rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2009


I stało się to czego w najgorszych snach się nie spodziewałam, czyli nie wygrałam w totka. Gwoli formalności, ja w totka nie gram, ale dostałam kupon od Matiego i pomyślałam, że taki szlachetny, przyjacielski gest na pewno będzie odnotowany przez bożka od liczb i gier losowych i coś tam wygram. No ale nie wygrałam, więc wracam do planu A, czyli ruszam na podbój Ameryki Południowej z niespełna czterema tysiami funtów. Jak dostanę zwrot podatku to będzie trochę ponad, ale umówmy się, to wciąż żenująca kwota na mas o menos roczną podróż z elementami typu Antarktyda, Galapagos czy Karaiby z Kubą na czele. No ale przecież plany są po to by je zmieniać, więc na pewno niedługo odechce mi się tych kosztownych atrakcji. No może pomijając Kubę.

Poza tym dzień dzisiejszy jest dniem tragicznym ponieważ w końcu musiałam zaakceptować wielce nieprzyjemny fakt, że moja rodzina jednak nie jest bandą wrednych potworów. No bo przecież tylko wredne potwory mogły komentować moje minimalne nabranie kształtów jakby to było rozrośnięcie do rozmiarów wieloryba, czy nie? ‘Co Kasia, utyłaś w tej Anglii prawda?’ 2-3 kilo, nie więcej, o co im kurna chodzi? Ano pewnie o więcej niż 2-3 kilo, ponieważ po nieopatrznym i zupełnie bezsensownym przymierzeniu niebieskiej sukienki od Magdy, w której kiedyś powodowałam zastój na budowach na ulicach w Buenos Aires, okazało się, że przypominam w niej baleron. Gwoli formalności, ten zastój w pracy był krótkotrwały, akurat na tyle by panom udało się pogwizdać i powydawać z siebie chóralne ochy i achy. Tyle a propos świetlanej przeszłości. By powtórzyć ten efekt będę musiała wymiatać parkiety w Cusco zamiast kolacji przez jakieś pół roku . Życie bywa podłe i niesprawiedliwe.

Listę dzisiejszych niepowodzeń uzupełnia bezskuteczne przeszukiwanie księgarni w poszukiwaniu sensownego podręcznika do nauki portugalskiego w wersji brazylijskiej połączonego z materiałami audio. Nie ma, nigdzie nie ma. Za to znalazłam DWA różne słowniki polsko-indonezyjskie. Jasne, zajebisty kraj, łatwy jak na Azję język, ale naprawdę tylu Polaków zgłębia sekrety bahasa Indonesia, że trzeba im dwóch różnych słowników? A z Brazylejros to nikt nie chce gadać w ich ojczystym języku? (żeby żaden z nieżyczliwych czytelników nie zaczął komentować jaką to jestem idiotką, spiesznie informuję, że portugalski w Portugalii ma częściowo inną gramatykę i słownictwo oraz zupełnie inną wymowę, więc mam dobre powody dla których wzgardzam materiałami do nauki tamtej wersji;) Hitem jednak okazały się być podręczniki do nauki rumuńskiego i bułgarskiego w dziale ‘języki orientalne’. Ten zaszczyt dzieliły wraz z kursami japońskiego, chińskiego i hehe chorwackiego. Z  litości nie powiem w jakiej kilkupiętrowej multimedialnej księgarni warszawskiej to widziałam.

Do tego wszystkiego moja ukochana przyjaciółka leci se w kulki i od tygodnia opóźnia wyjazd z Cusco w celu uzyskania nowej pieczątki w Chile a później odebrania mnie z lotniska. Niniejszym publicznie oświadczam, że jeśli Chewie no1 nie odbierze mnie 3 listopada w Limie to zemsta będzie straszna i okrutna!


Tyle było planów i dylematów. Czy powoli lądem przez Iran, czy też od razu do Nepalu by wyrobić się  na treki? Czy byczyć się na Goa czy na Andamanach? Czy robić kurs nauczycielki jogi w Indiach czy kurs nauczycielki angielskiego w Bangkoku? Czy wgłębiać się w ukochaną Indonezję czy szukać ‘the beach’ na Filipinach?

Rozwiązaniem tych dylematów okazał się być, a jakże, bilet do Limy.

Więc dlaczego jeszcze raz Ameryka Południowa a nie jeszcze raz Azja?

Może bo…

Bo jedna Kaśka wyniosła się z BKK do Londynu, za to druga czeka w Cusco.

Bo mniej lub bardziej chwilowo jestem na etapie gdzie salsa liczy się bardziej niż medytacje.

Bo po raz pierwszy w życiu rozumiem wszystkie teksty Manu Chao (chyba, że popełnił jakieś w innym języku niż angielski, hiszpański, francuski i portugalski) i fajnie by było ten stan nie tylko utrzymać, ale i ulepszyć.

Bo na moim brytyjskim zesłaniu nauczyłam się gotować zajebisty dhal i red curry i najadłam się ich w takich ilościach, że jakoś przeżyję kolejny rok o ryżu ze smażonym jajkiem. I ryżu z fasolką. I ryżu z frytkami. I ryżu z zimną wysmażoną na podeszwę rybką. I ryżu…, ok, wystarczy, bo zaraz zmienię bilet.

Bo mówiłam ‘do zobaczenia za rok, może za dwa’ zupełnie w to nie wierząc, więc aż się prosi by przewrotnie wrócić po kilku miesiącach i sprawdzić czy było za czym tak tęsknić.

A przede wszystkim, bo plany są po to by je zmieniać, a życie by go używać.


Na dworcu we Wrzeszczu przez kilkanaście minut razem z szybko gromadzącym się tłumkiem cierpliwie czekam aż pani w okienku przy pomocy kilku koleżanek nauczy się obsługiwać kasę a następnie komputer i sprzeda mi bilet na SKMkę na Żabiankę. Sama sobie jestem winna, przecież mogłam pojechać tramwajem.

Równie cierpliwie czekam aż kawalkada samochodów przejedzie obryzgując mnie świeżym błotem, po czym gdy niebezpieczeństwo rozjechania mnie na naleśnik mija, dzielnie wkraczam na zebrę. Jakiś tam surwajwal po Indiach człowiekowi we krwi zostaje i nawet kilka miesięcy pobytu w kraju gdzie kierowcy potrafią z piskiem opon stanąć na widok pieszego, który leniwie zaledwie zbliża się do przejścia (nie jeden raz zdarzyło mi się zatamować ruch w Anglii bo na przykład sobie zmieniałam numery w ajpodzie w okolicach zebry. Albo odczytywałam smsa.), nie pozbawiło mnie instynktu samozachowawczego.

Czekając na wspomnianą SKMkę zabawiam się obserwowaniem towarzyszy niedoli (niedoli bo z zakosa napieprza grad. Dwa wieczory wcześniej bujałam się nocą po Lądku w cienkiej bluzie. Tydzień wcześniej chodziłam w klapkach). Próbuję znaleźć osobę, która miałaby na sobie ciuch w innym kolorze niż: szary, czarny, granatowy lub bury. Po dłuższym czasie znajduję. Jedną, jedyną. Aha, to ja.

Wieczorem podłączam lapa do prądu bez przejścia na trzy bolce, pałaszuję kromkę razowego ze słonecznikiem zagryzając ogórkiem małosolnym i cieszę się, że znowu jestem w Polsce.  Fakt, że na chwilę i fakt, że z tego też się cieszę, ale mimo wszystko.


  • RSS