rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2009


Czasami zastanawiam się czy nie lepiej by było zostać w Mancorze do końca. Z każdym dniem podoba nam się coraz bardziej, pogoda jest absolutnie genialna, z nieustannym słońcem i rześką bryzą, i nawet ocean ma temperaturę pozwalającą na zanurzenie więcej niż kostki bez nieodwracalnego uszczerbku na zdrowiu. (Poza tym lodowata woda ujędrnia skórę – mantruję sobie przy każdym żabkowym zanurzaniu głowy). Doceniamy też dodatkowe atrakcje w postaci bujających się na falach serwerów (acz niestety w większości to lokalny kwiat wzrostu siedzącego psa) i śmigających z zawrotną prędkością w siną dal kajtowców (którzy mnie wkurwiają bo też bym tak chciała). No i, last but not least, ceviche, którym zażeramy się do nieprzytomności na śniadanie i lancz, korzystając z dobrodziejstw lokalnego marketu, gdzie całkiem przyzwoity talerzyk vale solamente dos soles. Na wszystkich stoiskach już nas znają i nawet mamy jedno zaprzyjaźnione gdzie dostajemy coraz bardziej szczodre porcje. (Nawet jak o tym piszę to dostaję ślinotoku na myśl o surowej rybce, marynowanej w soku limonkowym z cebulką i chili jutro na śniadanko mniam…)

Moje plażowe wcielenie obudziło się po mniej więcej dwóch dniach narzekania jak w tej Mancorze nudno i spokojnie mogłabym tu spędzić ostatni tydzień, leniwiąc się na plaży i rozkoszując się ciepłem, którego tak brakowało w Cusco. I tak łatwo by było stąd bez większego żalu wyjechać, zaakceptować zły los, który bezlitośnie nadchodzi wielkimi krokami…

Ale Andy wzywają. Nie wiem kiedy będzie proxima vez na Południowej Półkuli. Obiecuję sobie, że w przyszłym roku, ale to samo przyrzekałam ponad dwa lata temu na Goa. Wiem, że za kilka miesięcy wrócę na drogę, ale już nie wierzę we własne obietnice, gdzie ta droga będzie wiodła. I nie chcę spędzić ostatniego tygodnia na plaży, co z tego że pięknej i przypominającej mi nieco Pangandaran, kiedy obok są drugie najwyższe góry świata. Do Cusco nie wrócę teraz za chińskiego boga, bo nie wyjechałabym. Tyle wiem na pewno. Ale ukochane Huaraz? Śnieżnobiałe szczyty Cordillera Blanca dramatycznie wyłaniające się z zieleni i brązów okolicznych gór, na które się nie mogłam napatrzeć kilka miesięcy temu? Zanosi się na optymalne rozwiązanie wszystkich dylematów. Tylko jeszcze muszę przekonać Chewie, że bez kilkudniowego treku wizyta w Huaraz byłaby niekompletna i będzie git. A na razie bardzo, bardzo staram się nie myśleć o powrocie już za chwilę, o szukaniu pracy, wynajmowaniu mieszkania i innych życiowych niedogodnościach… Przeszłam przez to już dwa razy, to przejdę i trzeci.

Najfajniejszy w wyjeździe z Limy do Mancory jak na razie był autobus. Ze skórzanymi, mega wygodnymi, prawie na płasko rozkładającymi się siedzeniami. Plus miejscówki dające możliwość wywalenia nóg na mikrofalówkę pełną kubków z kisielem. Do tego na początku jazdy spożyłyśmy resztki wódki z poprzedniej nocy, dla niepoznaki przelane do plastikowej butelki po Żółtej Truciźnie (oficjalnie zwanej Cifrut) i podróż przez czas jakiś przebiegała wyśmienicie. Dopóki o 6ej rano nie wyrwano nas brutalnie z objęć najfajniejszego faceta na świecie, każąc nam doprowadzić siedzenia do pionu w celu spożycia śniadania. Chewie i ja od wyjazdu z Cusco żremy jak świnie, więc pomimo ohydnej pory dnia zajęłyśmy pozycje gotowe do przyjęcia pożywienia. Którym okazał się być cieniuchny plasterek sztuczkowego ciasta oraz pół kubeczka Inca Coli, która oprócz jadowicie żółtego kolorku, charakteryzuje się smakiem żywcem przypominającym oranżadę, znaną co bardziej podeszłym wiekiem czytelnikom z czasów komuny. Znaczy się niezły syf, w sam raz na zdrowe i ekologiczne śniadanko. Ciasteczko wchłonęłyśmy w sekundę, naiwnie traktując je jako zakąskę. Po pół godzinie niecierpliwego oczekiwania na huevos revueltos con pan dotarło do nas, że nic więcej nam nie podadzą. Tyle dobrego, że zamiast flecików żałośnie i przeraźliwie wygrywających na melodię hitu Barbry Streisand „Memory” puszczono film. Niestety z dziećmi i niestety z Ice Cubem, ale zapewniam że przy flecikach wszystko jest lepsze. Normalnie w autobusach w Am Pd puszczają z reguły swojską łupankę typu cumbia czy reaggeton, którą po roku na kontynencie znamy na pamięć i uwielbiamy, ale ten autobus robił chyba za posh i zapodano nam profesjonalną elevator music. A mi się może gust muzyczny popsuł w czasie podróży, ale nie aż tak.

No, a poza tym to dojechałyśmy do Mancory, serfowego raju Peru i po 10 godzinach już umieramy z nudów. Niestety po Cusco nasze standardy pod każdym względem są zawyżone i nigdzie nam się nie podoba. Ja to bym nawet wróciła do Cusco i wiem, że przekonanie Chewiego zajęłoby mi mniej niż 60 sekund. Tylko, że ja się poważnie boję, że jak teraz wrócę, to ja już więcej stamtąd nie dam rady po prostu wyjechać…


Choć wyjazd z Cusco złamał mi serce, to była to najlepsza decyzją, jaką mogłyśmy podjąć. Uświadomiłam to sobie dopiero wykręcając szyję w autobusie by zaliczyć ostatnie spojrzenie na moje ukochane miasto rozpostarte pod nami, głęboko w dolinie. Gdybym wyjeżdżała z Cusco mając w perspektywie już tylko lot do Europy to… Nie wiem czy bym się rzuciła ze skał, posypała głowę popiołem czy pochlastała nadgarstki. Może po prostu bym olała powrotny bilet i została. A tak towarzystwo ukochanego Chewie no1 oraz plany na następne 3 tygodnie pozwoliły dojrzeć światełko w tunelu. Ale i tak jakieś sto razy dziennie bawię się myślą, że mogłabym jeszcze wrócić do Cusco…

A tymczasem zaliczyłam ponownie glebę próbując ujeżdżać gigantyczne wydmy w Huacachinie, jeszcze raz dorobiłam się zakwasów w ramieniu zaciskając kurczowo dłoń na barierce bugi prowadzonego przez szalonego Alfredo, a w Limie spotkałam się z Mr. Morze, który okazał się być tylko Mr. Może. Czasami powroty pomagają ustawić pewne sprawy w odpowiedniej perspektywie. I dobrze.

Have a good life.


Wago i Rodrigo są gdzieś w połowie drogi do Puno. A my z Katarzynką… w Cusco…
Gdyby płacono za ciągłe zmiany planów byłabym milionerką.

Wszyscy pytają się dlaczego, a to w sumie takie proste.

Byłam w Boliwii dwa razy i mi na razie styknie, to Peru jest moją miłością i w tym kraju chcę spędzić ostatnie tygodnie.
I jestem zmęczona zimnem, chcę wreszcie wygrzać tyłek na plaży. W Boliwii na to szanse, oględnie ujmując, znikome.
I brakowało kilku dni w Cusco, żeby się porządnie ze wszystkimi pożegnać, i ludźmi i miejscami.

I choć pożegnanie z Wago było zajebiście smutne, to obie wiemy, że podjęłyśmy najlepszą decyzję. W niedzielę spadamy na wybrzeże, jutro impreza pożegnalna z laskami z pracy, w sobotę z salseros. Ostatni łikend w Cusco zaczynamy dzisiaj. Chyba wreszcie jestem gotowa by stąd wyjechać.

Time to go.

1 komentarz

Kasia, it is time for us to go. – Wago ma 20 czy 21 lat, ale chwilowo brzmi jak 40latek po przejściach. Siedzimy na swoich łóżkach i patrzymy się na siebie ze smutkiem i ze zrozumieniem. – We have to leave Cusco. All of us.

I choć umieram na samą myśl o wyjechaniu z Cusco, to wiem, że ma rację. Za dużo tego. Za dużo imprez i szalonych nocy coraz częściej zlewających się w jedną, a przede wszystkim za dużo pożegnań. Owszem mamy siebie nawzajem i to zawsze pomagało przetrwać kolejne rozstania. Ba, umówmy się, często nawet nie było czasu by tęsknić za tymi, co wyjechali, bo już byli następni. Takie jest życie podróżnicze, takie jest życie hostelowe, a Pirwa to duży hostel i zawsze jest duży wybór. Ale w ostatnim tygodniu każde z nas straciło kogoś, kogo szczerze pokochało. Więc tym bardziej nie jesteśmy w stanie rozstać się ze sobą. Za kilka dni ruszamy w czwórkę srebrnym volkswagenem należącym do Rodrigo w kierunku Boliwii. Od wieków praktycznie nie mam kasy, a odkąd kupiłam sobie zły bilet do Europy, nie mam jej jeszcze bardziej. Pocieszam się, że Wago ma jej jeszcze mniej, więc damy jakoś po taniości radę. Nie miałam do tej pory okazji podróżować w Południowej Ameryce samochodem a towarzystwo Katarzynki i dwóch Brazylejros to najlepsza kompania ever, więc podróż zapowiada się nieźle. A potem jakieś 10 dni w Peru i koniec, czas śmigać do Polski. W każdym razie na chwilę.

A tymczasem obiecuję sobie, że nie zepsuję sobie ostatniego miesiąca na tym kontynencie tęsknieniem za tym, co było i mogło być. Życie jest zbyt krótkie by żyć przeszłością. Nawet najpiękniejszą.

W Peru Wielki Tydzień to naprawdę Wielki Tydzień. Począwszy od Niedzieli Palmowej, uliczki i lokalne bazary są obsadzone stoiskami sprzedającymi świąteczne wypieki, a przez miasto każdego dnia przetaczają się wielobarwne pochody i procesje, jedno wielkie szaleństwo. Niektóre pochody są religijne, do złudzenia przypominające polskie, z nawet tymi samymi pieśniami. Inne całkiem świeckie, z tańcami wykonywanymi przez laski w kolorowych, mocno skąpych czasem ciuchach, czy też przez kawalkadę peruwiańskiej wersji lajkoników, czyli lajkrowików. Największy czad był w Wielki Poniedziałek, kiedy zamknięto całą starówkę dla ruchu samochodowego i ludzkość z całego miasta się zeszła, by obchodzić rozpoczęcie Wielkiego Tygodnia. Nigdy w życiu nie przebywałam w tak wielkim tłumie. Całe centrum było szczelnie wypełnione ludźmi, na pewno kilkudziesięcioma tysiącami, a może ponad stoma. Przejście przez Plaza de Armas zajęło mi ponad godzinę. Atmosfera była duszna i magiczna. Procesji nie udało mi się dojrzeć, acz dobiegały dźwięki bębnów i trąb. Na Plaza San Francisco kilkadziesiąt zaimprowizowanych stoisk sprzedawało ryż na mleku z gorącą, kisielopodobną mazią, czyli tradycyjną na ten dzień roku potrawą.
 A w Wielką Sobotę Peruwiańczycy mają uroczysty lancz, na którym obowiązkowo musi się pojawić 12 potraw.
Same, same but different.


Wiem, że powinnam pisać więcej. Choćby po to by później nie żałować, że z pamięci umknęły co fajniesze szczegóły. O tylu zajebistych miejsach, ludziach i historiach już bym nie pamiętała gdyby nie ten blog.

A w Cusco cały czas dzieje się coś wartego zapamiętania na nudną i coraz mniej odległą starość.

La Guerra de Agua, prawie dwa miesiące temu, czyli Karnawał w Cusco. Tysiące litrów wody, najpierw skrupulatnie umieszczane w pistoletach, balonach i wiadrach, a później równie skrupulatnie wylewane na bliźnich. Taki polski śmingus-dyngus, tylko dużo bardziej kreatywny i intensywny, dodatkowo urozmaicony sprayami z białą pianą. Silny zestaw gringo z naszego hostelu wydał bitwę na śmierć i życie lokalnej społeczności i chyba nawet wygraliśmy, acz po kilkugodzinnej bieganinie po mieście w mokrych ciuchach większość z nas nabawiła się przewlekłej grypy. Choć był to jeden z najzabawniejszych dni w moim zyciu, to gdy tydzień później były poprawiny, postanowiłam nie opuszczać hostelu.

Ze dwa tygodnie później było zakończenie sesji egzaminacyjnych uniwersytetu. Przez cały dzień po mieście przewijały się parady studentów odzianych w wielkolorowe tradycyjne ciuchy, wykonujące różne tańce i popychające gigantyczne figury symbolizujące ich przyszłe zawody. Moją ulubiona była wielka i ohydna, pomarańczowo niebieska statua pielęgniarki z wyszczerzonymi jak przy ataku padaczki zębami.

Tak co drugą niedzielę na Plaza San Francisco czyli dokładnie pod naszym hostelem budują małą scenę, na której odbywają się występy taneczne i śpiewne. Czasem jest to zwiewne dziewczę, ale częściej grube babsko w kolorowej kiecce do kolan na krynolinie, które ohydnie drze ryja. A kolesie którzy tańczą obok niej przypominają paralityków. Pomimo żenującej jakości występy zawsze gromadzą mały tłumek dość znudzonych widzów.

Ostatnio z kolei było jakieś święto Cusco (cholera wie jakie, moje koleżanki z recepcji też nie wiedziały. Peruwianos co najmniej raz w tygodniu mają jakieś święto). Jak zwykle pochody, tradycyjne szmaty i tańce (nawet niezgorsze), dziki tłum ludzi, scena z zadaszeniem z której wygłaszano nużące przemówienia oraz najciekawszy punkt programu czyli drewniany pojazd z dziadami rozdającymi jakiś napój wyskokowy, z których jeden co minutę cherał jak stary gruźlik, udając że się zakrztusił. Śmiałyśmy się jak głupie wraz z lokalesami. Być może za długo przebywam w Peru…

PS. Właśnie jak miałam wstawiać tę notkę obok hostelu przetoczyła się wielka procesja z osłem, wymachująca żółtymi balonami oraz liśćmi palm. Znaczy się Niedziela Palmowa a la Peru.

PS.2 Nic nie przebije Sylwestra, kiedy na Plaza de Armas zgromadziło się kilka tysięcy osób przyodzianych w żółte piankowe kapelusze, żółte plastikowe okulary, których ‘szkła’ były zerami a po bokach miały 2 i 9 (dla tych co mają kaca i nie myślą, oraz dla tych co nigdy nie myślą, niezależnie od poprzedniej nocy – okulary przedstawiały Nowy Rok 2009) oraz różne żółte części garderoby. Całe miasto było obwieszone żółtymi balonami, girlandami i flagami, jako że wedle Peruvianos kolor żółty przynosi szczęście i przy takich okazjach należy go mieć wszędzie dookoła oraz na sobie. Przez całą noc straszliwie lało, jako że był to środek pory deszczowej, ale ulewa nie powstrzymała nikogo przed rzuceniem się równo o północy do rączego kłusa dookoła placu. Zrobienie kilku kółek ponoć również gwarantuje szczęście. Kiedy o 6ej czy 7ej wracałam wraz ówczesnym amantem z imprezy u Cezara, na przemian rzucając się na szyję obcym ludziom z okrzykiem „Prospero Año Nuevo!” lub przyjmując takie same objawy uczuć od nich, Plaza de Armas wyglądała jak żółte pobojowisko, a balkony klubów były ciągle pełne nawalonych tańczących ludzi, i oczywiście żółtych balonów.

W centrum każdego peruwiańskiego miasta, miasteczka, jak i zabitej dechami wiochy leży Plaza de Armas. Ułatwia to nawigację podróżnikom, no i można się w ciemno umawiać w następnym mieście na Placu Broni, bo na pewno będzie.

Cuscowy główny plac jest ogromny, obramowany ciągiem białych, postkolonialnych kamienic, z łukowatymi arkadami na parterze (jakże przydatna przestrzeń do socjalizowania się po nocach, zwłaszcza tych deszczowych) i drewnianymi wąskimi balkonikami na piętrze. Nad placem króluje ogromna, ceglana katedra, do której prowadzą szerokie schody – ulubiona miejscówka do wygrzewania się na słońcu, podziwiania widoków i obserwowania masy ludzkiej.

Aby wytrwać na schodach należy mieć odporny na ucisk kamienia tyłek oraz słuchawki na uszach. To jedyny sposób by przetrwać kawalkadę naganiaczy oferujących papierosy Che Guevarra, szmaciane lalki, pacynki na palce oraz ohydne obrazki – un sol, solo un sol. A i tak najgorsi są młodzieńcy pragnący praktykować angielszczyznę.

Zazwyczaj wolę intymniejsze miejsca, dużo wyżej położone, z których widać całe Cusco i jego skrzące się w słońcu czerwone dachówki rozpostarte w podłużnej dolinie pomiędzy zielono-różowymi górami. Tylko w niedzielę zawsze wybieram Plaza de Armas. Uwielbiam kiedy na wietrze powiewają dwie gigantyczne flagi. Narodowa peruwiańska do złudzenia przypomina kanadyjską, tyle że zamiast liścia klonu jest jakiś wianek. Podobieństwo na tyle duże, że Justin, który wraz z kumplem kupił czółno i wybrał się w Amazonię, zobaczywszy taką flagę pośrodku dżungli myślał, że trafił na kandyjski konsulat. Druga flaga prezentuje Cusco i dzięki swym tęczowym, pochodzącym do Inków kolorom kojarzy się z gejowskimi paradami.

Plac Broni jest miejscem spotkań wszystkich. Tyle że gringos umawiają się na schodach, a cusceños pod znajdującą się pośrodku placu fontanną. O czym się niegdyś przekonałam przy okazji wybitnie nieudanej randki, ale to już inna historia…


  • RSS