rudawazji blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2010

Jak głupim i chciwym trzeba było być by zbudować coś tak obrzydliwego jak Cancun? Jak kompletnym tandeciarzem i bezguściem trzeba być, by się tym betonowym królestwem zachwycać?

Takie retoryczne pytania sobie zadaję od kilku godzin i pewnie będę przez najbliższe dwa tygodnie.

Podejrzewam, że kiedyś to było jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Jak odwrócić głowę od blokowiska to serce zamiera z zachwytu nad miękkością i oślepiającą białością piasku i takim błękitem morza, który widziałam kiedyś na basenie z mega wypasionymi kafelkami i nie sądziłam, że jest możliwy w naturze. 

Plaża jest szeroka i ciągnie się na kilometry. Tylko, że zamiast być obramowaną palmami to na całej długości jest najeżona hotelami. Nie małymi, butikowymi, wystylizowanymi hotelikami, czy uroczymi chatkami z bambusa pokrytymi rustykalną strzechą. Nie. To gigantyczne konglomeraty, betonowe paskudztwa, w każdym po tysiąc pokoi, w co drugim po kilkanaście pięter. Do tego centra handlowe napierdalające głośną muzę i jeszcze głośniejsze pikania maszyn hazardowych. Zona Hotelera w Cancun to najohydniejsze miejsce w jakim byłam.

Centrum Cancun, gdzie jest trochę tańszych hoteli dla białej hołoty jak ja, oraz gdzie jest trochę przestrzeni, mercada i domy lokalesów, da się jeszcze znieść, ale też bez żadnych rewelacji. Za to najdziwniejsze jest to, że w tym koncentracie wszystkiego co najgorsze w turystyce, ludność tubylcza jest zaskakująco przemiła i naturalna. Jasne, że są też tłumy naganiaczy wszelakich, jasne, że śrubuje się ceny dla gringo, ale jak zacząć z nimi gadać to okazują się być przemili, pomocni i  UWAGA – bezinteresowni! Acz może być, że tylko po hiszpańsku. To widać w ich oczach kiedy po kilku słowach orientują się, że na pewno nie jestem ze Stanów. W Peru nikt się specjalnie nie zachwyca tym, że mówisz po hiszpańsku. Tam mówisz po hiszpańsku bo musisz. A tutaj nic nie musisz, w Cancun po angielsku mówi każdy. Tutaj po hiszpańsku mówisz bo chcesz i oni to doceniają. A najzabawniejsze jest to, że Meksykanie rozumieją mnie dużo lepiej niż Peruwiańczycy! I to, hi hi, chyba będzie epitafium podsumowujące starania Młodego bym mówiła po hiszpańsku jak verdadera Peruana…


Czuję się jak szczur co uciekł z tonącego okrętu. Choć zupełnym przypadkiem zbiegły się powodzie w okolicach Cusco z moim rodzinnym spotkaniem w Meksyku. Wszyscy w Limie słysząc, że właśnie przyleciałam z Cusco (całe szczęście, że Tata mi postawił bilet lotniczy nie tylko do Meksyku, ale również do Limy, drogi lądowe od kilku dni są nieprzejezdne) wypytują o najnowsze wieści, ale tak naprawdę to wszystko co wiem pochodzi z gazet przeczytanych już w Limie i z czatowania z Chewie.

Gwoli formalności, bo wiem, że niektórzy się o mnie martwią.

W samym Cusco nic się strasznego nie dzieje. Owszem od 2 tygodni wściekle leje, a od kilku dni w kranach często brakuje wody (logiczne, nie?;), ale generalnie to o wszystkim złym się dowiadywaliśmy jak Wy, z mediów. Dopiero od wczoraj sytuacja w we wsiach w okolicach Cusco tak się pogorszyła, że w samym mieście zrobił się z tego gorący temat, plus atmosfery dodają latające bezustannie helikoptery. Ponieważ media informują o wszystkim na bieżąco, więc nie będę bawiła się w sprawozdawcę z trzeciej ręki.
Tylko chcę wszystkich poinformować, że nie ma co się martwić (jak na razie) o znajomych w samym Cusco. Problemy są w Aguas Calientes, bazie wypadowej na Machu Picchu, tam było uwięzionych 2 500 ludzi, część już ewakuowano. Plus oczywiście inne puebla, w których wielu ludzi straciło domy i cały dobytek. Niektórzy też życie…

Dziś nie padało w Cusco, mam ogromną nadzieję, że ten stan się utrzyma.  Długo.

Proszę każdego czytelnika tego bloga, by jeśli ma taką możliwość wspomógł finansowo ludzi którzy stracili swój dobytek w tej powodzi. Wielu z nich to jedni z najbiedniejszych mieszkańców Peru.
Podejrzewam też, że będą potrzebne gigantyczne pieniądze na odrestaurowanie Machu Picchu i innych zabytków w Świętej Dolinie.


  • RSS