Czuję się jak szczur co uciekł z tonącego okrętu. Choć zupełnym przypadkiem zbiegły się powodzie w okolicach Cusco z moim rodzinnym spotkaniem w Meksyku. Wszyscy w Limie słysząc, że właśnie przyleciałam z Cusco (całe szczęście, że Tata mi postawił bilet lotniczy nie tylko do Meksyku, ale również do Limy, drogi lądowe od kilku dni są nieprzejezdne) wypytują o najnowsze wieści, ale tak naprawdę to wszystko co wiem pochodzi z gazet przeczytanych już w Limie i z czatowania z Chewie.

Gwoli formalności, bo wiem, że niektórzy się o mnie martwią.

W samym Cusco nic się strasznego nie dzieje. Owszem od 2 tygodni wściekle leje, a od kilku dni w kranach często brakuje wody (logiczne, nie?;), ale generalnie to o wszystkim złym się dowiadywaliśmy jak Wy, z mediów. Dopiero od wczoraj sytuacja w we wsiach w okolicach Cusco tak się pogorszyła, że w samym mieście zrobił się z tego gorący temat, plus atmosfery dodają latające bezustannie helikoptery. Ponieważ media informują o wszystkim na bieżąco, więc nie będę bawiła się w sprawozdawcę z trzeciej ręki.
Tylko chcę wszystkich poinformować, że nie ma co się martwić (jak na razie) o znajomych w samym Cusco. Problemy są w Aguas Calientes, bazie wypadowej na Machu Picchu, tam było uwięzionych 2 500 ludzi, część już ewakuowano. Plus oczywiście inne puebla, w których wielu ludzi straciło domy i cały dobytek. Niektórzy też życie…

Dziś nie padało w Cusco, mam ogromną nadzieję, że ten stan się utrzyma.  Długo.

Proszę każdego czytelnika tego bloga, by jeśli ma taką możliwość wspomógł finansowo ludzi którzy stracili swój dobytek w tej powodzi. Wielu z nich to jedni z najbiedniejszych mieszkańców Peru.
Podejrzewam też, że będą potrzebne gigantyczne pieniądze na odrestaurowanie Machu Picchu i innych zabytków w Świętej Dolinie.