Jeśli ktoś się wybiera na peruwiańskie wesele to mogę zupełnie za darmochę udzielić mu bezcennej rady:  „Przed wyjściem z domu nażryj się jak świnia”. Co większym głodomorom doradzałabym też zabranie ze sobą tradycyjnego polskiego zestawu typu kanapki z serem i magazynek przeraźliwie woniejących jaj na twardo. Podziękowania i błogosławieństwa za tę radę przyjmuję zaocznie.

Ta bezcenna wiedza wynikająca z wielogodzinnej głodówki, mają swoje źródło w niegdysiejszej pracy na Pirwowej recepcji, kiedy pomagałam Mirian tłumaczyć pewną kartkę od jej narzeczonego z Kanady. Narzeczony ma poczucie humoru z elementami ironii i sarkazmu. Peruwiańczycy, jak wszyscy Latinos, z zasady za ironię i sarkazm obrażają się śmiertelnie. Więc trochę się napracowałam by wytłumaczyć koleżance z pracy, że narzeczony jest git i nie należy go rzucać.

W nagrodę za te wysiłki pół roku później zostałam zaproszona na wesele. W dniu ślubu, bladym świtem, Mirian obudziła mnie rozpaczliwym telefonem, że godzina zaślubin została zmieniona i musimy koniecznie się stawić godzinę wcześniej niż na zaproszeniu. Spędziłam w strefie Latino dość czasu by wiedzieć, że NIGDY i NIGDZIE nie należy przychodzić punktualnie (no chyba, że się umawiam z Enrique, ale jego ojciec jest wojskowym i to chłopaka skrzywiło na całe życie), ale naiwnie założyłam, że ślub to taka bardziej wyjątkowa okazja i może wszystko zacznie się o czasie.

Przez pół godziny siedziałyśmy z Kaśką na schodach pod kościołem, budząc pełne politowania spojrzenia naszymi godnymi wesela strojami, w których wyglądałyśmy cokolwiek idiotycznie w dziennym świetle i pośrodku placu pełnego hipisujących artesanios i bekpakerow. Do tego Chewie dostała tego dnia jakiejś ohydnej infekcji organizmu i wykazywała się żywotnością i rezolutnością zombie, którego IQ jeszcze przed zgonem nie wynosiło więcej niż waga przeciętnie zapasionego kota kastrata.

Po pół godzinie pojawiła się skromna liczebnie ekipa wyelegantowanych gringo, których trafnie wyceniłyśmy na przybyłą z Kanady rodzinę narzeczonego. Po godzinie pojawiło się kilku tubylczych gości. Po półtorej godzinie panna młoda. Po niecałych dwóch godzinach zaczęła się msza. W trakcie mszy powoli spływała reszta gości. Nikt nie wydawał się być ani zdziwiony ani zakłopotany spóźnieniami.

Po mszy, w czasie której ksiądz rozwodził się nad miłością młodych oraz własną, nędzną znajomością angielskiego (która i tak była o kant dupy potłuc bo starsze pokolenie gringos było z Quebeku i po angielsku prawie nie mówiło) byłam już wściekle głodna i nie mogłam się doczekać, kiedy ruszymy na weselisko. Niestety trzeba było oklaskiwać serię pamiątkowych zdjęć i całkiem ładnie przygrywających grajków. Przez jakieś pół godziny, które się dłużyło jak dwie, bo było już w huj zimno jako że w czasie mszy zaszło słońce. Razem ze mną trzęsły się wszystkie Peruwianki w rozgogolonych kreacjach i gołych nogach, godnych nieco większych upałów niż mas o menos +10C. W końcu Sashenka i Maribel wciągnęły nas do taksówki i pojechałyśmy do domu weselnego. Tam czekałyśmy jakieś półtorej godziny na parę młodą, która zgodnie z Cusceńskim zwyczajem objechała wszystkie możliwe atrakcje turystyczne w mieście w celu zrobienia sobie przy nich pamiątkowych fotek. Przez te półtorej godziny przez salę przemknął kelner z tacą pełną mikroskopijnych przekąsek takich na pół małego palca, której każdy gość miał sobie wziąć po jednej. Humory poprawiły nam się dopiero jak roznieśli po szklaneczce Pisco Sour. Co prawda na każdym stole stało wino i rum Jamajka (bosman Nowicki byłby przeszczęśliwy) ale nikt się nie spieszył z ich otwarciem, a ja przyrzekłam sobie, że nie narobię obciachu Mirian, zwłaszcza, że poza maleńką reprezentacją z Kanady byłyśmy jedynymi gringas, więc siłą rzeczy jedną z głównych atrakcji wesela. Z równie wielkim trudem powstrzymałam się przed uszczknięciem z wielkiego tortu w kształcie Ameryki Południowej. A szkoda, bo gdzieś w pierwszej godzinie oczekiwania na parę młodą, z wieży tortu samoistnie zjebały się figurki imitujące nowożeńców, akurat tak nieszczęśliwe by upierdolić kawałek kontynentu.

Kiedy para młoda w końcu zjechała na salony, naiwnie liczyłyśmy, że wreszcie podadzą żarcie. Ponieważ od śniadania nic nie jadłam, więc prawie rzygałam z głodu. Niestety okazało się, że na peruwiańskim weselu zamiast jeść się przemawia. Dżyzusie, przez jakieś 2 czy 3 godziny po kolei wszyscy członkowie rodziny opowiadali jak są szczęśliwi i zaszczyceni, wielu roniło łzy, wszyscy byli wściekle przejęci i przez pierwsze 30 minut całkiem szczerze się uśmiechałam życzliwie i klaskałam. Przez następne 4×30 minut chciało mi się wyć.

Po przemówieniach nadszedł czas na składanie życzeń. Wszyscy goście ustawili się w kolejce do głównego stołu, gdzie stała para młoda wraz całą bliską rodziną, czyli każdy z gości składał życzenia kilkunastu osobom. Gości była jakaś stówka. Tak, dobrze państwo liczą, życzenia trwały zajebiście długo.

Po życzeniach nadszedł czas… Nie, nie na jedzenie. Nadszedł czas na rzucanie bukietu, a raczej jakiegoś zastępczego wiechcia, ponieważ bukiet wybitnej urody Mirian rozsądnie postanowiła zatrzymać. Razem z laskami udawałyśmy przy stole, że nas nie ma, ale panna młoda radośnie nas wywołała po imionach przez mikrofon, więc karnie udałyśmy się do grupki dziewcząt oczekujących na bukiet. To trochę trwało, bo wiecheć był za lekki i Mirian nie udawało się go dorzucić. Za to jak dorzuciła to prosto w moje ciasno założone ramiona, od których szczęśliwie bukiet się odbił i poleciał w bardziej zainteresowane ręce.

Po rzucaniu wiechcia nadszedł czas… nie, nie na jedzenie. Nadszedł czas na występy artystyczne. Występy zostały przyjęte życzliwie, choć dla Cuscenos czyli 95% gości musiała to być nuda ohydna, jako że tańce były lokalne i każdy z gości ćwiczył takie w szkole. Mnie tam się podobało, choć podkreślmy byłam bardzo głodna.

Po występach nadszedł czas… nie, nie na jedzenie. Czas nadszedł na tańce. Wszyscy jak jeden mąż rzucili się na parkiet i wtedy się prawie rozpłakałam uświadamiając sobie, że zaraz umrę z głodu. Tak rozochocony tłum na polskich weselach to widuje się po trzech daniach głównych i co najmniej butelce na głowę. Peruanos są zdecydowanie bardziej ekonomicznymi gośćmi i jedyne osoby, które narzekały na burczenie w żołądkach to Rzynka i ja.

Po tańcach.. szczerze mówiąc to ja chwilowo nie bardzo pamiętam co się stało po tańcach. Może przemawiali, a może znowu były występy. A może to właśnie wtedy wniesiono danie…

Danie bardzo lokalne, na które składała się kawałek wieprzowiny, odrobinka ryżu oraz papka kukurydziana w liściu. Ponieważ od kilkunastu lat mięsiwa nie spożywam więc prawie podcięłam sobie żyły, po czym wyciągnęłam Chewie no 1 za fraki do taksówki (Rzynka je mięcho ale jakoś się w ogóle nie opierała) i grubo po północy zrobiłyśmy sobie na chacie kolację.

I jaki z tego morał? Nie chodź na polskie wesela bo się dorobisz zgagi od przeżarcia.