rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2008

Następnego dnia budzę się obolała i posiniaczona. Przeciągam się i odkrywam nowe mięśnie ramion od wewnętrznej strony. Bolą. I po co było tak kurczowo zaciskać dłonie na oparciu przede mną? Na piszczelach mam po dwa symetryczne opuchniętę siniaki. Czy naprawdę by nie wylecieć w powietrze musiałam aż tak zapierać się nogami? Po południu bolą mnie już prawie wszystkie mięśnie, w tym o dziwo, te pośladkowe. Chociaż jak siadam na krześle i na próbę napinam kurczowo wszystkie mięśnie, przestaję się dziwić.

Znaczy się buggy ride jest nie tylko lepsza niż rollercoaster, ale przebija też siłownię. Acz dodajmy, że nie może to być zwykła buggy ride. Dla należytego efektu konieczny jest kierowca jak Alfredo, czyli typ o głębokich skłonnościach samobójczych, lub o niespełnionych marzeniach z dzieciństwa o Formule 1. A najlepiej mieszanka jednego i drugiego.

Być w Huacachina i nie przeżyć buggy ride, to jak być w Peru i nie zobaczyć Machu Pichu (choć znam takich). Buggy są tu inne niż śliczne czaderskie bryczki a la mini morris, które znam z Brazylii, i bardziej przypominają dużą terenówkę, okrojoną z ciała do stelażu i opon. Na takim wózku można przeżyć przygodę życia, można też życie stracić. Kwestia szczęścia.

Generalnie takie rozrywki jak buggy, przeraźliwie uświadamiają mi, że się starzeję. Jeszcze kilka lat temu pędząc w dół po pionowej wydmie darłabym ryja li tylko ze szczęścia. Teraz są to bardziej skomplikowane uczucia;).

Kiedy mamy pierwszą przerwę w pustynnym rollecoasterze na rzecz sandboardingu, muszę się mocno starać by nie trzęsły mi się nogi ani ręce.

A zjazdy na desce zaaajebiste! Co prawda doświadczenia serferskie nie okazują się być aż tak przydatne jak miałam nadzieję, ale generalnie od pierwszego kopa da się zjechać, co jakiś czas zaliczając spektakularną glebę. Największym szokiem jest ostatnia wydma, która jest prawie pionowa i wysoka na spokojnie ponad 200 metrów. Długo zbieramy się by po niej zjechać, a później z rozczarowaniem odkrywamy, że piasek na niej jest wyjątkowo tępy i zjeżdża się dużo wolniej i bezpieczniej niż na poprzednich.

Gigantyczne, strome wydmy. Piękne ciepłe kolory w zachodzącym słońcu. Na pożegnanie nasz jebnięty kierowca funduje nam takie zjazdy, że nawet kolesie zaczynają się drzeć. Niezapomniane kilka godzin i tylko bym se skopała tyłek, że nie zostałam dzień dłużej.

trzy dni

Brak komentarzy


Z Huraz wyjeżdżam z żalem i na nowo okrojonym bijącym organem. Po raz pierwszy od dawna wyjeżdżam z trudem, nie napalając się na kolejne miejsce tylko tęskniąc  za tym które opuszczam. Ostatni raz tak się czułam… chyba na lotnisku w Leticii, choć z zupełnie innych, a może nie do końca, powodów. Wiem, że za chwilę będę się cieszyć nową miejsówką, ale to ten rodzaj wiedzy który chwilowo jest czysto teoretyczny, musi minąć trochę czasu bym ją poczuła.

Kilka godzin w autobusie wystarcza.

Przed świtem ląduję w Limie i czekam aż się zrobi bezpiecznie (czytaj przejaśni) by przejść 50 metrów do przewoźnika, który ma autobusy na południe. Parę godzin później wysiadam na Panamericanie, na wysokości Pisco i momentalnie zaczynam się pocić. Ignorując taksówkarza, który zapewnia  że w niedzielę nie ma collectivos, ściągam z siebie kilka warstw ubrań i razem z ponczo upycham je do plecaka. Przypominam sobie jak fajnie jest poczuć gorące słońce nad morzem, jak zupełnie inaczej niż w górach ciepło przenika całe ciało, jak inaczej się czuje promienie na skórze.

Pisco sprawia nędzne wrażenie więc śmigam dalej na Paracas, które jest jeszcze gorsze więc wracam do Pisco. Które wygląda na to czym jest czyli jak miasto po trzęsieniu ziemi. W zeszłym roku ponad 70% miasta obróciło się w gruzy. Nadal jakieś 50% nimi jest. Dookoła wszędzie i rozległe puste przestrzenie pomiędzy postawionymi na nowo budynkami. Czasem tylko po warstwie gruzu można rozpoznać, że kiedyś był tam kawałek miasta. Wieczorem pytam się w agencji, w której bukuję łódkową wycieczkę na wyspy Ballestas  czy zniszczone molo to efekt trzęsienia ziemi czy wieku. Są zszokowani, że poszłam na plażę i nic mi się nie stało. Kiedy zdziwiona mówię, że było mnóstwo ludzi i czułam się bezpiecznie, przytakują że miałam szczęście, bo to niedziela i pogoda ładna. Podobno w pozostałe dni nikt w tamych okolicach nie spaceruje bo ciągle zdarzają się napady. ‘Wiesz, Pisco nigdy nie było zbyt bezpieczne, ale od trzęsienia ziemi  jest tyle biedy, że naprawdę trzeba uważać’.

Rano udaję się na boat trip, razem z dziesięcioma innymi motorówkami pełnymi turystów, by podziwiać skaliste wyspy, widły wykute w skale przez dawne ludy cholera wie po co, a przede wszystkim tysiące pięknych pelikanów, stada kurduplowatychn pingwinów i flamingi, których w końcu nie podziwam bo okazuje się że to nie ten sezon. I lwy morskie, które naprawdę ryczą jak lwy, o ile nie wydają z siebie bardziej foczych dźwięków. Motorówki podpływają tak blisko brzegu i skałek, że można się przyjrzeć z odległości metra jak walczą ze sobą, niezgrabnie wspinają na skały, czy zamierają w pozach do złudzenia przypominających wojownika w jodze. Uwielbiam obserwować zwierzęta w ich naturalnym środowisku i na początku nawet mi nie przeszkadza ohydna turystyczność wycieczki. Może poza krótkimi chwilami kiedy jeden Francuz zbyt długo udaje fokę starając się przywabić do siebie lwy morskie, a pewien starszy Amerykanin z brązowym uzębieniem próbuje znaleźć we mnie zrozumienie z wyższością krytykując brak organizacji w Ameryce Południowej oraz powszechną nieznajomość  angielskiego. Niestety kiedy zaczynamy kołować w zatoczkach by każdy miał szansę przyjrzeć się zwierzętom zaczynam się dusić spalinami krążących motorówek i uświadamiam sobie, że wbrew temu co mówi przewodnik, kłusownictwo niekoniecznie jest głównym powodem, dla którego na wyspach co roku jest coraz mniej zwierzaków. I choć wyspy są piękne, morsy boskie, pingwiny słodkie a pelikany dostojne, to żałuję, że wzięłam w tej szopce udział. Każdemu życzę by miał okazję podróżować, ale zniszczenia powodowane przez masową turystykę mnie przerażają.

Po wycieczce pakuję plecak i spadam do Ica, gdzie się przesiadam do Huacachina, maleńkiej oazy pomiędzy wysokimi, niemal pionowymi ścianami pustynnych wydm. Pośrodku miejscowości, w której mieszka na stałe 200 osób i którą można obiec dookoła w dwie minuty, jest całkiem spore jeziorko. Dookoła hen po horyzont rozciąga się pustynia, pełna boskich wydm, które nie są tak piękne jak te w Lencois Maranhenses, za to są bez porównania większe i można po nich śmigać na desce i w buggy.

Trzy dni, trzy zupełnie inne miejsca, zupełnie inne krajobrazy, zupełnie inne wrażenia.  Jestem w nieustannym szoku jak bardzo fascynujące i różnorodne jest Peru. A i tak mam czas tylko by zobaczyć najbardziej oczywiste miejsca. Jak powiedział Juanchi, Peru es fantastico! I jak mówię ja, tengo que regresar!

Jak będę stara i brzydka i nikt mnie już nie będzie chciał, a nie będę miała kasy na show czipendejlsów, będę robiła to co teraz. Czyli podróżowała i sypiała w hostelowych dormitoriach. Najlepiej w pobliżu plaż z dobrymi falami do serfa.

Ta myśl spłynęła na mnie jak objawienie wczoraj wieczorem, kiedy próbowałam skupić się na oglądanym na laptopie filmie, podczas gdy kolega z którym dzieliłam pokój, podejrzanie długo defilował dookoła z obnażoną klatą szukając odpowiedniego tiszerta…

Ostatni dzień w Huaraz spędzam na tarasie, poprawiając opaleniznę, doczytując do końca zajebistą książkę o podróży po zakazanych rejonach Azji w latach 80tych i co jakiś czas ciężko wzdychając z żalem, że wyjeżdżam.

Dwa tygodnie wypełnione szwendaniem się po obłędnych górach i odpoczywaniem po nich. Mniej więcej pół na pół, bo męczące to łażenie jest na wysokości powyżej 4 tyś. Poza tym hostel do którego zaprowadziła mnie Francesca (drobna blondynka, w rocznej podróży po Ameryce Południowej na rowerze), to jeszcze gorsza bekpakerska pułapka niż ten w Quito. I ciężko jest wyjechać, naprawdę.

Zazdroszczę każdemu kto jeszcze nie był w Cordillera Blanca a zamierza się tu wybrać.

Lepiej by zrobił to wcześniej niż później bo najwyższe góry świata (w strefie tropikalnej) za jakiś czas stracą prawo do swej nazwy, czyli oszałamiające białe szczyty górujące nad zielonościami i brązami. Globalne ocieplenie, które wydaje się być świetnym dowcipem kiedy w listopadzie w Warszawie daje kilkanaście stopni, jest dużo mniej zabawne w Południowej Ameryce, gdzie w zastraszającym tempie topnieją lodowce. Pozbawiając ludzkość najpiękniejszych gór, ale też jedynych lub głównych zasobów wodnych. Wystarczy się przejść po górach by samemu zobaczyć szarą skałę tuż poniżej śnieżnej bieli. Ta szara część zaledwie kilka lat temu też była wiecznie biała. Tylko że wieczność okazała się być skończona. 

Wedle wyliczeń naukowców Cordillera Blanca nie będzie biała już za ok. 30 lat.

Wygrzewając się na tarasie nucę sobie pod nosem słuchając salsy, która napierdala na pół miasta z boiska obok, gdzie rozgrywają się cały dzień mecze piłki nożnej. Większość hitów znam już na pamięć i nogi i biodra same mi chodzą w rytm muzy, kiedy próbuję dziabnąć porządną sesję jogi. Nie bardzo rozumiem jak piłkarze dają radę skupić się na grze, ale pewnie są przyzwyczajeni. ‘Estoy loco por ti’ nucę razem z salsowym wyjcem i tęsknie spoglądam na białe szczyty w oddali. Rozstaję się z Cordillera Blanca na raty, jednym mocnym cięciem nie dałabym rady.

Ze smutkiem myślę o cudach które zginą, o ludziach którzy stracą źródło utrzymania (Huaraz jest drugą po Machu Piccu największą atrakcją turystyczną Peru), jak i o ludziach którzy mają to w dupie.

Wśród podróżników jest zwyczaj uspokajania się nawzajem kiedy kasa się kończy i trzeba wrócić do domu, a jeszcze się nie widziało wymarzonych planowanych miejsc: ‘Nieważne, wrócisz tu przecież za rok  czy dwa, to miejsce ciągle tu będzie’.

Trzeciego dnia treku mijamy się z idącą z przeciwnego kierunku dużą grupą turystów po 40tce. Nie wyglądają na specjalnie zadowolonych z życia i na nasze ‘hello!’ odpowiadają półgębkiem. Ulli, wspomniany wcześniej niemiecki wyjątek, chce się ze mną zakładać, że to Niemcy.
- Dlaczego? – jestem zaskoczona takim brakiem patriotyzmu
- No tylko zobacz na minę tego faceta, i ta jego kurtka, to niemiecka marka, nikt inny by tego nie kupił! Nie wierzysz mi? Zaraz do niego zagadam po niemiecku.
- Guten tag – uśmiecha się chwilę później.
Facet mruczy coś pod nosem i patrzy na nas spod łba. Jak tylko znajdujemy się w przyzwoitej odległości zaczynam ryczeć. Zakład pozostaje nierozwiązany przez następny kwadrans, kiedy Lucas się mnie pyta:
- I co? Rozmawiałaś ze swoimi rodakami?
- To była ta polska grupa, z którą chciał mnie wysłać Aldo??? – trudno powiedzieć czy jestem bardziej rozbawiona czy przerażona.

Trzy dni później jestem w agencji i czekam aż Aldo skończy gadać z klientem. Z nudów zaczynam podsłuchiwać. Koleś bukuje przejazd autobusem dla dużej grupy. Nie bardzo rozumiem dlaczego robi to przez agencję, która zedrze z niego kasę, zamiast kupić bilety bezpośrednio u przewoźnika, na ulicy obok. Słuchając jego nędznej angielszczyzny, z charakterystycznym akcentem, zaczynam mieć złe podejrzenia.
- Tak, to ten przewodnik z Polski co jest z tą dużą grupą. – potwierdza moje obawy Aldo po wyjściu kolesia.

Nie chcę wiedzieć ile życzy sobie za wycieczkę do Peru biuro podróży, które wysyła pilota który nie mówi po hiszpańsku, a język Szekspira (mało zresztą na tym kontynencie powszechny) ma na poziomie gimnazjum i to kiepskiego.

Na beczułkę

1 komentarz


Podczas treku Santa Cruz (w sezonie przez wielu unikany bo zatłoczony, ale od października to nie problem) przeżyłam jedne z najpiękniejszych dni w życiu i jedne z najgorszych, a przynajmniej najzimniejszych nocy. O ile w słońcu człowiek się łatwo zapoci w koszulce i spodenkach i poparzy bez wysokiego filtra, to zaraz po zachodzie zaczyna się lodownia. A cholerne namioty w Peru nie mają centralnego.

Specjalnie dla państwa szczegółowa lista elementów mojego stroju nocnego w Cordillera Blanca:
- dwie pary skarpetek, z czego jedna wełniana
- termos czyli ocieplana bielizna typu kalesony
- wełniane legginsy zgapione od indigenas
- gacie, może nie barchanowe, ale też nie koronkowe
- spodnie (z trudem na te warstwy wciśnięte)
- tiszert z mikrofibry
- termos czyli ocieplanej bielizny część górna
- drugi termos wspaniałomyślnie pożyczony przez żywy wyjątek od reguły, że Niemcy nie mają poczucia humoru
- cieplutki polarek
- dość gruba bawełniana bluza
- druga dość gruba bawełniana bluza, pękająca w szwach po wciśnięciu na powyższe warstwy
- zajebiście grube, wełniane ponczo, sięgające niemal kolan
- rękawiczki wełniane
- czapka wełniana

W tym stroju, nie tyle na cebulkę, co na beczułkę, wbijałam się w profesjonalny puchowy śpiwór, teoretycznie przeznaczony do  – 20 stopni (zawsze uważałam że te wszystkie parametry podróżniczych ciuchów i sprzętu to pic na wode dla frajerów) i przez dwie noce ciągle budziłam się z zimna. (Dopiero jak zeszliśmy poniżej 4 tyś przypomniała mi się definicja określenia ‘za gorąco’). A próby korzystania z rad kolegów, że do puchowego śpiwora wchodzi się tylko w bieliźnie, niemal przypłaciłam śmiercią z zimna, więc od razu uprzedzam by mi ich nie zapodawać bo mogę być nieprzyjemna;).


Dwa dni i jedna noc w czterech autobusach i jestem w Huaraz, pół Peru od Ekwadoru. Jak oświadczył niegdyś Młody, w odpowiedzi na moje jęki, że mam mało czasu: W Peru musisz pojechać do Huaraz, Ica, no i Machu Piccu. Resztę możesz olać, bo Boliwia jest fajniejsza. Tak wybrednych rekomendacji nie można nie posłuchać i proszę, kwitnę w  Huaraz od półtora tygodnia. (I jeśli Młody pisząc, że chciałby być teraz ze mną w Huaraz, ma bardziej na myśli w Huaraz niż ze mną, to well… miałby u mnie pełne zrozumienie hihi. Ja i owszem, jestem bez dwóch zdań zajebista, ale, umówmy się, nie tak zajebista jak Cordillera Blanca;).

Okolice słyną jako jedne z najpiękniejszych gór na świecie, i dzięki bodajże dwudziestu ośnieżonym szczytom powyżej 6 tyś metrów, jako drugie co do wysokości po Himalajach. I słyną słusznie.

Góry tuż dookoła Huaraz są piękne, ale po Quilotoa nie byłam jakoś straszliwie powalona, poza oczywiście majestatycznymi białymi szczytami. Ale wystarczy odbić kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów w głąb Cordillera Blanca i zaczyna się świat magii. Oślepiająco białe szczyty wydają się być na wyciągnięcie ręki, skaliste poszarpane góry przeplatają się z zielonymi i brązowymi, pełnymi lasów i pól. Przepaście, doliny, wijące się przez nie rzeki i porozrzucane z szokującą częstotliwością malownicze jeziora o czysto turkusowych lub szmaragdowych wodach. Takich gór nigdy wcześniej nie widziałam na żywca. To ten rodzaj widoków, które zapierają dech w piersiach w kinie. Widziane na własne oczy powalają na kolana i przyprawiają o łzy. Bynajmniej nie z powodu wiatru.

Gdyby pogoda była lepsza (listopad to już początek pory deszczowej i góry często są spowite chmurami) zostałabym tu jeszcze dłużej. Jest tu tyle treków do zrobienia, że stykłoby na rok. Ale wiem, że miałam dość fuksa, że zachorowałam w perfekcyjnym czasie, i przełożony trek Santa Cruz odbyłam dokładnie w te jedyne cztery dni kiedy nie spadła kropla deszczu.

Wrócę tu, bez dwóch zdań, za rok lub za dwa (dopiero za dwa lata?- w głosie Lucasa brzmi takie rozczarowanie, że na wszelki wypadek zaczynam go unikać). Jak się wyrobię podróżniczo to z własnym sprzętem campingowym i towarzystwem co nie potrzebuje do wszystkiego przewodnika (nawet tak przystojnego jak L.;). A plaże będą musiały poczekać, aż mi tyłek odmarznie dużo bardziej.


  • RSS