy nich za wymanikiurowany kurorcik. W dużym skrócie, do złudzenia przypominają one rozbabrane place budowy. Ubite, piaszczyste ulice są szerokie, jakby miały przez nie prowadzić ze trzy autostrady. Przyozdobione są wielkimi stosami gruzu, a gdzie niegdzie serią nie zabezpieczonych studzienek kanalizacyjnych, dzięki czemu spacerek po takiej uliczce po spożyciu kilku głębszych, jest bardziej ryzykowny niż wszystkie sporty ekstremalne razem wzięte, choć na pewno dużo mniej ekscytujący. Budynki mieszkalne są brzydkie, brudne, zaniedbane i z reguły nawet nie dokończone. Wszystko pokrywa tysiącletni kurz i nie ma specjalnej różnicy pomiędzy zdjęciami robionymi na normalnym programie a w sepii. Zapewne w pełnym słońcu wygląda to ciut ładniej (choć nie będę czekać do grudnia by to zweryfikować), ale na pewno i tak gorzej niż najbrzydsza indyjska wieś (tam przynajmniej zawsze jest zielono dookoła). Za to osoby nie przepadające za tradycyjnie pojmowaną estetyką, docenią kowbojski i ‘na końcu świata’ klimat, oraz idealne warunki do kręcenia nowych odcinków Firefly, albo jakiegoś westernu bez happy endu. W miejscowościach takowych byłam dwóch, druga gorsza od pierwszej bo większa, i te dwie mi wystarczą. Wcześniej napalałam się na Montanitę, raj serferów, ale jak już wspomniałam, serfing  w tej części Ameryki Południowej przestał mnie interesować;).  (tak, tak, w ostatnim zdaniu użyłam słynnego tonu Piotra J., z naciskiem na słowo ‘przestał’. I tak już będzie;).

I jeżeli zdecydowałam się zostać tu jeszcze jeden dzień, to tylko ze względu na krajobrazowy park Machallila. Który najpierw zrobił ze mnie jednoosobową lożę szyderców (To?!?  To ma być ten wspaniały suchy tropikalny las, który w ostatniej chwili uratowano przed całkowitym wycięciem? Przecież to są same suche patyki i chrust! Haha –czytając tabliczkę pod drzewem- naprawdę ta roślinka miewa żółte kwiatki? Ciekawe kiedy, chyba w poprzednim życiu, bo teraz zajęłaby się ogniem od zapałki z dziesięciu metrów.), a potem totalnie, na maksa oczarował. Pustką, dzikością i przestrzenią pełną trzeszczących i skrzypiących, wysuszonych na wiór drzew i krzewów, które wydają się być martwe od wieków. Stadami pelikanów odpoczywających na zjawiskowym urwisku i latających niemal na wyciągnięcie ręki, ze szmaragdowym w tym miejscu oceanem robiącym za tło hen w dole. Kilkoma białymi, poszarpanymi skałami plażami. Tysiącem jaszczurek uciekających spod stóp, w tym jednej wielkości mego przedramienia, do złudzenia przypominającej miniaturkę smoka z Komodo. Stadami ptaków, niektórych wręcz rażących swymi kolorami na tle wszechobecnej sepii. Wężem wolno i cierpliwie wspinającym się na cieniutkie gałązki krzaków i, last but not least, naprawdę powalającymi widokami z klifów. Więc jeszcze jeden dzień na piknik w parku, zawsze ostatnia szansa na zobaczenie boobies o niebieskich łapkach (ostatnia i właściwie żadna, ale pomarzyć można) i spadam w góry. Tam gdzie w Ekwadorze najlepiej.

Ekwador podbił mnie natychmiast pewnym chaosem i zaściankowym klimatem (zwłaszcza w porównaniu do Kolumbii), oszałamiającymi Andami i lokalesami pomykającymi w tradycyjnych strojach. A po dwóch dniach, ku mojemu największemu zaskoczeniu, kuchnią. Bo o ile w mojej ukochanej Brazylii jedzenie jest niemiłą koniecznością (owszem, dobrze można zjeść, ale za ciężką kasę only, a tak to człowiek męczy się nad bezsmakowym ryżem z fasolką), w Kolumbii było nieco lepiej, ale umówmy się, bez rewelacji, to w Ekwadorze o dziwo wreszcie używają przypraw! Do tego mają duży wybór potraw z owocami morza w przystępnych cenach, więc moje kubki smakowe po raz pierwszy na tym kontynencie przestały pluć na lokalną kuchnię. A już totalnie oszalałam na punkcie jednej z narodowych specjalności, czyli ceviche. Krewetki, ryba, kalmary bądź małże, są marynowane w specjalny sposób i podawane na surowo, w zimnej,rzadkiej, kwaśnej i pełnej świeżej kolendry zupce. Do tego szamie się wszechobecny popcorn (oni mają świra na punkcie popcornu, robi nie tylko za przystawkę, ale też za jeden z ważniejszych dodatków do głównych dań!) wymieszany z czipsami bananowymi i jeszcze jednym prażonym specjałem, który wygląda i smakuje jak wypadkowa orzeszka i kukurydzy. Ja wiem, że to w komplecie wcale nie brzmi pysznie he he, ale słowo, ceviche jest genialne! Podobno źle przyrządzone jest źródłem cholery, ale hmmm… w końcu podróżowanie ma być przygodą, a nie ma przygód bez ryzyka;)


  • RSS