rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2008

Obawiem sie ze juz nie zdaze zamiescic zadnej przyzwoitej notki w tym roku, czemu winne oczywiscie jest Cusco jak i towarzystwo Katarzynki. Niestety za kilka dni bede musiala ostatecznie wyrwac sie z objec salsowego obledu i wtedy zapewne nadrobie zaleglosci.

tymczasem zycze panstwu by nowy rok byl inspirujacy, zaskakujacy i szczesliwy. Feliz y prospero año nuevo!

Ponieważ Wigilię będę spędzać na Salar de Uyuni, czyli największej na świecie słonej pustyni (może bez śniegu, ale Święta w tym roku na pewno będą białe), na którą wybieram się już za chwilę, a skrzynka mejlowa w wygwizdowie na którym jestem, się nie otwiera (w ogole nic się prawie nie ładuje poza stroną bloga), więc ta notka jest jedyną opcją by złożyć wszystkim najlepsze życzenia świąteczne. Co niniejszym czynię. Feliz Navidad!

Un, dos, tres, pausa, cinqo, seis, siete, pausa

Tak właśnie brzmiał motyw przewodni mego pobytu w Cusco.

Nie żebym wcześniej nie próbowała salsy. W końcu Kolumbia z niej słynie, a mój ulubiony obywatel Narodu Wybranego uczył mnie tam pierwszych kroków. Narzekając jednocześnie i krytykując straszliwie styl w jakim tańczy się salsę w kraju Triple C (coca, chicas & coffee). Myślałam że przesadza i nawet, skończona idiotka, uważałam że mam niezłe podstawy salsy. Dopóki nie wylądowałam w Cusco.

Nie żeby Cusco było jakąś stolicą salsy. Podobno tak naprawdę tańczy ją raptem kilkaset osób. A reszta jak w Kolumbii uprawia zwykłe basico. Ale te kilkaset osób tańczy tak, że głowa mała.

Pierwszej nocy w Mythology dostałam załamki, jako że trafiłam w sam środek salsowego kółka (dla niewtajemniczonych – ileś par tańczy zsynchronizowane wariacje, nieustannie zmieniając partnerów) i oczywiście zrobiłam z siebie niezłą ofiarę. Przez kilka kolejnych nocy łudziłam się, że uda mi się podłapać tę cuscową salsę po prostu chodząc na imprezy. W końcu jestem blondie, mam na czym siedzieć i czym oddychać, czyli w dużym skrócie jestem fizycznym ideałem przeciętnego Latino. Rozwydrzona i przyzwyczajona, że robię za boginię, dostałam hi hi w Cusco po nosie.

Salsa jest tam traktowana dość poważnie. Są tysiące niepisanych reguł, kogo się prosi do tańca a kogo nie. I na przykład nie prosi się do tańca lasek, które nie potrafią tańczyć. (Co niby jest logiczne, ale w każdym innym miejscu w Ameryce Południowej były tabuny chętnych do nauczania…). Chyba że nauczyciel popraktykuje ze swoją uczennicą.

Więc po tygodniu obie z Kate się złamałyśmy, schowałyśmy głupią dumę do kieszeni i poszłyśmy na lekcje. Uzależniłam się już na pierwszej, będąc pod totalnym wrażeniem jak wiele można się nauczyć w ciągu godziny. Po kilku dniach uważałam, że całkiem nieźle mi idzie, zaklepałam sobie po dwie lekcje dziennie i wymogłam na właścicielu szkoły że się mną zajmie (Cesar zajebiście tańczy i jest świetnym nauczycielem, ale jest też cholernie leniwy i większość lekcji na poziomie podstawowym zwala na swoich pracowników). Pech chciał, że nasza lekcja przypadła po nieszczęsnej nocy kiedy Cesar uparł się że mnie wyrwie. By osiągnąć swój cel najpierw próbował mnie upić przeraźliwą ilością rumu z colą. Bezskutecznie. Następnie długo opowiadał mi historię swego życia, która była dość dramatyczna i wzruszająca, i żeby było ciekawiej to nawet prawdziwa, och i oczywiście po hiszpańsku, więc byłam z siebie wściekle dumna, jako że zrozumiałam spokojnie 95%. Kiedy to też nic nie dało, Cesar przystąpił do tego w czym jest najlepszy czyli do obtańcowywania mnie. Sęk w tym, że lokalna dyska na której byliśmy grała jakąś ohydną muzę, a mój nauczyciel miał już nieźle w czubie i jego technika taneczna stała się dość monotematyczna. Pojechałam więc do domu.

Następnego dnia Cesar miał swoją zemstę. Ustawił mnie do tańca z mym ulubionym nauczycielem Elvisem i po minucie przyglądania się zaczął krytykę głosem obrażonej primadonny: ‘Źle, absolutnie źle! Masz fatalny basico, a z fatalnym basico nie masz czego szukać w salsie’. I tak mniej więcej było ze wszystkim. Mam źle rozłożony ciężar ciała, fatalnie ruszam kolanami, biodrami też, mal, mal, mal!
– cholera czy ja niczego nie robię dobrze? – wybuchnęłam po pół godzinie,
- a co już nie chcesz mieć lekcji ze mną? – uśmiechnął się wielce z siebie zadowolony
– chcę – warknęłam, bo też i w ciągu tej totalnie upokarzającej pół godziny, z rozbawioną widownią rzecz jasna, nauczyłam się od cholery i ciut ciut. No i zaczęło się. Godzina ćwiczenia kroków, pasos i obrotów z Elvisem i godzina z Cesarem, który próbował wydobyć ze mnie tancerkę.
– słuchaj – oświadczył – gdybyś chciała nauczyć się podstaw dla zabawy to dałbym ci spokój, ale że chcesz naprawdę się nauczyć tańczyć salsę to musisz nauczyć się kontrolować swoje ciało w każdym calu.

Gnojek znęcał się nade mną równo. Tańczyłam ze szklankami wody na tacy na głowie, z szalikiem wiążącym jego szyję z moją, z zamkniętymi oczami, na krawędzi schodów, a także z rulonem papieru pomiędzy moimi biodrami a słupem. Co jakiś czas Cesar z lubością pokazywał mi też co i jak źle robię, a talent do parodiowania skubany ma.  Wydałam na te wszystkie atrakcje jakąś straszliwą ilość kasy (relatywnie do mego budżetu rzecz jasna) i były to jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w tej podróży he he.

Bo salsa nie dość że boska, to jak na taniec w parach nie aż tak trudna (dla osób które wcześniej tańczyły jest ponoć banalnie łatwa) i zostawia ogromne pole do popisu indywidualistom, którzy wystarczy że się trzymają rytmu 123pausa456pausa. (Acz wiele wody w rzece upłynie zanim się odważę na własny styling)

Poza samym tańcem podoba mi się też całe zaplecze. Instruujące kobietę, że jej zadaniem jest dostosować się do mężczyzny, do jego rytmu (nawet jeśli koleś ma złe wyczucie rytmu to laska musi tańczyć tak jak on!), umieć odczytać z dotyku rąk, czego on od niej oczekuje i po prostu zdać się całkowicie na niego. Sztuka totalnie nierealna w życiu hehe, jest regularnym wyzwaniem i odświeżającą nowością w tańcu. Być może dopóki będą tańczyć, mężczyznom w Ameryce Południowej uda się uniknąć konsekwencji feminizmu;)

PS. Jednym z ulubionych obrazowych przykładów mających pomóc mi zrobić sobie klika w głowie i zapomnieć, że jestem laską samodzielną i niezależną (na czas salsy li tylko) był tekst : „Kasia, ty jesteś jak samochód, a mężczyzna z którym tańczysz jest jego kierowcą. Masz jezdzic tak jak on cie prowadzi”. Śliczne, czy nie?;)

PS2 I ok., przyznam się do tego głośno, ja tam lubię kulturę macho. Facetów którzy nie boją się ani kobiet ani własnego cienia, którzy są silni, zdecydowani i pewni siebie. Claro, że nie da się z nimi absolutnie żyć na dłużej, ale na występach gościnnych zabawa jest przednia;)


Martin bez wątpienia kocha ryzyko i życie na krawędzi. Gdyby było inaczej czy wylegiwałby się namiętnie każdego dnia dokładnie pośrodku wąskiego przejścia do schodów? Co z tego że zaraz obok jest odręcznie wymalowany znak drogowy z odpowiednim rysunkiem i napisem „Iguana Crossing”, skoro cholerny Martin sam się pcha pod nogi? Żeby nie było, jako fanka jaszczurek wszelakich, kocham Martina z całego serca, i nawet udaję że nie widzę kiedy próbując uprawiać wspinaczkę wysokogórską niszczy troskliwie przez Ludwiga pielęgnowane rośliny. Ale mam przez cholernika paranoję niezłą, że go doszczętnie pozbawię ogona. Który wcale nie jest jakiś wypasiony, jako że w dzieciństwie Martin został napadnięty przez Bruna (baardzo duży pies, rasy mi nieznanej, jak większość ras zresztą, może poza jamnikiem i Lassie), a rok temu jeden z hostelowych gości dokończył robotę sprzed lat i teraz ogon Martina ma dwa centymetry pozbawione totalnie skóry i ciała prawie do kości, co wygląda dość traumatycznie. Całe szczęście że po zachodzie słońca Martin oddala się do swego ulubionego legowiska na jednej z doniczek, bo gdyby zostawał w tym przejściu, to po jednej nocy zostałby z niego zielony parkiet.

Wróćmy do Bruna. Wygląda groźnie, a nawet bardzo groźnie, przynajmniej pod kątem rozmiaru. Ma białą sierść i wielkie, czarne, bardzo smutne oczy. Przypomina skrzyżowanie psa z kreskówki z psychopatycznym zabójcą. Przyznaję, że to drugie skojarzenie może być pod zbyt mocnym wpływem całego hostelu i wszystkich masek z Krzyku, przeraźliwych rysunków, kukieł potworów itd. Przy całym swym wyglądzie i otoczeniu Bruno jest stworzeniem łagodnym, które na widok każdego człowieka rozwala się na plecki nadstawiając bebzol do drapania. Jedyną istotą której Bruno nie darzy sympatią jest Martin. Ze wzajemnością.

W wielkim akwarium pływa samotna ryba, zwana Frankenfish. Ryby są nudne więc nic ciekawego o niej państwu nie powiem.

Była też tarantula, ale Ludwig ją niechcący zagłodził. Na szczęście.

Oprócz zwierzyńca hostel jest ozdobiony wspomnianymi potworami, w ilości nie pozwalającej nawet przez chwilę zapomnieć jaki jest motyw przewodni przybytku. Moim ulubionym elementem jest gumowy szkielet zawieszony na drzwiach do łazienki.

Najzabawniejsze jest to, że przy tej całej tematyce frankensztańskiej, jest to najbardziej domowy i przytulny hostel w jakim byłam.

Chociaż nie. Najzabawniejsze jest to, że to odjechane, zajebiste miejsce jest prowadzone przez uwaga, uwaga – Niemca! I tu moja teoria, że Niemcy nie mają za grosz poczucia humoru ni fantazji, i są sztywni i beznadziejnie nudni, doznaje uszczerbku. (Ale umówmy się, to tylko wyjątek od reguły.) W każdym razie jestem w Ludwigu zakochana od pierwszego wejrzenia (czysto platonicznie), pomimo niemieckiego akcentu, niemieckiego radia i kilku narodowych przywar, z których 10 letni pobyt w Peru go nie wyleczył. A jeszcze bardziej jestem zakochana w samym hostelu Royal Frankenstein i najchętniej bym go odkupiła, ale mnie niestety nie stać.

PS. Hasło reklamowe hostelu brzmi:
„Cold, dark, gloomy rooms. German owned, what do you expect?”.
I jak go nie kochać?

PS2 Hostelu nie ma w LP, ale można go sobie wyguglować. Wszystkim wybierającym się do Cusco polecam.

Loki jest najprawdopodobniej najbardziej kultowym hostelem w Ameryce Południowej. Pierwszy otwarto w Cusco, w odnowionym przez expatów zabytkowym budynku, który ponoć był w totalnej ruinie. Dzisiaj Loki ma również filie w Limie i La Paz i ma sporo wspólnego z Indiami. Albo się go kocha albo nienawidzi.

Loki słynie przede wszystkim z imprez. Dlatego uważam za idiotów wszystkich którzy narzekają, że w nocy było głośno i nie dało się spać. A czego się do cholery spodziewali w bekpakerskiej imprezowni? Wielu klientów Loki spędza w nim dni lub tygodnie, nigdy nie poznając okolic, bo w Loki jest wszystko. Łącznie z tym co najważniejsze, znaczy się barem.

Loki zbiera mocną krytykę za odbieranie chleba tubylczym małym hostelom. Coś w tym jest, jako że Loki w Cusco ma bodajże 140 łóżek, które zawsze są zajęte. Ciężko się jednak czepiać właścicieli, że mieli farta i biznes się okazał kurą znoszącą złote jajka. Zwłaszcza że cen bynajmniej nie mają dampingowych.

Rozważając za i przeciw, bladym świtem, pierwszego dnia w Cusco, postanowiłam sprawdzić magię Loki na własnej skórze. W tym molochu, poza sezonem, kiedy większość miejsc świeciła pustkami, nie było ani jednego wolnego łóżka.

Tak trafiłam do ubogiego krewnego Loki czyli Pirwa Backpackers. Też imprezownia, też wielosobowe dormitoria, tylko większy bajzel i syf. Mój plan zakładał, że w hostelu poznam fajne imprezujące towarzystwo do wspólnego podbijania Cusco. Po pierwszej nocy okazało się że najbardziej imprezującą osobą w dormitorium jestem ja, a chłopcy z którymi dzieliłam sypialnię nie mogli się nadziwić dlaczego spędziłam noc bawiąc sie na miescie, zamiast pić z nimi w hostelowym barze. Jak do tego zaczął mnie rwać jeden koleś co non stop pociągał charakterystycznie nosem i miał natręctwa, z których najbardziej upierdliwe polegało na nieustannym wspinaniu się na jego piętrowe łóżko i schodzeniu z niego (a ja miałam niewypowiedzianą przyjemność zajmować parter tego łóżka), odechciało mi się bekpakerskich imprezowni na czas dłuższy. I wybrałam się na poszukiwania idealnego hostelu.

Po pół dnia szwendania się po Cusco i zapoznaniu się z połową jego bazy noclegowej, z żalem zaakceptowałam konieczność przeproszenia się z Pirwą (na marginesie, Pirwa też ma sieć, i pozstałe filie mają zupełnie inny charakter). Wracając zmęczona do hostelu, dosłownie dwie uliczki wcześniej, przypadkiem wpadłam na moje przeznaczenie. Royal Frankenstein.
cdn

Jezioro Titicaca, które jak błędnie nauczano niegdyś w polskich szkołach, miało być najwyżej położonym jeziorem na świecie, wygląda jak morze. Ma przepiękny, nasycony, niebieski kolor przypominający Adriatyk. Dookoła zielono brązowe góry, a pośrodku mnóstwo górzystych wysp. Z jednej z nich, Isla Del Sol, jest boski widok na pasmo ośnieżonych sześciotysięczników, hen w oddali wyrastających nad jeziorem. Które, upierdliwie podkreślę to jeszcze raz, wygląda dokładnie jak morze. Takie dość spokojne, ale morze. Czy płynąc przez nie motorówką, czy jadąc przez ileś godzin wzdłuż jego brzegu autobusem, ciągle musiałam sobie przypominać, że ten ogrom, ta przestrzeń to słodka, śródlądowa woda.

Titicaca, wyspy i okolice są tak bajecznie piękne, że aż się prosi by zostać tam dłużej. O ile nie wyniosło się wrednej grypy z Cusco. Pomijam, że moja aklimatyzacja z Huaraz poszła się bujać, jako że Cusco jest na wysokości niewiele powyżej dwóch tysięcy metrów. Sama wysokość na której jest Titicaca (3 800) jeszcze by mnie tak nie wykończyła. Również pieruńskie zimno. Na Santa Cruz było i wyżej i zimniej. Niestety oddychanie prawie cztery kilometry nad poziomem morza przy totalnie zatkanych drogach oddechowych okazało się masakrą. Na Isla Del Sol, w przepięknych okolicznościach przyrody spędziłam jedną z najgorszych nocy w życiu, dusząc się od kataru i z braku tlenu. A w ciągu dnia ledwo byłam w stanie wejść na dość skromną górkę. Przebywanie na osłabiających wysokościach to temat wciąż dla mnie nowy i ciągle testuję swoje możliwości. Które w przypadku jakiejkolwiek choroby czy gorszego samopoczucia są żadne. Dlatego z Titicaca zwiałam następnego dnia do Soraty, która położona ponad kilometr niżej, pomiędzy zielonymi górami, jest idealnym miejscem (jak na Boliwię of korz) by dojść do siebie.

Miasteczko jest maleńkie, nieco zapyziałe, pełne wąskich uliczek na których z trudem wymijają się dwa pojazdy i urocze. Dookoła mnóstwo opcji trekingowych i wspinaczkowych, które w ramach grypy ignoruję. Jak na zadupie to miejsce jest całkiem imprezowe. Z reguły takie wiochy od 20ej są martwe. Tymczasem Sorata w środową noc tętni muzą (kiepską) wymieszaną z przepitymi głosami. No ale jeśli każde almuerzo (najtańszy zestaw lanczowy) jest serwowane z piwem… Chyba że to ciąg dalszy imprezy sprzed kilku godzin. Późnym popołudniem pod kościołem zgromadził się niezmiernie elegancki tłum (nawet Indigenas odziały się w wieczorową wersję swych tradycyjnych strojów), który posypywał swe głowy białymi płatkami i wręczał sobie nawzajem identycznie wyglądające prezenty (głównie komplety naczyń, sprzedawane na stoiskach dookoła). Dziewczęta odziane w czarne garnitury miały przyczepione do piersi banknoty o wysokich nominałach. Szwendałam się wśród tego tłumu przez pół godziny próbując odgadnąć o co chodzi. W końcu, zainspirowana grubą warstwą śnieżnych płatków pokrywającą zarówno ulicę jak i włosy i meloniki uznałam że to jakaś tradycja przedświąteczna. Dawno mi tak nie opadła szczęka jak gdy się dowiedziałam, że w taki sposób w Boliwii celebruje się ukończenie colegio…

Tęsknię za Cusco. Tęsknię jak cholera. Za miastem. Za otaczającymi je górami z wyhaftowanym w polu gigantycznym napisem ‘VIVA EL PERU’. Za lekcjami salsy, na które wiecznie leciałam spóźniona, łąpiąc po drodze collectivo na Av de Cultura. Za cowieczorną sesją salsy w Mythology. Za świetlistymi, trójwymiarowymi chmurami, zawsze upiększającymi niebo. Za czerwonymi dachówkami pokrywającymi całe miasto widziane z San Blas. Za ukochanym hostelem Royal Frankenstein (jak sama nazwa hi hi wskazuje, miejsce niezwykłe i zasługujące na osobną notkę). Za wszystkimi z którymi się zakolegowałam i zaprzyjaźniłam w ciągu dwóch tygodni. Aż byłam zaskoczona ostatniego dnia, z jak wieloma osobami było trudno się pożegnać, z jak wieloma wymieniałam uściski, podziękowania, suerte i cuidate.

W Cusco łatwo się wsiąka. I niemal niezauważalnie. Aż się w końcu z żalem wyjeżdża, a potem ze zgrozą czuje zżerającą każdego dnia tęsknotę. I teraz jakieś kilkanaście razy dziennie rozmyślam nad rudą Angolką od roku pracującą w Cusco i nad zapewnieniem Marity, że jeśli będę chciała pomoże mi znaleźć pracę w jednej ze znajomych agencji turystycznych. Na razie to nic więcej niż szalona myśl, ale, ale, sezon się zaczyna akurat miesiąc po tym jak skończę pracę w Brazylii więc może… Może Ludwig wiedział co mówi, gdy bez żadnych wątpliwości oświadczył na pożegnanie: ‘see you soon’.

enamorada

1 komentarz

Teoretycznie nie powinnam być aż tak zakochana w Cusco. Ba, ja w ogóle nie powinnam być zakochana, bo przecież nie znoszę turystycznych miejsc. A Cusco, dawna stolica Inków i najdłużej nieprzerwanie zamieszkane miasto w Ameryce Południowej, dziś jest we władzy turystów. To od nich zależy być czy nie być tubylców i ekspatów. Tych ostatnich jest sporo i dlaczego mnie to wcale nie dziwi; niestety jak usłyszałam cenę za metr2, od razu przestałam się zastanawiać czy mogłabym żyć daleko od morza.

Tzw Centro Historico jest idealnie wyważone. Kamienice i brukowane uliczki są wypieszczone, ale daleko im do sztucznej i landrynkowej świetności Cartageny.  Co krok jest coś dla turysty (hotel, restauracja czy sklep), ale na Starówce żyją i bawią się również lokalesi. Każdego dnia gdy przechodzę przez Plaza de Armas idąc na lekcję salsy, zapiera mi dech w piersiach z zachwytu. Powala mnie przepastna całość, obramowana gigantycznymi katedrami o ceglanym kolorze, jak i szczegóły, takie jak drewniane wąskie balkoniki z wciśniętymi kawiarnianymi stolikami. Labirynt uliczek jest mi coraz bardziej znajomy, ale ciągle mam spore połacie do przyswojenie, zwłaszcza te leżące na wzgórzach, nie wyrabiam po kilku godzinach salsy dziennie.

Sklepów są tysiące i o dziwo nie wszystkie z turystycznym śmieciem. Cusco jest stolicą dizajnerskich ciuchów z alpaki. Alpaka to zwierzę z gęby przypominające owcę, ale postury lamy. Zarówno lamy jak i alpaki szwendają się stadami po Andach bo dobrze im się żyje na wyskościach. Lamy moim zdaniem są bez porównania piękniejsze (no dobra, przyznajmy się, mam regularnego fisia na punkcie lam), ale to wełna z alpaki uchodzi za tę najwyższej jakości. Już w Ekwadorze większość Indigenas zapewniała, że te rękawiczki czy skarpet y które macasz są z alpaki, ale to taka sama alpaka jak paszmina w Indiach za sto rupii. Za to w Cusco naprawdę można stracić fortunę na przepiękne stroje z prawdziwej alpaki. Niebiosom dziękuję, że za miesiąc będę znowu w gorących klimatach więc mam silną motywację by się od nich trzymać  z daleka. I zamiast kupić sobie jak Kate przepiękną czapkę za 100 soli, nabyłam odpowiednio skromniejszą za 10…

Są miejsca gdzie tysiące hoteli, knajp i wyszukanych sklepów są okropne i odstraszają. W Cusco nic nie przeszkadza. Nawet tabuny Indiańskich dziewczynek biegających w tradycyjnych strojach z kilkumiesięczną alpaką pod pachą by tym zestawem kusić kretynów którzy za jednego sola trzepną sobie pamiątkowe zdjęcie z Cusco.

koka

Brak komentarzy

Kraje które słyną z uprawy koki i produkcji kokainy, na pierwszy rzut oka wydają się mieć dość zdrowe podejście do sprawy. Hodujemy, produkujemy i eksportujemy. Ale sami nie bierzemy.

Zwłaszcza w Kolumbii do noska biorą przede wszystkim turyści. Wśród lokalesów branie koki jest  z reguły uważane za towarzyskie faux pas, ze względu na gigantyczne straty ekonomiczne i psychiczne do jakich ten narkotyk tam się przyczynił.

O ile jednak kokainy się nie tyka, to liście koki mają tysiące zastosowań. Od zaparzania ich na wzmacniającą i odświeżającą herbatkę (zwłaszcza polecaną na chorobę wysokościową) na czekoladkach i ciasteczkach skończywszy. I bynajmniej nie należy ich kojarzyć z wyrobami typu ‘happy’. Liście koki mają mnóstwo różnych zdrowych składników, ale nie zapewniają żadnego haju. Za to wspomagają zmęczony organizm i wszyscy trekujący po Andach żują liście. Acz wielu tylko raz na spróbowanie jako że liście są dość gorzkie.

Ciekawostką jest że tak pożądana roślina (zarówno przez tubylców jak i westernersów, acz z różnych powodów) rośnie bujnie niczym chwast. W Kolumbii, w górach Sierra Nevada było sporo inspirowanych przez USA akcji typu ‘zamiast kokainy hodujmy kawę’. Tyle że kokę pryskało się truciznami a ona nadal rosła, a kawa w ogóle nie chciała się przyjąć w tamtym klimacie. A jak już się przyjęła to dawała plon tylko raz w roku i to o ile się przy niej skakało i chuchało. Tymczasem przy koce nie trzeba robić kompletnie nic i rośnie jak na drożdżach, a zbiera się ją kilka razy w roku. Nie dziwota że tubylcy mają w dupie uprawę kawy. Poza tym lokalesi w Ekwadorze, Peru i Boliwii używają liści koki każdego dnia i uważają naciski z zagranicy by zdelegalizować hodowlę koki za naruszanie ich wolności. Ich zdaniem rządy USA czy Europy powinny poradzić sobie z problemem na swoim podwórku a nie na cudzym.

PS. A w Cusco, zaraz przy Plaza San Blas jest fantastyczny sklepik w którym można kupić przepyszne czekoladki i brownie z koką. Na wagę lub fikuśnie opakowane w sam raz na prezent z Peru. Tyle tylko, że ja nie mam żadnej szansy dowiezienia tych pychotek w stanie nienaruszonym he he.

formalnosci

1 komentarz


nie wiem co sie dzialo ze strona blog.pl ale w Peru nie ladowala sie przez prawie tydzien. jako ze przed chwila uprzejmie sie zaladowala wiec ponizej dwie nieaktualne notki a wkrotce moze wiecej, jako ze mam znow motywacje by pisac. inspiracje tez, jak zawsze i tylko czasu brak. W Cusco duzo sie dzieje:)


  • RSS