Kilkanaście godzin w dwóch samolotach i życie jest znowu bez żadnych wątpliwości proste i piękne.

Z Chewie no1 padłyśmy sobie w ramiona w tym samym miejscu, w którym żegnałyśmy się prawie pięć miesięcy temu. Ona wyglądała jak kloszard a ja jak klaun. I wtedy i teraz. Nie ma jak wyjechać z Europy i mieć wywalone na prezencję.

Quique, właściciel naszego ulubionego w Limie, choć wybitnie ofluńskiego hostelu prawie zszedł na zawał na nasz widok i z tej radości od trzech dni nie daje rady naprawić prysznica.

Chodzę półprzytomna od imprezowania i jet lagu, ale czego oczekiwać jeśli chodzę spać o godzinie która jeszcze kilka dni temu była dla mnie 13ą.

Po raz trzeci w Limie, ale dopiero teraz dotarłam na Barranco, bo przecież ta dzielnica jest taaaak daleeeeko od Miraflores;). Barranco wygląda jak miasteczko w Brazylii, absolutnie najładniejsza i najciekawsza część Limy jaką znam. A i tak następnym razem pewnie znowu wylądujemy u Quique.

Pierwszego dnia, z okazji urodzin Katarzyny załapałyśmy się na ceviche przyrządzone przez znajomych instruktorów serfa pośrodku kamienistej plaży. Drugiego dnia poszłyśmy na całość i samodzielnie zrobiłyśmy cały gar i prawie samodzielnie go wszamałyśmy. Było genialne więc zaraz robimy powtórkę z rozrywki. Ciekawe po ilu miesiącach znudziłoby mi się odżywianie codziennie surową rybką w przyprawionym na ostro limonowym soku. Moje myśli i uczucia są sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy salsę, ceviche oraz dylemat, z którym z dwóch zapoznanych w tych dniach amantów chcę się umówić na ostatni w Limie wieczór.

W Timbalero, THE place for salsa in Lima, najpierw przeżyłyśmy ciężkie chwile spławiając namolną kolejkę kolesi, którzy nie wiadomo czy gorzej tańczyli, czy wyglądali czy śmierdzieli, a później dostałyśmy princess treatment, kiedy w końcu skumałyśmy że nasze miejsce jest w części dla Vipów. Nagle wszyscy mężczyźni i dobrze tańczyli i wyglądali i pachnieli. I jeszcze uważali nas za boginie, co doprowadzało do szału niektóre bez porównania lepiej od nas wyglądające lokaleski. Gdyby miały mniej mordercze spojrzenia to może życzliwie bym im doradziła wyjazd do Europy, gdzie to one z kolei miałyby status bogiń, a tak wrednie udawałam, że te hołdy są dla mnie czymś zupełnie normalnym;). W każdym razie lepiej byśmy się szybko stąd zawinęły, zanim nam się do końca w różnych częściach ciała poprzewraca. W Cusco, gdzie czeka już na nas praca w nowym hostelu, próżno szukać mężczyzn tak przystojnych, wysokich i traktujących gringas z taką atencją i szacunkiem. Nawet limeños jak zjadą do stolicy Inków, w większości zmieniają się w natarczywych łowców białych skór, a rozwydrzeni ciągłą dostawą młodych holenderek na wolontariatach konusowaci i brzydcy jak grzech cusceños nadają się tylko i wyłącznie na kumpli i partnerów do tańca. Co w sumie wystarcza;).