rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2009

Praca w hostelu w Cusco jest najprawdopodobniej najfajniejszą pracą jaką kiedykolwiek miałam. I bez wątpienia najgorzej płatną. Za pięć godzin dziennie udawania, że moja biała facjata do czegoś się przydaje na hostelowej recepcji, dostaję łóżko, śniadanie i 4 sole na lancz. Wychodzi jakieś 5 zeta na godzinę.

W pracę wliczone jest wyśmienite towarzystwo, zarówno współpracujących jak i zmieniających się nieustannie gości. W ramach obowiązków służbowych mam wgląd do danych osobistych pasageros, co jest wielce przydatne w co przystojniejszych, acz nader często małoletnich przypadkach.

Szefostwo mnie uwielbia (oddziedziczyłam to po Katarzynce) i non stop zawraca dupę tysiącem pytań co jeszcze można w hostelu udoskonalić. Więc my z Felwą grzecznie informujemy ich o wszystkich niedociągnięciach, panowie kiwają głowami i dziękuję, po czym nic się nie zmienia. Witamy w Peru.

 Główny boss, który jest przemiły i prześmieszny wygląda jak skrzyżowanie wołomińskiego mafioza z cinkciarzem i nazywa mnie chinchi-loca. Drugi boss jest wzrostu siedzącego psa i ma ewidentną miętę do Katarzyny,  która to niecnie wykorzystuje i zaprzęgła go do reperowania jej zdychającego laptopa.

Mam super sztamę z laskami z recepcji. One ze mną praktykują hiszpański i wysyłają do łóżka kiedy dogorywam po zbyt długiej imprezie (idź Kasia, idź, jeśli Jose się zapyta gdzie jesteś to powiemy że oprowadzasz gości), a ja pomagam tłumaczyć co bardziej zawiłe kartki od kanadyjskiego narzeczonego i uczę podstawowych kroków salsy.

Cusco jest jednym z tych cudownych miejsc gdzie nie potrzebujesz kasy by się dobrze bawić. Wszyscy wolontariusze są bidakami, więc wspólnie chodzimy na bazarowe lancze po taniości, albo gotujemy. Tu głównym mistrzem jest 20letni Brazylejro, którego obie z Katarzyną uwielbiamy z gorącą wzajemnością. Chłopak gotuje jak anioł więc mamy nieustanne tabuny sępów i z szybkiego lanczu robią się kilkugodzinne posiadówy w kuchni plus wcześniejsze dwie godziny zakupów. I nagle z hostelu zrobiła się regularna rodzinka.

Co prawda nie stać mnie już na prywatne lekcje salsy, ale po starej znajomości zostałam zaproszona na grupowe za darmochę. Przetańczyć całą noc też można za friko, jako że żaden klub (oprócz tych gdzie chodzą tylko lokalesi) nie czardżuje za wejście, za to ciągle się dostaje darmowe drinki (acz o ich jakości to kiedyś będę musiała popełnić osobną notkę). Poza tym salsa nie idzie w parze z alkiem.

Nasza pracownicza sypialnia jest najcieplejszym i najprzytulniejszym pokojem w całym hostelu. W dodatku wszyscy pracujemy w różnych godzinach więc nigdy nie jest tłoczno.

Jasne że praca w hostelu ma swoje wady i bodajże najgorsze jest nieustanne żegnanie się z dopiero co zaprzyjaźnionymi osobnikami. O ile we wspominanym wcześniej hostelu w Brazylii powoli zaczynałam łapać doła od tych rozstań, to tutaj jest to na luzie do przełknięcia. Obok mnie jest Katarzynka oraz nasz brazylijski syn. A w Mythology tabuny salsowych znajomych. Cusco jest jak kiedyś Goa.

Chyba wyślę kartkę z podziękowaniami do Osmara, że mnie zwolnił. Po raz kolejny w życiu mam time of my life.

PS A najbardziej mnie bawi fakt, ze to ten sam hostel z którego uciekłam po dwóch dniach trzy miesiące temu.


Czasami zdarzają się sytuacje które wydają się być przeznaczeniem.

Moja praca w Brazylii dokładnie tak się zapowiadała. Znalazłam ją w ciągu dwóch spędzonych na necie godzin, niemal zaraz jak sobie wymyśliłam, że fajnie by było zlądować w Brazil na kilka miechów po wykończeniu podróżniczych funduszy. Hostel w dżungli, kilka minut od białych plaż, prowadzony przez parę byłych hipisów, którzy podróżowali przez 25 lat, nauczyciele yogi i wegetarianie, przypadliśmy sobie do gustu mejlowo i telefonicznie natychmiast. Oni potrzebowali kogoś takiego jak ja do pomocy w prowadzeniu hostelu dokładnie w tym samym czasie kiedy ja potrzebowałam pięknego miejsca do zakoczowania by pouczyć się portugalskiego, poćwiczyć serfa i odświeżyć opaleniznę przed powrotem do Europy. No ideał proszę państwa. Albo przeznaczenie.

Tylko że czasami sytuacje które wyglądają jak przeznaczenie okazują się być nie przeznaczeniem tylko zwykłą dupą.

A byli hipisi i yogini bywają bardziej pazerni na kasę niż Citibank. (Który stosuje takie przeliczniki, że na każdej wypłacie kasy zagranicą tracę ok. 15% wypłacanej kwoty. Odkryłam to kilka tygodni temu i prawie zeszłam na zawał wyliczywszy sobie że zdziercy w ciągu ostatnich 10 miesięcy zabrali z moich oszczędności ponad 1 500 USD, słownie tysiąc pięćset. Całkiem zgodnie z prawem.)

Ale na Citibank pobluzgam więcej przy innej okazji (na marginesie jak ktoś ma przećwiczony bank który jest przyjazny zagranicznym wypłatom i oferuje kartę do konta inną niż visa electron to proszę o rekomendacje).

Za to na ex-hipisów nie będę bluzgać ani w przyszłości ani nigdy. Nie chce mi się. Zrobili mnie w huja jak rzadko, w wyjątkowo nieelegancki sposób, ale nigdy nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

Bo powrót do Cusco okazał się być jeszcze lepszy niż poprzedni. Bo nie ma chwili by mnie nie rozpierała radość, że jestem właśnie tu. Bo lepiej mi idzie salsa niż serfing. Bo Cusco jest bo prostu genial. Wymawiane przez ‘h’ a nie ‘ż’. I dobrze, w końcu od początku hiszpański wchodzi mi dużo lepiej niż portugalski.

…i wlasciwie cholera wie dlaczego. Niby brazylejros na poludniu maja tak samo wyjebane na wszysko jak ich polnocni pobratymcy, tak samo ignoruja wszelkie mozliwosci zarobienia kasy jesli koliduja one z najdrobniejszymi przyjemnosciami w zyciu, jak na przyklad popoludniowe bujanie sie w hamaku. Budki telefoniczne oi 31, jak pol roku temu przypominaja mi ze ciagle mam gdzies w plecaku nie wykorzystana karte. Opalanie sie topless rownie niedopuszczalne, choc dol bikini sklada sie z trojkata z przodu i nitki z tylu (to najbardziej niekonsekwentny narod swiata), mezczyzni przystojni i nawet forro sie czasem da uslyszec. Ale to nie to. Czegos caly czas brakowalo i to nie byla salsa. W kazdym razie nie tylko.

Wiec jak sie Ruda dowiedziala ze ma pakowac manatki i spadac ze dwora to przyjela to z zadziwiajacym spokojem. I gdzie dziewce postanowilo sie przeniesc? No, brawo, oczywiscie ze do Cusco hy hy.

Wczoraj wieczorem zaczelam moja mniej wiecej tygodniowa przeprawe przez pol kontynentu, na razie polprzytomnym okiem (po zarwanej nocy w autobusie) spogladam na Sao Paulo, a za godzine kolejny odcinek, tym razem 24h do Corumby.

 W tym roku wszystko co mialo byc takie zajebiste jak na raie okazuje sie byc mniejszym lub wiekszym niewypalem. Jest to rowniez rok w ktorym w styczniu wyrobilam dawke autobusowa za nastepne 10 lat. Moze pozniej bedzie lepiej. a tymczasem.. fajnie jest wracac do Cusco:)


  • RSS