Zaniemowiłam na te kilkanaście dni, i przez Cusco, i przez Katarzynkę, i rzecz jasna przez salsę. A także przez kogoś kto na onecie polecił tę stronę i nagle mi w jeden dzień weszło tu 7 tysięcy ludzi. Wszystko pięknie, ale mnie takie liczby lekuchno stresują. Na szczęście z tych tysięcy prawie nikomu się nie podobało więc witam wszystkich w tradycyjnym, intymnym hy hy gronie;).

Ostatnia noc w mythology pewnie byłaby bardzo smutna gdyby nie tłum brazylejros, których obecność przypomniała mi, że nie opuszczam stolicy Inków dla byle czego.

Trzy doby w autobusach do Buenos Aires były traumą, a opóźnienie wyniosło skromne 9 godzin. Zamiast miejscówki typu łóżko miałam wąskie siedzenie którego oparcie rozkładało się o długość bardzo małej linijki, obiecywane posiłki wegetariańskie okazały się być herbatnikiem sztuk jedna, a na granicy Boliwia-Argentyna we wszystkich kolejkach w sumie odstaliśmy (w deszczu) równe pięć godzin (liczbowo – 5. Nie, nie przesadzam). W przyszłości na tej trasie zainwestuję w samolot.

W Buenos Aires, jak na Rudą przystało, zamiast na tango poszłam na salsę. Młodzi i przystojni mężczyźni obserwowali mnie z daleka (banda kmiotów), za to obtańcowały mnie wszystkie stare dziady. W tym jeden pan wyglądający dokładnie jak mój 85letni dziadek, pomijając fakt, że mój dziadek jest dwa razy wyższy. Pan w trakcie tańca nieporzerwanie gapił się dokładnie na przeciw, czyli w moje cycki. Im dłużej się gapił tym jego oczy bardziej przypominały spodki, a na czole perlił się gęsty pot. Pomimo tego moje obawy, że pan mi zaraz zejdzie na zawał, były na szczęście bezpodstawne, jako że dziadek był jednym z najlepszych tancerzy z jakim salsowałam w życiu. Takie bezbłędne wyczucie rytmu i umięjętność prowadzenia partnerki to chyba tylko znam u Cezara. Pan robił w klubie za żywą legendę i kilka tańców z nim poczytuję za zaszczyt, acz zapewne wyglądaliśmy komicznie.

Zaległości blogowe mam kosmiczne, sięgając jeszcze do grudnia i Boliwii, ale nie mam pojęcia kiedy je nadrobię, bo jutro jadę do Brazylii (błagam ludzie trzymajcie kciuki by ten serwis był lepszy niż cholerny Balut z La Paz, bo ja znowu mogę kopnąć jakiś słupek…), gdzie przez najbliższe 3 miesiące będę wykonywać pracę za najgorszą pensję w życiu. Ponieważ życie ma poczucie humoru więc perspektywa tej pracy napawa mnie bez porównania większą radością niż jakakolwiek inna przez ostatnie 10 lat. Pieniądze to nie wszystko kochani hy hy, acz przyznaję że na mą postawę duży wpływ mają boskie plaże, boskie fale i boscy mężczyźni do których będę miała dostęp (niemal) w ramach wykonywanych obowiązków. Za to nie mam pojęcia czy będę miała dostęp do internetu. Tyle a propos nadrabiania zaległości.

PS I na koniec najważniejszy nius dnia – przymierzyłam dziś pierwszy raz od jakiś 8 lat buty na obcasie. Szpilki, zaprojektowane do tanga. I jutro mam akurat kilka godzin przed odjazdem na podjęcie decyzji czy chcę je sobie kupić do tańczenia salsy… bekpakerka psia mać…