Jak głupim i chciwym trzeba było być by zbudować coś tak obrzydliwego jak Cancun? Jak kompletnym tandeciarzem i bezguściem trzeba być, by się tym betonowym królestwem zachwycać?

Takie retoryczne pytania sobie zadaję od kilku godzin i pewnie będę przez najbliższe dwa tygodnie.

Podejrzewam, że kiedyś to było jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Jak odwrócić głowę od blokowiska to serce zamiera z zachwytu nad miękkością i oślepiającą białością piasku i takim błękitem morza, który widziałam kiedyś na basenie z mega wypasionymi kafelkami i nie sądziłam, że jest możliwy w naturze. 

Plaża jest szeroka i ciągnie się na kilometry. Tylko, że zamiast być obramowaną palmami to na całej długości jest najeżona hotelami. Nie małymi, butikowymi, wystylizowanymi hotelikami, czy uroczymi chatkami z bambusa pokrytymi rustykalną strzechą. Nie. To gigantyczne konglomeraty, betonowe paskudztwa, w każdym po tysiąc pokoi, w co drugim po kilkanaście pięter. Do tego centra handlowe napierdalające głośną muzę i jeszcze głośniejsze pikania maszyn hazardowych. Zona Hotelera w Cancun to najohydniejsze miejsce w jakim byłam.

Centrum Cancun, gdzie jest trochę tańszych hoteli dla białej hołoty jak ja, oraz gdzie jest trochę przestrzeni, mercada i domy lokalesów, da się jeszcze znieść, ale też bez żadnych rewelacji. Za to najdziwniejsze jest to, że w tym koncentracie wszystkiego co najgorsze w turystyce, ludność tubylcza jest zaskakująco przemiła i naturalna. Jasne, że są też tłumy naganiaczy wszelakich, jasne, że śrubuje się ceny dla gringo, ale jak zacząć z nimi gadać to okazują się być przemili, pomocni i  UWAGA – bezinteresowni! Acz może być, że tylko po hiszpańsku. To widać w ich oczach kiedy po kilku słowach orientują się, że na pewno nie jestem ze Stanów. W Peru nikt się specjalnie nie zachwyca tym, że mówisz po hiszpańsku. Tam mówisz po hiszpańsku bo musisz. A tutaj nic nie musisz, w Cancun po angielsku mówi każdy. Tutaj po hiszpańsku mówisz bo chcesz i oni to doceniają. A najzabawniejsze jest to, że Meksykanie rozumieją mnie dużo lepiej niż Peruwiańczycy! I to, hi hi, chyba będzie epitafium podsumowujące starania Młodego bym mówiła po hiszpańsku jak verdadera Peruana…