rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2009

Uprzejmie zawiadamia się, że po prawicy została dokonana istotna zmiana;). Jej treść znajduje się pod tytułem „Pajączku to specjalnie dla Ciebie”.
:)

Nie wiem jak Państwu, ale mi tam się nie chce pracować. Życie jest zbyt piękne, zbyt krótkie i oferuje zbyt wiele fascynujących możliwości  by marnować je na pracę. Etap, kiedy identyfikowałam się z wykonywanym zawodem, kiedy pozwalałam pracy nadawać mojemu życiu rytm a czasem i sens, w moim przypadku minął, mam nadzieję, bezpowrotnie. Zapewne gdybym mogła zaoferować światu szczepionkę na raka, patrzyłabym na zagadnienie poświęcenia życia pracy inaczej. Ponieważ jednak głównie robiłam za trybik w korporacyjnej machinie, a odkąd podróżuję robię głównie za robola, więc praca jest dla mnie tylko i wyłącznie niezbędnym sposobem na zdobycie kasy. (Co wydawałoby się logiczne i sensowne, ale proszę to powiedzieć tym wszystkim, którzy z przerażeniem się mnie pytają ‘no ale co ty robisz całymi dniami jak tak podróżujesz i nie chodzisz do pracy?’)

Moje CV jest baaardzo obszerne i bogate i jasne, że było w nim kilka ciekawych epizodów jak organizowanie koncertów całkiem fajnym kapelom, puszczanie w radiu całkiem fajnych kapel, przeprowadzanie wywiadów z całkiem fajnymi kapelami czy promowanie płyt całkiem fajnych kapel. Choć w tym ostatnim przypadku to było częściej promowanie płyt gównianych kapel, bo tak wygląda katalog dużej firmy fonograficznej.

Ale jedyna praca z moich wszystkich byłych, do której chętnie bym wróciła to stanowisko recepcjonistki w hostelu Pirwa. Acz nawet pozwalanie się bajerować co przystojniejszym Israelis i Brasileiros potrafi być męczące przez 5 godzin dziennie i wolałabym by señor Fernando dawał łóżko i almuerzo za godzinną szychtę.

Jestem głęboko wdzięczna losowi i politykom, że Polska weszła do Unii w strategicznym dla mnie czasie, kiedy zarzuciłam robienie kariery na rzecz szwendania się po świecie i mogę na moje podróże zarabiać z doskoku w krajach, w których za donoszenie jedzenia na stół zarabia się tyle co w Polsce za robienie PR dla największego dystrybutora filmowego na rynku.

W praktyce wygląda to tak, że kiedy kończy mi się kasa kupuję za jej resztki (lub za pożyczone) bilet do Europy, odwiedzam na chwilę ojczyznę, po czym ładuję się do kraju, który tym razem wybrałam na zarobkowanie i szukam pracy. Przez kilka tygodni siedzę na karku przyjaciołom, którzy mnie wspaniałomyślnie do siebie zaprosili i wykorzystuję vipasanowe techniki by się za bardzo nie denerwować, że nie mam ani grosza ani żadnej odpowiedzi na rozesłane CV. Generalnie etap szukania pracy, choć stresujący, jest tak naprawdę pożądany, bo pomaga mi przejść z punktu ‘jak mi się nie chce być w Europie i iść do pracy’ do punktu ‘ rany, nieważne, jaka byleby była’. Ponieważ nie mam żadnych ambicji zawodowych, ani chęci prowadzenia ‘normalnego’ życia w Europie, więc biorę pracę, dzięki której mogę w jak najszybszym czasie jak najwięcej zaoszczędzić. To wcale, o paradoksie,  nie znaczy, że będzie to praca najlepiej płatna.
 

Kilka lat temu byłam kelnerką w hotelu w Szkocji i choć płacono nędzne national minimum za godzinę, to przy praktycznie zerowych kosztach życia (pokój, wikt i opierunek wliczone) i wielogodzinnych szychtach wychodziłam na tym lepiej niż na trzech pracach naraz w Londynie. Generalnie zainteresowanym zarobieniem jak największej kasy w jak najszybszym czasie polecam prace typu live-in (chyba, że się ma przyjaciółkę, która nierozważnie acz szlachetnie zaprosi na kilka miesięcy, Mała nigdy tego nie zapomnę, acz obawiam się że Ty też:). Oczywiście mieszkanie w miejscu pracy oznacza w praktyce odsiadkę w poczekalni życia, ale za kilka miesięcy harówki można mieć rok podróżowania (albo remont mieszkania, co kto woli).

Muszę się przyznać, że pomimo powyższej filozofii i satysfakcjonujących mnie proporcji typu 4 miesiące niewolnictwa za 12 wolności, jestem zmęczona wykonywaniem głupich i monotonnych prac. (Mówię zarówno o myciu garów w knajpie jak i włażeniu w tyłek dziennikarzom by dobrze napisali o filmie, który wprowadza mój pracodawca). I jeśli już muszę pracować, to chciałabym robić coś wartościowego, coś naprawdę potrzebnego i dobrego nie tylko dla mnie, ale i dla innych. (żaden ze mnie anioł miłosierdzia, ja po prostu nie znoszę marnować swojego czasu na harówkę, która nie dość że wypala we mnie chęci do życia to jeszcze wspiera kapitalizm, konsumpcjonizm i matrix). I dlatego po dwóch latach zastanawiania się czy jestem w stanie, zdecydowałam się na opiekę nad osobą niepełnosprawną. To całkiem spory sektor w UK, ponieważ tutejsza służba zdrowia pokrywa koszta takich opiekunów i jest mnóstwo agencji na rynku, które szkolą i zatrudniają. Prosto z takiego kursu pojechałam do pracy i pierwsze kilkanaście godzin głównie spędziłam na powstrzymywaniu się przed natychmiastową ucieczką ze strachu przed czekającą mnie odpowiedzialnością za czyjeś życie i zdrowie. Później na szczęście było lepiej. Są chwile, kiedy odczuwam maksymalną satysfakcję wiedząc, że naprawdę komuś pomagam, że robię coś rzeczywiście ważnego i potrzebnego. Są też, dużo częściej, chwile, kiedy mam kompletnie dosyć i najchętniej bym trzasnęła drzwiami i nie wracała przez tydzień, a najlepiej nigdy więcej. Wszyscy mnie komplementują jak świetnie się sprawdzam w roli personal carer, ale prawda jest taka, że jestem w stanie wykonywać tę pracę dobrze tylko dlatego, bo wiem, że za dwa miesiące mnie tu już nie będzie. Bo wiem, że za kilkanaście tygodni kompletnego poświęcenia mojego życia drugiej osobie będę miała nagrodę w postaci roku, kiedy będę 24/7 robiła tylko to na co JA (I Chewie) mam ochotę tam GDZIE mam ochotę i Z KIM mam ochotę. (A plany są piękne! Ale o tym później)

A dlaczego właściwie piszę tę notkę? Częściowo by zainspirować tych co się wahają przed podjęciem ważkich podróżniczych decyzji i martwią się co zrobią jak się skończą oszczędności. Ale głównie chyba po to by nowi czytelnicy których ostatnio przybyło dzięki Przekrojowi nie mogli się łudzić że ‘ona to ma tak dobrze i tyle podróżuje bo pewnie ma kupę kasy, tudzież bogatego męża lub chociaż sponsora’. Nie mam. To nieprawda, że do podróżowania trzeba mieć kupę kasy i dla przeciętnego Polaka jest to nieosiągalne. Jest to w zasięgu ręki każdego, kto czyta tę notkę. To tylko kwestia determinacji i ustalenia priorytetów. Nie mówię, że każdy powinien oszczędzać na podróże. Obawiam się, że większość Polaków będzie miała większą frajdę z nowej bryczki czy mebli, pomijam że przy naszej zaściankowości i braku tolerancji dla wszystkiego co inne, większość będzie się czuła dużo lepiej chlejąc darmowe drinki przy basenie w hotelu all inclusive  niż na własną rękę przemierzając świat. Ale przynajmniej niech mają jaja by się do tego przyznać, a nie mówić z zazdrością: „Ty to masz dobrze, też bym tak chciał”. To prawda, mam. I ty też możesz mieć.


  • RSS