rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2009

kiedyś, w lepszych czasach powspominam jeszcze Peru tudzież krótki acz intenswyny przelot w Madrycie, natomiast teraz szybki biznes.
Jestem w trakcie pakowania mego dobytku, który w najbliższą niedzielę, 31 maja, będę wywozić na wieczne przechowanie. Pilnie potrzebuję silnych i zdrowych mężczyzn którzy chcieliby mi pomoc w znoszeniu pudeł do samochodu. W zamian oferuję dozgonną wdzięczność plus zapraszam na kawę czy wódkę jak kto woli. chętnych proszę o kontakt pod mejlem rudaruda@op.pl

PS to nie są żadne jaja, ani przenośnia literacka, naprawdę potrzebuję co najmniej dwóch par rąk…
PS czas akcji 31.05, ok południa, do uzgodnienia, miejsce Warszawa, Ochota.

Lima od rana jest popielata i choć tego już nie zobaczę to wiem, że niebo będzie spowite gęstą mgłą przez cały dzień i kolejne pół roku, jak na czas garúa przystało. Będę żałować że nie dostałam miejsca przy oknie zaledwie przez kilkanaście sekund po starcie, bo tylko tyle coś widać za oknem. Potem wlatujemy w nieskończoną szarość i koniec. Nie ma Limy, nie ma Peru. I, co w końcu okazało się być najtrudniejsze do zaakceptowania, nie ma już przy mnie Chewie no1…

Proces płacenia za przekroczenie 90 dni wbitych do paszportu miał być długi i upierdliwy. Dlatego też wstałyśmy w środku nocy i przyjechałyśmy na lotnisko 3 godziny przed odlotem. Tyle że pan od formalności albo nie umiał liczyć albo miał duże zrozumienie dla mojej miłości do jego ojczyzny bo bez mrugnięcia okiem klepnął mi stampa wyjazdowego bez ściągania dołka za każdy dzień. Zaoszczędzoną kasę wydaję na wymarzone skarpetki Cuy z płonącą lamą, najdroższą wodę w Peru (6.20 soles za małą butelkę!) a ostatnie drobniaki dokładnie stykają na paczkę Chiclets, najpopularniejszej gumy do żucia w Peru, która traci smak po kilkunastu sekundach.

Koleś siedzący obok nie może przestać się na mnie gapić, co mu wybaczam, bo w ramach szpanowania wypasioną komórą puszcza na pół samolotu hity Daddy Yankee. I oczywiście nikt mu nie zwraca uwagi. Peruanos są wyluzowani.

Zresztą wszyscy się na mnie gapią. Nawet im się nie dziwię. Na ich tle, w moich wszystkich ulubionych i zakupionych w Peru bekpakerskich ciuchach, oraz z pulserami oplątującymi moje nadgarstki wyglądam jak klaun. To zabawne jak to samo odzienie powoduje wtapianie się w podróżniczy tłum i wystawanie w tłumie podróżnym.

Samolot lini Air Comet, które słyną jako jedne z najgorszych na świecie, na początku robi na mnie wrażenie, bo ma telewizorki dla każdego pasażera, a to w tanich liniach, jak wiemy, graniczy z cudem. Cud, jak to cud, okazuje się być zwykłą ściemą, bo większość telewizorków nie działa, a tych kilka co działa nie ma fonii. Po kilku godzinach lotu, gdy zaczyna się ściemniać (uwielbiam zachody słońca widziane z samolotu), okazuje się, że również nie działają lampki. Jestem tak padnięta po dwóch zarwanych nocach, że nawet nie jestem w stanie zestresować się zastanawianiem co jeszcze w tym samolocie nie działa.

Po wylądowaniu w Madrycie rozchodzimy się w dwie kolejki. Jedna gigantyczna z napisem ‘All Nationalities’ i druga, maleńka dla Unii. Stając w niej, ubieram bluzę z wielkim napisem „PERU”.


Prawie. Za 24 godziny bede w samolocie zmierzającym do madrytu, gdzie mam byc podejmowana przez dwoch kompletnie zwariowanych Hiszpanow, zaprzyjaznionych jeszcze w Atins. tak na oslode rozstawania sie z Boską Półkulą. A w środę wieczorem, o ile nie nawali żadna z tanich linii ktorymi na raty zdążam do ojczyzny, będę w Warszawie.
Jestem spłukana jak rzadko, o czym na zaś uprzejmie informuję wszystkich, którzy będą chcieli umawiać się na mieście;). Poza tym szukam pracy na kilka miesięcy i kogoś kto chciałby wynając moje mieszkanie od czerwca.

I bardzo, bardzo nie chcę wracać.

Choć juz nie mogę się doczekać aż zobaczę moich wszystkich ukochanych.

I razowego chleba i małosolnych ogórków.

I wędzonej ryby.

A na razie ostatni dzień, pełen tysiąca rzeczy do zrobienia. Wliczając przerobienie mojego podróżniczego dobytku, który nie przejdzie przez żadne ważenie bez tragicznego uszczerbku na moim prawie już nieistniejącym budżecie. Pomijam że plecak mam za mały. Chyba czas wyrzucić szpilki i baletki…


Ostatni tydzien na polkuli poludniowej zaczal sie dzis, z wykopem i fasonem. W nocy tancami i karaoke, gdy dwoch zakolegowanych gringo udowodnilo mi raz kolñejny ze czasami lepiej gdy mezczyzna trzyma sie od parkietu z daleka, no chyba ze tylko chce go polozyc. Jak to Katarzyna okreslila – chlopcy ruszali sie jak razeni pradem. Rano, ciagle na niezlym przepiciu poszlam na lekcje wspinaczki po cholernie pionowych skalkach, z linami i cala ta uprzeza, co zakonczylo sie siniakami, obiciami oraz gigantycznym bolem wszystkich mozliwych miesni. ale oczywiscie bawilam sie wysmienicie i podobno jak na pierwszy raz bylo niezle. jutro z rana smigamy na santa cruz, niestety na huayhuash nie wyrobie bo w przyszly poniedzialek wylatuje, a ten trek sie robi 8 dni. Natepnym razem. A na razie chetnie spedze 4 dni na moim ukochanym treku swiata, byle pogoda nie dala ciala bo przeciwdeszczowy kapok porzucilam w cusco. Huaraz jest tak piekne jak zapamietalam, churro na rogu najlepsze w peru jak zapamietalam i w ogole byloby genialnie gdybym jeszcze mogla cofnac sie w czasie i przezyc ten ostatni rok jeszcze raz…
udanej majowki wszystkim zycze


  • RSS