Kiedy wróciłam z rodzinnych wakacji w Meksyku, (które jak to rodzinne wakacje nie obfitowały w imprezy, pomijając dwie ostatnie noce, które przetańczyłam z moim kumplem z Peru w najlepszych klubach salsy, w jakich do tej pory byłam, z kubańskimi kapelami grającymi na żywo – po tym doświadczeniu nie ma takiej opcji żebym sobie odpuściła wyspę jak wulkan gorącą), więc kiedy wróciłam do Cusco od pierwszego dnia zaczęło się imprezowanie. Najpierw było oblewanie mojego powrotu, potem było oblewanie powrotu Cindy, która ambitnie upierając się, że będzie podróżować, wytrzymała w Limie 3 doby i hyhy wróciła. (Cindy to nasza trzecia połówka, z którą przebalowałyśmy trzy miechy w zeszłym roku, więc reaktywacja naszej trójcy była swego rodzaju wydarzeniem.  Nie tylko, hehe,  dla nas.) Po wyjeździe Cindy, oblanym krwawymi łzami (zaznaczmy, że nie tylko przez nas) odpoczęłyśmy może ze dwa wieczory, po czym zaczęło się podejmowanie Lachmana, który co tu kryć, okazał się być The Best Lachmanem Ever (przepraszam wszystkich podróżujących rodaków, ale taka jest prawda). Acz łikendzik z tym panem wykończył nas tak, że musiałyśmy się udać na długie wakacje. (ja już się boję co będzie jak uda mi się Lachmana namówić na ponowną wizytę w lipcu)

Pretekst do wyjazdu kręcił się już od kilku tygodni, jako że Katarzynie wygasła pieczątka w paszporcie. Plan był układany od wieków, że udamy się po nowy stempel mało oryginalnie do Boliwii, przy okazji odwiedzając Isla Del Sol na jeziorze Titikaka. Jednak w dniu planowanego wyjazdu obudziłyśmy się pod czarnym od chmurzysk niebem, przy akompaniamencie ogłuszających strug deszczu bębniących o wszystko co się da. A Isla Del Sol, wbrew swej nazwie nie zawsze jest pełna słońca, zwłaszcza w porze deszczowej.
– To może jednak pojedźmy do Ariki? – zapytałam Rzynkę nieśmiało.
– Myślę od tym odkąd się obudziłam i wyjrzałam za okno.

I tak decyzja o zmianie planu została podjęta. Tegoż wieczoru udałyśmy się w kierunku Chile, gdzie dotarłyśmy po mas o menos 20 godzinach spędzonych w różnych środkach transportu. Podróż była urozmaicona pustynno-górzystymi widokami oraz stopniowym pozbywaniem się odzieży. Gdzieś przed Tacną, odklejając się od siedzenia westchnęłam ‘kurwa jak gorąco’, na co Rzynka jadowicie parsknęła ‘mam ci już kupić bilet do Cusco?’. Więc się zamknęłam, bo w końcu po gorąc i słońce wyjechałyśmy. Swoją drogą to jest niezły szok jak się wsiada w Cusco gdzie leje i zimno i jeszcze przed samym wyjazdem się odwala aferę o obiecane do autobusu koce, a nad ranem wysiada się w Arekipie gdzie już o 7ej rano można się opalać.

W każdym razie w końcu dojechałyśmy do Ariki, gdzie najbardziej nam się podobał lokalny dżordż, którego cichcem podglądałyśmy w jego ogródku z naszego okna (ja kocham Cusco, ale bynajmniej nie z powodu zamieszkujących go przystojniaków;) oraz genialne widoki na zatokę, port, pustynię i wyrastające z niej ośnieżone szczyty. Po półtorej doby w Chile uznałyśmy, że nam tych atrakcji wystarczy (zwłaszcza, że dżordż nie zwracał na nas uwagi) i zapakowałyśmy się do śmiesznego, składającego się z jednego wagonu pociągu (moim zdaniem napędzanego motorem spalinowym bo pierdział jak zwykły autobus) i przez pustynię wróciłyśmy do naszego ukochanego Peru, na przywitanie dostając do paszportu pieczątki na 180 dni. (to najdłuższy czas pobytu, jaki można dostać, z reguły europejczycy dostają 90 dni). I jak ja mam tego kraju nie kochać, no jak?

Ciąg dalszy, który miał być głównym tematem tej notki, nastąpi.